Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce

23.09.03, 12:14
Wklejam z "Forum" :
ANDREAS KOSSERT
Po europejskiej rewolucji z roku 1989 wojna w Iraku i związane z nią
niezwykłe koalicje po raz drugi w ciągu niewielu lat mocno wstrząsnęły
stosunkami niemiecko-polskimi. Warszawa należy do nowej Europy Rumsfelda i
przejmuje w tych dniach dowodzenie nad jedną ze stref okupacyjnych w Iraku.
Polska, z zachodniego punktu widzenia robiąca wrażenie niewydolnej, czasem
wręcz zanarchizowanej, awansuje do rangi średniego mocarstwa.
Zachodnioeuropejscy przeciwnicy wojny zareagowali zaskoczeniem, a niekiedy
otwartym oburzeniem. Szczególnie wśród Niemców zapanował niepokój. Niełatwo
zaakceptować, że Polska ma prawo do własnej, samodzielnie obieranej drogi,
nawet takiej, jaka niektórym Niemcom nie odpowiada. Szczególny problem ma z
tym niemiecka lewica, choć - zgodnie z polityczną poprawnością - od czasu do
czasu podkreśla ona wagę więzi niemiecko-polskich.

Kraj nieznany i niemodny

Nieoczekiwanie powrócił temat wypędzenia i wypędzonych: w ubiegłym roku przy
okazji książki Güntera Grassa o zatonięciu statku "Wilhelm Gustloff" z
uciekinierami na pokładzie, a teraz znów w dyskusji o Centrum przeciw
Wypędzeniom, niemieckim albo europejskim, w Berlinie, a może we Wrocławiu. W
Polsce odbyła się debata nad polską winą w mordowaniu żydowskich
współobywateli i nad polskim antysemityzmem, które w sposób jaskrawy
przejawiły się w masakrze w Jedwabnem w 1941 roku.

Tylko czy niemieckie zainteresowanie tymi historycznymi kwestiami jest
równoznaczne z zainteresowaniem Polską? Ten kraj jest dla nas główną sceną
Holocaustu, a zarazem, na swój skomplikowany sposób, dziedzicem dawnych
niemieckich terenów wschodnich. Historyczne obciążenia i powiązania prawie
kompletnie przesłaniają Polskę współczesną. Kosmopolityczna Warszawa, dzięki
swej wiodącej roli na rynkach wschodnioeuropejskich, stała się areną nowego
rozwoju. A tymczasem ponad dwie trzecie berlińczyków nigdy nie było w Polsce.
W całych Niemczech jest ledwo garstka profesorów polonistyki. Polski język i
kultura nie są w modzie, choć tyle samo Europejczyków mówi po polsku, co po
hiszpańsku.

Również historyczne spojrzenie na Polskę jest jednostronne. Znamy powstanie w
getcie warszawskim w 1943 roku. Ale co wiemy o powstaniu ludności Warszawy
przeciwko niemieckiej okupacji w roku 1944? Gdy ktoś szuka w mieście
mieszkania w starym budownictwie, natychmiast zauważa brak ładnych kamienic z
czasów przedwojennych
Kiedy w Niemczech nikomu się jeszcze nie śniło o wielkich nalotach bombowych,
w Polsce, we wrześniu 1939 r., w samej Warszawie pod gradem niemieckich bomb
zginęło 20 tys. ludzi; 10 proc. zabudowy miejskiej uległo zniszczeniu.
Wszędzie na ścianach budynków widać tablice upamiętniające masowe egzekucje.
Polska deportacje i wypędzenia przeżywała od września 1939 roku.
Barbarzyństwa niemieckich i radzieckich reżimów okupacyjnych wykrwawiały
kraj. Do lipca 1944 roku 32 tys. warszawiaków padło ofiarami egzekucji, 45
tys. zmarło w niemieckich obozach śmierci. Latem 1942 roku rozpoczęła się
deportacja 310 tys. warszawskich Żydów z getta do obozu w Treblince, wiosną
1943 roku kolejnych 60 tys. mieszkańców getta posłanych zostało na straszliwą
śmierć. Powstanie z roku 1943 było ostatnim zrywem zdesperowanych przeciw
temu, czego nie mogli powstrzymać.

