Jest Lis

28.09.07, 00:31
www1.cozpolska.pl/index.htm
    • babariba-babariba i mogą mu kaczki kupra nadstawić, hehehe 28.09.07, 16:30

      • oleg3 Re: i mogą mu kaczki kupra nadstawić, hehehe 28.09.07, 16:45
        babariba-babariba napisała:

        A jaki zasięg tego nowego medium? Ja też mogę sobie pisać na blogu antykacze
        manifesty tylko nikogo to nie obchodzi.
        • babariba-babariba ja tam nie wiem, ale mówią... 31.10.07, 13:23
          ...o 500 tysiącach wejść na każde kolejne wydanie smile)) Jest kilka ogólnopolskich
          gazet, które podobny nakład mieć by chciały...
          Pozdrawiam, G.
          ***
          oleg3 napisał:
          A jaki zasięg tego nowego medium? Ja też mogę sobie pisać na blogu antykacze
          manifesty tylko nikogo to nie obchodzi.
        • jaceq Re: i mogą mu kaczki kupra nadstawić, hehehe 03.11.07, 02:58
          oleg3 napisał:
          > A jaki zasięg tego nowego medium? Ja też mogę sobie pisać...

          Właśnie na tym zasadza się różnica. I ja też mogę sobie... Trzeba se wprzódy
          zrobić "nazwisko". Albo "twarz". A jak się zrobi, to się potem jedzie z górki,
          aż się wyryje duрą w słup.
    • nurni jest, jest... tylko komu ten lis POtrzebny ? :) 28.09.07, 16:44
      Rafał A. Ziemkiewicz

      Przemiana Tomasza Lisa

      Nie o to mam do Lisa i lisowczyków żal, że są histerycznie antyprawicowi, ale że w tej histerii są tak bardzo bezpłodni. Zwalczają PiS w sposób, który samemu PiS akurat nie zaszkodzi, za to bardzo niszczy i deprawuje polską debatę publiczną.

      Nawet w gorących dniach kampanii wyborczej odejście Tomasza Lisa z Polsatu stało się newsem tygodnia. Niestety, nie tylko dlatego, że sprawa dotyczy popularnego dziennikarza telewizyjnego. Także dlatego, że jego przyjaciele natychmiast zaczęli do decyzji właściciela Polsatu dorabiać spiskowe wyjaśnienia, a Lisa kreować na męczennika walki o wolność słowa. Nie bez udziału samego zainteresowanego, który niejasno sugerował, że na odebranie mu kierowania polsatowskimi „Wydarzeniami” naciskać miał Jarosław Kaczyński, zastrzegając wszakże, że wie to tylko z drugiej ręki. Wyjaśnienie, że decyzja miała przyczyny biznesowe, potraktowano z góry jako w oczywisty sposób fałszywe, choć każdy, kto coś o tym wie, przyzna, że brzmi ono bardziej prawdopodobnie (stworzyć jeden newsroom dla dwóch stacji, zamiast w każdej utrzymywać osobny – to poważna oszczędność) niż teoria, jakoby Zygmunt Solorz właśnie teraz, gdy bardzo prawdopodobne, że PiS utraci wkrótce władzę, postanowił ulec naciskom, którym skutecznie opierał się przez dwa lata, kiedy władza ta stale się umacniała. Tym bardziej że konstruując tę hipotezę i podając ją do wierzenia, „Gazeta Wyborcza” nie potrafiła uprawdopodobnić jej niczym poza niejasnymi aluzjami i krążącymi jakoby plotkami. Plotki jako jedyne źródło informacji gazety tak chętnie szydzącej sobie z tabloidów? Cóż, nie pierwszy to raz w podobny sposób, opierając się jedynie na insynuacjach i cytowaniu, co rzekomo powiedzieli pragnący zachować anonimowość informatorzy, wypisywała gazeta Michnika kłamstwa o rzekomych zamachach na dziennikarskie wolności w redakcji „Rzeczpospolitej”.
      Co wolno prywatnemu nadawcy
      Trudno wyliczyć wszystkie osoby, które pospieszyły z zapewnieniami o solidarności z byłym szefem „Wydarzeń” oraz wyrazami oburzenia. Kuba Wojewódzki w swoim programie zapalił nawet demonstracyjnie dla Lisa i jego narzeczonej dwa znicze, wygłaszając wzniosłą przemowę. No, ale jemu za to właśnie płacą, żeby pajacował. Gorszy jest przypadek Katarzyny Kolendy-Zaleskiej, która przy tej okazji wróciła do sprawy chamskiego zachowania Lisa wobec naszej redakcyjnej koleżanki i tych, którzy wyrazili wówczas oburzenie (a może raczej zniesmaczenie), oskarżyła, że teraz „nie uznali za stosowne zabrać głosu, choć nie ulega wątpliwości, że sprawa jest dużo poważniejsza”.

