qwardian
09.02.08, 21:15
DARWINIZM W OPAŁACH
Pytanie o własne pochodzenie zawsze było dla rodzaju ludzkiego
fascynujące. Naukową odpowiedź, wydawać by się mogło,
rozstrzygająca, dał w połowie XIX w. Charles Darwin. Jej istotą był
mechanizm ewolucji, czyli powolnych, stopniowych, tym nie mniej
jednak, ciągłych zmian form życia. Teoria ta do dziś jest
dominującą.
Wydawać by się mogło, że droga tej dominującej teorii powinna być
prosta – w toku zbierania materiałów empirycznych powinna mieć coraz
solidniejsze podstawy, a wraz z rozwojem narzędzi teoretycznych, jej
elementy powinny być cyzelowane. Krótko mówiąc, teoria miała być
coraz lepsza. Tymczasem, w tym przypadku, jest odwrotnie - im dalej,
tym gorzej. Wątpliwości jest coraz więcej.
Na samym początku, wszystko zapowiadało się bardzo dobrze. Wiadomo
było, że dowodów na słuszność ewolucjonizmu należy szukać w
przeszłości, a dokładniej, w skamielinach, których nigdy nie
brakowało. Zakute w skałach miały czekać na odkrycie i
uporządkowanie, ku chwale darwinowskiej teorii. Sam Darwin do tego
stopnia nie miał wątpliwości, że wygłosił dość ryzykowne
twierdzenie: “Jeżeli ktoś odrzuci moje poglądy na podstawie dowodów
geologicznych, to w sposób uprawniony odrzuci całą moją teorię”. No
i wykrakał! Od tego czasu minęło prawie półtora wieku, w którym to
czasie odkryto miliardy skamielin. Około sto milionów z nich trafiło
do muzeów całego świata. Niestety, ten aż nadto obfity materiał, nie
zapełnił dziur w zapisie geologicznym. Zamiast upragnionego obrazu
prostoliniowej, stopniowej, ciągłej ewolucji są nagłe skoki,
zygzaki, oscylacje, rzadko widać niewielką akumulację zmian.
Eksplozja kambryjska
Szczególnie zagadkowy jest okres kambryjski ery paleozoicznej, czyli
czasy 500-600 milionów lat temu. Tam zieje dziura w zapisie
geologicznym . Prawie wcale nie znaleziono skamielin
wielokomórkowców sprzed tego okresu. I nagle, w ciągu 10 mln. lat,
co jest okresem bardzo krótkim w geologii, życie na Ziemi nagle
zakwitło. Pojawiły się złożone formy życia. Przede wszystkim,
morskie bezkręgowce, wśród, których najliczniejsze były trylobity.
Miały one wieloczłonowe czułki, czyli dość skomplikowane oczka.
Nagle zjawiły się także: archeocjaty, otwornice, promienice,
głowonogi, małże, ślimaki i ramienionogi.
Szczególnie ważny jest fakt, że wszystkie te żyjątka pojawiły się
mimo braku śladów po swoich przodkach. Jakby “ spadły z sufitu”. A
przecież dla teorii zakładającej stopniową, ciągłą ewolucję, właśnie
formy przejściowe mają kluczowe znaczenie. To, że pojawia się nagle
jakiś nowy gatunek, jak np. kręgowce (ryby), jest ważne, ale
znacznie ważniejsze jest pokazanie z jakich wcześniejszych form
gatunek ten wyewoluował. Ryby też jakby “urwały się z choinki”. Ich
pojawienie poprzedzają bogate zbiory skamielin z całych dziesiątek
milionów lat – i znów, bez śladu przodków. Część gatunków pojawiła
się nagle i nagle zniknęła.
Łańcuch ewolucji jest porwany. Brak jest połączeń, obrazowanych
skamielinami, w tych miejscach, gdzie to jest najbardziej potrzebne.
I nie ma wytłumaczenia, że z tych okresów nie zachowały się
skamieliny. Wręcz odwrotnie, zachowało się ich bardzo dużo.
Wygląda na to, że do wyjaśnienia tych zjawisk geologia potrzebuje
odkryć jakiś mechanizm, bo z pewnością mechanizm ewolucji tu
zawodzi.
