berkowicz2
15.02.08, 01:58
Szklana podłoga rządu Donalda Tuska
Marek Migalski 14-02-2008, ostatnia aktualizacja 14-02-2008 00:52
Dziennikarze, komentatorzy, ale także politycy PO czują już, że nowa
rządowa ekipa nie rozumie mechanizmów funkcjonowania państwa i nie
panuje nad administracją. Ale o tym głośno nie mówią – pisze
politolog z Uniwersytetu Śląskiego
źródło: Rzeczpospolita
+zobacz więcejZadziwia różnica między tym, co słyszy się w czasie
prywatnych rozmów z dziennikarzami, publicystami czy komentatorami i
politykami na temat rządów Platformy Obywatelskiej, a tym, co czyta
się, słucha i widzi w środkach masowego przekazu. W tym pierwszym
przypadku słyszy się ostre oskarżenia o nieudolność i zupełny brak
umiejętności w rządzeniu nowej ekipy. Natomiast w mass mediach obraz
rządu jest raczej, a nawet zdecydowanie, pozytywny. To skutek efektu,
który określiłbym jako szklaną podłogę.
Czy ekipa Tuska sobie nie radzi
Nawiązuje on do zjawiska opisywanego często przez feministki
jako „szklany sufit”. W skrócie, jest to fenomen niemożliwej do
przebicia zapory, ponad którą kobiety nie są zdolne się wznieść. I
dzieje się tak pomimo ich wysokich kwalifikacji, prawnego
równouprawnienia, obowiązujących przepisów.
Dla Platformy najgorsze, co ją może spotkać, to długi okres
bezkarności i niezasłużonej przychylności w mediach
Egzemplifikacją tego zjawiska jest np. to, że kobiety na
analogicznych jak mężczyźni stanowiskach zarabiają mniej, nie
awansują tak szybko, jak ich koledzy, są niedoreprezentowane w
polityce i na odpowiedzialnych stanowiskach. Wszystko niby jest dla
nich otwarte, mogą startować do wszelkich urzędów i godności, domagać
się większego uposażenia, ale jednak w swojej karierze natrafiają na
ów „szklany sufit”. Szklany, bo niewidzialny.
W Polsce od trzech miesięcy mamy do czynienia z innym zjawiskiem –
ze „szklaną podłogą”. Jej istota polega na tym, że liderzy opinii
publicznej – w prywatnych i nieoficjalnych rozmowach – nie
pozostawiają na obecnym rządzie suchej nitki. I to bez względu na
poglądy polityczne.
Dziennikarze, publicyści, komentatorzy, ale także politycy, również z
PO, przyznają, że nowa ekipa nie radzi sobie z procesem rządzenia.
Nie rozumie mechanizmów funkcjonowania państwa, nie ogarnia
biurokracji, nie panuje nad administracją. Jest coraz bardziej
zagubiona w gąszczu krzyżujących się i często mało zrozumiałych
interesów, procesów, interakcji grup i środowisk społecznych i
politycznych. Poszczególni ministrowie nie panują nad powierzonymi im
resortami, nie znają swoich ministerstw.
Coraz częściej w tej wąskiej grupie liderów opinii rozpowszechniane
są informacje o tym, że posiedzenia gabinetu Donalda Tuska nie są
dobrze przygotowane, że nie podejmuje się na nich ważnych decyzji, że
panuje na nich bałagan. Premier jest zasypywany tonami dokumentów,
których nikt nie potrafi segregować i nadawać im odpowiedniej rangi,
skierować do właściwej osoby. Że politycy PO, którzy okazali się
biegli w dziedzinie wygrywania wyborów, nie rozumieją nic z zakresu
menedżmentu wielkimi strukturami państwowymi, nie potrafią ogarnąć
specyfiki pracy w strukturach biurokracji.
Jak Nowak negocjował z Putinem
Nie są w stanie uzupełniać braków samego premiera, który nigdy nie
pracował z tego typu mechanizmami i nie zarządzał wielkimi zespołami
ludzkimi (poza szefowaniem partii). Problemem nie jest sam Donald
Tusk i jego brak doświadczenia w tego typu aktywności, ale to, że
wokół niego nie ma ludzi, którzy byliby mu w tej materii pomocni.
Zmroził mnie widok Sławomira Nowaka na spotkaniu z Putinem w Moskwie,
a potem jego występ w TVN24, kiedy to próbował dyskutować na tematy
polityki wobec Rosji z ministrem Adamem Rotfeldem. Nowak nie był dla
tego ostatniego żadnym partnerem, tak jak nie mógł być pomocny w
negocjacjach z KGB-istami z Kremla.
