Dodaj do ulubionych

________GEN! Jaki macie OP-luwacze ten gen, sąsied

27.04.09, 07:34
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94542698&a=94561183
Sąsiedzie fanie piq-a, Scana..

Przeczytaj w przerwie pieczenia MOJ POST NAPISANY NA GŁODZIE..
ten wyzej -link
Polska/Rynek Zdrowia 2009-01-30 13:14:00 Z ostatnich publikacji
internetowej wersji czasopisma „Proceedings of the National Academy
of Sciences” wynika, że gniewny temperament jest zapisany w naszym
DNA. O tym, czy ktoś zachowuje się jak furiat, może decydować
zaledwie jeden fragment naszego kodu genetycznego nazywany genem
wojownika.

Związek pomiędzy DNA a agresywnym zachowaniem potwierdził niedawno
eksperyment przeprowadzony na oddziale Uniwersytetu Kalifornijskiego
w Santa Barbara pod kierunkiem politolog prof. Rose McDermott.

Badacze z kilku amerykańskich i brytyjskich uczelni jako pierwsi
postanowili sprawdzić, w jaki sposób na nasze zachowanie przekładają
się różne warianty tzw. genu MAOA. Koduje on enzym zwany
monoaminooksydazą A, który wywołuje w mózgu rozpad neuroprzekaźników
towarzyszących silnym emocjom. To między innymi dopamina,
noradrenalina czy serotonina.



Istnieją jednak dwa warianty genu MAOA, decydujące o niskiej lub
wysokiej aktywności enzymu w mózgu. Jak zaobserwowano, zarówno u
ludzi, jak i u małp pierwszy wariant wiąże się z podwyższoną
skłonnością do agresji.

Aby dokładniej zbadać ten związek, uczeni poprosili 78 studentów o
udział w komputerowym quizie językowym, w którym, udzielając
poprawnych odpowiedzi, studenci mogli zarobić pieniądze. Gdy na ich
kontach pojawiły się konkretne kwoty, informowano ich jednak, że
inny gracz ukradł ich zarobek, łamiąc zabezpieczenia w sieci
komputerowej. W tym momencie eksperymentatorzy dawali badanym
możliwość ukarania złodzieja. Pozwolono im kupić dla niego danie,
które mogli doprawić do woli ostrym sosem.

Okazało się, że studenci z pierwszym wariantem genu wojownika byli
surowsi w wymierzaniu kary. Lali więcej sosu niż reszta badanych. Co
więcej, ich skłonność do zemsty była wprost proporcjonalna do
straty, którą ponieśli. W rzeczywistości nie było oczywiście żadnego
złodzieja, a pieniądze kradł program komputerowy.

Zdaniem autorów eksperymentu, istnienie genu wojownika w ludzkim DNA
ma poważne konsekwencje dla mechanizmów polityki, przemocy, a także
zbrodni. Niektórzy ludzie są po prostu bardziej skłonni do
agresywnej reakcji, jeśli czują się sprowokowani.

Obserwuj wątek
      • pan.scan Wzywasz i wyzywasz Piqa (niki piszemy podobnie 27.04.09, 08:29
        jak imiona, dużą literą - to na marginesie Twojej łże-szlacheckiej
        kultury) a kiedy Piq pojawi się i skopie Ci po raz enty doopsko będziesz
        znowu obnosił się ze swoją krzywdą i linkami po wszystkich wątkach.
        I tak ad nauseam, od 8 lat, masz charakterek goowniarza, skarżypyty,
        donosiciela i samochwały naraz. Weź się do uczciwej roboty, zajmij się
        ogrodem, wiosna w pełni. Kiedy się fizycznie zmęczysz od łopaty to i
        głupoty wywietrzeją Ci z Twojej starczo upartej makówki.
        • hasz0 ______użyj wyobraźni dla innych masz tu portret 27.04.09, 09:08
          bys sobie nie musiał wyobrazac mnie ani jako Miecia Moczara,
          ani jako rzekomo "skopanego" przez biednego oszczercę, którego
          cechami przewrotnie mnie własnie obdarzyłeś!
          www33.patrz.pl/u/f/47/17/67/471767.jpg[/img]
          Muszę przyznać, POMIJAJĄC naiwną ODWROTKĘ, ześ celnie opisał jego
          cechy:

          ...piq sie obrażał nawet o pisanie bez symetrii jego nicka....
          MUISAŁO SIE PISAC koniecznie MAŁYMI LITERAMI!
          ...o zdziewkę...o zasady, ktore notorycznie sam łamał...
          jest snobem nawet w nazywaniu trunków winnych i pochodnych
          podobnym do Ciebie..."Cognac dla ubogich"

          Scana opis (odwrotkowo) psuje jak ulał do oscenicznego opisu
          języka w uchu dziewczynki, listu kapusia donosiciela, chwalenia się
          wiedzą ekonomiczna i polityczną oraz wszelaką..ILEŻ TO RAZY PROSIŁ I
          NAMAWIAŁ MNIE bym go pytał to mi wyjaśni wszystko...ale nie podważał

          SCAN:
          >" od 8 lat, masz charakterek goowniarza, skarżypyty,
          > donosiciela i samochwały "

          #######################################HASZCZ:
          I co nie pasuje do piczego jak ULAŁ?