Darwinowska “czarna skrzynka”
Mechanizm ewolucji zawodzi także na innym polu, które można by
nazwać Lilipucim. Przez ostatnie pięćdziesiąt lat dokonał się
olbrzymi postęp w biochemii. Pod mikroskopem, na poziomie
molekularnym wyjaśnia się wiele zjawisk nie wyjaśnialnych przy
pomocy dotychczasowych perspektyw i metod .Poziom wiedzy jest tak
duży, że na miejscu jest postawienie pytania, czy przypadkiem nie
wiemy czegoś więcej na temat źródeł życia. A szczególnie, czy nowe
odkrycia popierają bezwarunkowo teorię ewolucji. Sam Darwin jakby do
tego zapraszał, stwierdzając: “jeżeli okaże się, że istnieje jakiś
złożony organizm, który nie mógł być uformowany drogą wielokrotnych,
niewielkich modyfikacji, moja teoria absolutnie się załamie”.
Problem ten podjął biochemik, Michael J. Behe w wydanej w 1996 r.
książce pt. “Darwin’s Black Box”. Tytuł wziął się stąd, że w czasach
Darwina zjawiska na poziomie komórkowym były słabo zbadane.
Cóż się okazało, gdy zeszło się z poziomu całych organizmów, czy
poziomu anatomicznego, na mikropoziom? Behe stwierdza, że są systemy
o “nieredukowalnej złożoności”. Składają się one z szeregu dobrze
dopasowanych współdziałających ze sobą części, które
współprzyczyniają się do jakiejś podstawowej funkcji. Usunięcie
jakiejkolwiek części musi prowadzić do zaprzestania efektywnego
funkcjonowania sytemu. Jako prosty przykład podaje Behe pułapkę na
myszy składającą się z kilku prostych części. Wystarczy, że
zabraknie którejś z nich, by całość była bezużyteczna. Nie da się
też podać czegoś, co byłoby protoplastą tego prostego urządzenia.
Jednak koronny przykład znajduje się na poziomie bakterii. Chodzi
o “flagellum”, jakby miniaturowy, molekularny silniczek pracujący z
prędkością 20 000 obrotów na minutę. Dzięki niemu niektóre bakterie
mogą poruszać się w środowisku wodnym. Ten mikroskopijny mechanizm
pływający nie mógł wykształcić się na drodze ewolucji.
Wyjaśnianie ewolucjonistyczne ma to do siebie, że wyjaśnia systemy
już funkcjonujące. Można pokazywać jak one powstały poprzez
stopniowe, kumulujące się zmiany. Natomiast opisywany system nie da
się stworzyć poprzez małe, stopniowe zmiany jakiegoś protoplasty.
Przodek musiałby nie mieć jakiejś części, a to na mocy definicji, w
ogóle nie pozwalałoby na funkcjonowanie. Tu nie ma miejsca na formy
pośrednie, na przekształcenia. System o “nieredukowalnej złożoności”
musi zaistnieć od razu, albo nie będzie istniał wcale.
Nauka dostarcza coraz więcej przykładów systemów o “nieredukowalnej
złożoności”. Dowodzi to, że pewna część przyrody nie daje się
zrozumieć przy pomocy paradygmatu ewolucjonistycznego. Wszystko
wskazuje na to, że jest ona owocem czyjegoś “inteligentnego
projektu” (“Intelligent Design”

.
William A.Dembski
Po paleontologach i biochemikach do uważnego i krytycznego
przyjrzenia się ewolucjonizmowi dołączyli matematycy. Już w latach
60-ych teoretycy informacji postawili następujący problem: Do
stworzenia życia potrzebna była pewna ilość informacji – czy mogła
ona zgromadzić się, czy rozwinąć na zasadzie przypadku, bez czyjegoś
celowego działania? Odpowiedź brzmiała – nie. Życie na Ziemi musiało
być stworzone.
Matematycy sformułowali problem następująco: Czy od początku
istnienia świata upłynęło wystarczająco dużo czasu, by mogły zajść
wszystkie stopniowe zmiany, które w efekcie doprowadziły do
powstania skomplikowanych narządów, takich jak na przykład, oko?
Czołowym reprezentantem tego nurtu krytycznego stał się człowiek –
instytucja, William A. Dembski. Ma on bardzo gruntowne, rzadko
spotykane wykształcenie: doktoraty z matematyki i filozofii,
magisterium ze statystyki i teologii oraz stopień “bachelora” z
psychologii. Wydał on całą serię książek, od przełomowej, “The
Design Inference: Eliminating Chance Through Small Probabilities” w
1998 r., poprzez “Intelligent Design:The Bridge Between Science and
Theology” w 1999 r., “No Free Lunch: Why Specified Complexity Cannot
be Purchased without Intelligence” w 2002 r., po “The Design
Revolution” wydaną w 2004 r.
Ruch (jeśli sprawę ująć szerzej), a jednocześnie nurt naukowy
nazywany “Intelligent Design”, stawia sobie za cel badanie oznak
inteligencji w systemach biologicznych. Stało się to konieczne, gdyż
ślepe, naturalne prawa przyro