      Czuję się wywołany do odpowiedzi, zatrzymam się więc nad tym oskarżeniem przez chwilę. Pani Katarzyno, nie przypominam sobie, aby uważała pani za stosowne zabrać głos, kiedy musiałem odejść z Radia TOK FM za krytykowanie Adama Michnika, choć sprawa była chyba wagi podobnej (oczywiście z tą poprawką, że daleko mi do popularności Lisa, zresztą – żeby nie było w tej kwestii żadnych wątpliwości – uważam, że uczciwie i ciężko zapracowanej). Od razu wyjaśniam: gdyby znalazła się pani wśród tych, którzy wtedy do mnie dzwonili z wyrazami gotowości podjęcia jakiejś akcji w mojej obronie, usłyszałaby pani to samo, co oni. To znaczy: nie wygłupiajcie się, prywatna firma ma prawo zatrudniać i zwalniać kogo chce i kiedy chce, jeśli właściciel czy obdarzony przez niego zaufaniem dyrektor pragnie mieć radio prezentujące spektrum poglądów od skrajnej lewicy po umiarkowaną centrolewicę, to wyłącznie jego brocha. Wydawało mi wówczas, że mój pogląd na tę sprawę jest powszechnie podzielany. Zresztą ilekroć ktoś konstatował wyraźny lewicowy przechył we wspomnianym radiu, „Wyborczej” czy TVN, zawsze słyszałem z waszej strony (zaraz się wytłumaczę z tej liczby mnogiej), że media prywatne, w przeciwieństwie do publicznych, mają prawo być stronnicze i jest to wyłącznie sprawa właściciela. W takim razie nawet jeśli dymisja Lisa rzeczywiście miała polityczne przyczyny, konsekwencja nakazywałaby powiedzieć: Solorz zmienił poglądy, jego zbójeckie prawo, zamiast robić larum o zamachu na wolność słowa. Cóż, to tylko kolejny z niezliczonych dowodów, że panuje u was mentalność Kalego.
      Gwiazdor nie przeprasza
      Proszę wybaczyć to „wy”, uważny czytelnik wie przecież dobrze, że środowisko dziennikarskie dzieli spór, mówiąc hasłowo, konserwatystów z liberałami (w amerykańskim, nie europejskim sensie tego słowa). To nic złego, przeciwnie, to dobre i pożyteczne, dopóki ten spór ma charakter merytoryczny, a jego uczestnicy wykazują się pewną klasą. Otóż nikt nie może mieć wątpliwości, że tej klasy brakuje właśnie liberałom. Nie przypominam sobie, by którykolwiek z publicystów konserwatywnych usiłował pomniejszyć Tomasza Lisa, pisząc, dajmy na to, że swój błyskawiczny awans w TVP zawdzięczał podlizywaniu się wpływowej wtedy Unii Demokratycznej. Na pewno zamiast polemizować z argumentami Żakowskiego łatwiej byłoby kpić z jego miłoszowskiej bródki, a zamiast wchodzenia w spory z Paradowską naśmiewać się z jej głosu, każdy przecież przyzna, że stanowiącego wdzięczny materiał dla parodystów, ale nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z publicystów konserwatywnych na to poszedł.

