10 LAT - OKRAGLA ROCZNICA

IP: *.gen.twtelecom.net 30.07.03, 00:49
ROCZNICA PODPISANIA KONKORDATU
Dziesięć lat niewoli
Słowo „konkordat” (łac.) oznacza tyle co uzgodnienie,
porozumienie. I rzeczywiście... 28 lipca 1993 roku
niepodległa III RP „uzgodniła”, że odtąd traci znaczną
część swojej suwerenności na rzecz państewka Watykan.
Prześledźmy zapisy jednego z najbardziej haniebnych
traktatów w historii Polski.

Pierwszy znaczący w historii świata konkordat został
zawarty w 1801 roku między Napoleonem Bonaparte a
papieżem Piusem VII. Na jego mocy liczba biskupów w
cesarstwie została ograniczona do sześćdziesięciu,
ponadto cesarz Francuzów zastrzegł sobie wyłączne
prawo do ich mianowania, a ci już mianowani mieli
obowiązek składać mu przysięgę wierności. Taki to był
konkordat; ech, łza się w oku kręci...

Od tego czasu minęło dwieście lat z okładem,
społeczeństwa zmądrzały jeszcze bardziej, ale nie
wszystkie.

W poniższym opracowaniu (rocznicowym, jasna cholera)
postaramy się udowodnić, że konkordat podpisany przez
ministra spraw zagranicznych Skubiszewskiego z jednej
strony i nuncjusza papieskiego Kowalczyka z drugiej –
czyni z Polski państwo lenne politycznie,
ekonomicznie, religijnie i kulturowo wobec Watykanu...


¤ ¤ ¤

Już sama preambuła owej umowy daje jasno do
zrozumienia, że nie podpisują jej równi partnerzy,
bowiem jeden z nich jest bezwstydnie forowany:

„Stolica Apostolska i Rzeczpospolita Polska (...),
podkreślając posłannictwo Kościoła, rolę odegraną
przez Kościół w tysiącletnich dziejach Państwa
Polskiego oraz znaczenie pontyfikatu jego
Świątobliwości Papieża Jana Pawła II dla współczesnych
dziejów Polski (...) postanowiły zawrzeć niniejszy
Konkordat...”.

Dalej jest już tylko gorzej. Ot, choćby lakonicznie
brzmiący i na oko niewinny art. 1:

„RP i SA potwierdzają, że Państwo i Kościół są w
każdej swojej dziedzinie niezależne i autonomiczne
(...)”.

Problem polega na tym, że zapis ów w jakikolwiek
sposób nie określa, co należy rozumieć przez dziedzinę
Kościoła, a co przez dziedzinę państwa. Brak takiego
precyzyjnego określenia sprawia, iż od lat
obserwujemy, jak coraz to inne dziedziny państwa
zostają zawłaszczone przez Krk i stają się jego
immanentną częścią: np. edukacja, polityka zagraniczna
czy choćby święta państwowe.

W jawnej sprzeczności z ową „autonomicznością i
niezależnością” stoi też art. 4, punkt 2 konkordatu:

„RP uznaje również osobowość prawną wszystkich
instytucji kościelnych, terytorialnych i personalnych,
które uzyskały taką osobowość na podstawie prawa
kanonicznego (...)”.

Należy tłumaczyć to następująco: prawo polskie zostało
tu z założenia (na swoim terytorium!) podporządkowane
prawu innego państwa (Watykanu), traktując jego
postanowienia – co do jakże fundamentalnego aspektu
osobowości prawnej – jako bezdyskusyjne.

Jednak prawdziwe „schody” zaczynają się dopiero przy
kolejnych artykułach. Oto na przykład w art. 8,
punkcie 3 czytamy:

„Miejscom przeznaczonym przez właściwą władzę
kościelną do sprawowania kultu i grzebania zmarłych
państwo gwarantuje w tym celu nienaruszalność (...)”.

