Niemieckie kłamstwo

25.09.03, 11:40
Całkiem fajnie napisał ten Niemiec :
Samuel Salzborn
Niemiecki socjolog i politolog

W debacie o Centrum przeciw Wypędzeniom tak naprawdę chodzi o to, że związki
wypędzonych, skąd wyszła ta idea, chciałyby dogłębnie zmienić interpretację
niemieckiej przeszłości. Wiosną tego roku rozpoczęto w Berlinie budowę
pomnika Holocaustu. Zgodnie z wolą niemieckich związków wypędzonych, w
bezpośrednim sąsiedztwie ("w historycznej i przestrzennej bliskości" - jak
napisano oficjalnie) miałby powstać podobny obiekt ku czci niemieckich ofiar.
Wzorem dla Centrum przeciw Wypędzeniom ma być Muzeum Holocaustu w
Waszyngtonie.
Utworzenie centrum poświęconego wypędzeniom na pierwszy rzut oka nie wydaje
się niczym znaczącym dla republiki berlińskiej. Opowiedzenie się "przeciw
wypędzeniom" wygląda wręcz na chęć wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co
nieludzkie i zbrodnicze, a nie na historyczny rewizjonizm szerzony przez
związki wypędzonych. I byłoby tak, gdyby niemiecka przeszłość i
narodowosocjalistyczna polityka zagłady oraz historyczny rozwój następowały
chronologicznie po sobie w związku przyczynowym, a nie zostały zestawione
obok siebie.
Upragniona przez związki wypędzonych lokalizacja centrum "w bliskości" Muzeum
Holocaustu oznacza wymazanie historycznego kontekstu, oznacza zbliżenie
ludobójstwa europejskich Żydów do losu niemieckich wypędzonych. W istocie
chodzi o nadanie wypędzonym statusu ofiar. Wypędzeni, historycznie rzecz
biorąc, stają na równi z wymordowanymi Żydami. Przewodnicząca Związku
Wypędzonych Erika Steinbach formułuje to w następujący sposób: "W gruncie
rzeczy kwestie Żydów i wypędzonych nawzajem się uzupełniają. Nieludzkie
szaleństwo rasowe tam i tu powinno być przedmiotem zainteresowania naszego
centrum".

Niewinni jak Niemcy
Zestawienie losu Żydów i wypędzonych jest całkowitym odwróceniem historii.
Przecież przesiedlenie Niemców nastąpiło w konsekwencji narodowego socjalizmu
oraz masowego wyniszczania europejskich Żydów. Układ poczdamski (art. XIII)
był wiążącym (pod względem prawa międzynarodowego) wyrazem sprzeciwu wobec
polityki nazistów. Także określenie "szaleństwo rasowe" użyte przez Erikę
Steinbach jest kompletnie nieadekwatne do przesiedlenia Niemców, gdyż nie
nastąpiło ono z rasowych, lecz antyfaszystowskich powodów. W ówczesnym
rozumieniu miało to zapobiec przyszłym konfliktom w Europie Wschodniej. W
końcu niemiecka mniejszość narodowa (Volksdeutsche - jak wtedy określano jej
członków) w czasach narodowego socjalizmu wzniecała w Europie konflikty
społeczne i polityczne, a polityka destabilizacji narodów tego regionu
stanowiła fundament polityki zagranicznej narodowych socjalistów do 1
września 1939 r. To niemiecka polityka narodowa, która miała prowadzić do
przesiedlenia Niemców, była centralnym punktem przygotowanej i realizowanej
koncepcji podboju i zagłady.
Centrum przeciw Wypędzeniom nie ukazuje historycznego kontekstu tego dramatu,
lecz fałszuje zależność między nazistowską polityką zagłady a ucieczką i
wypędzeniem Niemców. Inicjatorzy budowy centrum apelują do morale i sumienia
ludzi. Nie pytają o to, dlaczego doszło do wypędzenia, lecz o to, co i jak
się stało. Apel taki jest o tyle niebezpieczny, że odnosi się nie do rozumu,
lecz do uczuć. Kogo nie poruszą straszne fotografie ukazujące ludzi podczas
ucieczki? Czy takie zdjęcia nie budzą uczucia moralnego oburzenia? Tyle że
porządek polityki nie pokrywa się z porządkiem moralności - jak słusznie
zauważył niedawno pisarz Hans Magnus Enzensberger. Wielu wzburzonych pod
wpływem emocji Niemców nie dostrzeże tej różnicy. Zredukowanie ucieczki i
wypędzenia do przemocy wobec niewinnych ofiar przerzuca odpowiedzialność z
nazistów na aliantów i siły z nimi sprzymierzone.
Związki wypędzonych nie chcą słuchać tych świadków dramatycznych wydarzeń z
przeszłości, którzy wprawdzie żałują utraty swych stron ojczystych, ale
uważają przesiedlenia za sprawiedliwe z powodu zbrodni popełnionych przez
nazistów. Tylko nieliczni spośród nich są członkami związków wypędzonych. Dla
tych związków tak naprawdę nie liczą się cierpienia jednostek, a jeśli już,
to najwyżej jako przykłady ilustrujące tezę, że ucieczka i wypędzenie były
aktami zbiorowej niesprawiedliwości. W dodatku niesprawiedliwości nie
zawinionej przez samych Niemców. "W abstrakcyjnym wyobrażeniu uniwersalnej
niesprawiedliwości ginie każda konkretna odpowiedzialność" - zauważył w 1951
r. w książce "Minima Moralia" znany niemiecki socjolog Theodor W. Adorno.

Rachunek niemieckich krzywd kontra współczucie dla ofiar
Samo podjęcie tematu ucieczek i wypędzeń nie stanowi problemu. Problemem jest
sposób i styl tej konfrontacji z przeszłością. Zgadzam się w tej kwestii z
wiceprzewodniczącą Bundestagu Antje Vollmer, że sprawa wypędzeń to dyżurny
temat, podejmowany nie po to, by współczuć ofiarom, lecz otworzyć rachunek
niemieckich krzywd. W tej debacie nie chodzi o prawdę o przeszłości, lecz o
stworzenie zbiorowej tożsamości ofiar. Z jednej strony negowane są przyczyny
ucieczki i przesiedleń, z drugiej - kwestionowana jest legalność ich
następstw. Jest w tym logika: zanegowanie legalności nowego porządku w
Europie po rozbiciu narodowego socjalizmu przez aliantów będzie możliwe, gdy
przeszłość zostanie sprowadzona do rzekomo niezależnych wypadków
indywidualnego cierpienia. Kiedy ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie Niemców
nie będą postrzegane w kontekście narodowego socjalizmu, pojawi się możliwość
uwolnienia Niemców od moralnej odpowiedzialności, a także można się będzie
domagać, by te fakty uznano za kolektywne bezprawie.
Inicjatorzy debaty o wypędzeniach wykorzystują to, że traumatyczne urazy
pojawiają się zarówno u ofiar przemocy, jak i u jej sprawców. I ta trauma
zwalnia od moralnej oceny czynów czy poczucia winy, co przekonująco pokazał
hanowerski psycholog Alfred Krovoza. Dzięki temu Niemcy jako "naród
skompromitowany w swych szaleńczych celach i wciągnięty w najokrutniejsze
zbrodnie" (co trafnie zauważyli psychoanalitycy Alexander i Margarete
Mitscherlich w studium "Niezdolność do okazywania żalu") mogli tuż po wojnie
zajmować się tylko sobą, a nie innymi, często kłopotliwymi sprawami.
Wypieranie poczucia winy i zatajanie przeszłości stało się niemal rytuałem,
dzięki któremu można było uwierzyć, że jest się ofiarą, a nie współwinnym
zbrodni.

Prawdziwe prostowanie Niemców
Choć ucieczki i wypędzenia są tematem ogromnej liczby powieści oraz naukowych
i politycznych analiz, nie ma tam krytycznej refleksji o przyczynach tych
dramatów. Temat wypędzeń nigdy nie był w Republice Federalnej Niemiec tabu -
był wszechobecny już w latach 50., lecz służył jako alibi do ustawienia się
Niemców w roli "narodu ofiar", co słusznie zauważył amerykański historyk
Robert G. Moeller. Mało tego, Niemcy wciąż powtarzają, że alianci zastosowali
wobec nich zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie nazistów, chociaż w
rzeczywistości tak nie było. Ale dzięki temu mogą kolportować mit swojej
zbiorowej niewinności. Zbrodnie tej miary co Auschwitz stają się w tym
kontekście czymś wyjątkowym, a nie regułą. Lansowaniu tej pragmatycznej
koncepcji oceny nazizmu sprzyja to, że przecież także dzisiaj zdarzają się
różne okropieństwa. Tak też było ze zbrodniami nazizmu. Dla Niemców liczą się
tylko ich indywidualne losy, postrzegane z moralnej, kompletnie
odpolitycznionej perspektywy. Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście
uniwersalnym wytrychem - łączy wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy
z politycznego i historycznego kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył
konserwatywny historyk Theodor Schieder, w takim pojęciu "wypędzenia" mieści
się ucieczka z własnej woli, różne fazy ewakuacji, wygnanie, wydalenie,
przesiedlenie - wszystko to oderwane od kontekstu, sytuacji prawnej czy
lokalnych uwarunkowań.
Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumi
    • tomek9991 Niemieckie kłamstwo c.d. 25.09.03, 11:45
      Słowo "wypędzenie" staje się w tym kontekście uniwersalnym wytrychem - łączy
      wszystkich skrzywdzonych, wyjmując ich krzywdy z politycznego i historycznego
      kontekstu. Jak tuż po wojnie zauważył konserwatywny historyk Theodor Schieder,
      w takim pojęciu "wypędzenia" mieści się ucieczka z własnej woli, różne fazy
      ewakuacji, wygnanie, wydalenie, przesiedlenie - wszystko to oderwane od
      kontekstu, sytuacji prawnej czy lokalnych uwarunkowań.
      Celem stworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom (w rozumieniu związków
      wypędzonych) jest wszystko, tylko nie rzetelne odniesienie się do przeszłości.
      Jest oczywiste, że takie odniesienie musi oznaczać konfrontację ze zbrodniami,
      do jakich doszło podczas ucieczki i wypędzenia, lecz trzeba odróżniać skutki od
      przyczyn. Theodor W. Adorno pisał: "W powadze rzetelnego rozrachunku przeszłość
      traci swój czar wynikający z niedomówień". Chodzi o to, by tworząc Centrum
      przeciw Wypędzeniom, rzeczywiście przywrócono Niemcom "wyprostowaną postawę", a
      nie prostowano ich w zakłamanym kontekście, jak to robią niektóre kręgi w
      Niemczech, w tym związki wypędzonych.
      www.wprost.pl/ar/?O=49711
      • monachium1 Re: Niemieckie kłamstwo c.d. 25.09.03, 11:59
        Powinno sie ten text przeslac przez e-mail do tzw. "zwiazku wypedzonych".
        Trzeba slac na e-mail address tego tworu jak najwiecej tego rodzaju publikacji.
    • tomek9991 Bomba Steinbach ! 25.09.03, 11:56
      Gerhard Schröder jest przez Erikę Steinbach traktowany jak koń, który wyniesie
      na prawno-polityczną płaszczyznę jej skrywane żądania terytorialne i majątkowe

      Jak można było kanclerza Schrödera uczynić koniem, którego dosiada ubrana w
      charakterystyczny czarny mundur SD Erika Steinbach?" - dziwi się Severin
      Weiland na łamach "Der Spiegel", komentując okładkę poprzedniego
      numeru "Wprost". Przecież Gerhard Schröder jest przeciwnikiem budowy Centrum
      przeciwko Wypędzeniom w formie zaproponowanej przez szefową Związku
      Wypędzonych. Weiland nie rozumie - tak jak wielu jego współobywateli oraz
      niemieckich politologów i dziennikarzy - że szef rządu w Berlinie jest przez
      Steinbach i wypędzonych traktowany jak koń, który wyniesie na prawno-polityczną
      płaszczyznę ich skrywane żądania terytorialne i majątkowe. To jest to
      niemieckie "niemożliwe, mogące się stać realnym", o którym niedawno w "Gazecie
      Wyborczej" pisał prof. Leszek Kołakowski. W taki sam sposób w 1933 r. Adolf
      Hitler wykorzystał ówczesnego prezydenta Niemiec Paula von Hindenburga. Cóż z
      tego, że Hindenburg nie krył niechęci do narodowego socjalizmu, skoro potem
      usankcjonował hitlerowski dekret "Zum Schutz von Volk und Staat" ("O ochronie
      narodu i państwa"), czyniąc go Ermächtigungsgesetz, czyli ustawą dającą
      Hitlerowi prawo do zawieszenia praw obywatelskich oraz konstytucji republiki
      weimarskiej. Okładka "Wprost" ostrzega przed takim właśnie scenariuszem. Każdy
      kanclerz Niemiec był w przeszłości tak samo wykorzystywany przez wypędzonych
      jak obecnie Schröder. To zaskakujące, że Niemcom trzeba przypominać elementarne
      fakty z ich własnej historii. Chyba że tylko udają, że tego nie rozumieją.
      Jeszcze niedawno w niemieckich podręcznikach historii można było przeczytać, że
      prawdziwym powodem najazdu Hitlera na Polskę były powtarzające się napady na
      ludność niemiecką. Z takich podręczników młode pokolenia Niemców dowiadywały
      się, że podczas wojny ucierpieli Żydzi i Rosjanie, ale Polacy żyli pod okupacją
      mniej więcej tak jak Holendrzy, Norwegowie czy Francuzi, czyli prawie
      normalnie. Jeśli się ma takie wyobrażenie o dramacie tamtych lat, łatwo można
      się dać przekonać, że to Polacy i Czesi są obok hitlerowców współzbrodniarzami
      (bo nie tzw. uczciwi Niemcy, z których uczciwości drwił noblista Heinrich
      Böll), gdyż wypędzili z rodzinnych stron spokojnych Niemców, którzy nie
      odpowiadali za popełnione zbrodnie.

      Zapominanie zamiast rozliczenia
      Nasz artykuł "Niemiecki koń trojański" wywołał w Niemczech prawdziwą burzę -
      odniosły się do niego m.in. "Die Welt", "Der
      Spiegel", "Tagesspiegel", "Tageszeitung", "Frankfurter Allgemeine
      Zeitung", "Frankfurter Rundschau", "Berliner Morgenpost", "Märkische
      Oderzeitung", "Welt am Sonntag", stacje telewizyjne ARD i MDR, rozgłośnia
      radiowa Deutsche Welle, agencja prasowa DPA, a także deputowani do Bundestagu.
      Od czasu głośnej wystawy przedstawiającej zbrodnie Wehrmachtu (notabene
      przekłamanej, gdyż zbrodnie niemieckiej armii miały się jakoby zacząć dopiero
      wraz z agresją na ZSRR) nie było w Niemczech równie gorącej dyskusji o
      wstydliwej przeszłości.
      Uświadomiliśmy Niemcom, że inicjatywa powołania Centrum przeciw Wypędzeniom
      jest ostateczną próbą wymigania się od odpowiedzialności za zbrodnie nazizmu,
      próbą ustawienia się w szeregu ofiar - obok Żydów, Rosjan, Cyganów i
      ewentualnie także Polaków. Uświadomiliśmy Niemcom, że polski rachunek krzywd
      wielokrotnie przewyższa rachunek krzywd niemieckich. Część niemieckich
      publicystów już zauważyła, że działania Steinbach popierane przez część
      niemieckich polityków (nie tylko z CDU-CSU, ale także na przykład Zielonych)
      szkodzą przede wszystkim Niemcom. Pokazują bowiem, że tak naprawdę w Niemczech
      nie doszło do denazyfikacji czy rozliczenia się z brunatną przeszłością, lecz
      do wyparcia tej przeszłości z umysłów i sumień.
      Gerhard Gnauck z "Die Welt" przyznał w redakcyjnym komentarzu, że ofensywa
      Steinbach może zniweczyć politykę pojednania Niemców z Polakami. Przyznał też,
      że pomysł stworzenia centrum budzi uzasadnione obawy Polaków - nie tylko
      pierwszych ofiar wojny, ale też przedstawicieli narodu zaliczonego do podludzi
      i z takim uzasadnieniem eksterminowanego. Dziennikarz "Tageszeitung", omawiając
      artykuł "Wprost", nawiązał do wystąpienia Steinbach na konferencji
      zorganizowanej przez "Rzeczpospolitą" i nazwał je "Waterloo szefowej Związku
      Wypędzonych". Gazeta przytacza opinie dwóch deputowanych do Bundestagu, którzy
      byli gośćmi konferencji: "Jerzy Montag (Zieloni) i Dietmar Nietan (SPD) nie
      zostawili suchej nitki na planach powołania centrum. Powiedzieli, że Związek
      Wypędzonych nie występuje w imieniu Niemców ani tym bardziej w imieniu
      Bundestagu".

      Papież z Eriką Steinbach
      Coraz wyraźniej widać, że nie tylko rząd i kanclerz Niemiec są instrumentalnie
      traktowani przez wypędzonych. By pokazać uniwersalność i zasadność swoich
      pomysłów, wypędzeni powołali się na międzynarodowe autorytety, bez żenady
      manipulując stanowiskami Watykanu i Pata Coxa, przewodniczącego Parlamentu
      Europejskiego. Podczas tegorocznego Dnia Stron Ojczystych (Tag der Heimat) -
      organizowanego przez Związek Wypędzonych - Steinbach odczytała list, który do
      uczestników imprezy miał rzekomo wysłać papież. W piśmie podpisanym przez
      arcybiskupa Leonardo Sandriego, watykańskiego wiceskeretarza stanu, napisano
      m.in.: "Jego świątobliwość papież Jan Paweł II przesyła uczestnikom Dnia Stron
      Ojczystych serdeczne życzenia i błogosławieństwo". Dalej Sandri zapewniał
      uczestników spotkania, że papież "ufając głęboko w Europę zjednoczonych i
      pojednanych narodów (...) udziela z serca wszystkim uczestnikom i organizatorom
      oraz referentom tegorocznego Dnia Stron Ojczystych apostolskiego
      błogosławieństwa". Janowi Pawłowi II miało też przypaść do gustu motto
      imprezy: "Niech idea praw człowieka dopełni się w Europie". Ustaliliśmy, że
      papież o wysłaniu listu do Steinbach nawet nie wiedział, a sprawą zajmowała się
      w Watykanie niemiecka sekcja Sekretariatu Stanu, od dawna ściśle współpracująca
      z politykami bawarskiej CSU. Steinbach potraktowała papieża tak, jak w Polsce
      Andrzej Lepper, który twierdzi, że Samoobrona i on sam mają w Janie Pawle II
      specjalnego zwolennika i opiekuna.
      Podczas 54. zjazdu Niemców Sudeckich odczytano list Pata Coxa, który miał
      stwierdzić: "Wypędzenie oznaczało dla wielu ludzi wielkie cierpienie i
      niesprawiedliwość. Jestem świadom tego, że powojenne wypędzenie Niemców i
      Węgrów było bezprawiem. Bądźcie pewni, że cierpienie wypędzonych nie zostanie
      zapomniane podczas dyskusji o przystąpieniu nowych krajów do Unii
      Europejskiej". Podczas niedawnego pobytu w Polsce Cox stwierdził: "To ogromne
      nieporozumienie! Chodziło mi jedynie o poczucie krzywdy przesiedlonych Niemców.
      Polacy poznali to wydarzenie przez czeską agencję prasową, która bazowała na
      niemieckim tłumaczeniu mojej opinii przygotowanej po angielsku! Nie mogę
      odpowiadać za błędne tłumaczenia. Poza tym do Niemiec nie pojechałem, mimo że
      zostałem zaproszony!".
      • tomek9991 Bomba Steinbach rewizja Poczdamu 25.09.03, 11:57
        Rewizja Poczdamu
        O co naprawdę chodzi Erice Steinbach i wypędzonym, można się było przekonać,
        słuchając tego, co powiedział podczas ubiegłotygodniowej debaty w
        redakcji "Rzeczpospolitej" Stefan Hambura, berliński adwokat. Stwierdził
        on: "Mamy jeszcze wiele problemów w przyszłości do rozwiązania, na przykład
        problemy własności w stosunkach polsko-niemieckich. Myślę, że gdy Polska
        przystąpi do Unii Europejskiej, na pewno niejeden proces w tej kwestii skończy
        się przed europejskim Trybunałem Sprawiedliwości. Nie zdajemy sobie sprawy, co
        nas jeszcze czeka. Dlatego myślę, że warto już dzisiaj się nad tym zastanowić,
        żeby te pierwsze procesy nas nie zaskoczyły". Hambura eufemistycznie zapowiada
        majątkowe roszczenia wypędzonych, co oznaczałoby nie tylko przekreślenie
        niemiecko-polskiej umowy z 1953 r. (o zrzeczeniu się przez Polskę odszkodowań),
        ale wręcz przekreślenie ustaleń konferencji w Poczdamie w 1945 r. Stąd już
        tylko krok do wysunięcia wobec Polski roszczeń terytorialnych.
        Mało kto pamięta, że do wznowienia dyskusji o wypędzeniach przyczynił się
        niemiecki pisarz Günter Grass. W swojej wydanej trzy lata temu książce "Idąc
        rakiem" pisarz opisał tragedię niemieckich uchodźców, którzy zginęli na
        statku "Wilhelm Gustloff". Dziś Grass uważa, że idea powołania centrum
        kładącego nacisk na niemieckie krzywdy to nieporozumienie. W niedawnym
        wywiadzie dla stacji telewizyjnej NDR opowiedział się za projektem
        międzynarodowym. "Teraz można o tym mówić otwarcie. I to z obu stron. Polacy są
        gotowi rozmawiać również o zbrodniach, które były ich dziełem. Ale ze swej
        strony nie powinniśmy nigdy zapominać, że to my zaczęliśmy wypędzenia" - mówił
        niemiecki noblista. Problemem jest to, że wielu Niemców bardzo chce o tym
        zapomnieć. Artykuł "Niemiecki koń trojański" przerwał wygodny proces wypierania
        niewygodnej przeszłości.

        www.wprost.pl/ar/?O=49710
    • tomek9991 Reiter, czyli konflikt lojalności ! 25.09.03, 11:59
      Nie straszyć!
      Podczas dyskusji w redakcji "Rzeczpospolitej" Janusz Reiter, były ambasador w
      Niemczech, ostrzegał Polaków przed konsekwencjami nieutworzenia Centrum przeciw
      Wypędzeniom. "Byłoby niedobrze, gdyby ci, którzy projekt centrum forsują, mieli
      go zarzucić pod naciskiem Polski i gdyby mieli poczucie przegranej. Za to
      zwycięstwo zapłacilibyśmy wysoką cenę. Wiem, jakie nastroje w Niemczech
      potencjalnie istnieją. Jeśli będą stłumione, eksplodują z większą siłą" -
      powiedział Reiter.
      Mieszkałam w Niemczech przez 16 lat, czyli znacznie dłużej niż Reiter, i wiem,
      jakie w Niemczech panują nastroje, nie tylko potencjalne. Nie podejrzewam, by
      dyskusja na temat prób wykorzystywania przez niemieckie elity nacjonalistów ze
      Związku Wypędzonych mogła doprowadzić do eksplozji tłumionych nastrojów. Reiter
      straszy nas od chwili, kiedy Polska przystąpiła do koalicji antyirackiej.
      Ostrzegał, że z tego powodu nie przyjmą nas do unii i apelował, aby Polska
      koniecznie robiła to, czego sobie życzą europejskie potęgi - Niemcy i Francja.
      Polska była w jego enuncjacjach karłem, który nie wiedzieć czemu odważył się
      prowadzić samodzielną politykę zagraniczną. Reiter pomylił się wielokrotnie w
      przeszłości i myli się nadal. Myli się, bo w dyskusji o centrum nie chodzi o
      zwycięstwo Polaków, ale o przyzwoitość i historyczną prawdę. Dzisiejsze Niemcy
      to nie III Rzesza, nie grozi nam więc eksplozja tłumionych nastrojów ani powrót
      Hitlera. Niech więc nas nie straszy ani nie próbuje zamykać ust tajemniczymi
      ostrzeżeniami
      www.wprost.pl/ar/?O=49710
    • tomek9991 Bartoszewski, Nowak-Jeziorański itd.. 25.09.03, 12:00
      LECH WAŁĘSA
      były prezydent RP
      Bardzo dobrze się stało, że tygodnik "Wprost" opublikował artykuł "Niemiecki
      koń trojański". Widać gołym okiem, że Niemcom trzeba przypominać ich wojenne
      wyczyny. Jeśli powstanie Centrum przeciw Wypędzeniom, Polska powinna wybudować
      swoje centrum, które pokaże zbrodnie, gwałty i spustoszenie dokonane w naszym
      kraju przez niemieckich najeźdźców.
      JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI
      legendarny kurier z Warszawy, były dyrektor Radia Wolna Europa
      Artykuł "Niemiecki koń trojański" to spokojne i rzeczowe pokazanie, co Niemcy
      są nam winni, i o czym nie powinni zapominać. Sam dowiedziałem się o wielu
      faktach, których wcześniej nie znałem. Dobrze by było, aby ten artykuł został
      przetłumaczony na język angielski lub niemiecki i opublikowany w zachodniej
      prasie. Samych siebie już nie musimy przekonywać - musimy przekonywać innych.
      Nie możemy być oportunistami, którzy boją się skutków tego, co powiedzą Niemcy.
      Poza tym poważny odłam niemieckiego społeczeństwa jest przeciwny
      nacjonalizmowi, więc tych rozsądnych Niemców należy utwierdzać w ich
      przekonaniach. Uważam, że Centrum przeciw Wypędzeniom mogłoby ewentualnie
      powstać pod auspicjami Rady Europy, ale wolałbym, by zrodziła się inicjatywa
      wybudowania pomnika ofiarom II wojny światowej. To uniemożliwiłoby Niemcom
      ustawienie się w jednym szeregu z ofiarami nazistów, których przecież legalnie
      wynieśli do władzy.
      WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI
      były minister spraw zagranicznych RP
      Działania Eriki Steinbach kompromitują ją, a prasa ma prawo inicjować - jak to
      zrobił tygodnik "Wprost" - dyskusję o kłopotliwej przeszłości. W kwestii
      Centrum przeciw Wypędzeniom zrobiłem swoje, teraz czekam, co zrobią inni.
      MAREK EDELMAN
      ostatni żyjący dowódca powstania w getcie warszawskim
      Nie mam i nie miałem wątpliwości, że dyskusja o zbrodniach niemieckich jest w
      Polsce potrzebna. Niemcy swoimi pomysłami dotyczącymi Centrum przeciw
      Wypędzeniom sami ją wywołali i uzasadnili potrzebę jej prowadzenia.
      www.wprost.pl/ar/?O=49710
Pełna wersja