      Z przeciwnej strony było zupełnie inaczej i wielka w tym wina właśnie Tomasza Lisa. Nie miał zahamowań, żeby człowiekowi, który ryzykował, prowadząc działalność podziemną w czasach, gdy Lis nosił koszulę w zębach, insynuować, że pisze to, co pisze, z konformizmu i tchórzostwa. Żeby podobne oskarżenia rozciągać na wszystkich dziennikarzy przyznających się do konserwatywnych poglądów, choć dokładnie takie same poglądy głosili oni także wtedy, gdy zamykało to drogę do mediów masowych i przyzwoitych zarobków. Żeby pozwalać sobie publicznie na niesmaczne wycieczki osobiste, szyderstwa z czyjejś tuszy czy wzrostu. Lis nigdy nie zniżył się, by za to kogokolwiek przeprosić. Odnoszę wrażenie, że w jego przekonaniu kilkumilionowa oglądalność, nagrody i inne dowody uznania dają prawo, by być medialnym chamidłem i za nic nie przepraszać. Jak sobie chce. Styl to człowiek.
      Autorytet wymaga jadu
      Interesuje mnie co innego, a mianowicie charakterystyczna przemiana, jaka się w Lisie dokonała. Przez wiele lat budował swój dziennikarski brand na bardzo powściągliwym używaniu przymiotników. Jego książki, włącznie z ostatnią „Polska, głupcze”, właściwie nie zawierają tez kontrowersyjnych. Wykłada w nich Lis oczywiste prawdy na takim poziomie ogólności, że pod jego stwierdzeniami mogę się podpisać i ja, i zaprzysięgły wyborca Aleksandra Kwaśniewskiego. Podobnie ważył Lis słowa, występując w codziennych programach telewizyjnych. Wydaje mi się, że jego dziennikarska marka wiele zawdzięczała temu, że przez liczną grupę widzów i czytelników odbierany był jako człowiek niewdający się w żenującą międzypartyjną szarpaninę, mówiący zamiast tego o imponderabiliach.

      W pewnym momencie zrezygnował z tej powściągliwości i zaczął licytować się w zajadłości z publicystami „Gazety Wyborczej”. Przyznam, że nie umiałem i dotąd nie umiem sobie tego wyjaśnić inaczej niż wyrachowaniem. Podejrzewam, że Tomasz Lis, zdając sobie sprawę, że pozycja członka zarządu dużej prywatnej telewizji stanowi w jego dotychczasowej karierze trudny do przekroczenia pułap, zamarzył o schedzie po Adamie Michniku, która mniej więcej w tym samym czasie zaczęła być sprawą otwartą. Do zdobytej już pozycji popularnego dziennikarza zapragnął dołączyć koronę autorytetu moralnego (w takim sensie, jaki nadała temu określeniu michnikowszczyzna), a to wymagało podchwycenia retoryki środowiska. Bezpardonowe ataki na „dziennikarzy reżimowych” służyły wkupieniu się w łaski michnikowszczyzny, a retoryka „obrony demokracji” przed autorytarnymi zakusami Kaczyńskich, coraz bardziej kolidująca z wymogiem dziennikarskiej bezstronności, była sposobem na zdobycie w tym środowisku p
      • nurni Re: jest, jest... tylko komu ten lis POtrzebny ? 28.09.07, 16:45
        W pewnym momencie zrezygnował z tej powściągliwości i zaczął licytować się w zajadłości z publicystami „Gazety Wyborczej”. Przyznam, że nie umiałem i dotąd nie umiem sobie tego wyjaśnić inaczej niż wyrachowaniem. Podejrzewam, że Tomasz Lis, zdając sobie sprawę, że pozycja członka zarządu dużej prywatnej telewizji stanowi w jego dotychczasowej karierze trudny do przekroczenia pułap, zamarzył o schedzie po Adamie Michniku, która mniej więcej w tym samym czasie zaczęła być sprawą otwartą. Do zdobytej już pozycji popularnego dziennikarza zapragnął dołączyć koronę autorytetu moralnego (w takim sensie, jaki nadała temu określeniu michnikowszczyzna), a to wymagało podchwycenia retoryki środowiska. Bezpardonowe ataki na „dziennikarzy reżimowych” służyły wkupieniu się w łaski michnikowszczyzny, a retoryka „obrony demokracji” przed autorytarnymi zakusami Kaczyńskich, coraz bardziej kolidująca z wymogiem dziennikarskiej bezstronności, była sposobem na zdobycie w tym środowisku pozycji opiniotwórczej, jeśli nie przywódczej. Wygłoszony w ostatnich dniach namiętny apel, aby nie głosować na PiS, bo oznacza to głosowanie na koniec polskiej demokracji, wydaje mi się oznaką pozostawania na tej ścieżce kariery.