          -------------
          Autor stara się odpowiedzieć na pytanie co popychało ludzi, którzy
          przeszli tak niewyobrażalne cierpienia do dokonania zwrotu i
          zadawania takich samych cierpień innym.
          ...gdyby ona (a także pozostali moi dziadkowie) w latach
          dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku nie wyjechała do Ameryki, na
          początku lat czterdziestych bieżącego stulecia ja zostałbym wysłany
          do Oświęcimia. Miałbym mniej więcej dwanaście lat. Podobnie jak inni
          chłopcy z tamtych czasów nosiłbym szare, wełniane ubranko i płaską,
          szarą czapkę z daszkiem. Wraz z matką, ojcem i piegowatą siostrą
          wysiadłbym z pociągu na betonową rampę w obrębie drutów obozu. Stało
          się jednak tak, że pojechałem do Oświęcimia dopiero przed czterema
          laty, gdy miałem bez mała sześćdziesiąt wiosen i można to było
          zrobić bezpiecznie. Stanąłem na szerokiej, betonowej płycie i
          wpatrzyłem się w tory, na których stałby pociąg, ale nie potrafiłem
          sobie wyobrazić, że z niego wysiadam. Próbowałem, jednak
          wszelkie "co, gdzie i kiedy" tyczące Oświęcimia, były tak odległe od
          świata, który pamiętałem, że poczułem, iż usiłuję zobaczyć jak
          wyglądałem ja sam, czy raczej moje atomy, tuż przed Wielkim
          Wybuchem. Czytałem na temat Oświęcimia i wiedziałem, że owego dnia
          na rampie musiałby być Mengele, więc podszedłem do miejsca, w którym
          zapewne by stał. Wiedziałem, że powiedziałby mój ej matce i mojemu
          ojcu: -Naprawo - zaś mojej siostrze i mnie: -Na lewo - ale wciąż nie
          potrafiłem sobie tego wyobrazić. Przeszedłem do ruin przebieralni -a
          raczej rozbieralni - następnie do komory gazowej, obecnie bez dachu,
          pełnej resztek starej konstrukcji, kurzu, trawy i mleczy, a także
          (kiedy przyjrzałem się dokładniej) maleńkich, białych okruchów
          kości, które w latach czterdziestych spadły tam z nieba. Znowu
          spróbowałem sobie wyobrazić swoją siostrę i siebie samego w tej
          komorze, jak rozebrani tulimy się do siebie, otoczeni przez tysiąc
          ludzi (wszyscy krzyczą, spływa na nas gaz), i po prostu nie byłem w
          stanie tego zobaczyć, w moim umyśle nie było haczyka, na którym
          mógłby zawisnąć taki obraz. Z równym powodzeniem mógłbym dociekać
          dlaczego istnieje wszechświat i co by było gdyby go nie było.
          Wyjechałem nie robiąc żadnych notatek, ale pamiętam, że poczułem
          trochę sympatii do mężczyzn i kobiet twierdzących że Holocaust się
          nie zdarzył. Ludzie, którzy tak mówią to głupcy, częstokroć nawet
          gorzej, ale potrafię ich zrozumieć. Myśl, że Holocaust naprawdę miał
          miejsce, jest zbyt nieogarniona dla maleńkiego, nie większego od
          piłki do siatkówki, mózgu.

          Przyjechałem do Oświęcimia, a także w ten rejon Polski, aby zbierać
          materiały do tej książki. Usłyszałem o pewnej żydowskiej
          dziewczynie, Loli, która po półtorarocznym pobycie w Oświęcimiu
          odwróciła Holocaust do góry nogami, zostając komendantką dużego
          więzienia dla Niemców w Gliwicach, o trzydzieści mil od swego obozu,
          tudzież naśladując w pewien sposób SS-manki z Oświęcimia i
          zapragnąłem o niej napisać. Lola nie przebywała już w Polsce, lecz
          rozmawiając o niej z Żydami, Polakami i Niemcami, studiując
          dokumenty w pełnej pajęczyn piwnicy w Polsce, jak również w
          betonowym zamku nad Renem, stopniowo zdałem sobie sprawę z tego, że
          prawda jest dużo, dużo obszerniejsza niż sprawa Loli.
          www.naszawitryna.pl/ksiazki_103.html[img]
          • rycho7 nadzieja w Besserwisserze Haszu 27.04.09, 09:28
            hasz0 napisał:

            > Autor stara się odpowiedzieć na pytanie co popychało ludzi, którzy
            > przeszli tak niewyobrażalne cierpienia do dokonania zwrotu i
            > zadawania takich samych cierpień innym.

            Czy to Haszu kwestia elementarnej "sprawiedliwosci" hipopotama na Saharze?
            • hasz0 _______nie pajacuj raz w te a raz wewte 27.04.09, 09:39
              wystarczyło nie ukrywać i osądzić sprawiedliwie
              .......
              -------------------------------
              1)zemsta jest tak samo zła

              jak

              2)wybaczenie nieprzyznającym się do win
              --------------------------------------
              Ty szambujesz po 1) + 2)!
              • rycho7 Re: _______nie pajacuj raz w te a raz wewte 27.04.09, 09:44
                hasz0 napisał:

                > 1)zemsta jest tak samo zła
                >
                > jak
                >
                > 2)wybaczenie nieprzyznającym się do win

                Kara to "odplata" - synonim zemsty.

                Nikt Cie nie prosi o wybaczanie niewinnym. Winny bo nie przyznaje sie do win?

