Prezydent Bush w oczach opinii publicznej ...

22.12.08, 11:50

Zaledwie 11 proc. Amerykanów stwierdza, że George W. Bush przejdzie
do historii jako wybitny prezydent albo przynajmniej wyżej niż
przeciętny.

Pod koniec ośmioletniego pobytu w Białym Domu opinia publiczna
wystawia mu ostatecznie bardzo niską ocenę. W istocie - najniższą z
ostatnich czterech przywódców USA.

Jak to się stało, że prezydent, który po zamachu 11 września cieszył
się popularnością jedną z najwyższych w historii, mógł obsunąć się
tak nisko? Przyczyniły się do tego jego własne błędy, ale zarazem i
zewnętrzne okoliczności. Przynajmniej trzy wielkie, bezprecedensowe
katastrofy spotkały Amerykę za jego prezydentury. W parę miesięcy po
objęciu władzy nastąpił terrorystyczny zamach na Nowy Jork i
Waszyngton, który całkowicie zmienił USA i świat.

Reakcja na ten zamach i na perspektywę dalszych (dwie wojny,
stworzenie Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, inwigilacja
społeczeństwa - by wymienić tylko kilka z najbardziej
kontrowersyjnych kroków) spolaryzowała społeczeństwo. A w odczuciu
rosnącej większości, postępowanie administracji w tych sprawach było
fatalne.

Katastrofalny huragan "Katrina" w 2005 r., który zniszczył sporą
część Nowego Orleanu, oraz zlokalizowane w okolicach rafinerie ropy
naftowej, był kataklizmem na niespotykaną skalę. Ale akcja ratunkowa
i następnie pomoc ofiarom katastrofy przyczyniła się tylko do
zwiększenia mizerii ludzi. Zbiurokratyzowane struktury federalnej
agencji FEMA okazały się niezdolne do działania. Za bałagan, chaos i
niekompetencję urzędników winiono oczywiście prezydenta Busha, który
dobrał sobie ludzi niepotrafiących wywiązać się z powierzonych
zadań.

I trzecie bezprecedensowe wydarzenie - to gigantyczny kryzys
gospodarczy, który zaczął narastać już od początku tego roku, choć
jego oznaki wystąpiły jeszcze w 2007r.

Genezy tych kataklizmów można doszukiwać się w okresie przed
prezydenturą Busha: delikatne, łagodne reakcje na narastające
zamachy terrorystyczne przeciwko USA tylko zachęciły przestępców do
snucia śmielszych planów; USA zetknęły się z zupełnie innym sposobem
wojny, niż były przygotowane od 1945 r.; tamy chroniące Nowy Orlean
zbudowano (źle) ponad 20 lat temu, a kryzys ekonomiczny był jakby
skutkiem beztroskiej polityki pieniężnej za czasów poprzedniej
administracji.

Ale sposób postępowania administracji w tych sprawach mnożył tylko i
piętrzył kłopoty, miast przyczyniać się do ich łagodzenia.

Faktem jest, że prezydent Bush i jego ekipa musieli postępować
szybko w obliczu bezprecedensowych sytuacji, ucząc się niejako w
trakcie działania i wytyczając właściwe drogi na przyszłość.
Następcom będzie łatwiej.

Opinia publiczna to jedna sprawa, a późniejsza ocena historyków -
druga. Ci ostatni na spokojnie i z perspektywy czasu wystawią
prezydentowi Bushowi ostateczną ocenę.

CK




Więcej nas w Nowym Jorku
Według danych American Community Survey, agencji Biura Spisu
Powszechnego, liczba cudzoziemców w Nowym Jorku lekko się
zwiększyła.

Szacunkowe obliczenia porównują dynamikę społeczną w latach 2005-
2006. Liczby te to ostatni konkret w powodzi spekulacji na temat
bieżącej sytuacji emigrantów w mieście. Dostępne dane zaprzeczają
pogłoskom, jakoby, między innymi, Polacy wyjeżdżali z Nowego Jorku i
w ogóle masowo opuszczali Amerykę; że albo wracają masowo do kraju,
gdzie sytuacja gospodarcza jest dobra, albo jadą do Wielkiej
Brytanii czy Irlandii - gdzie jest mnóstwo pracy, kwestia
legalności/nielegalności nie ma znaczenia, a przy tym bliżej "domu".

Mit o Wyspach Brytyjskich jest tym właśnie - mitem, jak i nie
znajdują potwierdzenia w danych liczbowych pogłoski o licznym
opuszczaniu Nowego Jorku przez Polaków. ACS podaje, iż w 2005 roku
było nas (urodzonych w Polsce) w mieście około 57 tys., zaś w
2006r. - nieco ponad 60 tys. Wzrost minimalny, o 3-4 tysiące, ale
istotne są raczej przesunięcia Polaków w Nowym Jorku: ubyło nas na
Brooklynie, zaś przybyło na Queensie. Pozostałe dzielnice notują
mniej więcej stabilną sytuację pod tym względem.

Intuicyjna interpretacja sugeruje, iż Polacy zaczynają się
wyprowadzać z Greenpointu czy Williamsburga (administracyjnie
Brooklynu), gdzie robi się dla nich coraz drożej i przenoszą się do
tańszych, wygodniejszych dzielnic Queensu - głównie na Maspeth,
Ridgewood, Glendale (gdzie w kościele św. Pankracego uruchomiono
polską mszę - widomy znak, że rodaków w tej części przybywa), Middle
Village, Rego Park.

Ogólna dynamika emigracji, przynajmniej polskiej, od lat pozostawała
bez zmian - zarówno w Europie, jak i w USA: dwie trzecie przybyszów
prędzej czy później wraca do kraju, jedna trzecia zostaje, osiedla
się na zawsze. I trudno przypuszczać, aby obecnie działo się
inaczej.

Emigranci w pierwszym odruchu kierują się ku polskim dzielnicom (na
Greenpoint powiedzmy, czy Borough Park) - bo tam łatwiej zacząć,
raźniej wśród swoich i mniej kulturowych oraz językowych przeszkód.
W miarę stabilizacji życiowej wyprowadzają się na przedmieścia albo
do bardziej "sypialnianych" dzielnic miasta, gdzie można kupić dom
albo wynająć większe, wygodniejsze mieszkanie. Tymczasowe i
prowizoryczne życie na początku emigracyjnej drogi zmienia się z
czasem w stateczniejszą egzystencję.

Dane dotyczą sytuacji w Nowym Jorku sprzed prawie dwóch lat,
najnowsze są nieuchwytne za pomocą precyzyjniejszych badań. W
odniesieniu do minionego roku musimy kierować się intuicją i wiedzą
ogólną na temat mechanizmów emigracji. Te natomiast sugerują taki
właśnie obraz, sprzeczny z domysłami i spekulacjami.

Quelle PDN-NY(CK)
Pełna wersja