hasz0
17.04.08, 15:20
Krzysztof R Robak st szer. Podchorazy VIII Kursu WAM w 1968r
8.02.2008 Moj Marzec No i dozylem 40-tej rocznicy pamietnego Marca.
Hip hip huraaa! Jubel wielki, jak czytam, planowany jest za miesiac
na Uniwersytecie Warszawskim. Stawic sie ma komplet diablow tamtej
epoki: Michniki, Dajczgewandy, Szlajfery. Niemal sie nie udlawilem
wieczorna lampka wina gdy przeczytalem, ze Litynski, ten maly
Izraelita w pieciodioptriowych okularkach, bedzie debatowac w Panelu
I. I to o czym? "Przekraczanie granic. Nasi przyjaciele Slowacy i
Czesi." A ja, to pies?- cos zawylo w srodku. A Janek Rulewski co
wybieral wolnosc w 1965 roku? To ja faktycznie przekroczylem granice
juz w Maju 1968r , zglosilem akces do tworzonej wlasnie, jak
myslalem, brygady miedzynarodowej. Gotow strzelac do interwentow,
ktorzy -tez wiedzialem- niewatpliwie nadejda. No ale jak moglby ow
Litynski strzelac z kalasza w swoich okularkach, moze znow zaplatany
w nocna koszule i szlafmyce, tak jak wtedy gdy faceta odwiedzilem
pozno wieczorem w jego wygodnym mieszkaniu na Mokotowie, rok bedzie
1972. Powiedzialem wowczas naszemu trzeciemu wspoltowarzyszowi
okazyjnych warszawskich dyskusji, Jasiowi Rulewskiemu, ze my,
wojskowi, z facetem co spi w nocnej koszuli i szlafmycy ufac nie
mozemy. I tak zostalo. Facet co prawda byl umowiony ze mna w hotelu
sejmowym, juz w nowej Polsce, gdzies w lutym w 1994r ale nie
poczekal, poszedl sobie. No bo i po co czekac na jakiegos emigranta
na ktorym nic zarobic sie nie da, to nie po zydowsku. Ja bym
poczekal na
kolezke z dawnych szeptanek, ot tak dla dawnej znajomosci. No ale ja
pewnie z innej gliny
lepiony. No a ten drugi heros Marca 68, Michnik. W 1992 napisalem
tekst na
konkurs w jego gazecie, dalem pod tytulem Powrot Syna Marnotrawnego.
Nie puscil mimo, ze
sekretarka Jasia dzwonila i sprawe popychala. Myslalem, ze podpadlem
ze wzgledu na
podsmichujki jakie sobie tam robilem z lokalnego bydgoskiego
czlowieka na topie,
Tokarczuka. Teraz wzialem tekst raz jeszcze do reki i co widza
kaprawe oczka moje? One widza, ze ja sie wysmiewam z zawodowych
zydowskich rewolucjonistow co nie dali mi dojsc nawet do bohatera
chwili z Polski. Sprawa sie dziala na Manhattanie i nie biedni
polscy emigranci tam rzadzili ale panie Grudzinskie i spolka. Tak
wiec nie dla mnie dzis slawa Bohaterow Marca 68, Komandosow
koszernych. Oni juz zawlaszczyli celebracje, juz pewnie licza
srebrniki jakie wlasnie na ich czesc wydal Narodowy Bank Polski.
Kazdy z nich wyniesie zapewne po pelnym ich worku a ty, Polaku,
spie..j! Tym niemniej ja uwazam, ze mam cos w tej sprawie do
powiedzenia. Chcialbym tu zauwazyc, ze gdy pp Michnik, Szlajfer i
ska podpalili lont pod petarda jaka niemalze wysadzila w powietrze
PRL, to przy tym wybuchu osmalilo sobie skrzydelka wielu malych
ludzi, ot takich jak ja, nie przymierzajac. Ludzi bito i relegowano
z uczelni. Nikt sie nie ujal za tymi co nie byli koszerni.
Wspomniany wyzej solidarnosciowiec Rulewski siedzial juz od 1965,
czyli 3.5 lat do amnestii- i to za co? Za to ze odmowil udzialu w
wyborach w 1965r jako podchorazy WAT. Ja wpadlem w szpony aparatu
wieziennego dopiero po Marcu, gdy mnie powrocono na Ojczyzny lono w
kajdankach. Zadnym z nas pies z kulawa noga sie nie zainteresowal.
Moglismy zgnic i nikt by po nas nie plakal. A przeciez to my obaj,
jedyni, podtrzymalismy wowczas honor podchorazych wojskowej uczelni.