                Zap.erdalaj do prokuratora. Donies dowody winy. Chciejstwo zgnebiebnia
                przeciwnikow to nie sprawiedliwosc.
                • haszszachmat _____mówisz o Scanie i piq-u? 27.04.09, 09:53
                  bo to pasuje do nich jak ulał.
                  ...............
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94561240&a=94565445
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94532209&a=94565022
                  Muszę przyznać, POMIJAJĄC naiwną ODWROTKĘ, ześ celnie opisał jego
                  cechy:

                  ...piq sie obrażał nawet o pisanie bez symetrii jego nicka....
                  MUISAŁO SIE PISAC koniecznie MAŁYMI LITERAMI!
                  ...o zdziewkę...o zasady, ktore notorycznie sam łamał...
                  jest snobem nawet w nazywaniu trunków winnych i pochodnych
                  podobnym do Ciebie..."Cognac dla ubogich"

                  Scana opis (odwrotkowo) psuje jak ulał do oscenicznego opisu
                  języka w uchu dziewczynki, listu kapusia donosiciela, chwalenia się
                  wiedzą ekonomiczna i polityczną oraz wszelaką..ILEŻ TO RAZY PROSIŁ I
                  NAMAWIAŁ MNIE bym go pytał to mi wyjaśni wszystko...ale nie podważał

                  SCAN:
                  >" od 8 lat, masz charakterek goowniarza, skarżypyty,
                  > donosiciela i samochwały "

                  #######################################HASZCZ:
                  I co nie pasuje do piczego jak ULAŁ?
    • andrzejg wojowniku 27.04.09, 10:21
      jesli chodzi o agresje, to ty tu dominujesz
      Tak więc wszelkie uwagi i wnioski wynikajace z eksperymentu odnieś
      do siebie. Mówiąc szczerze nie chciałbym dostac sie w twoje łapy,
      albo byc od ciebie zaleznym. Rozkoszowałbys się zemstą.

      A.
      • haszszachmat Wiem!______ GNOjówką maleszkowatą * 100 za 1 herb! 27.04.09, 10:33
        Takie masz proporcje i widzenie świata oraz ludzi.

        Czytałeś jego bluzgi przez wiele miesiecy gdy nie miał czasu
        bo był BARDZO zapracowany?

        ______________CZYTAŁEŚ?________________

        Tak prymitywnego i infantylnego osądu, jaki prezenutjesz tu co rusz
        nie mozna spotkać u normalnych ludzi ...skad sie to wzięło u Ciebie?

        Pamietam jak mnie kuriozalnie przedstawiałeś żonie:
        - Zobacz na niego...wygląda i zachowuje się normalnie!"

        Albo to Twoje ostatnie spostrzeżenie bez ripostowe of cause:

        - Wiedziałem, ze jesteś umoczony w prywatyzację...czy jakoś tak..






          • rycho7 Re: Poparańcu.toTwoja codzienna uprzejmość dla za 27.04.09, 10:40
            haszszachmat napisał:

            > ... ta starsza pani zwolniona za mobbing?

            To mi przypomina niewyzyta starsza pania, ktora mnie napastowala zem zboczeniec
            za to, ze nawet nie pomyslalem, ze moglbym ja zgwalcic w lesie.

            Starsze panie miewaja klopoty z pustka czaszki. Oraz ze sprzataniem gniazda, gdy
            nikt go nie obsrywa.
          • andrzejg Re: Poparańcu.toTwoja codzienna uprzejmość dla za 27.04.09, 10:42
            haszszachmat napisał:

            > ... ta starsza pani zwolniona za mobbing?
            >

            jaka zwolniona starsza pani?
            Ostatnio z pracy odeszła pani,na własna prośbe zresztą, a to ze
            względu na wiek. Juz jej sie nie chciało. W końcu 70 lat to nie 50.
            Gdyby chciała, to do tej pory by pracowała.

            A teraz policz palanciku ile u mnie pracowała będąc na emeryturze.

            A.


            A.
            • haszszachmat _________Więc Palanciku kłamałeś JAK najęty? 27.04.09, 10:50
              gdy opisywałeś dwa moze trzy alebo więcej let temu...
              jak byłęś zdenerwowany bo musiałeś zwolnić starsza panią,
              która uskarżała sie na mobbing?

              Wraz z nia zwolniłes młodego, którego też dawni pracownicy
              szykanowali...

              nazywałeś ich oboje dość nieładnie...PUBLICZNIE!!!!...

              +++++++____________KŁAMAŁES WIĘC! Po co?

              Tak jak Tu?

              ------------------------------->
              nu
              Autor: andrzejg 26.04.09, 20:36

              wiedziałe,że jakiś szwindel zrobiłeś
              Jak ktos tak ostro walczy przeciw, to często , gęsto szwindel a nim
              stoi własnie (parodiując perłę)

              A.
              • andrzejg Re: _________Więc Palanciku kłamałeś JAK najęty? 27.04.09, 10:59
                to tak daleko sięgasz pamięcią świrusie

                Fakt.Zwolniłem panią, ale trudno ja nazwać starszą,no chyba z
                poziomu dwudziestolatka. Tą rzeczywiscie wywaliłem z roboty, bo nie
                nadawała się. Psuła mi opinię. Zresztą póxniej co troche wylatywała
                z innych prac.Faktycznie coś tam wspominała o mobbingu, ale cóz to z
                mobbing palanciku.Normalne wymagania konkretnego zachowania sie
                wobec klienta. Dzień dobry, do widzenia i takie tam.
                A młody? To był uczeń. Odszedł sam skarżąc sie na pozostałych
                pracowników i uczniów na złosliwości.

                Lepiej ci palanciku? Wojowniku o słuszna sprawę?

                A.
                • haszszachmat ___________________OK! Odebrałem wtedy to inaczej 27.04.09, 11:08
                  z powodu przymiotników i dygresji...
                  całkiem niestosownych i nieprawdziwych, bo uogólniajacych.

                  Pamiętaj! Jesli nie sparwdzasz faktów, nie chcesz ich nawet
                  weryfikowac u źródła. A tak było gdy przywiozłem ksiażkę kuzyna
                  i wspomniałem o sadze. Nie chciałęś obejrzeć.

