Gość: Krzys52
IP: *.proxy.aol.com
17.07.03, 20:20
Aborcja mózgu - nie pochodzi oczywiscie z "Niedzieli", "Mateusza", "NCz", czy
podobnego badziewia, lecz ze znakomitego Tygodnika NIE. Milej lektury zycze.
.
.
"NIE" rozmawia z prof. BarbarĄ Stanosz, logikiem, twórczynią kwartalnika "Bez
Dogmatu"
– Dziesięć lat temu z Pani inicjatywy powstało pismo "Bez Dogmatu". To
dziesięć lat walki o prawo kobiet do aborcji, dziesięć lat pełzającej
klerykalizacji życia społecznego i coraz bardziej pokornej akceptacji tego
stanu przez społeczeństwo, nawet światłą jego część. Poglądy, dziesięć lat
temu oczywiste, dziś są niecenzuralne, jak choćby wezwanie do rozdziału
Kościoła od państwa. Co się stało, że pozwoliliśmy czarnym wejść sobie na
głowę?
– "Spokornienie" Polaków w tej sprawie jest przejawem ogólnego spadku
nastrojów obywatelskich: utraty wiary, że obywatele mogą wpływać na kształt
tego państwa, a w szczególności wymusić na władzach pewne rozwiązania
prawne. "Bez Dogmatu" zaczynaliśmy wydawać w apogeum istnienia jedynego
prawdziwego ruchu obywatelskiego w III RP, tj. komitetów na rzecz referendum
w sprawie karalności aborcji.
– I co się stało?
– Wniosek o przeprowadzenie takiego referendum, podpisany przez ponad 1 300
000 obywateli, został zignorowany przez parlament. Był to wyraźny sygnał
wysłany społeczeństwu przez władze: to państwo nie jest wasze, lecz nasze...
i Kościoła. Sygnał został zrozumiany: komitety się rozwiązały i już nigdy nie
powstał żaden ruch choćby z grubsza przypominający tamten.
– Jedno niepowodzenie i po społeczeństwie obywatelskim? Po walce o prawa
kobiet?
– Złożyło się na to parę innych czynników, m.in. rejterada Barbary Labudy,
która w pewnym sensie przewodziła tamtemu ruchowi, po czym wycofała się
oświadczając, że "opuszcza okopy antyklerykalizmu"; osiadła na posadzie u
prezydenta i podejmuje działania, które jej dawny image przywódczyni ruchu
społecznego zmieniły w image zabawnej, podstarzałej harcerki. Były też,
oczywiście, ważniejsze czynniki – przede wszystkim wszechobecny strach przed
utratą pracy, a jeśli się ją już utraciło, troska o zapewnienie sobie i
rodzinie materialnych podstaw egzystencji. To nie nastraja proobywatelsko,
nastraja raczej do skupienia całej uwagi na własnych interesach. A tymczasem
wokół rozwijało się, pod czułą opieką demokratycznie wybranych władz, państwo
wyznaniowe. To było jak narastanie jakiejś klęski żywiołowej, wobec której
pojedynczy człowiek jest bezradny. W grupie można najwyżej łatwiej przetrwać
tę klęskę, ale nie sposób jej przeciwdziałać.
– I tak całkiem od tego strachu zgłupieliśmy? Bo że zgłupieliśmy, nie ulega
kwestii. W moim środowisku chociażby, kiedy 10 lat temu czarni zaczynali tę
krucjatę, dziennikarze w swej masie byli za prawem wyboru, a takie postacie,
jak Nowina-Konopczyna czy Walerian Piotrowski, niech imię jego będzie
zapomniane, postrzegaliśmy jako jednostki groteskowe. Teraz oglądam tych
samych dziennikarzy, moich rówieśników, którzy nagle stali się obrońcami
życia poczętego. Co się stało? Są przekonani, że tego oczekuje tzw. opinia
publiczna?
– Nie sądzę. Znają przecież wyniki badań opinii publicznej. Są raczej
przekonani, że zwichną sobie karierę, jeśli ujawnią postawę "pro choice".
– Może zmienił im się światopogląd?
– To jest prawie niemożliwe psychologicznie. Wykształcony człowiek nie może
zmienić poglądów w tym kierunku na rzecz zabobonu, zgodnie z którym
przerwanie rozwoju zygoty jest "mordem dokonywanym na niewinnej istocie
ludzkiej". Ktoś, kto w wieku dwudziestu paru lat miał otwartą głowę, w wieku
trzydziestu paru nie może mieć zakutego łba.
– Może otrzymali "łaskę wiary"...
