Gość: bbombel
IP: 217.153.73.*
19.07.03, 17:04
Adam Michnik „Eurołgarz"
W maju 1995 roku doszło do otwartego, bezpośredniego starcia Adama Michnika
z przedstawicielami śląskich górników. Michnik przybył wówczas, by zeznawać
w obronie byłego szefa MSW - gen. Czesława Kiszcza-ka, oskarżonego o
przyczynienie się do śmierci 9 górników z kopalni „Wujek" i zranienie 25
górników z kopalni „Manifest Lipcowy". Widząc Michnika przyjacielsko
witającego się z Kiszczakiem, związkowcy śląskiej „Solidarności" zapytali go
jak może podawać rękę mordercy górników z „ Wujka"? Górników, którzy
strajkowali po to, by wypuszczono internowanych w stanie wojennym, takich
jak Michnik. I dodali: Mamy prawo sądzić, że jest pan kupiony. Półtora roku
później w Gazecie Wyborczej z 17 XII 1996 r. Michnik gwałtownie zaatakował
oświadczenie Komisji Krajowej „Solidarności", domagającej się, by wreszcie
stało się zadość tak długo oczekiwanej sprawiedliwości w sprawie
zamordowania górników z kopalni „Wujek". Dla Michnika żądanie Nadzwyczajnego
Trybunału rozliczenia stanu wojennego jest czymś wyjątkowo niegodziwym, jest
drwieniem z cierpień tych, którzy zginęli. Za to nie jest dla niego
drwieniem dotychczasowa parodia wymiaru sprawiedliwości i bezkarność
zbrodniarzy, odpowiedzialnych za śmierć górników z „Wujka" i jakże wiele
innych PRL-owskich zbrodni. Jak zrozumieć ten tak nikczemny komentarz
człowieka, który kiedyś był jednym z idoli dla wielu osób ze
środowisk „Solidarności"? Prezentowany niżej tekst jest próbą pokazania
uwarunkowań, które wpłynęły na taką postawę Michnika, prawdziwego homo
sovieticus, który nigdy faktycznie nie wyzwolił się spod ducha skrajnej
komunistycznej nietolerancji wobec wszystkich inaczej myślących.
Niewiele osób w Polsce może się „poszczycić" takim, jak Michnik
zafałszowaniem swego życiorysu, równie starannym przemilczaniem rzeczy
wstydliwych i eksponowaniem „blasków". Czyż można się jednak temu dziwić w
przypadku osoby przez ponad osiem i pół roku kierującej najpotężniejszą
trybuną prasową, jaką jest GW i korzystającej z ciągłej reklamy, robionej mu
przez wdzięcznych podwładnych? Dziennikarka Irena Lasota, niegdyś bardzo
bojowa towarzyszka Michnika w ruchu marcowym 1968 roku, w listopadzie 1991
r. w obszernym, udokumentowanym artykule wyraziła całe swe obrzydzenie
nieustającym reklamowaniem Michnika na łamach jego własnej gazety (I.
Lasota: Niewidzialny redaktor, Tygodnik Solidarność l XI 1991 r.). Niewiele
się odtąd zmieniło. Uznany w swoim czasie przez Żydów amerykańskich za „Żyda
roku" i super-Europejczyka przez polskie lobby filosemickie, Michnik wciąż
cieszy się wyjątkową klaką w najbardziej wpływowych mediach. By przypomnieć
choćby serię ośmiu czy dziewięciu audycji telewizyjnych Jerzego
Markuszewskiego, puszczanych wieczorami ku skrajnemu zanudzeniu telewidzów.
Sam Michnik doszedł wręcz do krańców próżności i samouwielbienia, i potrafi
już tylko zapewniać, iż nie ma cienia wątpliwości, że Jezus go umiłował
(GW24-26 XII 1994 r.).
Pochodzę z żydokomuny
Środowisko G W od lat z niezwykłą zaciętością zwalcza wszelkie prze-jawy
stosowania pojęcia „żydokomuna", piętnując je jako przejaw antysemityzmu.