                  Ale wierzyłeś piq-owi

                  ...o kursach walut zmieniających się stabilnie ......że nie jest
                  możliwa interwencja na rynkach walutowych! itp

                  A nie chciałeś patrzeć na dane statystyczne z datami i wyliczonymi %%
                  %-ami, jakie przedstawiałem piq-owi!
                  Tak było kilka razy!

                  Przymilny post do kuzyna z sznatażykiem pod swą tezę
                  + miesiące haniebnych ataków furii ...
                  idealnie pasuja do twych "uszczypliwosci"..wyssanych z palca.

                  tak działa też partia Platformy...odwracajac uwagę od PRAWDZIWYCH
                  PROBLEMÓW palikotowaniem.
                  Jesteś naiwniakiem.
        • andrzejg Re: Wiem!______ GNOjówką maleszkowatą * 100 za 1 27.04.09, 10:47
          haszszachmat napisał:

          > Takie masz proporcje i widzenie świata oraz ludzi.
          >
          > Czytałeś jego bluzgi przez wiele miesiecy gdy nie miał czasu
          > bo był BARDZO zapracowany?
          >
          > ______________CZYTAŁEŚ?________________
          >

          czytałem
          twoje zreszta też

          ile czasu juz minęło od tych bluzgów?
          a ty ciagle zioniesz nienawiścią


          > Tak prymitywnego i infantylnego osądu, jaki prezenutjesz tu co rusz
          > nie mozna spotkać u normalnych ludzi ...skad sie to wzięło u
          > Ciebie?

          bo jestem nienormalny gadając jeszcze z tobą

          >
          > Pamietam jak mnie kuriozalnie przedstawiałeś żonie:
          > - Zobacz na niego...wygląda i zachowuje się normalnie!"

          Nie pamietam tego,ale jest to mozliwe, ponieważ dałem jej do
          poczytania niektóre twoje posty...noo i musiałem pewnie potem cie
          tłumaczyc, że jednak wyglądasz normalnie. No,ale na forum nie liczy
          się zewnętrzna aparycja,tylko wnętrze.A to jakie masz , to kazdy
          widzi.

          >
          > Albo to Twoje ostatnie spostrzeżenie bez ripostowe of cause:
          >
          > - Wiedziałem, ze jesteś umoczony w prywatyzację...czy jakoś tak..
          >
          >


          Nie w prywatyzacje, tylko przekręty
          Przecież sam napisałes o swoich przekrętach.Jeżeli to był żart, to
          zaznaczaj do duzymi literami, bo u ciebie cięzko to rozróznic.


          A.
          • haszszachmat Zapytaj Scana jesli nie sledzisz-picze oszczerstwa 27.04.09, 10:57
            POWTÓRZONE...
            włąśnie dziś pokaząłem jak pasują SCANA
            przymiotniki idealnie do

            _________piq-a___________
            ile Ty masz IQ=?

            Parę dni temu zamiast mnie przeprosić........KOMPROMITUJE SIĘ
            jak dziecko z piaskownicy.

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94561240&a=94569034
            O TU
            bo chyba oryginalny wątek wyciął...z innego ..dlatego już od wielu
            lat wklejam w inne wątki
            -
            _____mówisz o Scanie i piq-u?
            Autor: haszszachmat 27.04.09, 09:53 Dodaj do ulubionych Skasujcie
            Odpowiedz

            bo to pasuje do nich jak ulał.
            ...............
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94561240&a=94565445
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=13&w=94532209&a=94565022
            Muszę przyznać, POMIJAJĄC naiwną ODWROTKĘ, ześ celnie opisał jego
            cechy:

            ...piq sie obrażał nawet o pisanie bez symetrii jego nicka....
            MUISAŁO SIE PISAC koniecznie MAŁYMI LITERAMI!
            ...o zdziewkę...o zasady, ktore notorycznie sam łamał...
            jest snobem nawet w nazywaniu trunków winnych i pochodnych
            podobnym do Ciebie..."Cognac dla ubogich"

            Scana opis (odwrotkowo) psuje jak ulał do oscenicznego opisu
            języka w uchu dziewczynki, listu kapusia donosiciela, chwalenia się
            wiedzą ekonomiczna i polityczną oraz wszelaką..ILEŻ TO RAZY PROSIŁ I
            NAMAWIAŁ MNIE bym go pytał to mi wyjaśni wszystko...ale nie podważał

            SCAN:
            >" od 8 lat, masz charakterek goowniarza, skarżypyty,
            > donosiciela i samochwały "