Rodzi się tu natychmiast pytanie: a gdzie ma pogrzebać
swojego zmarłego rodzina ateistyczna lub innego
wyznania, jeśli w danej miejscowości jest wyłącznie
cmentarz katolicki? Z jednej strony – ustawa z 1959
roku gwarantuje w takich przypadkach pochówek na nim
(na równych prawach) każdego niekatolika, z drugiej
strony – z cytowanego i innych artykułów wynika, że
władza świecka nic nie może Krk nakazać i niczego
wyegzekwować, bo właśnie zagwarantowała
mu „nienaruszalność”. Oto jeden z wielu przykładów, w
których prawnicy bez trudu wykazują sprzeczność
konkordatu z obowiązującym w Polsce prawem. I nie są
to jedynie czcze rozważania akademickie... Wszak
wielokrotnie opisywaliśmy, jak to proboszczowie
bezczelnie odmawiają pochowania na „swoich”
cmentarzach niekatolików. Może jednak nie do
końca „bezczelnie”, bo zezwala im na to właśnie...
konkordat.

Idźmy dalej. Całkiem paradoksalny z punktu widzenia
polskiego prawa jest art. 10 traktujący o małżeństwach
tzw. kanonicznych, zrównanych w prawie ze związkami
cywilnymi. Stanowi on między innymi:

„Od chwili zawarcia małżeństwo kanoniczne wywiera
takie same skutki, jakie pociąga za sobą zawarcie
małżeństwa zgodnie z prawem polskim (...)”.

To nic innego, jak legalizacja bigamii... Skoro Krk
nie uznaje ślubów świeckich, więc taki – raz zawarty –
można zbagatelizować i zawrzeć związek kanoniczny z
innym partnerem. O takiej bagatelnej sprawie, że ślub
konkordatowy zmusza małżonków do jednoznacznego
określenia swojego wyznania i światopoglądu – co leży
w jawnej sprzeczności z Konstytucją RP – już nawet nie
ma sensu dłużej się rozpisywać.

W kolejnych artykułach konkordat jest zadziwiająco
konsekwentny. Kiedy już bowiem dochodzi do tzw. prawa
pokropku, to na świat przychodzą dzieci, rosną i idą
do przedszkola, a później do szkoły. I tu właśnie
pierwszy raz dotyka je umowa z Watykańczykami, bowiem
art. 12 stanowi:

„Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania
dzieci oraz zasadę tolerancji, Państwo gwarantuje, że
szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz
przedszkola (...) organizują zgodnie z wolą
zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć
szkolnych (...). W sprawach treści nauczania i
wychowania religijnego nauczyciele podlegają przepisom
i zarządzeniom kościelnym (...)”.

To fragment jednego z najbardziej kontrowersyjnych
zapisów konkordatu. Sankcjonuje on religijne
indoktrynowanie dzieci i młodzieży w placówkach
oświatowych, które z założeń konstytucyjnych zapisów
mają być neutralne światopoglądowo. W tym kontekście
eufemistyczny zapis „zgodnie z wolą zainteresowanych”
oznacza, że owymi zainteresowanymi są funkcjonariusze
Watykanu. Zwłaszcza w niewielkich miejscowościach
presja kleru katolickiego (i sklerykalizowanych gron
pedagogicznych) jest bowiem tak duża, że rodzicom i
dzieciom nie pozostawia się praktycznie żadnego
wyboru. Odmowa uczestniczenia w religijnej
indoktrynacji nazywanej katechezą jest równoznaczna z
zatrważającym ostracyzmem „niepokornych”, dokonywanym
także przez lokalną społeczność, i gorszymi ocenami z
innych przedmiotów. Jednak problem ten dotyczy także
wielkich aglomeracji. Na łamach „FiM” opisywaliśmy
wiele podobnych, pożałowania godnych, przypadków
rozgrywających się np. w Warszawie, Krakowie, Łodzi...

Równie niebezpieczne jest zdanie, które mówi o tym, że
w zakresie treści nauczania i sposobie wychowania
religijnego katecheta podlega wyłącznie władzom Krk. W
ten sposób niepodległy kraj oddał część swojego
niezbywalnego (jak by się mogło wydawać) prawa do
kształtowania przyszłych pokoleń. Przecież nikt w tym
momencie nie może zaprzeczyć, że w ustach nauczycieli
religii takie fundamentalne pojęcia demokracji, jak
wolność światopoglądu, wyznania, wolność seksualna i
wolność sumienia brzmią jak największe herezje i
grzechy śmiertelne. Innymi słowy, Polska – w myśl tego
punktu lennej umowy – przestała być państwem
światopoglądowo neutralnym i świeckim. Przeciwnie!
Jasno określiła się jako państwo wyznaniowe stojące po
stronie „jedynie słusznej” doktryny religijnej.

