hugo_w2
07.11.08, 11:26
Swoista euforia (większa chyba za granicą niż w USA) z powodu
zwycięstwa senatora Baracka Obamy powinna pomóc przyszłemu
prezydentowi w sprostaniu ogromowi zadań.
Nadzieje wiązane z nowym przywódcą Stanów Zjednoczonych są zapewne
przesadzone. Nie wszystko pójdzie tak gładko i po myśli oczekujących
nagłej i radykalnej zmiany. Świat nie stanie się specjalnie
bezpieczniejszy za prezydenta Obamy, a rozwiązanie konfliktów w
Iraku i Afganistanie nie będzie tak łatwe, jak się niektórym wydaje.
Oponenci Zachodu tylko czekają na przejawy amerykańskiej słabości.
Już Rosja zapowiedziała agresywniejszą politykę i reakcja na nią
będzie jednym z pierwszych testów nowej administracji.
Największe jednak problemy czekają 44. prezydenta w kraju,
znajdującym się w bardzo trudnym położeniu: krach finansowy i
perspektywa głębokiej recesji może wkrótce zepsuć nastrój i nadzieję
żywioną na lepsze jutro i przekształcić w rozczarowanie. Nic tak
łatwo się nie zmienia jak nastrój mas: dziś za jednym politykiem,
jutro - za drugim.
Barackowi Obamie powinno dodatkowo pomóc zwycięstwo Partii
Demokratycznej w całym kraju. Demokraci zwiększyli przewagę w
Kongresie - w Izbie Reprezentantów mogą dojść nawet do przejęcia 260
miejsc, zaś w Senacie - przynajmniej 54, co przy dwóch
współpracujących z nimi niezależnych prawodawcach także zapewni
demokratom solidną większość.
Będziemy więc mieli rządy jednej partii, co zwykle nie jest dobre i
jak najbardziej sprzeczne z amerykańską zasadą równowagi i wzajemnej
kontroli: jeśli prezydent jest z Partii Demokratycznej - lepiej, aby
Kongres był republikański, i odwrotnie. Jednak czasy nie są
zwyczajne. Rozwiązanie choć części ogromu problemów będzie
łatwiejsze i sprawniejsze, jeśli prezydent nie napotka opozycji w
Izbie i Senacie. To my, wyborcy, będziemy kontrolować i sprawdzać
poczynania nowych władz i w najbliższych wyborach za dwa lata albo
udzielimy im dalszego poparcia, albo wybierzemy innych kongresmanów
i senatorów.
Społeczeństwo rozczarowało się do długoletnich porządków
republikańskich w kraju. Ale nie tylko; rozczarowało się do
swoistego "starego" układu politycznego, w którym przywódcy
wywodzili się ze "schodzącej" generacji albo z establishmentu
związanego z Waszyngtonem. Barack Obama jest przedstawicielem
młodszego pokolenia polityków. Czas już na nie, aby przejmowało
władzę i pokierowało sprawami podług wyobrażeń młodszej części
społeczeństwa. Reprezentuje on także zbliżone do rzeczywistego,
bardziej zróżnicowane społeczeństwo: 90 proc. głosujących na Johna
McCaina to byli biali wyborcy; na Obamę głosowało 61 proc. białych,
23 proc. czarnych i 11 proc. Latynosów oraz 2 proc. Azjatów.
Nowemu prezydentowi należy przede wszystkim dać czas na działanie.
Nie należy też spodziewać się za dużo. Wyzwania, przed jakimi staje,
są gigantyczne.
Quelle PDN-NY(CK)