Ogrywanie Rosjan, walka z nimi o realizację polskich interesów,
prowadzenie polityki zagranicznej naszego kraju to nie to samo, co
mobilizowanie młodzieżówki PO do denerwowania Kaczyńskiego w czasie
debaty wyborczej z Tuskiem, czy kokietowanie Moniki Olejnik w „Kropce
nad i”.
Osoby takie, jak minister Sławomir Nowak, Tomasz Arabski, Rafał
Grupiński czy Adam Łaszyn, są na pewno bardzo pomocne w wygrywaniu
wyborów parlamentarnych, ale na rządzeniu znają się raczej słabo i w
żaden sposób nie mogą się przyczynić się do opanowania jego, to
znaczy rządzenia, instrumentarium.
Dlaczego więc o tym bałaganie i niemocy w zarządzaniu i opanowywaniu
aparatu państwowego nie wiedzą obywatele? Dlaczego jest to tematem
rozmów dla „elity” politycznej kraju, a nie dopuszcza się do tej
wiedzy zwykłych Polaków? To efekt „szklanej podłogi” – na górze jest
to wiedza coraz powszechniejsza i będąca nawet tematem żartów, ale
przeciętnemu Kowalskiemu obecny rząd jest wciąż prezentowany jako
sprawna ekipa profesjonalistów.
Można, co prawda, zadrzeć głowę i samemu poobserwować, ale nie
każdemu się chce i nie każdy też jest zdolny do tego typu refleksji.
Od tego są mass media, żeby adekwatnie do rzeczywistości prezentować
ją swym odbiorcom, by być jak powieść w opinii Stendhala –
zwierciadłem obnoszonym po gościńcach.
Kogo krytykuje się bardziej
Odpowiedź na pytanie, dlaczego wiedza o niedoskonałościach nowego
gabinetu pozostaje wciąż wiedzą sekretną, nie jest łatwa. Duża część
dziennikarzy kibicuje obecnemu rządowi z tego prostego powodu, że
reprezentuje on podobny do nich światopogląd.
Większość żurnalistów jest młoda, dobrze wykształcona, mieszkająca w
dużych miastach, lepiej sytuowana – to naturalny elektorat PO i
trudno się dziwić, że w ostatnich wyborach głosowali na Platformę i
dziś są mniej skorzy do dyskredytowania jej nieudolności w rządzeniu.
Jarosław Kaczyński niepotrzebnie wysila swoją dociekliwość, szukając
powodów nieprzychylności części mediów w ich pochodzeniu, interesach,
niemieckiej zależności.
Nie jestem pensjonarką i wiem, że poszczególne korporacje medialne
mają swoje interesy, że są częścią gry politycznej, ale tłumaczenie
krytycyzmu niektórych z nich krajem pochodzenia kapitału jest
zajęciem jałowym. Już bardziej zasadne jest wskazanie na sympatie
polityczne ich założycieli, ale i to nie tłumaczy, dlaczego znakomita
większość dziennikarzy jest bardziej krytyczna wobec opozycji, a nie
rządu.
Niedawno w jednym dniu padły dwie skandaliczne wypowiedzi na temat
mediów z ust polityków PiS i PO, ale z o wiele większą krytyką
spotkała się wypowiedź Kaczyńskiego na temat RMF niż sugestia Stefana
Niesiołowskiego o ukaraniu „Rzeczpospolitej”. Mimo że ten drugi
polityk jest dziś wicemarszałkiem Sejmu i to w jego kierunku powinno
pójść większe oburzenie mediów – jeśli przyjąć obowiązującą przez
ostatnie dwa lata zasadę, że rząd krytykuje się bardziej.
Kto się naje wstydu
Bez względu na to, jakie są przyczyny występowania w naszym
kraju „szklanej podłogi” (czy są to poglądy dziennikarzy, interesy
ich korporacji, spisek niemiecki, układ polityczno-biznesowy,
nieświadomy elitaryzm środowiskowy itp.), można stwierdzić, że nie
jest to dobre zjawisko.
Jeśli bowiem ukształtuje się taki zwyczaj, że o niedomaganiach i
nieudolności rządów będzie się swobodnie rozmawiać i dyskutować
jedynie w wąskich gronach elity politycznej, to implikować to może
niszczenie demokracji poprzez wprowadzenie jej elitarystycznego
charakteru, poprzez ograniczenie wiedzy zwykłych obywateli o
problemach władzy i rządzenia.
I nawet jeśli tego typu ograniczenia byłyby powodowane szlachetnymi
pobudkami (np. przez niechęć do szkodzenia gabinetowi, który uważa
się za najlepszy dla Polski, poprzez strach przed powrotem do władzy
nielubianych przez siebie polityków itp.), to w efe