            #######################################HASZCZ:
            I co nie pasuje do piczego jak ULAŁ?
            ________GEN! Jaki macie OP-luwacze ten gen, sąsied - szach0
            27.04.09, 07:34
            ________________Test Hasza - jaki gen ma piq?/n - szach0 27.04.09,
            07:35
            Wzywasz i wyzywasz Piqa (niki piszemy podobnie - pan.scan 27.04.09,
            08:29
            ______użyj wyobraźni dla innych masz tu portret - hasz0 27.04.09,
            09:08
            _____masz tu portret a wyobraźni użyj do w/w - hasz0 27.04.09,
            09:10
            nadzieja w Besserwisserze Haszu - rycho7 27.04.09, 09:28
            _______nie pajacuj raz w te a raz wewte - hasz0 27.04.09, 09:39
            Re: _______nie pajacuj raz w te a raz wewte - rycho7 27.04.09,
            09:44
            _____mówisz o Scanie i piq-u? - haszszachmat 27.04.09, 09:53
            Re: _____mówisz o Scanie i piq-u? - rycho7 27.04.09, 10:15
            eugenika haszystowska - rycho7 27.04.09, 07:59
            _______zastosuj ODWRotkę...w tym jesteście lepsi/n - hasz0 27.04.09,
            08:15
            wojowniku - andrzejg 27.04.09, 10:21
            Wiem!______ GNOjówką maleszkowatą * 100 za 1 herb! - haszszachmat
            27.04.09, 10:33
            Poparańcu.toTwoja codzienna uprzejmość dla załogi? - haszszachmat
            27.04.09, 10:35
            Re: Poparańcu.toTwoja codzienna uprzejmość dla za - rycho7 27.04.09,
            10:40
            Re: Poparańcu.toTwoja codzienna uprzejmość dla za - andrzejg
            27.04.09, 10:42
            _________Więc Palanciku kłamałeś JAK najęty? - haszszachmat
            27.04.09, 10:50
            Re: Wiem!______ GNOjówką maleszkowatą * 100 za 1 - rycho7 27.04.09,
            10:36
            Re: Wiem!______ GNOjówką maleszkowatą * 100 za 1 - andrzejg
            27.04.09, 10:47
            Re: wojowniku - rycho7 27.04.09, 10:34
            TPS.A to epizod zawodowy.. podobnie Elwro.. - haszszachmat 27.04.09,
            10:38
            Re: TPS.A to epizod zawodowy.. podobnie Elwro.. - rycho7 27.04.09,
            10:43


                • haszszachmat O co walczysz PO-mówieniem? Jesli wiem, że nie 27.04.09, 11:17
                  kłamałem...
                  i dałem link na dowód, ze kuzyn zmienił wersję?
                  Z Sobieskiego na Batorego mniej więcej w tamty okresie?

                  -------------------------------------MASZ JAK WÓŁ__________
                  andrzejlazar - 03-07-2007 - 08:50
                  Temat postu:
                  ---------------------------------------------------------------------
                  -----------
                  Nazwisko Lazar pochodzi od biblijnego imienia Łazarz (po
                  hebrajsku "Bóg wspomógł"). Łacińska forma Lasarius spolszczona
                  została na Łazarz. Jako imię w Polsce notowane jest od XIII wieku.
                  Jako nazwisko Łazar od 1496 roku a Lazar od 1602 roku.
                  Od tegoż Łazarza pochodzi też lazaret czyli szpital wojskowy. Jest
                  zatem nazwiskiem odimiennym i ma wiele odmian, które przytoczę
                  poniżej.
                  Tak zaczyna się moja druga książka o Lazarach.Ostatnio wysuwam
                  śmiało tezę ,że Lazarów sprowadził do Polski Stefan Batory z
                  Siedmiogrodu.Czy możesz tą tezę poprzeć?
                  Dziękuje za cieplutkie pozdrowionka
                  ---------------------------------------------------------------------
                  -----------
      • rycho7 Re: wojowniku 27.04.09, 10:34
        andrzejg napisał:

        > Rozkoszowałbys się zemstą.

        60 lat "rozwoju" telekomunikacji polskiej. Otepia zmysly. Codzienna nuda nie
        dostarcza mu rozkoszy. Co innego co obrona Odry 1305 przed strzelaniem w
        potylice. Jak ma wpoprzek to nie cudzolozy.
        • haszszachmat TPS.A to epizod zawodowy.. podobnie Elwro.. 27.04.09, 10:38
          gdy zwolniłem się z Elwro ...upadło!
          Gdy przyjałem sie do PPiTT zaczął sie błyskawiczny postęp...
          po zwolnieniu mnie...sam widzisz co sie z TPSA dzieje...

          od grudnia nie potrafia uruchomić usługi, która sąsiad zza ściany ma
          od dwu lat.

          Więc FAKTY przeczą Twoim fałszywym korelacjom.
                • haszszachmat Re: Zaorał sam? Czy PO-zwolono naiwniaku? 27.04.09, 13:20
                  https://bi.gazeta.pl/im/3/5061/z5061733X.jpg
                  Skończyła się wojna, zaczął komunizm.

                  — W czerwcu1945 r. zdałem maturę. Potem Politechnika Warszawska. I
                  fascynacje maszynami. Wtedy cudem techniki był amerykański komputer
                  ENIAC. Jeden z pierwszych. Tak wielki, że zbudowano dla niego
                  specjalną halę, a obok elektrownię, która go zasilała — wspomina
                  Jacek Karpiński, ps. Mały Jacek.

                  Do niedawna uważano, że był to pierwszy komputer na świecie. Ważył
                  prawie 30 ton, zajmował 140 mkw. i składał się z ponad 18 tys. lamp
                  elektronowych. Po wojnie, gdy odtajniono niektóre dokumenty
                  brytyjskiego wywiadu, okazało się, że Brytyjczycy z ośrodka
                  kryptograficznego w Bletchley Park ubiegli Amerykanów o dwa lata. W
                  1941 r. zbudowali pierwszy sprawnie działający komputer na świecie o
                  nazwie Colossus.

                  — Po studiach z nakazu pracy robiłem nadajniki radiowe dla ambasad,
                  które dzięki nim komunikowały się z Polską. Spore, dwukilowatowe —
                  mówi Karpiński.

                  Kiedy odpracował studia, przeniósł się do PAN, gdzie wreszcie
                  rozwinął skrzydła. I stworzył swoją pierwszą „mądrą” maszynę. Do
                  przepowiadania pogody.

                  — AAH była pierwszą na świecie maszyną, która pomagała tworzyć
                  długoterminowe prognozy pogody. Po wprowadzeniu danych z obserwacji
                  Słońca na ekranie pojawiał się wynik. W sumie to był taki wielki
                  procesor o wymiarach dwa metry na półtora. Maszyna pracowała dwa
                  lata. Ale pewnego dnia spadła ze schodów — wspomina Karpiński.

