qwardian
25.03.09, 16:50
György Lukacs wraz z niemieckimi komunistami założył na
Uniwersytecie we Frankfurcie Instytut Marksizmu, którego
pierwowzorem był moskiewski Instytut Marksa-Engelsa. Z czasem
zmienił on nazwę na Instytut Badań Społecznych, ale do historii
wszedł pod nazwą Szkoły Frankfurckiej. Kiedy do władzy w Niemczech
doszedł Hitler, większość liderów tego środowiska wyemigrowała do
USA, gdzie zajęła ważne miejsce w amerykańskim życiu akademickim. Do
najbardziej prominentnych przedstawicieli tej formacji należeli
m.in. Max Horkheimer, Theodore Adorno czy Herbert Marcuse – później
główny ideolog rewolty młodzieżowej 1968 roku.
Przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej przejęli od Gramsciego
koncepcję „długiego marszu przez instytucje”To kultura, a nie
polityka, miała się stać głównym narzędziem przebudowy społecznej.
Szkoła Frankfurcka była laboratorium myśli nowej lewicy. Przejęła od
starej lewicy marksistowskie schematy myślenia i przełożyła je na
pojęcia kulturowe. Przede wszystkim zastąpiła determinizm
ekonomiczny determinizmem kulturowym. Dokonała też zasadniczych
zmian w ideologii – ponieważ robotnicy nie sprawdzili się jako
awangarda socjalizmu, gdyż zbyt często opowiadali się po stronie
kapitalistów lub chrześcijaństwa, w roli „uciśnionego proletariusza”
zaczęto więc obsadzać nowe grupy społeczne: młodzież (zwłaszcza
podczas wydarzeń w 1968 roku), kobiety (stąd ideologia feministyczna
i gender studies), homoseksualistów (rozkwit lobby gejowskiego) itd.
Ostatnio coraz częściej w roli prześladowanej ofiary, którą trzeba
wyzwolić z kapitalistycznego ucisku, obsadzana jest… Matka Ziemia.
Nie zmienił się natomiast sposób działania nowej lewicy, którym jest
podkopanie chrześcijańskich fundamentów naszej cywilizacji. Temu
służy wypracowana przez Szkołę Frankfurcką tzw. teoria krytyczna. Ta
rozpowszechniona dziś na uniwersytetach zachodnich teoria mówi o
tym, że kultura zachodnia odpowiedzialna jest za pojawienie się
największych bolączek współczesnego świata: imperializmu, rasizmu,
nazizmu, faszyzmu, antysemityzmu, seksizmu, ksenofobii, homofobii i
innych plag społecznych. Na ławie oskarżonych posadzone zostają:
chrześcijaństwo – jako źródło wykluczenia, patriarchalna rodzina –
jako miejsce formowania się osobowości autorytarnych, tradycja –
jako przyczyna zacofania, moralność – jako przeszkoda dla
samorealizacji, kapitalizm – jako forma wyzysku człowieka,
patriotyzm – jako rozsadnik nietolerancji itd.
Skutki tego typu myślenia obserwujemy dziś na Zachodzie na każdym
kroku – w programach edukacyjnych, w ofercie mediów, w nowym
ustawodawstwie itp. Można oczywiście tłumaczyć to bezosobowymi i
nieuchronnymi procesami cywilizacyjnymi. Zaprzeczają temu jednak
wypowiedzi przedstawicieli pokolenia ’68, którzy od lat są głównymi
rzecznikami kulturowej rewolucji.
Jeden z nich, Charles Reich, pisał w swym programowym tekście z 1970
roku: „Nadchodzi rewolucja. Nie będzie podobna do rewolucji z
przeszłości. Będzie zapoczątkowana przez jednostkę i kulturę; zmieni
strukturę polityczną dopiero w końcowym akcie. Nie będzie wymagała
przemocy, aby osiągnąć sukces, i nie będzie się jej można skutecznie
oprzeć przemocą. Rozprzestrzenia się ona teraz z zaskakującą
gwałtownością i już nasze prawa, instytucje, struktury społeczne
zmieniają się w wyniku jej działania… To jest rewolucja nowej
generacji”. O „rewolucji nowej generacji” pisał też wprost guru
pokolenia ’68 Herbert Marcuse: „tradycyjna idea rewolucji i
tradycyjna strategia rewolucji skończyły się… To, co musimy
przeprowadzić, jest rodzajem rozbijającej, rozproszonej
dezintegracji systemu”. Według niego na ruinach starego porządku
powstać powinien nowy twór – „społeczeństwo permisywne”.