Tylko popiół i gruz

Na likwidacji getta się nie skończyło: w 1944 roku Warszawa ostatecznie legła
w gruzach. Pragnienie wolności nieżydowskich mieszkańców miasta kosztowało
życie 16 tys. poległych, 150-180 tys. zabitych cywilów, z których 40 tys.
padło ofiarami egzekucji: taki jest bilans powstania z 1944 roku. Niemcy
następnie splądrowali i spalili pozostałości polskiej stolicy, a później
zrównali je z ziemią. W zbiorowej świadomości Niemców nie ma jednak takiej
polskiej miejscowości, jak czeskie Lidice czy francuskie Oradour, która
byłaby symbolem polskich ofiar. W Warszawie w czasie wojny zginęło dwa razy
więcej ludzi niż w całej Francji. W Polsce są setki Oradour i Lidic.
Mordowanie niewinnych cywilów było we Francji i w Czechach raczej wyjątkiem w
niemieckiej polityce okupacyjnej, podczas gdy w Polsce było na porządku
dziennym.

Z tradycyjnym prawicowym antypolonizmem zaczynają konkurować uprzedzenia
lewicowych intelektualistów. Polskę postrzega się głównie pod kątem wrogości
wobec Żydów i katolickiego fundamentalizmu. A z drugiej strony, na krótko
przed przyjęciem Polski do Unii Europejskiej, polska opinia publiczna z obawą
patrzy na zagranicę. I nie stary upiór niemieckiego rewanżyzmu, tylko
zachodnia obojętność i mentorski ton tendencyjnych dyskusji toczonych na
Zachodzie rozbudzają rozmaite obawy. Od czasu debaty nad wymordowaniem
żydowskiej ludności Jedwabnego mnożą się tylko relacje o antysemickich
pogromach, katolickich proboszczach-nacjonalistach, Radiu Maryja i o skrajnie
prawicowych partiach.
    • linder1 Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce 2 23.09.03, 12:15
      ... ciąg dalszy

      Mentorom dziękujemy

      A przecież w społeczeństwie polskim nie brak inicjatyw zmierzających do
      poważnego zmierzenia się z problemem antysemityzmu. Kiedy zagranica krytykuje
      wszystko hurtem, daje tylko broń do ręki eurosceptykom. Oczywiście
      komunistyczne państwo i Kościół katolicki przez długie lata nieświadomie (ale
      zgodnie) wspomagały się w oportunistycznym utrwalaniu antysemickich
      stereotypów. Dyskusja na ten temat jest ważna, ale zasadniczo powinna pozostać
      polską dyskusją wewnętrzną. Jeżeli Zachód będzie się do niej wtrącał, łatwo
      może doprowadzić do tego, że będzie postrzegany jako przemądrzały i
      apodyktyczny.

      Arogancja wobec Polski nie jest niczym nowym. Tak było już w przypadku
      opozycyjnego związku zawodowego Solidarność i jego roli podczas stanu wojennego
      w 1981 roku. Zachodni intelektualiści mieli wówczas duże problemy z
      wypracowaniem postawy wobec tego zdecydowanie katolickiego i
      antykomunistycznego ruchu. Niemieccy politycy często szukali raczej zbliżenia z
      komunistycznymi bonzami, niż identyfikowali się z demokratycznymi celami
      opozycji. Dla kochającej wolność Polski było to głębokie upokorzenie. Polskie
      doświadczenia niemieckiej i radzieckiej okupacji z lat 1939-1945, po których
      nastąpiły lata stalinowskiego terroru i socjalistycznej dyktatury,
      ukształtowały w Polsce sposób pojmowania wolności całkiem inny od niemieckiego.
      Zniewolenie Polski nie jest jeszcze zbyt odległe w czasie, pamięć o krwawo
      tłumionych powstaniach robotników i zamordowaniu księdza Popiełuszki przez
      służby specjalne komunistycznego reżimu jest żywa.

      Pamiętając o tym, można zrozumieć polską solidarność ze Stanami Zjednoczonymi.
      Dlaczego Warszawa miałaby być bardziej przekonana do nagłego i dość pokrętnego
      niemieckiego, francuskiego i rosyjskiego umiłowania pokoju niż do amerykańskiej
      woli położenia kresu panowaniu Saddama Husajna? W Polsce pamięta się o
      fatalnych skutkach zachodniej uległości wobec Hitlera w Monachium w 1938 roku.
      A niedopuszczalna wypowiedź Chiraca o niewdzięcznych wschodnich Europejczykach
      musiała umocnić w Polsce podejrzenie, że europejskiemu stronnictwu
      antywojennemu nie chodzi tylko o pokój.

      Bez monopolu na cierpienie

      Z dala od prasowych nagłówków polsko-niemieckie stosunki osiągnęły jednak
      zadziwiający stopień zaufania. Intensywne kontakty naukowe są oczywistością.
      Dyskusja nad wypędzeniem Niemców jest akurat w Polsce bardzo zaawansowana i
      spotyka się z ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa.