                  Po prostu podczas przenoszenia tragarze nie utrzymali komputera
                  wielkości szafy i przyrząd runął z wysokości dwóch pięter. Na oczach
                  jego twórcy. Przykre. Karpiński wykonał jeszcze kilka innych maszyn,
                  jak na owe czasy rewolucyjnych. Chociażby pierwszy na świecie
                  analogowy komputer do działań różniczkowych AKAT-1. Albo perceptron.
                  Maszyna, która sama potrafiła rozpoznawać otoczenie i uczyć się.
                  Miała kamerę i system do analizy obrazu pokazywanego jej np.
                  trójkąta. Bez problemu wskazywała jego cechy charakterystyczne i
                  identyfikowała jego kształt.

                  — Perceptron nie miał jakiegoś konkretnego zastosowania. To była
                  raczej sztuka dla sztuki, zabawa. Podstawą działania była sieć
                  neuronowa, składająca się z 2 tys. tranzystorów. Poza podobnym
                  urządzeniem w Stanach Zjednoczonych nikt na świecie czegoś takiego
                  nie zbudował — twierdzi Karpiński.

                  Bo na sztuczną inteligencję było jeszcze za wcześnie. W 1964 r. FSO
                  produkowała syrenki. Po ulicach jeździły wołgi i warszawy. Niewielu
                  obywateli i towarzyszy wiedziało, co znaczy słowo komputer. Co też
                  nieraz im Karpiński wytykał.


                  Maszyna KAR-65
                  Co musi czuć człowiek, który w szarej rzeczywistości siermiężnego
                  komunizmu wybiega myślami lata do przodu i konstruuje urządzenia
                  wyprzedzające swoją epokę? Dumę? Jakież frukty musiał dostawać od
                  władzy za taką robotę? Jakże musiał być hołubiony? Wiodło mu się
                  niezgorzej?

                  — Nie te czasy. Bycie inteligentnym bardziej szkodziło, niż
                  pomagało. Owszem, pozwalano tworzyć maszyny, ale gdy powstawały,
                  zaczynały się kłopoty. Wpierw był szum, potem maszyna zamiast do
                  ludzi trafiała do piwnicy pod klucz, i cisza. A już nie daj Boże,
                  żeby gazety napisały. Cenzura zabraniała. Bo jak naukowcy, to tylko
                  radzieccy. I jak naukowe osiągnięcia, to tylko radzieckich
                  naukowców. Polacy to kopanie węgla i ziemniaków. Prasa, owszem,
                  pisała, że mamy pierwsze miejsce na świecie, ale w uprawie
                  ziemniaka. O technicznych osiągnięciach cisza — mówi Karpiński.

                  A nasz bohater, ku utrapieniu komunistów, co skończył jakąś maszynę,
                  zaraz zaczynał następną, równie zmyślną. Po wynalezieniu perceptronu
                  ówczesny kierownik Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie
                  Automatyki PAN odmówił mu pieniędzy na dalsze konstrukcje. Miarka
                  się przebrała.

                  — Ubek i kawał durnia. Podstawiał mi nogę, kiedy tylko mógł, więc z
                  opanowanej przez komunistów PAN przeniosłem się na Uniwersytet
                  Warszawski, do Instytutu Fizyki Doświadczalnej, pod skrzydła
                  profesora Pniewskiego, wspaniałego człowieka. Mogłem dalej robić
                  swoje — mówi Karpiński.

                  Pniewski miał problem. Z ośrodka CERN w Szwajcarii (Europejski
                  Ośrodek Badań Jądrowych, ten sam, w którym w 1989 r. Tim Berners-Lee
                  wymyślił i stworzył sieć WWW) otrzymywał tony danych, których nie
                  potrafił analizować. Bo nie miał na czym. Karpiński zbudował mu
                  kilka urządzeń, w tym komputer do analizy danych KAR-65.

                  — Był znacznie szybszy i tańszy od ówczesnej Odry. Wykonywał 100
                  tys. operacji na sekundę i kosztował jakieś 6 mln złotych. Odra była
                  wolniejsza, za to kosztowała 200 mln złotych — wspomina Karpiński.

                  Zbudował jeden taki komputer, który pracował jeszcze w latach
                  osiemdziesiątych. Mógł więcej, ale:

                  — Wokół mnie zagęszczała się atmosfera. Byłem wrogiem ludu. Co
                  chwila Pniewski dostawał anonimy, że jestem hochsztaplerem, że nigdy
                  nic nie zbudowałem. On mi je czytał i pytał: Jacek, ale ty mi
                  zrobisz ten komputer, prawda? — opowiada Karpiński.

                  Wrogiem ludu? Jakim sposobem? Przecież robił rzeczy wyjątkowe za
                  pieniądze i ku chwale PRL-u.

                  — Ktoś się dokopał w moim życiorysie, że walczyłem w AK. Do tego
                  doszła zwykła ludzka zawiść, że ja potrafię, że mnie się udaje, a
                  innym nie. To wystarczyło. Poza tym komuniści hołubili robotników i
                  chłopów, a nie intelektualistów — mówi Karpiński.

                  Dlatego następne KAR-65 nie powstały. Karpiński zaczął jednak
                  pracować nad czymś zupełnie innym, rewolucyjnym. Czymś, co
                  wyprzedzało swoje czasy o wiele lat i mogło zapewnić mu życie w
                  luksusach, ale stało się największym jego utrapieniem. To coś
                  nazywało się K-202.

                  • rycho7 Re: Zaorał sam? Czy PO-zwolono naiwniaku? 27.04.09, 13:33
                    haszszachmat napisał:

                    > — W czerwcu1945 r. zdałem maturę.