– Otrzymywanie tej "łaski" polega na podleganiu indoktrynacji religijnej w
dzieciństwie – w okresie gdy intelektualnie jest się jeszcze zupełnie
bezbronnym. Wprawdzie niektórym nie dość skutecznie indoktrynowanym w
dzieciństwie zdarzają się później "cudowne nawrócenia", ale są to bardzo
rzadkie przypadki. I w części zapewne symulowane w imię całkiem ziemskich
interesów.
– Nie, to jest coś więcej. Ów zabobon sączy się każdą szczeliną do mózgu.
Nawet wśród feministek broniących misji "Langenorta" były takie, które
skamlały do kamer, że "one też nie chcą zabijać dzieci", ale są takie
sytuacje, że kobieta musi, bla, bla, bla...
– Takie zachowania są echem postawy religijnej i dość często występują w
ruchu "pro choice", który przecież nie skupia wyłącznie ateistów. Nie
rozumiem natomiast niewierzących, którzy wypowiadając się w tej sprawie
zaczynają od słów "aborcja jest złem, ale...". Świecka moralność utożsamia
czynienie zła z wyrządzaniem krzywdy – z nieusprawiedliwionym zadawaniem bólu
fizycznego lub psychicznego istocie czującej, a wszak zygota usuwana z macicy
we wczesnym okresie ciąży nie jest istotą czującą. Dlaczego więc nie
mielibyśmy uważać aborcji za rzecz moralnie neutralną?
– Może ze względu na zdrowie psychiczne kobiety? Z obawy przed tym, że za
ileś tam lat zacznie sobie zadawać pytanie o to, jakie byłoby to dziecko,
którego nie ma?
– Nic nie wskazuje na to, by kobiety, wokół których nie stworzono
chorobliwego klimatu potępienia dla aborcji, miały poważne problemy
emocjonalne związane z usunięciem ciąży. Natomiast te, które rodzą dzieci i
oddają je do adopcji, do czego "obrońcy życia" natrętnie namawiają kobiety w
niechcianej ciąży, zwykle cierpią z tego powodu do końca życia.
*
– Pani Profesor, nieodmiennie mnie zastanawia, dlaczego Kościół tak
obsesyjnie skupia się na seksie, czyli na czymś, czego jego funkcjonariusze –
przynajmniej teoretycznie – nie powinni doświadczać?
– Jeżeli chce się trzymać człowieka krótko "za pysk", tak by miał niewiele
wyborów i by można było nim sterować, to trzeba sięgnąć do sfery najbardziej
intymnej, a jednocześnie takiej, w którą człowiek silnie angażuje się
emocjonalnie. Sfera seksu i życia rodzinnego najlepiej nadaje się do tego
celu.
– Ale to się sprawdza tylko w Polsce – otwarte społeczeństwa Europy
Zachodniej już dawno Kościół z jego seksualną obsesją wyrzuciły do kosza. Czy
Karol Wojtyła, Pani zdaniem, ma to w swoich kalkulacjach – oddać cały świat,
żeby zachować katolicki charakter ojczyzny?
– On ma zapewne nadzieję, że Polska będzie rozsadnikiem tych obsesji, że nimi
zarazi zeświecczone społeczeństwa zachodnie i w ten sposób wzmocni tam
pozycję Kościoła. Rozumni ludzie z kręgów kościelnych są świadomi
postępującego upadku swojej instytucji i być może liczą się z tym, że jest to
proces nieodwracalny, ale myślą przecież w kategoriach najbliższych pokoleń,
a nie trzeciego millenium. Dokładają więc starań, żeby utrzymać się na
powierzchni jeszcze przez te kilkadziesiąt czy sto kilkadziesiąt lat, nie
pozwolić się całkowicie zmarginalizować. I może im się to udać. Wyrażałam już
w "NIE" obawę, że wstąpienie Polski do Unii może uświadomić politykom krajów
zachodnich, że warto zawierać kompromisy z klerem katolickim, ponieważ
ułatwia on władzy życie: krzewi postawę pokory i posłusznej zgody na własny
los, przeciwdziałając nastrojom buntu i sprzeciwu, a w każdym razie
zapobiegając ich szerzeniu się na taką skalę, jak ma to miejsce na Zachodzie.
Proszę zwrócić uwagę na to, jak nieporównywalnie słabsze były w Polsce na
przykład protesty antywojenne, choć skala dezaprobaty była podobna jak na
Zachodzie. Jeszcze bardziej znamienna jest dysproporcja zasięgu protestów w
sprawach socjalnych między Polską a na przykład zamożnymi społeczeństwami
Francji czy Włoch. Z punktu widzenia klasy politycznej jest to bezcenna
zasługa Kościoła.
– I myśli Pani Profesor, że ta zaraza rzeczywiście może się roznieść? Że coś
takiego dałoby się zrobić z Francuzami czy Włochami?
– Bez amputacji