Mówi o tym na przykład art. 13:

„Dzieciom i młodzieży katolickiej przebywającym na
koloniach i obozach oraz korzystającym z innych form
zbiorowego wypoczynku zapewnia się możliwość
wykonywania praktyk religijnych, a w szczególności
uczestniczenie we Mszy św. (...)”.

Czarno na białym widzimy tu, że państwo polskie
stworzyło dwie kategorie obywateli: lepszych i
gorsz
    • Gość: informator cd IP: 130.94.107.* 30.07.03, 00:58
      Dzieciom i młodzieży katolickiej przebywającym na
      koloniach i obozach oraz korzystającym z innych form
      zbiorowego wypoczynku zapewnia się możliwość wykonywania
      praktyk religijnych, a w szczególności uczestniczenie we
      Mszy św. (...)”.

      Czarno na białym widzimy tu, że państwo polskie
      stworzyło dwie kategorie obywateli: lepszych i gorszych.
      Ci lepsi („dzieci i młodzież katolicka”wink mają prawo do
      praktyk, a gorsi, np. świadkowie Jehowy, prawosławni,
      żydzi, zielonoświątkowcy, adwentyści – już takiego prawa
      nie mają. Poza tym uwidacznia się w takim zapisie
      ograniczenie już nie tylko roli państwa, ale i rodziców.
      Oto bowiem będąca na kolonii siedmioletnia Zosia z
      rodziny np. ateistycznej będzie musiała (czy chce, czy
      nie) pójść w niedzielę do kościoła razem ze swoją grupą
      rówieśników i wychowawczynią. Przecież nie istnieje
      prawo pozostawiające wolny wybór tak małemu dziecku.
      Taki wybór należałby ewentualnie do rodziców, ale tych
      akurat nie ma w pobliżu – w momencie, gdy ich pociecha
      zmuszana jest do nauki pacierza, żegnania się i
      pokornego klęczenia w nawie świątyni.

      Dzieci jednak w końcu dorastają i idą na studia. Tu też
      już na nich czeka z otwartymi rękami Krk. Art. 15, punkt
      1:

      „RP gwarantuje Kościołowi katolickiemu prawo do
      swobodnego zakładania i prowadzenia szkół wyższych
      (...)".

      Art. 15 punkt 3: „crying...) papieska Akademia Teologiczna i
      Katolicki Uniwersytet Lubelski dotowane są przez
      państwo. Państwo rozważy także udzielenie pomocy
      finansowej odrębnym wydziałom" (innym uczelniom
      katolickim – przyp. MS).

      W myśl tych postanowień konkordatu coraz większy
      kawałek „tortu” o nazwie polskie szkolnictwo wyższe
      będzie sukcesywnie stawał się (i staje się na naszych
      oczach!) udziałem Krk. Kolejne uniwersytety uruchamiają
      kolejne wydziały teologii katolickiej. Poza tym, Polska
      godzi się bez zastrzeżeń na (niecytowany tu z braku
      miejsca punkt 2 art. 15) uznawanie tytułów naukowych
      (np. doktorów i profesorów) nadawanych przez uczelnie
      kościelne. Krk dostał od Polski, co chciał, a nawet
      więcej. Zupełnie przeciwnie niż np. Bawaria, która w
      podobnym punkcie konkordatu stanęła okoniem i w roku
      1966 zawarowała zapis, że to tylko państwo ma prawo
      nadań naukowych tytułów. No cóż... Polska to jednak nie
      Bawaria...

      Jednak spora część dorastającej młodzieży na studia nie
      pójdzie i tym poletkiem Krk też musi się zająć.

      Art. 16 konkordatu stanowi:

      „Opiekę duszpasterską nad żołnierzami wyznania
      katolickiego w służbie czynnej i zawodowej sprawuje
      (...) Biskup Polowy (...). Żołnierzom, o których mowa,
      zapewnia się możliwość swobodnego uczestniczenia we Mszy
      św. (...)”.

