haszszachmat
16.01.08, 10:44
że NIE NALEŻY odbrązowiać historii Polski
pisanej nam w warunkach klatki okupacji sowieckiej
zwanej "wyzwoleniem"
przez K.Kirstein, H.Michnik,...
NA POKRACZNY sposób przez ich przyjaciela J.Grossa?
Po to Trybynał Konstytucyjny zamknął archiwa?
Dlatego od lat pod każdym pretekstem w imię wolności słowa
i pluralizmu niszczy się Radio Maryja?
Atakuje Strzembosza, A. Szczęśniaka, Jerzego Roberta Nowaka,
Dudka, Musiała, Chodakiewicza...
a wynosi pod niebiosa i nagradza Kirstein. Michnik, Grossa,
Marzyńskiego, Kosińskiego...
Śmierć dr. Andrzeja Leszka Szcześniaka to duża strata dla polskiego
życia historycznego, jak i dla wszystkich środowisk patriotycznych.
Przedwcześnie odszedł od nas nie tylko nieugięty historyk,
bezustannie drążący prawdę o dziejach, likwidujący tak liczne "białe
plamy", ale i wielce zaangażowany patriotyczny działacz społeczny,
protestujący przeciwko "grubokreskowym" zacieraniom
odpowiedzialności starej nomenklatury i rabunkowi polskiej
gospodarki. Drogi wszystkim myślącym i czującym po polsku
niezmordowany prelegent, objeżdżający Polskę z wykładami na temat
dzisiejszych zagrożeń dla Rzeczypospolitej i potencjalnych dróg
naprawy.
Spory wokół obrazu dziejów Polski
Miałem zaszczyt przyjaźnić się z dr. Andrzejem Leszkiem
Szcześniakiem przez ponad dwa dziesięciolecia. Bardzo szybko
nawiązaliśmy świetną "bojową" współpracę w walce o prawdę na temat
dziejów Polski. Doktor Szcześniak przez wiele lat, do początku
obecnej dekady, z ramienia ministerstwa edukacji zajmował się
pracami tzw. komisji podręcznikowych, mających uzgadniać z
naukowcami z różnych krajów - na zasadzie wzajemności - zestawy
informacji faktograficznych o dziejach Polski, zawarte w
zagranicznych podręcznikach. Przyciągnął mnie do pracy w tej
dziedzinie w paru kolejnych komisjach - kierowałem ze strony
polskiej pracami komisji polsko-węgierskiej w sprawie treści
podręczników, później polsko-austriackiej, a raz polsko-angielskiej
w Cambridge, mając za partnera z angielskiej strony naszego
przyjaciela - Walijczyka prof. Normana Daviesa.
Doktor Szcześniak nie ograniczał się do ściągnięcia specjalistów
spoza ministerstwa edukacji do komisji podręcznikowych, sam w nich
niezwykle aktywnie i żarliwie uczestniczył, całym sercem broniąc
polskich racji, broniąc prawdy o Polsce. Szczególnie widoczne było
to w trakcie bardzo trudnych nieraz posiedzeń polsko-węgierskiej
komisji podręcznikowej. Ktoś może się zdumiewać, dlaczego tak trudne
było uzgadnianie czegokolwiek o historii właśnie z węgierskimi
bratankami, z którymi tak wiele nas łączyło w dziejach. Rzecz w tym,
że z węgierskiej strony na czele komisji podręcznikowej stał
zatwardziały dogmatyk i cichy przeciwnik Polski, partyjny naukowiec-
politruk żydowskiego pochodzenia dr M. Unger. Spraw spornych było aż
nadto, gdyż podręczniki węgierskie w większości roiły się od
antypolskich przekłamań, głównie zapożyczonych z książek sowieckich
i niemieckich. Jeden z doskonale znających Węgry mych przyjaciół
hungarystów stwierdził kiedyś, że na Węgrzech deformacje obrazu
Polski wywodzą się głównie z dwóch źródeł: z serwilizmu wobec Rosjan
i z germanofilskich tradycji zapatrzenia na Niemcy, szczególnie
silnych w żydowskich środowiskach naukowych na Węgrzech (w
Budapeszcie mieszka bardzo wpływowa mniejszość żydowska licząca ok.
100 tysięcy osób).
Ciągle musieliśmy z dr. Szcześniakiem protestować przeciwko
funkcjonującym w przeróżnych podręcznikach zapożyczonym od Sowietów
stwierdzeniom na temat rzekomych wyjątkowych okrucieństw "polskich
panów" - magnatów i szlachty. Zapytywaliśmy, dlaczego węgierskie
podręczniki tak hojnie szafują określeniami "Lengyel pánok" (polscy
panowie), a jakoś dziwnie pomijają o wiele bezwzględniejszych
niemieckich junkrów i rosyjskich bojarów. Zdumiewaliśmy się, że na
Węgrzech w podręcznikach tak bardzo przemilcza się zasługi wielkich
Węgrów w budowaniu polsko-węgierskiej przyjaźni. Pytaliśmy, czemu
tak negatywnie omawiano tam postać wielkiego króla Polski,
siedmiogrodzkiego księcia Stefana Batorego: czy tylko dlatego
że "niepoprawnie politycznie" walczył z rosyjskim carem Iwanem
Groźnym? Dziwiliśmy się, że w podręcznikach węgierskich powszechnie
milczano o kulturotwórczej roli Stefana Batorego, z której Węgrzy
mogli być tylko dumni (np. z założenia uniwersytetu w Wilnie).