        Oczywiście, nie mam żadnych dowodów, że o to właśnie Lisowi chodziło, niemniej widać wyraźnie, że to właśnie osiągnął. Choć nie był pierwszym, który w swych wystąpieniach promował pewien zespół poglądów, dzięki swej popularności, a teraz umiejętnie stworzonej martyrologii, zyskał w tej grupie pozycję bardzo silną. Nie wykluczam oczywiście, że zbieżność w czasie jest przypadkowa. Że Lis po prostu najzupełniej szczerze uznał pewnego dnia Kaczyńskich za straszne zagrożenie dla Polski, a walkę z nimi za swoją dziennikarską misję. Na to zdawałby się wskazywać fakt, że dokonując tak jednoznacznego politycznego, a właściwie partyjnego wyboru, naraża na szwank swoją z trudem wywalczoną pozycję.
        Co wie PiS
        Rzecz wydaje mi się nie w tym, że Tomasz Lis i jego akolici zwalczają PiS. Rzecz w tym, że robią to w sposób, który samemu PiS akurat nie szkodzi, za to bardzo niszczy i deprawuje polską debatę publiczną. Ciekawym przykładem służy tu wywiad, którego już po rezygnacji z pracy w Polsacie udzielił Lis „Polityce”. Z zawartą w nim diagnozą przyczyn popularności PiS („Polacy zostali porzuceni przez polityków sprawujących władzę przez 16 lat, więc przyszedł ktoś, kto do nich wyciągnął rękę”wink trudno mi się nie zgodzić. Ale ani Lis, ani prowadzący ten wywiad Jacek Żakowski nie potrafią sformułować jej w sposób, który nie byłby dla ludzi im niemiłych, czyli mniej więcej jednej trzeciej Polaków, obelżywy. Bez rytualnych w ich towarzystwie stwierdzeń o „złości i frustracji” (a może to po prostu poczucie krzywdy?), o „polskich ciemnych siłach” i odwoływaniu się przez prawicę do drzemiących w Polakach pokładów nienawiści (a do czego niby odwoływał się premier Miller, obrzucając najostrzejszymi obelgami swojego poprzednika Jerzego Buzka?! Albo inspiratorzy fali graniczącego z kompletnym zbydlęceniem antyklerykalizmu początku lat 90.?) i bez bełkotu o „dzieleniu ludzi”. Muszę przyznać, że ten ostatni bełkocik uważam za szczególnie jaskrawy przykład intelektualnej impotencji. Ludzie dzielą się na bogatych i biednych, zadowolonych i nie, ustawionych i przegranych etc. sami z siebie i na te podziały żaden polityk nie ma wpływu, choćby pękł. Natomiast niewątpliwie sztuka politycznego marketingu na tym właśnie polega, by trafnie odczytać społeczne podziały i odpowiednio się w nie wpisać. Pretensje do polityka, któremu udało się to zrobić lepiej od konkurentów, są po prostu głupie.

        Mówiąc krótko, nie o to mam do Lisa i lisowczyków żal, że są histerycznie antyprawicowi, ale że w tej histerii są tak bardzo bezpłodni. Wspomniana rozmowa robi wrażenie kuriozalne. To straszne PiS wygrywa, bo elity III RP straciły kontakt ze społeczeństwem, stwierdzają zgodnie Lis z Żakowskim, i jednocześnie na trzech kolumnach prezentują zakochaną w sobie warszawkę w stanie klinicznym, tę, na złość której chce się zagłosować nie tylko na Kaczyńskiego, ale nawet na Bryczkowskiego. Warszawkę z kompleksem wyższości, pełną pogardy i agresji. A także w szczególny sposób szermującą argumentem europejskości. Czytałem kiedyś, że w podobny sposób zachowywali się w koloniach krajowcy, którym udało się dosłużyć u Anglików stopni podoficerskich – z jednej strony gardzili niedocywilizowanymi rodakami z interioru, z drugiej nienawidzili ich za to, że próbują ich traktować jak zwykłych Murzynów, a nie jak ludzi o klasę lepszych. Czy się PiS lubi, czy nie, nie sposób nie zauważyć, że wie ono o Polakach coś, czego jego wrogowie najwyraźniej nie wiedzą. Jest ważnym i wielkim zadaniem dla dziennikarzy odkryć i objaśnić, co to takiego. Po Tomaszu Lisie raczej się już tego nie spodziewam. Z obserwatora i analityka, starającego się zachować pewien dystans do wydarzeń, zmienił się w ostatnich miesiącach w bojownika michnikowszczyzny, co pociągnęło za sobą przejęcie jej języka i stylu rozumowania. Rzecz w tym, że jest to rozumowanie, z którego nie wynika nic, poza leczeniem frustracji zakwestionowanej przez znaczną część społeczeństwa elity. Jeśli na dzień dobry diagnozuje się u politycznego przeciwnika „żądzę władzy” i „polityczną paranoję”, to dalej nie ma już miejsca na żadne dociekania. Paranoika należy wsadzić w kaftan, a żądnego władzy kandydata na dyktatora odstrzelić i koniec. A jeśli nie ma się możliwości tego zrobić, pozostaje tylko silić się na coraz bardziej kwieciste obelgi. To Lisowi i lisowczykom nawet nieźle wychodzi. Tylko co to niby ma dać?
        • rycho7 Re: jest, jest... tylko komu ten lis POtrzebny ? 31.10.07, 17:27
          nurni napisał:

          > To Lisowi i lisowczykom nawet nieźle wychodzi.