Cóż, komunizm stał się rzeczą bardzo wstydliwą i teraz już nikt nie chce się
do niego przyznać ani Jaruzelski, ani Kwaśniewski czy Rakowski. Bardzo
wstydliwe stało się też pojęcie żydokomuny. Tym ciekawsze na tym tle może
być więc przypomnienie wypowiedzi Michnika z 1988 roku, a więc jeszcze przed
światowym załamaniem się komunizmu. W nowej sytuacji Michnik potrafił
jeszcze szczerze wyznawać w katolickim piśmie Powściągliwość i Praca (nr 6,
1988 r.): (...) Jak na pewno wiecie, środowiskiem, z którego pochodzę, jest
liberalna żydokomuna. To jest żydokomuna w sensie ścisłym, bo moi rodzice
wywodzili się ze środowisk żydowskich i byli przed wojną komunistami. Być
komunistą znaczyło wtedy coś więcej niż przynależność do partii - to
oznaczało przynależność do pewnego języka, do pewnej kultury, fobii,
namiętności. Niejednokrotnie spierając się z moimi kolegami, którzy
wywodzili się z podobnego środowiska - właśnie w kontekście dyskusji o mojej
książce — mówiłem im: zastanówcie się, jak trudno jest wam wziąć się za łeb
z syndromem żydokomuny l Dlaczego? Dlatego, że widzicie nie tylko paskudztwo
jego skutków, ale też wszystkie - żeby tak rzec - realne wartości
motywacyjne, które niesie: nadzieję na sprawiedliwość społeczną, przekonanie
dłużników, że trzeba się angażować po to, aby zmieniać świat i czynić go
lepszym... Do tego wszystkiego jesteście przywiązani i nie godzicie się na
zniszczenie całej tej tradycji en bloc(...).
Trzeba przyznać, że w tym cytacie Michnik jawił się już jako ktoś znacząco
wyprzedzający myślowo swoje środowisko, ciągle jeszcze (w 1988 roku!)
przekonane o wartości tradycji żydokomuny i jej broniące. I dopiero Michnik
musiał je przekonywać o tym, że tradycja ta jest bardzo niewygodna i
konieczna do odcięcia. Oczywiście do odcięcia tylko słownego, na pokaz, bo
sam komunizm pozostał dla Michnika czymś, co dalej jakże uparcie lubi
idealizować. Z jakimż rozczuleniem wspominał w początkach 1992 roku w
rozmowie z generałem Jaruzel-skim, fałszywie generalizując: Najświatlejsze
umysły na Zachodzie popierały komunizm (G W25-26 IV 1992 r.).
Fałszywie generalizując, bo można wyliczyć cały szereg najświatlejszych
umysłów na Zachodzie od Camusa po Orwella, Dos Passosa i Stein-becka, które
nie tylko, że nie popierały komunizmu, ale go gorąco zwalczały. Nie mówiąc o
traktujących komunizm z odrazą najświatlejszych umysłach na Wschodzie od
Pasternaka, Bułhakowa i Sołżenicyna, poprzez Tatarkiewicza i Herberta po
Kodalya.
Załgany rodowód
Jarosław Kaczyński, opisując kiedyś zachowanie Michnika, podkreślał jego
niebywałą skłonność do kłamstwa, to, że potrafi łżeć w żywe oczy, dosłownie
iść w zaparte. Trzeba przyznać, że szczyt łgarstwa osiąga Michnik już przy
najnowszych opisach rodowodu swojej rodziny. Kiedy na przykład stara się
maksymalnie wybielić postać swego ojca Ozjasza Szechtera, członka Komitetu
Centralnego Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. I pisze o nim, że czuł
się on jak absolutnie polski Polak (Między Panem a Plebanem, Kraków 1995, s.
50). Nie wyjaśnia tylko nigdzie, co ten abso-
lutnie polski Polak szukał w Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i jak
zawędrował na sam jej wierzchołek z tą swą rzekomą dumą z polskiej tożsa
mości (tamże, s. 50). Przypomnijmy, że Komunistyczna Partia Zachodniej
Ukrainy konsekwentnie dążyła do rozbicia Polski, oderwania wielkiej części
jej ziem i przyłączenia do już rusyfikowanej skrajnym sowieckim terrorem
wschodniej Ukrainy. Dodajmy, że według książki H. Piecucha: Akcje specjalne
(Warszawa 1996, s. 76), ten absolutnie polski Polak Ozjasz Szechter był
starym, wypróbowanym agentem Moskwy w Polsce. I wchodził wraz z
Brystygierową, Bermanem, Chajnem, Groszem, Kasmanem i innymi w skład
wydzielonej komórki, bezpośrednio podporządkowanej Moskwie.
Komuniści - konfidenci
Według najlepszego jak dotąd opracowania dziejów przedwojennych komunistów
pióra Jana Alfreda Reguły (Mitzenmachera), Szechter, bardzo znany działacz
KPZU, został aresztowany wraz z grupą innych działaczy KPZU jesienią 1930 r.
Jak pisze Reguła: Oskarżeni sypali innych towarzyszy partyjnych (...)
przodowali w tym komuniści, zajmujący stanowiska kierownicze (...) okazało
się, że ci bohaterowie byli skończonymi tchórzami (J.A. Reguła: Historia
Komunistycznej Partii Polski, Warszawa 1934, s. 243). Michnik w wywiadzie z
Danielem Cohn-Benditem stwierdził: Mój ojciec byl bardzo znanym działaczem
komunistycznej partii przed wojną, siedział osiem lat w więzieniu. Po wojnie
nie odgrywał żadnej roli. Nie odgrywał, bo nie chciał jej odgrywać (cyt. za:
L. Ż