pro100
15.03.08, 13:48
Cudze chwalicie, swego nie znacie! Okazuje się, że polskie paszporty, które już teraz, chociaż Traktat Lizboński nie został jeszcze ratyfikowany, opatrzone są nadrukiem „Unia Europejska”, stanowią mroczny przedmiot pożądania ofiar reżymu komunistycznego, które wyprzedziwszy nawet bociany („na Zwiastowanie bocian na gnieździe stanie”

, ciągną do Polski z ciepłych krajów. Tańcuje wokół nich sam prezydent Lech Kaczyński, obdarzając obywatelstwami. Wśród obdarzonych – między innymi Marek Karliner, Dan Karliner i Tal Karliner. Profesor uniwersytetu w Tel Awivie Marek Karliner jest synem zaś panowie Dan i Tal – wnukami Oskara Szyi Karlinera, postaci dla ówczesnych „męczenników reżymu komunistycznego” i „niewinnych ofiar organicznego polskiego antysemityzmu” niewątpliwie reprezentatywnej.
Urodził się w 1907 roku w Drohobyczu, gdzie ukończył gimnazjum. Wstąpiwszy do KPZU, trudnił się szpiegostwem na rzecz ZSRR i za to został skazany na 6 lat przez faszystowsko-sanacyjny sąd antysemickiej Polski. Wkrótce jednak doczekał się nadejścia cudnego raju i za pierwszej okupacji sowieckiej ofiarnie kolaborował w rodzinnym Drohobyczu. Od 1941 do 1944 – w Armii Czerwonej, a potem - w Wojsku Ludowym. Od 1946 roku kieruje prokuraturą wojskową – najpierw w Poznaniu, potem w Krakowie, zaś od roku 1949 jest już zastępcą szefa Najwyższego Sądu Wojskowego. Jest oczywiste, że wobec takiego nawału obowiązków nie ma czasu na studia prawnicze, które kończy podobno („Towarzyszu rektorze, na którym jestem roku? – Na drugim, towarzyszu pułkowniku. – Słabo się staracie, rektorze, słabo...”

dopiero w roku 1952. Ale gdyby nawet ich nie skończył, to przecież instynkt klasowy ma nieomylny, a i dłoń niechybną. Dlatego nie ma prawie ani jednego wyroku śmierci, w którym nie maczałby nieubłaganych palców.
„Odwilż” 1956 roku zastaje go w Generalnej Prokuraturze, ale na skutek raportu „komisji Mazura” badającej niektóre przypadki „błędów i wypaczeń”, spotyka go pierwsze męczeństwo. Dostaje zakaz pracy w wymiarze sprawiedliwości i za karę ląduje na rozpaczliwym stanowisku dyrektora Zespołu Współpracy Międzynarodowej w Biurze Pełnomocnika Rządu ds. Wykorzystania Energii Jądrowej. Ani komu w łeb strzelić, ani nawet paznokcia do zerwania – no co tu dużo mówić: koszmar! Po jedenastu latach – następne męczeństwo. Wyrzucają go z PZPR, a w ramach antysemickiej akcji likwidowania „syjonistycznej piątej kolumny” – również z posady dyrektora jądrowej współpracy z zagranicą.
Tutaj czara goryczy już się przelała, więc Oskar Szyja Karliner przechodzi na rentę wojskową, a uzyskawszy ją – wypędza się wraz z rodziną z Polski do Izraela, gdzie umiera z tęsknoty w roku 1988. Jaka szkoda, bo w przeciwnym razie prezydent Kaczyński jemu też wręczyłby polski paszport w podskokach, wiceparszałek Stefan Niesiołowski uczyniłby z tego „sprawę honoru Polski” i może jakoś byśmy się zrehabilitowali. Niestety okrutny los chciał inaczej i w rezultacie mamy kraj okryty wstydem!
Okryty wstydem – bo takie są nieubłagane wymagania „polityki historycznej”, której ton nadaje minister kultury i dziedzictwa narodowego, pan Zdrojewski, inspirowany przez pana Schetynę. Pod tak światłym kierownictwem tylko patrzeć, jak wreszcie doczekamy się prawdziwej wersji polskiej historii, nad którą pracowali już „maleńcy uczeni”, o których wspomina Stefan Żeromski w „Syzyfowych pracach”.
www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=306
a poza tym michalkiewicz jest beeeeeeeeee i na śniadanie zjada Żyda pieczonego na boczku