                    Jak zwykle dostajesz wciry to zmieniasz temat.

                    > — Perceptron nie miał jakiegoś konkretnego zastosowania. To była
                    > raczej sztuka dla sztuki, zabawa. Podstawą działania była sieć
                    > neuronowa, składająca się z 2 tys. tranzystorów.
                    >
                    > Maszyna KAR-65

                    Tamte czasy to radio Szarotka. Nie pamietam nawet czy juz tranzystorowe.

                    Niesmialo Ci zwroce uwage, ze Karpinski tak jak Hasz nie zechcial po inzyniersku
                    wyzyc sie w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie. Widocznie za dalekie
                    dojazdy do pracy w Srodmiesciu.

                    Ciekawe ile kasy zmarnowano na to tranzystorowe cudo do rozpoznawania kibel
                    damski / kibel meski.
                    • haszszachmat ___________zmieniam temat? wciry? 27.04.09, 13:48
                      'W najbardziej wpływowych mediach po 1989 r. konsekwentnie lansowano
                      mit Leszka Balcerowicza jako swoistego tytana nowatorskiej myśli
                      ekonomicznej. "Tytana" upowszechniającego jedynie słuszne poglądy na
                      temat polskiej gospodarki, wbrew wrzaskowi różnych "populistycznych"
                      dyletantów. W rzeczywistości Balcerowicz był przez wszystkie lata po
                      1989 r. jedynie posłusznym narzędziem w rękach sterujących nim
                      zagranicznych globalistów typu George Soros. Z ogromnym oddaniem i
                      konformizmem służył ich działaniom zmierzającym do opanowania
                      kluczowych dziedzin polskiej gospodarki, przemysłu, bankowości.

                      Konformizmu uczył się już za młodu, pod "odpowiednim" wpływem ojca,
                      dyrektora PGR-u. Już w młodości Leszek Balcerowicz dał szczególnie
                      wymowny dowód umiejętności przystosowywania się do silniejszych, do
                      tych, którzy dzierżyli władzę. Wstąpił do Polskiej Zjednoczonej
                      Partii Robotniczej, i to w czasie, gdy partia ta była szczególnie
                      mocno skompromitowana - w 1969 roku. Gdy odliczymy trwający rok
                      obowiązkowy staż kandydacki, okazuje się, że Balcerowicz zgłosił się
                      do PZPR tuż po bezwzględnym moczarowskim stłumieniu ruchów
                      studenckich i tzw. kampanii antysyjonistycznej oraz po interwencji w
                      Czechosłowacji.

                      Miał wtedy 22 lata.

                      Trudno więc tłumaczyć niedojrzałością jego decyzję wstąpienia do
                      partii komunistycznej, którą podejmowali wówczas tylko najgorsi
                      karierowicze. Ciekawe, jak tłumaczy ten pomarcowy zaciąg
                      Balcerowicza do partii Bronisław Geremek, który przez lata był jego
                      najbliższym współpracownikiem w Unii Wolności.

                      Początkowo przez blisko dziesięć lat Balcerowicz pracował w SGPiS
                      pod kierownictwem Pawła Bożyka, szefa doradców ówczesnego pierwszego
                      sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Sam Bożyk, później złośliwie
                      komentując wyjątkowo doktrynerskie poczynania Balcerowicza, mówił o
                      nim, że był to jego jeden z najbardziej odległych od praktyki
                      gospodarczej uczniów.

                      W latach 1978-1980 pracował w szczególnie antyreformatorskiej
                      instytucji, za to prawdziwej szkole konformizmu - w Instytucie
                      Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR.

                      W latach 90. ex post uczyniono z Balcerowicza rzekomego czołowego
                      ekonomistę, wywodzącego się spośród opozycji solidarnościowej. W
                      rzeczywistości przed latem 1989 roku nikt go za takiego nie uważał.
                      Jeszcze w początkach 1989 roku Balcerowicza, mającego wówczas tylko
                      stopień doktora, nie wzięto ani do 20-osobowego składu
                      solidarnościowego w zespole ds. gospodarki i polityki społecznej
                      przy Okrągłym Stole, ani do wspierającego go grona ekspertów (!!!).
                      Próżno więc szukać jego nazwiska w informatorze "Okrągły stół. Kto
                      jest kim. 'Solidarność'
                      Wykonawca planu Sorosa

                      Swą przyspieszoną karierę w 1989 r., awans na wicepremiera i
                      ministra finansów, Balcerowicz zawdzięczał tylko i wyłącznie
                      protekcji prawej ręki premiera Mazowieckiego, jego zausznika -
                      ekonomisty Waldemara Kuczyńskiego. Początkowo ofiarował się tylko z
                      rolą doradcy Kuczyńskiego (por. L. Balcerowicz, "800 dni", Warszawa
                      1992, s. 10) i sam był zaskoczony swym nieoczekiwanym ogromnym
                      awansem. Zawdzięczał go głównie temu, że kolejno odmówiły cztery
                      pierwsze osoby, którym zaproponowano stanowisko ministra finansów we
                      wrześniu 1989 r., a Balcerowicz urząd ten skwapliwie przyjął. Tym
                      gorliwiej podjął się realizacji importowanego ze Stanów
                      Zjednoczonych do Polski planu Sorosa-Sachsa, w Polsce
                      funkcjonującego pod fałszywą nazwą "plan Balcerowicza".