      Kapelani wojskowi zajęli miejsce dawnych oficerów
      politycznych, z tym, że ich liczba wzrosła prawie
      sześciokrotnie (w stosunku do tzw. politruków). Cały
      ordynariat polowy, łącznie z budową kościołów i kaplic,
      finansowany jest oczywiście z budżetu państwa, jednak
      nie to jest najistotniejsze. Otóż żołnierze służby
      zasadniczej (bezwyznaniowcy lub wyznawcy innych
      religii), jeśli chcą mieć choć trochę spokoju od
      biegania przez pół dnia w maskach gazowych, oraz
      oficerowie myślący o jakimkolwiek awansie – wolą dla
      świętego spokoju pójść na niedzielną mszę. Zawsze to
      przecież lepiej stać sobie w chłodnej nawie, niż
      sprzątać rejony; zawsze lepiej mieć nadzieję na awans,
      niż raz na zawsze ją pogrzebać.

      Konkordat z 1993 roku pozwolił na wdzieranie się
      Kościoła w każdą formę aktywności państwa: po pierwsze –
      aby indoktrynować, po drugie – aby wydzierać kasę, skąd
      się tylko da. Asumptem do tego jest na przykład art. 17:

      „Rzeczpospolita Polska zapewnia warunki do wykonywania
      praktyk religijnych i korzystania z posług religijnych
      osobom przebywającym w zakładach penitencjarnych,
      wychowawczych, resocjalizacyjnych oraz opieki zdrowotnej
      i społecznej, a także w innych zakładach i placówkach
      tego rodzaju (...). Dla realizacji uprawnień, o których
      mowa, biskup diecezjalny skieruje kapelanów, z którymi
      odpowiednia instytucja zawrze stosowną umowę”.
      Zapis ten z punktu widzenia merkantylnego można
      interpretować jedynie tak: co roku studia i wydziały
      teologii opuszcza dywizja oddanych Kościołowi ludzi i
      trzeba coś z nimi zrobić. W końcu kościoły, plebanie i
      biura doradztwa przyparafialnego mają ograniczoną
      pojemność i zdolność wchłaniania, ale... placówki
      państwowe takiego ograniczenia praktycznie nie mają. To
      nic, że np. w szpitalach brak pieniędzy na leki i pensje
      dla personelu medycznego, to nic, że stawka żywieniowa
      ciężko chorych ludzi leżących w szpitalach nie
      przekracza 7 złotych... Wszystko furda... państwo
      zobowiązało się (i dotrzymało słowa) wziąć na garnuszek
      tysiące wątpliwych pocieszycieli dusz. Czy ktoś słyszał
      kiedyś, aby dla szpitalnych kapelanów zabrakło pieniędzy
      na wypłatę? Nie... to by było nie do pomyślenia.

      Jednak, żeby naprawdę rządzić, trzeba mieć w ręku media –
      ową czwartą, a tak naprawdę pierwszą i najważniejszą
      władzę we współczesnym świecie. Jak trzeba, to proszę
      bardzo... Art. 20 konkordatu brzmi:

      „Kościół katolicki ma prawo swobodnego drukowania,
      wydawania i rozpowszechniania wszelkich publikacji
      związanych z jego posłannictwem (...) i ma prawo
      posiadania i używania własnych środków społecznego
      przekazu, a także (UWAGA!) do emitowania programów w
      publicznej radiofonii i telewizji (...)”.

      Zapis ten wskazuje jednoznacznie, jak rażąco
      faworyzowany jest Kościół rzymski względem innych
      kościołów, które takiego przywileju z pewnością nigdy
      nie otrzymają. Na przykład prawosławni i
      zielonoświątkowcy mogą na zawsze zapomnieć o choćby
      jednej na miesiąc audycji w publicznej telewizji. Za to
      zmuszani są (oni i choćby ateiści) do oglądania
      rozmaitych „Ziaren”, „Aniołów Pańskich” i rocznicowych
      obchodów z udziałem koryfeuszy w ociekających złotem
      ornatach. Co więcej, te same osoby, chociaż nie chcą
      mieć nic wspólnego z Krk, mają obowiązek płacić
      comiesięczny abonament telewizyjny, czyli finansować tę
      hucpę. Na szczęście – zawsze można wyłączyć telewizor. W
      naiwności swojej Polska Rada Ekumeniczna w oświadczeniu
      skierowanym do rządu RP 15 lutego 1995 roku wyraziła
      nadzieję, że przywilej prezentowania się w telewizji
      publicznej stanie się także udziałem innych Kościołów.
      Osiem lat PRE czeka na odpowiedź w sprawie owego
      memorandum... i jeszcze zapewne „trochę” poczeka, a my,
      nie czekając, idźmy dalej...