Dziwiliśmy się, że na Węgrzech w podręcznikach przemilcza się rolę
królowej Jadwigi czy świętej Kingi. Oburzaliśmy się na ciągłe
zafałszowanie i skrajne pomniejszenie roli Polskiego Państwa
Podziemnego w czasie drugiej wojny światowej czy Powstania
Warszawskiego (pisano o nim dużo rzadziej niż o trwającym parę dni,
ale "postępowym" powstaniu w Pradze Czeskiej w 1945 r.). Doktor
Szcześniak był wprost nieoceniony w starciach polemicznych z Ungerem
i niektórymi innymi dogmatykami ze strony węgierskiej. Zasypywał ich
w dyskusjach o polskiej martyrologii danymi z książek niemieckich,
NRD-owskich i zachodnioniemieckich (znał doskonale ten język).
Wychodziło na to, że nawet Niemcy niekiedy w większym stopniu
informują o polskiej martyrologii i heroizmie niż
węgierscy "bratankowie" (oczywiście tacy jak Unger). Pod naporem
ataków dr. Szcześniaka biedny Unger i jego komilitoni musieli się
bezradnie wycofywać.
Swoją drogą, rzeczą paradoksalną było to, że rozmowy ze stroną
węgierską w sprawie ujednolicania treści podręczników do historii
były niejednokrotnie bez porównania trudniejsze niż podobne rozmowy
ze stroną austriacką (!). A już prawdziwą ucztą intelektualną były
dyskusje na temat podręczników ze stroną angielską w Cambridge,
kierowaną przez prof. Normana Daviesa. Słynny Walijczyk całkowicie
podzielał bowiem ogromną część naszych zastrzeżeń do angielskich
podręczników. Zarzucaliśmy niektórym z nich korzystanie z fatalnych
pseudoopracowań o lewicowym nastawieniu. Pamiętam, jak dr Szcześniak
wydrwiwał przy prof. Davisie banialuki powstałego w początkach lat
80. angielskiego podręcznika historii. Twierdzono w nim, iż główne
problemy polskiego rolnictwa wynikają z tego, że Polacy... nie
przeprowadzili dotąd kolektywizacji swego rolnictwa!
Zakochany w dziejach Polski
Doktor Andrzej Leszek Szcześniak był po prostu zakochany bez reszty
w dziejach Polski. Ileż to razy słyszałem, jak cytował zdanie
słynnego poety Jana Lechonia o polskiej historii: "Czyż są dzieje
piękniejsze niż nasze?". To zauroczenie naszymi dziejami wyrażało
się u niego przy każdej okazji, nawet w najtrudniejszych czasach PRL-
owskich zakłamań. Jakże wymowna pod tym względem jest gorąca pasja i
wzruszenie, z jakim pisał w wydanym w latach 70., jeszcze w PRL-u,
swym pierwszym podręczniku na temat wojny obronnej Polski przeciwko
Niemcom nazistowskim w 1939 r. Ileż tam przejmujących opisów
ówczesnych polskich Termopil, polskiego heroizmu. Powstało to
wszystko w czasach, gdy dominowało pomniejszanie narodowych dziejów.
Szcześniak już wtedy pisał "pod prąd", oddany swej wizji pięknych,
niedocenionych dziejów polskiego Narodu.
Nagonka w czasach Jaruzelskiego
W styczniu 1982 roku dr Andrzej Szcześniak złożył do wydawnictwa
podręcznik szkolny, tak odważny i niesztampowy, że musiał wywołać
burzę w czasach kolejnych prób zagłuszania prawdy. Największą
irytację wśród różnych czynników oficjalnych wzbudziły dążenia dr.
Szcześniaka do usuwania tzw. białych plam wokół najbardziej nawet
drażliwych spraw w stosunkach polsko-sowieckich.
Jego podręcznik wzbudził tyle zastrzeżeń i kontrowersji w oczach
przedstawicieli różnych instancji, że opiniowało go aż 12
recenzentów. Mógł w końcu ukazać się w formie książkowej dopiero w
sierpniu 1984 r., a więc ponad dwa i pół roku od złożenia
maszynopisu. Był to swoisty smutny rekord w dziejach podręczników.
Perypetie podręcznika wcale się na tym nie zakończyły. Wręcz
przeciwnie, po jego wydaniu doszło do prawdziw