      Wbrew sugestiom niektórych działaczy ziomkostw, niewątpliwym faktem jest, że
      wypędzenie Niemców po roku 1945 nie było zdarzeniem jedynym w swoim rodzaju.
      Zrównanie niemieckich i polskich wypędzonych, jako po prostu ofiar
      totalitarnych reżimów, byłoby jednak pomysłem fatalnym. Podczas "spokojnych"
      lat wojny, jakie w Prusach Wschodnich trwały do jesieni 1944 r. (opisuje je
      hrabina Marion Dönhoff w swojej książce "Ritt durch Masuren"), wypędzenia i
      terror okupacyjny były w Polsce codziennością już od pięciu lat.
      Niemieccy wypędzeni nie mają monopolu na bycie ofiarami, tak samo jak nie mają
      go Polacy ani żaden inny naród. Kiedy trafiony pociskami z radzieckiej łodzi
      podwodnej "Gustloff" szedł na dno Bałtyku z dziewięcioma tysiącami cywilów, SS
      mordowało pięć tysięcy żydowskich więźniów KZ Stutthoff, którzy po marszu
      śmierci wzdłuż wschodniopruskiego wybrzeża Sambii dotarli w okolice Palmnicken;
      w miejscu odległym w linii prostej o niewiele ponad 100 kilometrów od
      tonącego "Gustloffa", w tym samym czasie, nad tym samym Bałtykiem, Niemcy
      rozstrzeliwali zrozpaczonych Żydów.

      Antyniemiecka propaganda komunistyczna była spoiwem, które jakoś tam wiązało
      rządzących z narodem. Wobec pełnej cierpień historii Polski tylko na tym polu
      mogła panować zgoda między państwem, Kościołem i społeczeństwem. Tym
      ideologicznym pozornym konsensusem próbowano zasypywać wewnątrzspołeczne
      przepaści.

      Dlatego każdy podręcznik, każdy pomnik głosił rzekome historyczne prawa Polski
      do Śląska, Pomorza i Mazur jako ziem "prapolskich". W straszliwie zniszczonym
      kraju po 1945 roku sztucznie zaszczepiano niechciany ustrój. Polska dalej
      doświadczała demoralizacji i beznadziei. Polacy wypędzeni przez Związek
      Radziecki z kresów wschodnich nie otrzymali żadnych rekompensat, które
      ułatwiłyby im integrację. Swoje ojczyste strony mogli wspominać tylko
      potajemnie.

      Niszczono też odrębność regionów. Komunistom zależało wyłącznie na stworzeniu
      jednolitego socjalistycznego społeczeństwa, powiązanego z monolitycznym
      państwem narodowym. Osobna tożsamość kaszubska, góralska czy górnośląska przez
      rządzących w Warszawie traktowana była podejrzliwie. Dopiero teraz Pol ska
      powoli odkrywa swoje stare i nowe regiony; ten ważny proces obejmuje też
      decentralizację administracji. Regionalna tożsamość, identyfikacja lokalnej
      ludności ze swoją "małą ojczyzną" oznacza poszukiwanie śladów. Doświadczają
      tego też niemieccy wypędzeni, kiedy odwiedzają swoje ojczyste strony. We
      Wrocławiu niemiecką przeszłość spotyka się na każdym kroku, eksponowaną z
      wyraźną dumą przez obecnych mieszkańców miasta.

      I to akurat wypędzeni, którzy u światłych, nowoczesnych Niemców tradycyjnie nie
      cieszą się wielkim poważaniem, co roku w liczbie setek tysięcy jeżdżą do Polski
      odwiedzać miejsca z lat dziecinnych na Śląsku, na Pomorzu czy w dawnych Prusach
      Wschodnich. Choć zwróceni są głównie ku przeszłości, bez nich i bez ich
      potomków, poszukujących śladów przodków, w codziennych stosunkach Niemców z
      Polakami byłoby dużo mniej życia. Wielu z nich przez dziesięciolecia nawiązało
      osobiste kontakty z obecnymi mieszkańcami ich stron rodzinnych. Angażują się w
      bardzo owocne partnerstwo z polskimi gminami i parafiami, w wymianę młodzieży
      albo w restaurowanie wspólnego dziedzictwa kulturowego.

      Więzi z Polską, naszym sąsiadem, zostały swego czasu oficjalnie
      pobłogosławione, niemalże uświęcone traktatami wschodnimi. Ze stopniowym
      odprężeniem w stosunkach niemiecko-polskich wiązało się nastanie całkiem
      zrozumiałej "polono-euforii", po której (po roku 1989) nadeszło stopniowe
      otrzeźwienie. Niemiecka liberalna lewica, niegdyś przodująca w dążeniach do
      rozwijania więzi niemiecko-polskich, nagle stanęła skonsternowana wobec coraz
      bardziej złożonej i coraz bardziej normalniejącej Polski.

      Ci, co dawniej walczyli z antypolskimi uprzedzeniami, teraz dostrzegali w
      Polsce wiele rzeczy im niemiłych. Wojna w Iraku stanowi jak dotąd kulminacyjny
      punkt oziębiania się wzajemnych stosunków. Polska stała się obiektem
      zawiedzionej miłości. Niemiecko-polskie stosunki potrzebują teraz nowych
      impulsów, nowej, prawdziwej ciekawości i uwagi.

      Być może rozbieżności w polityce zagranicznej wobec Iraku i USA okażą się
      pożyteczne, bo zmuszą Niemców, by zaczęli wreszcie traktować swego sąsiada
      poważnie. Niemcy będą musiały koegzystować z samodzielną Polską, dbającą o
      własne interesy. Lepiej, żebyśmy się zawczasu zaczęli do tego przyzwyczajać.

      tygodnikforum.onet.pl/1133931,0,5654,922,4,artykul.html
      • d_nutka Re: Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce 2 23.09.03, 12:28
        jeśli pisał to Niemiec, to rzeczywiście jest to dobry artykuł
        d_
        • Gość: XXL Re: Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce 2 IP: *.echostar.pl 23.09.03, 12:32
          A jak Polak to nie ????
          • linder1 Re: Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce 2 23.09.03, 12:45
            Moim zdaniem chodzi o to, że Niemiec potrafił wystąpić w obronie Polaków, co
            jest niestety rzadkie w Niemczech.
            • rycho7 ??? 23.09.03, 13:58
              linder1 napisał:

              > co jest niestety rzadkie w Niemczech.
          • d_nutka Re: Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce 2 23.09.03, 12:54
            Gość portalu: XXL napisał(a):

            > A jak Polak to nie ????

            są sprawy, które znieść można tylko od najbliższych i w tym znaczeniu użyłam
            słowo Niemiec
            d_
        • rycho7 napisal go na pewno Niemiec 23.09.03, 13:57
          d_nutka napisała:

          > jeśli pisał to Niemiec, to rzeczywiście jest to dobry artykuł

          To jest bardzo dobry artykul.

          A napisal go na pewno Niemiec. Bo kto inny napisalby tak niemieckie zdanie:
          "Niemcy będą musiały koegzystować z samodzielną Polską, dbającą o własne
          interesy." Echt deutsch.
        • Gość: wikul Re: Bardzo dobry artykuł Niemca o Polsce IP: *.acn.waw.pl 24.09.03, 00:15
          d_nutka napisała:

          > jeśli pisał to Niemiec, to rzeczywiście jest to dobry artykuł
          > d_


          A jeżeli coś takiego napisałby Polak to nie ?
    • bebokk Ten Kossert pisze tez bardzo fajnie o Mazurach 23.09.03, 13:13
      W jego książce "Masuren" pisze obiektywnie o terrorze, jaki zapanował na Warmii
      i Mazurach po I wojnie światowej wobec osób, które opowiadały się za
      przyłączeniem do Polski w 1920 roku ( okres plebiscytowy ).
      To jeszcze nie był Hitler, ale pruskie metody były już bardzo do nazistowskich
      zbliżone.
      Kossert napisał, że polskie wiece były regularnie rozbijane przez bojówki i
      bardzo często bito
      opowiadających się za Polską. Sprawcy byli zawsze bezkarni. Władze niemieckie
      zbierały dokładne listy podejrzanych o sympatię do Polski. Listy te były
      PUBLIKOWANE W LOKALNEJ PRASIE Z WEZWANIAMI DO ROZPRAWY ZE ZDRAJCAMI NARODU
      NIEMIECKIEGO. Wzywano do wypędzenia tych ludzi z wsi lub miasta. Organizowano
      bojkot i żądano, aby nikt z tymi się nie zadawał prywatnie, ani słuzbowo.
      Wyrzucano ich z pacy. Z kasy państwowej
      finansowano jeszcze jeden środek agitacji : alkohol. Warmiakom i Mazurom
      rozdawano masowo za darmo wódkę, jeżeli publicznie opowiadali się za
      Niemcami. Po
      polsku wydawano szmatławca "Pruski Przyjaciel Ludu", który wzywał do
      głosowania za Niemcami.
      Organizowano jawne głosowanie.
      Po ogłoszeniu wyników, ci którzy byli znani z popierania Polski byli zmuszani
      w ciągu kilkunastu godzin do opuszczenia swoich domów przez bojówki
      z okrzykiem "Verräter raus !". Opornych bito i często zwyczajnie wypędzano do
      Polski.
      Plebiscyt zakończył się klęską ( tylko 3,5% głosów za Polską ), ale wzięło w
      nim udział zaledwie niecałe 80% uprawnionych wsród stałych mieszkańców ( dla
      porównania na Górnym Ślasku frekwencja wynosiła 97% ). Ludzie byli
      tak zastraszeni, że bali się głosować za Polską.
      O skali terroru w 1920 świadczy fakt, że wcześniej w wyborach do Reichstagu
      polscy kandydaci mieli poparcie ponad kilkunastu procent ewangelickich
      Mazurów i kilkudziesięciu procent katolickich Warmiaków, np. w katolickim
      powiecie Reszel głosowało na Polską listę 35%,a w ewangelickim powiecie
      Mrągowo 14%.




      • rycho7 Mazurow wywialo do Reichu 23.09.03, 14:02
        bebokk napisał:

        > w katolickim
        > powiecie Reszel głosowało na Polską listę 35%,a w ewangelickim powiecie
        > Mrągowo 14%.

        A gdzie sa teraz wankowiczowsie smetki? W Rajchu !!!
        • dachs Re: Mazurow wywialo do Reichu 23.09.03, 14:51
          rycho7 napisał:
          > A gdzie sa teraz wankowiczowsie smetki? W Rajchu !!!

          Rycho. Bo przestane wierzyc w to, ze znasz historie.
          • rycho7 a gdzie sa Mazurzy? 23.09.03, 15:38
            dachs napisał:

            > Rycho. Bo przestane wierzyc w to, ze znasz historie.

            W Ketrzynie mieszkaja Lemkowie i Ukraincy.

            O jakiej historii piszesz?
            • bebokk Co ma piernik do wiatraka ? 23.09.03, 16:40
              Kiedy tylko coś nieprzyjemnego o Niemcach się pojawi, Rycho od razu stosuje
              taktykę :
              "a u was biją Murzynów".
              Kossert jako JEDEN Z BARDZO NIEWIELU NIEMCÓW NAPISAŁ PRAWDĘ O GERMANZACJI ZA
              CZASÓW BISMARCKA I WILHELMA II
              I TERRORZE NA WARMII I MAZURACH W OKRESIE PLEBISCYTU.
              Wystarczy zajrzeć na strony ziomkostw,
              aby przekonać się, że tam nawet ani słowem nie wspomina się o tych problemach,
              za to nonstop leci propaganda, że to ZAWSZE były niemieckie ziemie.
              Do tego brzmią złowrogo słowa :
              "Heimat bleibt Auftrag" _ HEIMAT ( Prusy Wschodnie ) pozostaje ZADANIEM ( do
              wykonania ).
              www.ostpreussen-info.de/engag/loe4500ob22.htm
              • rycho7 Wlasnie: Co ma piernik do wiatraka ? 23.09.03, 16:52
                bebokk napisał:

                > Kiedy tylko coś nieprzyjemnego o Niemcach się pojawi, Rycho od razu stosuje
                > taktykę :
                > "a u was biją Murzynów".

                No wlasnie? (to pytanie odnosnie tytulu).

                Dachs (Borsuk) napisal:

                Bo przestane wierzyc w to, ze znasz historie.

                Wiec sie pytam gdzie sa "Murzyni" z Prus Wschodnich? Ci co ich bili
                germanizatorzy. Sam piszesz, ze bili. A ja ich nieopatrznie nazwalem Mazurami a
                nie politpoprawnie Afro-amerykanami. Mea culpa.

                Ci Murzyni co czekali na Polske 700 lat.
                • bebokk Skąd się wzięli działacze ziomkostw 23.09.03, 22:11
                  Co do Mazurów i Warmiaków, to najpierw mieli do czynienia z Armią Czerwoną, a
                  potem jak reszta Polaków z MO, UB, PPR i kołchozami.
                  Główną rolę odegrały coraz większe różnice w poziomie życia między RFN a PRL.
                  I tak komuniści dokonali to, czego nie zrobili germanizatorzy,
                  Mazurzy i Warmiacy głownie z powodów ekonomicznych opuszczali swoje ziemie.
                  Ale jakieś 20 tys. pozostało w Polsce.
                  Natomiast Kossert pisze, że działaczami ziomkostw po 1945 zostawali w 90%
                  członkowie Związku Niemieckiego Wschodu, następcy HAKATY, za czaśów Hitlera
                  równoczesnie członkowie NSDAP.


                  • rycho7 Re: Skąd się wzięli działacze ziomkostw 24.09.03, 08:40
                    bebokk napisał:

                    > Co do Mazurów i Warmiaków, to najpierw mieli do czynienia z Armią Czerwoną, a
                    > potem jak reszta Polaków z MO, UB, PPR i kołchozami.

