tomek9991
25.09.03, 11:40
Całkiem fajnie napisał ten Niemiec :
Samuel Salzborn
Niemiecki socjolog i politolog
W debacie o Centrum przeciw Wypędzeniom tak naprawdę chodzi o to, że związki
wypędzonych, skąd wyszła ta idea, chciałyby dogłębnie zmienić interpretację
niemieckiej przeszłości. Wiosną tego roku rozpoczęto w Berlinie budowę
pomnika Holocaustu. Zgodnie z wolą niemieckich związków wypędzonych, w
bezpośrednim sąsiedztwie ("w historycznej i przestrzennej bliskości" - jak
napisano oficjalnie) miałby powstać podobny obiekt ku czci niemieckich ofiar.
Wzorem dla Centrum przeciw Wypędzeniom ma być Muzeum Holocaustu w
Waszyngtonie.
Utworzenie centrum poświęconego wypędzeniom na pierwszy rzut oka nie wydaje
się niczym znaczącym dla republiki berlińskiej. Opowiedzenie się "przeciw
wypędzeniom" wygląda wręcz na chęć wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co
nieludzkie i zbrodnicze, a nie na historyczny rewizjonizm szerzony przez
związki wypędzonych. I byłoby tak, gdyby niemiecka przeszłość i
narodowosocjalistyczna polityka zagłady oraz historyczny rozwój następowały
chronologicznie po sobie w związku przyczynowym, a nie zostały zestawione
obok siebie.
Upragniona przez związki wypędzonych lokalizacja centrum "w bliskości" Muzeum
Holocaustu oznacza wymazanie historycznego kontekstu, oznacza zbliżenie
ludobójstwa europejskich Żydów do losu niemieckich wypędzonych. W istocie
chodzi o nadanie wypędzonym statusu ofiar. Wypędzeni, historycznie rzecz
biorąc, stają na równi z wymordowanymi Żydami. Przewodnicząca Związku
Wypędzonych Erika Steinbach formułuje to w następujący sposób: "W gruncie
rzeczy kwestie Żydów i wypędzonych nawzajem się uzupełniają. Nieludzkie
szaleństwo rasowe tam i tu powinno być przedmiotem zainteresowania naszego
centrum".
Niewinni jak Niemcy
Zestawienie losu Żydów i wypędzonych jest całkowitym odwróceniem historii.
Przecież przesiedlenie Niemców nastąpiło w konsekwencji narodowego socjalizmu
oraz masowego wyniszczania europejskich Żydów. Układ poczdamski (art. XIII)
był wiążącym (pod względem prawa międzynarodowego) wyrazem sprzeciwu wobec
polityki nazistów. Także określenie "szaleństwo rasowe" użyte przez Erikę
Steinbach jest kompletnie nieadekwatne do przesiedlenia Niemców, gdyż nie
nastąpiło ono z rasowych, lecz antyfaszystowskich powodów. W ówczesnym
rozumieniu miało to zapobiec przyszłym konfliktom w Europie Wschodniej. W
końcu niemiecka mniejszość narodowa (Volksdeutsche - jak wtedy określano jej
członków) w czasach narodowego socjalizmu wzniecała w Europie konflikty
społeczne i polityczne, a polityka destabilizacji narodów tego regionu
stanowiła fundament polityki zagranicznej narodowych socjalistów do 1
września 1939 r. To niemiecka polityka narodowa, która miała prowadzić do
przesiedlenia Niemców, była centralnym punktem przygotowanej i realizowanej
koncepcji podboju i zagłady.
Centrum przeciw Wypędzeniom nie ukazuje historycznego kontekstu tego dramatu,
lecz fałszuje zależność między nazistowską polityką zagłady a ucieczką i
wypędzeniem Niemców. Inicjatorzy budowy centrum apelują do morale i sumienia
ludzi. Nie pytają o to, dlaczego doszło do wypędzenia, lecz o to, co i jak
się stało. Apel taki jest o tyle niebezpieczny, że odnosi się nie do rozumu,
lecz do uczuć. Kogo nie poruszą straszne fotografie ukazujące ludzi podczas
ucieczki? Czy takie zdjęcia nie budzą uczucia moralnego oburzenia? Tyle że
porządek polityki nie pokrywa się z porządkiem moralności - jak słusznie
zauważył niedawno pisarz Hans Magnus Enzensberger. Wielu wzburzonych pod
wpływem emocji Niemców nie dostrzeże tej różnicy. Zredukowanie ucieczki i
wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z
nazistów na aliantów i siły z nimi sprzymierzone.