          Pejoratywnosc uzycia pojecia "lisowczycy" lechce moje historyczne
          odczucie. To cos jak wspolczesnie klan platnych mordercow na
          skinienie mafii. Zestawienie z Lisem na poziomie durnia (watkowo
          autorskie).

          Komu byl potrzebny Stanczyk? Nie kazdy dorasta do swych mysli bycia
          krolem.
      • jaceq Re: jest, jest... tylko komu ten lis POtrzebny ? 03.11.07, 03:34
        nurni napisał:

        > Rafał A. Ziemkiewicz

        Po pierwsze, to nie lubię czytać postów, które mi się nie mieszczą na ekranie
        (monitor 3D o rozdzielczości 10240x7680 ukradli mi z samochodu, gdzie robił za
        końcówkę giepeesa) na raz. Wolę linki, czciona jest przeważnie czytelniejsza od
        tej agora.ttf.

        Po drugie,

        > bardzo niszczy i deprawuje polską debatę publiczną.

        Rafcio na swój sposób ujął w kilku prostych, żołnierskich słowach to, co
        premiero chachmęcąc wydusił z siebie w końcu: przyczyny porażki. PiS przerżnął
        otóż, bo polska debata publiczna była bardzo zdeprawowana. Bardzo. Deprawacja
        debaty zaczęła się z grubsza w okresie tzw. paktu stabilizacyjnego i postępowała
        przez kolejne partajtagi PiSu, powoli [oficjalnie] przeradzające się w
        kuńwencje. Sporego wkładu w tak zdeprawowaną debatę użyczył Kurski Jacek, mój
        imiennik nieszczęsny, który przejdzie do historii jako Goebbels-Urban kaczyzmu.
        A już wyjątkowe zchamienie zdeprawowanej debaty spowodowało włączenie się w nią
        służb specjalnych PiSu.

        > choć każdy, kto coś o tym wie

        Rafcio najwyraźniej g. o tym wie. Dlatego choćby:

        > to poważna oszczędność

        Te 2 "newsroomy" de facto to był jeden "room". Rafcio każe nam wierzyć, że
        oligarcha Solorz chciał zaoszczędzić na znaczkach pocztowych, pieczątkach i na
        energii el.

        > właśnie teraz, gdy bardzo prawdopodobne, że PiS utraci
        > wkrótce władzę

        Świetne jest to, że Rafcio pisał to nie tylko sporo przed wyborami ale i pisząc
        - jednocześnie - inny tekst, w którym przekonywał, że PiS władzy nie utraci właśnie.

        > „Gazeta Wyborcza”; nie potrafiła uprawdopodobnić jej niczym poza
        > niejasnymi aluzjami i krążącymi jakoby plotkami. Plotki jako
        > jedyne źródło informacji

        Tu Rafcio najwyraźniej ma pretensje, że go nie zaprosili do "newsroomu" gdzie
        Lis obwieścił o decyzji Solorza. Plotki tam w powietrzu fruwały jak jaskółki. I
        nie tylko plotki fruwały. Rafcio ma ambicyje zostać dziennikarzem telewizyjnym,
        tylko nigdzie nie bardzo go chcą. Otóż.

        > Co wolno prywatnemu nadawcy

        ...a co wolno państwowemu [rządowemu] zwanemu, przepraszam za brzydkie słowo,
        publicznym...

        Dalej mi się czytać nie chciało. Z akronimów poprzecznych i wzdłużnych w tekście
        Rafcia wywnioskowałem, że już tak bardzo nie żałuje wyјеbania go z toka-fm, jak
        rok temu. Doszedł widać do wniosku, że ładniej mu na wizji. Niechby nawet tv Plusk!

        Ziemkiewicz - do s-f zurück! Beletrystykę, to se, mordo ty nasza, już raczej odpuść.
Pełna wersja