                    Wszechogarniajaca glupote urzednikow polskich (kontynuacja do dzis) zaliczasz
                    do ktorej kategorii? Armii Czerwonej? Ja od 1989 roku nie widze zmian, wiec
                    klasyfikuje ogolniej jako polskosc.

                    > Główną rolę odegrały coraz większe różnice w poziomie życia między RFN a PRL.

                    Zwaz, ze piszemy o Prusach Wschodnich. Ostflucht trwal tam 200 lat. Bieda byla
                    tam zawsze. PRL ja jedynie poglebil. Ale biede da sie wytrzymac gdy nie
                    ponizaja Cie Polaczki. Dla polskich patriotow Mazurow bylo to szczegolnie
                    ponizajace.

                    > I tak komuniści dokonali to, czego nie zrobili germanizatorzy

                    Ble, ble. Mnie wygnala z Polski glupota po 1989 roku. To komunistyczny glupota?
                    No wiec poczekam az zastapi ja germanska pedantycznosc i prawo.

                    > Mazurzy i Warmiacy głownie z powodów ekonomicznych opuszczali swoje ziemie.

                    Naginasz fakty, bo tak Ci wygodnie. A faktow nie zmienisz.

                    > Ale jakieś 20 tys. pozostało w Polsce.

                    Jednego znam osobiscie. Ma niemiecki paszport, zone i dzieci w Polsce. Jak nie
                    starcza mu na zycie jedzie do RFN i pracuje. Faszysta, zamiast patriotycznie
                    umrzec z glodu.

                    > Natomiast Kossert pisze, że działaczami ziomkostw po 1945 zostawali w 90%
                    > członkowie Związku Niemieckiego Wschodu, następcy HAKATY, za czaśów Hitlera
                    > równoczesnie członkowie NSDAP.

                    Czyli ludzie ideowi. A o Hakacie dobrze by bylo abys sobie poczytal z dobrych
                    niezaleznych zrodel. Wiedza otwiera oczy. Propaganda PRL to to co krytykujesz.
                    • bebokk Ideowi działacze HAKATY 24.09.03, 09:20
                      W odpowiedzi na moje :
                      • bebokk Ideowi działacze NSDAP 24.09.03, 09:24
                        Na uwagi, że działaczami ziomkostw zostawali ludzie z dawnej HAKATY i działacze
                        NSDAP
                        Rycho stwierdził,
                        że to byli ludzie ideowi !
                        Przyznaję rację.
                        Ideowość NSDAP była faktem,ale o dziwo nie budziła zachwytu innych narodów.
                        Tak jak wcześniej Polacy jakoś nie mogli docenić ideowości HAKATY.
                        • bebokk Obrazek 24.09.03, 20:53
                          Obrazek jest z ksiązki Kosserta o Mazurach.
                          Na obrazku w 1920 kilku uśmiechniętych Prusaków trzyma krowę.
                          Na krowie powiesili tabliczkę z napisem po niemiecku :
                          "ponieważ jestem głupia krowa, to głosuję za Polską".
                          Do Hitlera brakowało jeszcze 13 lat.
                          Kossert pisze o pewnym nauczycielu o pięknym polskim nazwisku, działaczu Hakaty,
                          który zorganizował w swojej wsi jawne głosowanie ( sam był w komisji wyborczej
                          w swojej wsi ),
                          a krytykom od razu zarzucił, że są zdrajacmi i że wieś powinna ich wypędzić.
                          Rezultat był imponujący : 100% głosów za Niemcami, bo krytycy nie poszli
                          głosować.
                          Ideowość Hakaty doprawdy mmnie urzekła.
                    • monachium1 Re: Skąd się wzięli działacze ziomkostw 24.09.03, 21:15
                      rycho7 napisal;

                      >Naginasz fakty, bo tak Ci wygodnie. A faktow nie zmienisz.

                      I tu wyjatkowo sie z toba zgadzam, Slask jest w granicach polskich i ty
                      nieboraku tego niezmienisz.
                      Jeszcze raz powtorze TWOJE slowa: "A faktow nie zmienisz"
                      A moze to nie sa fakty, tylko fatamorgana ?
                  • tomek9991 No tak 24.09.03, 22:48
                    Teraz to wszystko jasne, dlaczego Erika Steinbach i jej ludzie są tacy wredni
                    wobec Polaków.
                    Czym skorupka za młodu nasiąknie ....
    • tomek9991 Też dobry artykuł Niemca o Polsce 25.09.03, 11:42
      Samuel Salzborn
      Niemiecki socjolog i politolog