Związki wypędzonych nie chcą słuchać tych świadków dramatycznych wydarzeń z
przeszłości, którzy wprawdzie żałują utraty swych stron ojczystych, ale
uważają przesiedlenia za sprawiedliwe z powodu zbrodni popełnionych przez
nazistów. Tylko nieliczni spośród nich są członkami związków wypędzonych. Dla
tych związków tak naprawdę nie liczą się cierpienia jednostek, a jeśli już,
to najwyżej jako przykłady ilustrujące tezę, że ucieczka i wypędzenie były
aktami zbiorowej niesprawiedliwości. W dodatku niesprawiedliwości nie
zawinionej przez samych Niemców. "W abstrakcyjnym wyobrażeniu uniwersalnej
niesprawiedliwości ginie każda konkretna odpowiedzialność" - zauważył w 1951
r. w książce "Minima Moralia" znany niemiecki socjolog Theodor W. Adorno.
Rachunek niemieckich krzywd kontra współczucie dla ofiar
Samo podjęcie tematu ucieczek i wypędzeń nie stanowi problemu. Problemem jest
sposób i styl tej konfrontacji z przeszłością. Zgadzam się w tej kwestii z
wiceprzewodniczącą Bundestagu Antje Vollmer, że sprawa wypędzeń to dyżurny
temat, podejmowany nie po to, by współczuć ofiarom, lecz otworzyć rachunek
niemieckich krzywd. W tej debacie nie chodzi o prawdę o przeszłości, lecz o
stworzenie zbiorowej tożsamości ofiar. Z jednej strony negowane są przyczyny
ucieczki i przesiedleń, z drugiej - kwestionowana jest legalność ich
następstw. Jest w tym logika: zanegowanie legalności nowego porządku w
Europie po rozbiciu narodowego socjalizmu przez aliantów będzie możliwe, gdy
przeszłość zostanie sprowadzona do rzekomo niezależnych wypadków
indywidualnego cierpienia. Kiedy ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie Niemców
nie będą postrzegane w kontekście narodowego socjalizmu, pojawi się możliwość
uwolnienia Niemców od moralnej odpowiedzialności, a także można się będzie
domagać, by te fakty uznano za kolektywne bezprawie.
Inicjatorzy debaty o wypędzeniach wykorzystują to, że traumatyczne urazy
pojawiają się zarówno u ofiar przemocy, jak i u jej sprawców. I ta trauma
zwalnia od moralnej oceny czynów czy poczucia winy, co przekonująco pokazał
hanowerski psycholog Alfred Krovoza. Dzięki temu Niemcy jako "naród
skompromitowany w swych szaleńczych celach i wciągnięty w najokrutniejsze
zbrodnie" (co trafnie zauważyli psychoanalitycy Alexander i Margarete
Mitscherlich w studium "Niezdolność do okazywania żalu") mogli tuż po wojnie
zajmować się tylko sobą, a nie innymi, często kłopotliwymi sprawami.
Wypieranie poczucia winy i zatajanie przeszłości stało się niemal rytuałem,
dzięki któremu można było uwierzyć, że jest się ofiarą, a nie współwinnym
zbrodni.
Prawdziwe prostowanie Niemców
Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych
i politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych
dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu -
był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się
Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk
Robert G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali
wobec nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w
rzeczywistości tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej
zbiorowej niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym
kontekście czymś wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej
koncepcji oceny nazizmu sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się
różne okropieństwa. Tak też było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się
tylko ich indywidualne losy, postrzegane z moralnej, kompletnie
odpolitycznionej perspektywy. Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście
uniwersalnym wytrychem - łączy wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy
z politycznego i historycznego kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył
konserwatywny historyk Theodor Schieder, w takim pojęciu "wypędzenia" mieści
się ucieczka z własnej woli, różne fazy ewakuacji, wygnanie, wydalenie,
przesiedlenie - wszystko to oderwane od kontekstu, sytuacji prawnej czy
lokalnych uwarunkowań.
Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumi