Przed wyborami - bez faworyta ...

09.10.08, 10:01

Druga przed wyborami debata prezydencka była tak samo nudna jak
poprzednia.

Nie zmieniła sytuacji nowa formuła (bezpośrednich pytań od raczej
niezdecydowanych wyborców) nowe miejsce (Nashville w stanie
Tennessee) ani nawet zupełnie nowa sytuacja w USA i na świecie.
Międzynarodowy kryzys finansowy grozi załamaniem światowego systemu
bankowego, tymczasem dyskutanci, senatorowie Barack Obama i John
McCain, nie mieli w tej sytuacji niczego nowego i śmiałego do
zaproponowania wyborcom. Nie chodzi o szczegółowy plan, ale o
zaproponowanie pewnej wizji działania, perspektywy na najbliższą
przyszłość. Republikanin McCain mówił o zamrożeniu wszelkich
wydatków poza militarnymi; demokrata Obama - o podniesieniu podatków
dla pięciu procent najwięcej zarabiających.

To stare pomysły, tymczasem na dziś Ameryka potrzebuje przywódcy,
który będzie mówił do ludzi prawdę, ale zarazem przedstawi im cel i
nadzieję na przyszłość. "Prawda" - to znaczy winien otwarcie mówić o
rozmiarach zapaści, zaapelować do społeczeństwa o konieczność
wyrzeczeń na trudny czas, ale zarazem zaproponować mu sprawiedliwe
rozwiązanie zaistniałej sytuacji (i przeszłych błędów), oraz
przedstawić jakąś wizję przyszłości - do czego dążymy. Tymczasem
nieśmiałe propozycje obu polityków ani nikogo nie przekonują, iż
zaradzą skali katastrofy, ani nie obiecują niczego w zamian - ani
nadziei na naprawę chorego systemu finansów, ani perspektywy na
przyszłość. Jedyne, co nam kandydaci zasygnalizowali (nie mówiąc
tego wprost), to że w istocie wystarczą małe korekty, aby naprawić
tę gigantyczną zapaść. Nikt w to nie wierzy, spada więc zaufanie do
kandydatów.

Pod tym względem zwłaszcza rozczarowujący był senator Obama, który
ma zadatki na natchnionego polityka, inspirującego lidera. Wypadł
natomiast równie blado co jego zwykle bezbarwny rywal. Obama miał
ogromną szansę, aby rozstrzygnąć tę debatę zdecydowanie na swoją
korzyść (i Partii Demokratycznej), porwać za sobą tłumy i
przedstawić się jako niekwestionowany przywódca kraju na najbliższe
(trudne) lata. A tak, kolejne starcie między kandydatami zakończyło
się "remisem" (według powszechnej opinii), a więc - na niecały
miesiąc przed wyborami nie mamy na kogo głosować. Obaj kandydaci
pokazali, że nie są politykami na obecne czasy.

Oczywiście, że natchnieni politycy nie rodzą się na kamieniu, ale w
ostatnich latach Ameryka przynajmniej dwukrotnie współcześnie miała
szczęście do takich przywódców; jednym był John Kennedy, drugim -
Ronald Reagan. Obaj wygrali wybory w czasach ciężkiego kryzysu
(także kryzysu wartości) i potrafili zmobilizować i pociągnąć za
sobą społeczeństwo. Dziś, sądząc po obu telewizyjnych dyskusjach
między kandydatami na prezydenta USA, skazani jesteśmy na
przeciętność, a więc i mało obiecującą przyszłość.

Quelle PDN-NY(CK)
    • felusiak1 Re: Przed wyborami - bez faworyta ... 09.10.08, 15:29
      Jak to nie mamy na kogo głosować. Mamy dwóch kandydatów.
      Jeden jest młody, piekny i mesjański a drugi stary, brzydki i nudny.
      Wybór jest niezwykle prosty z tym, że ten młody wziął sobie starego, nudnego i
      brzydkiego a ten stary skaperował młodą, ładną i podobno głupią. I mamy dylemat.
      Rzecz jasna ani jeden ani drugi kandydat nie może powiedzieć ludziom co jest
      grane i dlaczego. Nie może powiedzieć im, że sa współwinni sytuacji. Obaj
      wyrażaja współczucie okazujac głębokie zrozumienie. Please.... leave me alone....
      Go away, stop bullshiting..... Go fcuk yourselves.
      • spitt Re: Przed wyborami - bez faworyta ... 10.10.08, 05:08

        Amen !!! ,...
        ===================================================================
        leave me alone....
Pełna wersja