      W debacie o Centrum przeciw Wypędzeniom tak naprawdę chodzi o to, że związki
      wypędzonych, skąd wyszła ta idea, chciałyby dogłębnie zmienić interpretację
      niemieckiej przeszłości. Wiosną tego roku rozpoczęto w Berlinie budowę pomnika
      Holocaustu. Zgodnie z wolą niemieckich związków wypędzonych, w bezpośrednim
      sąsiedztwie ("w historycznej i przestrzennej bliskości" - jak napisano
      oficjalnie) miałby powstać podobny obiekt ku czci niemieckich ofiar. Wzorem dla
      Centrum przeciw Wypędzeniom ma być Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie.
      Utworzenie centrum poświęconego wypędzeniom na pierwszy rzut oka nie wydaje się
      niczym znaczącym dla republiki berlińskiej. Opowiedzenie się "przeciw
      wypędzeniom" wygląda wręcz na chęć wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co
      nieludzkie i zbrodnicze, a nie na historyczny rewizjonizm szerzony przez
      związki wypędzonych. I byłoby tak, gdyby niemiecka przeszłość i
      narodowosocjalistyczna polityka zagłady oraz historyczny rozwój następowały
      chronologicznie po sobie w związku przyczynowym, a nie zostały zestawione obok
      siebie.
      Upragniona przez związki wypędzonych lokalizacja centrum "w bliskości" Muzeum
      Holocaustu oznacza wymazanie historycznego kontekstu, oznacza zbliżenie
      ludobójstwa europejskich Żydów do losu niemieckich wypędzonych. W istocie
      chodzi o nadanie wypędzonym statusu ofiar. Wypędzeni, historycznie rzecz
      biorąc, stają na równi z wymordowanymi Żydami. Przewodnicząca Związku
      Wypędzonych Erika Steinbach formułuje to w następujący sposób: "W gruncie
      rzeczy kwestie Żydów i wypędzonych nawzajem się uzupełniają. Nieludzkie
      szaleństwo rasowe tam i tu powinno być przedmiotem zainteresowania naszego
      centrum".

      Niewinni jak Niemcy
      Zestawienie losu Żydów i wypędzonych jest całkowitym odwróceniem historii.
      Przecież przesiedlenie Niemców nastąpiło w konsekwencji narodowego socjalizmu
      oraz masowego wyniszczania europejskich Żydów. Układ poczdamski (art. XIII) był
      wiążącym (pod względem prawa międzynarodowego) wyrazem sprzeciwu wobec polityki
      nazistów. Także określenie "szaleństwo rasowe" użyte przez Erikę Steinbach jest
      kompletnie nieadekwatne do przesiedlenia Niemców, gdyż nie nastąpiło ono z
      rasowych, lecz antyfaszystowskich powodów. W ówczesnym rozumieniu miało to
      zapobiec przyszłym konfliktom w Europie Wschodniej. W końcu niemiecka
      mniejszość narodowa (Volksdeutsche - jak wtedy określano jej członków) w
      czasach narodowego socjalizmu wzniecała w Europie konflikty społeczne i
      polityczne, a polityka destabilizacji narodów tego regionu stanowiła fundament
      polityki zagranicznej narodowych socjalistów do 1 września 1939 r. To niemiecka
      polityka narodowa, która miała prowadzić do przesiedlenia Niemców, była
      centralnym punktem przygotowanej i realizowanej koncepcji podboju i zagłady.
      Centrum przeciw Wypędzeniom nie ukazuje historycznego kontekstu tego dramatu,
      lecz fałszuje zależność między nazistowską polityką zagłady a ucieczką i
      wypędzeniem Niemców. Inicjatorzy budowy centrum apelują do morale i sumienia
      ludzi. Nie pytają o to, dlaczego doszło do wypędzenia, lecz o to, co i jak się
      stało. Apel taki jest o tyle niebezpieczny, że odnosi się nie do rozumu, lecz
      do uczuć. Kogo nie poruszą straszne fotografie ukazujące ludzi podczas
      ucieczki? Czy takie zdjęcia nie budzą uczucia moralnego oburzenia? Tyle że
      porządek polityki nie pokrywa się z porządkiem moralności - jak słusznie
      zauważył niedawno pisarz Hans Magnus Enzensberger. Wielu wzburzonych pod
      wpływem emocji Niemców nie dostrzeże tej różnicy. Zredukowanie ucieczki i
      wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z
      nazistów na aliantów i siły z nimi sprzymierzone.
      Związki wypędzonych nie chcą słuchać tych świadków dramatycznych wydarzeń z
      przeszłości, którzy wprawdzie żałują utraty swych stron ojczystych, ale uważają
      przesiedlenia za sprawiedliwe z powodu zbrodni popełnionych przez nazistów.
      Tylko nieliczni spośród nich są członkami związków wypędzonych. Dla tych
      związków tak naprawdę nie liczą się cierpienia jednostek, a jeśli już, to
      najwyżej jako przykłady ilustrujące tezę, że ucieczka i wypędzenie były aktami
      zbiorowej niesprawiedliwości. W dodatku niesprawiedliwości nie zawinionej przez
      samych Niemców. "W abstrakcyjnym wyobrażeniu uniwersalnej niesprawiedliwości
      ginie każda konkretna odpowiedzialność" - zauważył w 1951 r. w książce "Minima
      Moralia" znany niemiecki socjolog Theodor W. Adorno.