Obu sie udalo, wyszlismy w koncu na ludzi placac jednak duza
osobista cene za ten okres walki i ponizen. Co
jednak z ludzmi, ktorym mniej sprzyjal los, ktorzy juz dluzej
studiowac nie mogli bo im ten grzbiet Michnik ze Szlajferem
przetracili wczesniej? Zastanowmy sie dzis i nad nimi, prosze. Jest
jednak fakt jeden, ktory pozwala mi spac dobrze w nocy. Zabawa w
konspiracje mogla sie dla mnie i dla moich kolegow skonczyc naprawde
tragicznie. Zadne wojsko nie lubi tajnych zwiazkow, wojsko w
systemie komunistycznym wypala je goracym zelazem. Ze tak sie nie
stalo, ze udalo sie mi zatrzec tropy idac w zaparte, ze nie wydalem
kolegow mimo psychologicznej gry kapusia pod cela, za to dziekuje
dzis Panu Bogu. Nie zapomne gromadki podchorazych czekajacych jako
swiadkowie pod sala sadowa Sadu Wojskowego na sesji wyjazdowej w
Lodzi. Drzwi sie otworzyly, oni patrza na mnie, siedzacego pod
straza. Ja podnosze palec do ust na znak: nie wydalem! Usmiechy,
odprezenie i radosc w oczach. Jakie dzis ma znaczenie, ze co
poniektory zeznawal w sledztwie jakby obledu dostal? Strach,
szansa dalszego studiowania na kochanej Wojskowej Akademii
Medycznej, byly w takim momencie niczym banka mydlana. I ja to
rozumiem. Umysl ludzki ma cudowna wlasciwosc: pozwala wtloczyc w
glebsze rejony przezyte stressy. I ja juz o tamtych sprawach nie
mysle od lat. Dzis jednak siegnalem po portfel dokumentow sprzed lat
40-tu, pracowicie zgromadzony przez moja matke, prawnika. Czytam oto
moje przemowienie na zebraniu partyjnym VIII Kursu WAM, gdy oddaje
legitymacje partyjna. Cieszy mnie, ze w wieku lat 21 bylem w stanie
napisac tak dojrzale przemowienie. Cieszy mnie tez fakt, ze nie
dalem go sobie wyrwac kanalii, niejakiemu Krystianowi Zolynskiemu
(dzisiaj podobno profesorowi nauk medycznych) a wowczas psu
politruka Tosika, ktory przyszedl mi je odebrac. Musial czekac z
godzine az je sobie przepisze. Z niechecia przegladam akta sprawy,
podania matki, odwolania. Nawet list do towarzysza Generala
Jaruzelskiego , Ministra Obrony Narodowej tam jest, w ktorym
odwoluje sie od wyroku banicji w kamasze, z odmowa podania przyczyn
tak drastycznego kroku. Przykro czytac, ze jego osobisty przyjaciel,
plk dypl Czeslaw Piotrowski i Zastepca Dowodcy WAM do spraw
politycznych, zbesztal mnie jak psa i pogonil ze swego gabinetu
odmownie. Co bylo calkiem w formie, jak przystalo na pozniejszego
czlonka WRONy, kata co nakazal rozstrzelac kopalnie Wujek. Jedna
rzecz mnie cieszy dzisiaj, przywiedle fotografie kolegow sprzed lat.
Oto grono "zbrodniarzy": chlopaki juz wiedza, ze jestem na wylocie.
Zdalem bron i bron sportowa, pobralem sorty ogolnowojskowe. Ostatnie
fotografie razem. Wieczorem sie pozegnam i powiem im, ze do karnej
jednostki w Elblagu nie pojade. Moim celem Praska Wiosna Dubczeka i
sluzba w jej obronie. Nikt z chlopcow mnie nie wydal!
Przeskocze plot i w baluckim wawozie przebiore sie w cywilne lachy.
Stamtad do Nowego Targu gdzie nadam mundur na bagaz. Dalej juz splyw
Dunajcem, skok z tratwy i grzeczne Zegnam szanownych panstwa. Jakis
Slowak radzi mi jak znalezc lokalnego ksiedza. W miedzyczasie dzwoni
po straz graniczna. Oddaje sie w lapy zdradliwych Slowackich
zolnierzy radosny jak dziecko: prosze o azyl, chce sluzyc w
Brygadach Miedzynarodowych w ich obronie a oni pokazuja mi zdjecia
swoich nowych przywodcow. Niestety Husak i Bilak na glownych
pozycjach tamze. I ci mnie szybko wydadza, chociazby na smierc i
nikt sie za mna nie ujmie. No ale to zrozumiem dopiero pozniej.
Pozniej bede tez sluchal z radoscia w lagrze ogolnowojskowym w
Stargardzie Szecinskim , gdy oficerowie polscy tam za zlodziejstwo
wsadzeni, opowiedza jak owych zolnierzy kopniakami pedzili do swego
dowodztwa. Zaden nie strzelal w obronie swojej i kraju. Ja chcialem,
nie dali, mowi sie trudno. Wrocmy do Marca 1968r. W Warszawie
narasta heca rozpetana przez owych komandosow koszernych. Radio
Wolna Europa az pieje, niestety kapus z mego plutonu, niejaki Wos(S
z kreska), przyuwazyl mnie jak slucham Radia Wolna Europa na
sluzbie. Mam juz i tak przerabane u politruka majora Tosika, ktory
stara sie mnie zgnoic a to malymi sprawami jak rzekomo ze to
ja wyrzucilem smiecie na korytarzu, a to ze wokol lozka balagan,
trzeba wszystko rozrzucic i sprawdzic co ten Robak czyta. Koszerni
koledzy, na ogol ci z musztardowkami za okulary i z niewojskowa
postawa, za to bedacy dziecmi pulkownikow ze Sztabu Generaln