haszysta
25.07.07, 15:24
i rząd się rozleci...
Tę Synczyzną (nie-ojczyzną)- narodową tromtadracją i zaściankową perspektywą
wylęknionych, niepewnych siebie Polaków, kurczowo trzymających się dawno
zużytych form i idei życia społecznego, i coraz bardziej grzęznących w
absurdzie "starego"
Gombrowicz woła "a niech co nowe będzie", bo to, co jest, to co polskie,
nijak nie może sprostać wymaganiom rzeczywistości.
Dość haseł "Bóg, "Naród", "Honor" "Ojczyzna" "moralność" lub "tradycja".
No to będzie nowe...
Nie Synczyzna nawet!
Bezpolszcyzniana "Sąsiedzczyzna"!
----------cytat:
"Witold więc widywał ojca nieczęsto i zdany był na matczyne wychowanie -
kobieta ta była niewątpliwie inteligentna i wrażliwa, a i zdecydowanie o
neurastenicznej osobowości "A moja matka była żywa, wrażliwa, obdarzona dużą
wyobraźnią, leniwa, niezaradna, nerwowa (i bardzo) pełna urazów, fobii,
iluzji. Miała też jedną cechę wysoce drażniącą, należała mianowicie do osób,
które nie umieją zobaczyć siebie takimi, jakimi są. Więcej ona widziała
siebie akurat na opak - i to już miało cechy prowokacji. Z natury była, jak
się rzekło, leniwa i niezaradna, a że w owych proustowskich czasach służby
było dużo, jej rola sprowadzała się do wydawania zaleceń kucharzowi,
pokojówce, czy ogrodnikowi. Nie przeszkadzało jej to mówić, że "wszystko na
mojej głowie", że praca uszlachetnia", że "ogród w Małoszycach to moje
dzieło", że "na szczęście jestem dość praktyczna". Imponowało jej to, czym
nie była. Jej ideałem był typ matrony o niezłomnych ideałach i zasadach
(katolickich), oddającej się obowiązkowi, poświęcającej dla rodziny. Sport
wciągania mojej matki w absurdalne dyskusje był jednym z pierwszych moich
artystycznych (i dialektycznych) wtajemniczeń" (cyt. "Rozmowy."W.G.).