      Rachunek niemieckich krzywd kontra współczucie dla ofiar
      Samo podjęcie tematu ucieczek i wypędzeń nie stanowi problemu. Problemem jest
      sposób i styl tej konfrontacji z przeszłością. Zgadzam się w tej kwestii z
      wiceprzewodniczącą Bundestagu Antje Vollmer, że sprawa wypędzeń to dyżurny
      temat, podejmowany nie po to, by współczuć ofiarom, lecz otworzyć rachunek
      niemieckich krzywd. W tej debacie nie chodzi o prawdę o przeszłości, lecz o
      stworzenie zbiorowej tożsamości ofiar. Z jednej strony negowane są przyczyny
      ucieczki i przesiedleń, z drugiej - kwestionowana jest legalność ich następstw.
      Jest w tym logika: zanegowanie legalności nowego porządku w Europie po rozbiciu
      narodowego socjalizmu przez aliantów będzie możliwe, gdy przeszłość zostanie
      sprowadzona do rzekomo niezależnych wypadków indywidualnego cierpienia. Kiedy
      ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie Niemców nie będą postrzegane w kontekście
      narodowego socjalizmu, pojawi się możliwość uwolnienia Niemców od moralnej
      odpowiedzialności, a także można się będzie domagać, by te fakty uznano za
      kolektywne bezprawie.
      Inicjatorzy debaty o wypędzeniach wykorzystują to, że traumatyczne urazy
      pojawiają się zarówno u ofiar przemocy, jak i u jej sprawców. I ta trauma
      zwalnia od moralnej oceny czynów czy poczucia winy, co przekonująco pokazał
      hanowerski psycholog Alfred Krovoza. Dzięki temu Niemcy jako "naród
      skompromitowany w swych szaleńczych celach i wciągnięty w najokrutniejsze
      zbrodnie" (co trafnie zauważyli psychoanalitycy Alexander i Margarete
      Mitscherlich w studium "Niezdolność do okazywania żalu") mogli tuż po wojnie
      zajmować się tylko sobą, a nie innymi, często kłopotliwymi sprawami. Wypieranie
      poczucia winy i zatajanie przeszłości stało się niemal rytuałem, dzięki któremu
      można było uwierzyć, że jest się ofiarą, a nie współwinnym zbrodni.

      Prawdziwe prostowanie Niemców
      Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych i
      politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych
      dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu -
      był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się
      Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk Robert
      G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali wobec
      nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w rzeczywistości
      tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej zbiorowej
      niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym kontekście czymś
      wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej koncepcji oceny nazizmu
      sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się różne okropieństwa. Tak też
      było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się tylko ich indywidualne losy,
      postrzegane z moralnej, kompletnie odpolitycznionej perspektywy.
      Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy
      wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego
      kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder,
      w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy
      ewakuacji, wygnanie, wydalenie, przesiedlenie - wszystko to oderwane od
      kontekstu, sytuacji prawnej czy lokalnych uwarunkowań.
      Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumieniu związków
      wypędzonych) jest wszystko, ty
      • tomek9991 Też dobry artykuł Niemca o Polsce c.d. 25.09.03, 11:44
        Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy
        wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego
        kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder,
        w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy
        ewakuacji, wygnanie, wydalenie, przesiedlenie - wszystko to oderwane od
        kontekstu, sytuacji prawnej czy lokalnych uwarunkowań.
        Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumieniu związków
        wypędzonych) jest wszystko, tylko nie rzetelne odniesienie się do przeszłości.
        Jest oczywiste, że takie odniesienie musi oznaczać konfrontację ze zbrodniami,
        do jakich doszło podczas ucieczki i wypędzenia, lecz trzeba odróżniać skutki od
        przyczyn. Theodor W. Adorno pisał: "W powadze rzetelnego rozrachunku przeszłość
        traci swój czar wynikający z niedomówień". Chodzi o to, by tworząc Centrum
        przeciw Wypędzeniom, rzeczywiście przywrócono Niemcom "wyprostowaną postawę", a
        nie prostowano ich w zakłamanym kontekście, jak to robią niektóre kręgi w
        Niemczech, w tym związki wypędzonych.
Pełna wersja