      Weźmy na warsztat choćby taki niewinnie brzmiący art. 24:

      „Kościół ma prawo do budowy, rozbudowy i konserwacji
      obiektów sakralnych, kościelnych oraz cmentarzy –
      zgodnie z prawem polskim”.

      Na razie wszystko wydaje się lege artis, ale już od
      następnego zdania jeży się włos na głowie:

      „O potrzebie budowy świątyń i o założeniu cmentarzy
      decyduje biskup diecezjalny lub inny właściwy
      ordynariusz (...)”.

      Jeśli ktokolwiek jeszcze raz zapyta, jakim to cudem
      gminy, miasta i samo państwo oddają za pół darmo
      najlepsze działki pod budowę kolejnych katolickich
      świątyń pychy, powinien za karę nauczyć się całego
      konkordatu na pamięć. Przecież właśnie w zgodzie z tym
      artykułem powstał Licheń, „Boże Miłosierdzie” i setki
      innych obiektów, a niedługo powstanie „Opatrzność Boża”
      oraz tysiące innych miejsc poboru „kościelnego podatku”.

      ¤ ¤ ¤

      W powyższym – jakże skrótowym – komentarzu do konkordatu
      staraliśmy się wykazać, że państwo polskie
      przekazało „za bezdurno” znaczną część swoich
      kompetencji, uprawnień i – co najważniejsze – środków na
      usługi innego państwa. Ale przecież spolegliwi wobec
      Watykanu polscy sygnatariusze tej haniebnej umowy mogli
      coś przeoczyć, czegoś nie d
      • sceptyk Skaczesz jak pchla miedzy IP adresami 30.07.03, 01:08
        Jak Ci sie konkordat nie podoba, to zaloz partie polityczna, wygraj wybory,
        obejmij rzady i uniewaznij te umowe miedzynarodowa. Zamiast przepisywac jakies
        tam artykuly. A ponadto - nie pie...l.
        • Gość: INFORMATOR KLERYKAL NIE LUBI PRAWDY JAK KOMUNISTA IP: *.gen.twtelecom.net 30.07.03, 01:19
          cOZ ZA PODOBIENSTWO ! W KONCU UBECJA MIALA SWOJ WZORZEC
          W KK.
          • sceptyk Napisz jeszcze cos. Pod innym nickiem. /nt 30.07.03, 01:23
            • Gość: INFORMATOR KLERYKAL UNIKA NIEWYGODNYCH TEMATOW IP: 130.94.106.* 30.07.03, 01:27
              • sceptyk Re: KLERYKAL UNIKA NIEWYGODNYCH TEMATOW 30.07.03, 01:30
                A nade wszystko nie daje sie wciagnac w dyskusje malym, tchorzliwym cwaniaczkom.
                • Gość: INFORMATOR klerykal to zarozumialy glupek IP: 168.143.113.* 30.07.03, 01:32
    • Gość: Krzys52 Septyk to zakonny Pedofilny Jezusek IP: *.proxy.aol.com 30.07.03, 04:16
      dobrze wiec sie stalo, ze nie traciles czasu na te Gnide. On broni interesu
      swojej firmy a jak Ci wiadomo miliony ludzi zostaly wyrznietych tylko dlatego,
      ze stali na drodze tej firmy. Przy nich slowa nie znacza dla koscielnych
      kompletnie nic - zeby nie wiem jak podlymi klamstwami byly.
      .
      K.P.
      • sceptyk Ma Pan racje, Krzysztofie. Cos z tym septykiem, 30.07.03, 11:36
        gnida jedna, trzeba zrobic. Zabiera glos na kazdy temat, madrzy sie bez sensu i
        do dyskusji nic nie wnosi. Ma Pan moze jaki pomysl?

        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=13&w=7157283&a=7181783
        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=13&w=7157283&a=7181720
        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=13&w=7164865&a=7181651
        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=13&w=7023645&a=7181582
        www1.gazeta.pl/forum/794674,30353,794652.html?f=13&w=7128295&a=7156830
        • Gość: Informator sceptyka nalezy olewac - jasne i proste IP: *.gen.twtelecom.net 30.07.03, 15:18
    • Gość: miłka Re: 10 LAT - OKRAGLA ROCZNICA IP: *.chello.pl 30.07.03, 17:17
      Nic dziwnego, że od dziesięciu lat mam wrażenie, że żyję w państwie wyznaniowym.
Pełna wersja