qwardian
07.02.08, 17:53
Kiedy przyjechałem do RPA na początku lat 80-tych, do tego kraju
napłynęła pierwsza fala białych emigrantów z Zimbabwe. Znałem kilku
z nich. Wszyscy byli zgodni, że za Jana Smitha Rhodesia miała wyższy
standard życiowy niż RPA i tyczyło się to wszystkich warstw
społecznych. W rękach socjalisty Mugabe, po wydaleniu białych,
nacjonalizacji i "reformie" rolnej rezultaty przedstawiają się
następująco:
W Zimbabwe kryzys trwa już od dobrych kilku lat, ale w tym roku
osiągnął ogromne rozmiary. Tamtejsze biuro statystyczne przestało
publikować dane na temat inflacji. Oficjalne źródła podają, że jest
ona na poziomie około 4,5 tys. proc. Niezależni eksperci szacują ją
jednak nawet na kilkanaście tysięcy procent, a Międzynarodowy
Fundusz Walutowy obawia się, że jak tak dalej pójdzie, to wzrost cen
pod koniec roku może przekroczyć 100 tys. proc.!
Na półkach sklepowych brakuje towarów, a jeśli jakieś są, to nikogo
na nie nie stać. Produkcja i import po prostu przestały się opłacać.
Władze aresztowały już ponad 7 tys. osób, m.in. sprzedawców
sklepowych czy kierowców autobusów, którzy nie zastosowali się do
rządowej decyzji o obniżce cen o połowę. Bezrobocie sięga 80 proc.
Czterech na pięciu mieszkańców Zimbabwe żyje poniżej granicy
ubóstwa. Krajowi grozi głód. Zimbabwe podobnie jak Korea Północna
jest teraz uzależnione od pomocy humanitarnej. MFW szacuje, że
gospodarka Zimbabwe skurczy się w tym roku o prawie 6 proc.
Prezydent Zimbabwe Robert Mugabe za kryzys wini suszę oraz
społeczność międzynarodową, która nałożyła na jego reżim sankcje
gospodarcze. Jego przeciwnicy wskazują jednak jako zaczątek kryzysu
rządowe reformy rolne, które doprowadziły do odebrania białym
farmerom ich gospodarstw rolnych i przekazania ich czarnym
mieszkańcom Zimbabwe. To wpłynęło na zmniejszenie produkcji i
powstanie niedoborów żywności.
Źródło: Gazeta Wyborcza