hugo_w2
17.12.08, 09:50
Jan Grzebski z Działdowa, który dwa lata temu wybudził się ze
śpiączki po 19 latach, zmarł w miniony piątek. Wiadomość o jego
cudownym powrocie do świadomości obiegła wówczas światowe media.
Przyczyną śmierci Jana Grzebskiego był najprawdopodobniej zawał
serca. Informację o zgonie potwierdził we wtorek rehabilitant
Wojciech Pstrągowski, który dzięki ćwiczeniom wybudził go ze
śpiączki.
"Pan Jan miał w wakacje zawał serca, leżał wówczas w szpitalu w
Olsztynie, miał przeprowadzoną koronografię, rehabilitacja została w
tym czasie przerwana" - powiedział Pstrągowski. Dodał, że Jan
Grzebski zmarł w piątek - najprawdopodobniej miał drugi zawał.
Niewykluczone, że serce było osłabione z powodu wieloletniej
śpiączki. Jak wyjaśnił Wojciech Pstrągowski, inaczej pracuje wówczas
układ krążeniowo-oddechowy, inny jest metabolizm. "Po wybudzeniu ze
śpiączki przy rehabilitacji musieliśmy o tym pamiętać" - podkreślił.
Zaznaczył, że zapamięta Jana Grzebskiego jako wzór pacjenta. Był
zawsze uśmiechnięty i cierpliwy. "Myślę, że przez te półtora roku,
gdy pan Jan odzyskał przytomność, był bardzo szczęśliwy, cieszył się
życiem z żoną Gertrudą, która była jego oparciem" - powiedział
Pstrągowski.
W kwietniu Gertruda Grzebska, która 19 lat opiekowała się niezłomnie
mężem, i rehabilitant Wojciech Pstrągowski otrzymali z rąk wojewody
warmińsko-mazurskiego Złote Krzyże Zasługi. Nadał je prezydent Lech
Kaczyński.
Pani Gertruda powiedziała wówczas, że najtrudniejsze chwile, jakich
doświadczyła w opiece nad mężem, były na samym początku jego walki z
chorobą. "Najtrudniejsza to była ta chwila, gdy przywiozłam męża na
noszach do domu i gdy położyłam go na wersalce. To była chwila,
którą ciężko opowiedzieć. Jak można było powiedzieć dzieciom, że ich
ojciec umiera, to było okropne" - wspomina Grzebska.
Pytana, czy nie czuła się pozostawiona sama sobie i opuszczona przez
środowisko medyczne, odparła, że każdy, kto zobaczył kartę
informacyjną męża ze szpitala, mówił, że to człowiek do stracenia i
nie da się go uratować.
"Każdy mówił: - nie da się go wyleczyć i ręce rozkładał. Nie było
pomocy, bo jaka ona mogła być" - podkreśliła pani Gertruda.
Jan Grzebski z Działdowa zachorował w 1988 roku po wypadku. Do 2007
roku leżał bezwładny, nie był w stanie samodzielnie jeść, siedzieć
czy mówić. W ubiegłym roku, m.in. po serii ćwiczeń
rehabilitacyjnych, zaczął wracać do zdrowia.
Quelle PDN-NY