                      W rzeczywistości cały plan był pomysłem słynnego amerykańskiego
                      lewicowego miliardera George'a Sorosa, przybyłego z Węgier do USA
                      giełdowego spekulanta żydowskiego pochodzenia. O tym, że cały
                      rzekomy plan Balcerowicza był w istocie dziełem Sorosa, możemy
                      dowiedzieć się również z bardzo nieostrożnej enuncjacji W.
                      Kuczyńskiego, wspomnianego już zausznika Mazowieckiego, ministra
                      przekształceń własnościowych w jego rządzie. Jak wyznał Kuczyński w
                      książce "Zwierzenia zausznika" (Warszawa 1992, s. 82-83): "Soros
                      przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem
                      Sorosa. To była kombinacja szokowej operacji antyinflacyjnej z
                      restrukturyzacją naszych firm". Balcerowiczowi jako wicepremierowi
                      nadzorującemu polską politykę gospodarczą przypadło zaś tylko
                      zadanie firmowania tego wszystkiego i uwiarygodniania polityki
                      służącej gospodarczym celom Zachodu.

                      Celom tym służyła skrajnie doktrynersko realizowana polityka
                      gospodarcza Balcerowicza, skupiająca się głównie na walce z
                      inflacją, przy zaniedbaniu wysiłków na rzecz wzrostu gospodarczego i
                      pobudzania polskiego eksportu. Jednym z najszkodliwszych elementów
                      tej polityki było nastawienie na przyśpieszoną gruntowną
                      prywatyzację polskiego przemysłu i banków, stanowiącą faktyczną
                      wyprzedaż za bezcen.




                      Rzecznik terapii szokowej

                      Wielkie wsparcie dla Balcerowicza stanowiły zachęty do jak
                      najszybszej terapii szokowej lansowane już latem 1989 r. przez
                      współdziałającego z Sorosem amerykańskiego ekonomistę Jeffreya
                      Sachsa. Reklamował on się w Polsce jako ten, który z dnia na dzień
                      zwalczył w Boliwii ogromną inflację. Obiecywał tę samą skuteczną
                      terapię w Polsce, zapominając uprzedzić, że jego boliwijski sukces
                      dokonał się kosztem ogromnie wysokiego bezrobocia i buntu
                      boliwijskich robotników, wprowadzenia w Boliwii stanu wyjątkowego i
                      internowania przywódców związkowych. O tym wszystkim milczano w
                      najbardziej wpływowych polskich mediach, tym chętniej za to
                      nagłaśniając obietnice Sachsa łatwej, bezbolesnej i szybkiej terapii
                      szokowej. Szczególnie kłamliwa pod tym względem była informacja
                      w "Gazecie Wyborczej" z 24 sierpnia 1989 r., zamieszczona pod
                      znamiennym tytułem: "Cud gospodarczy w Polsce?". Sachs obiecywał tam
                      m.in.: "Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy.
                      Stopa życiowa zacznie wzrastać za pół roku (...) Nie dajcie sobie
                      wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga cierpień i
                      wyrzeczeń".

                      Nader szybko miało się okazać, że realizowana przez Balcerowicza
                      terapia szokowa doprowadziła do wielkiego pasma cierpień i wyrzeczeń
                      przeważającej części społeczeństwa, z korzyścią dla gromady
                      cwaniaków polskich i zagranicznych. Pisał o tym jednoznacznie bardzo
                      ostry amerykański krytyk terapii szokowej, noblista z dziedziny
                      ekonomii, prof. J. Stiglitz. Dzięki skokowym podwyżkom cen państwo
                      zagrabiło wieloletnie oszczędności obywateli. Straciły ogromną część
                      wartości zbierane przez wiele lat wkłady na mieszkania. Państwo
                      zgarnęło przeważną część oszczędności dolarowych, szacowanych na
                      koniec 1988 r. na 7-15 miliardów dolarów amerykańskich (por. S.
                      Dąbrowski, Logika postkomunistów, "Nowy Świat", 13 stycznia 1993
                      r.). Przypomnijmy zapomniane już dane o rozmiarach podwyżek cen w
                      1990 r. Według tekstu "Gazety Wyborczej" z 29 stycznia 1991 r.,
                      opartego na danych GUS, średnie ceny w 1990 r. były sześcio-,
                      siedmiokrotnie wyższe niż w 1989 roku. Przy tym chleb średnio
                      podrożał 13 razy, makaron - 22 razy, ceny mebli, naczyń kuchennych,
                      lodówek wzrosły 8-10 razy. Ceny podstawowych artykułów w wielu
                      przypadkach stały się wyższe niż w krajach EWG. W tym samym czasie
                      miesięczne wynagrodzenie mieszkańca Polski odpowiadało 2-3-dniowym
                      zarobkom Francuzów lub Niemców.

                      Jak wielkie rozmiary przybrało skokowe zubożenie polskiego
                      społeczeństwa w efekcie balcerowiczowskiej terapii szokowej,
                      doskonale dokumentowała podstawowa wręcz książka o polityce
                      społecznej wydana w 1995 r. pod redakcją prof. Juliana Auleytnera.
                      Według niej, w samym tylko 1990 r. przeciętne płace spadły o 24
                      proc., realna wartość przeciętnej emerytury i renty - o 19 proc., a
                      dochody netto z rolnictwa na 1 pracującego - o 63 proc. Rolników
                      szczególnie dotknęło otwarcie przez Balcerowicza granic na produkty
                      rolne z zagranicy, w dużej mierze dotowane przez rządy zachodnie i
                      sprowadzane do Polski po dumpingowych cenach.

                      Dzięki wpływom starej nomenklatury tzw. plan Balcerowic
                • haszszachmat Re: Zaorał sam? Czy PO-zwolono naiwniaku? 27.04.09, 13:22
                  Miłe złego początki
                  Był rok 1969. Karpińskiemu marzyło się, żeby cały komputer dało się
                  wsadzić do pudełka po butach. Marzenie jak na owe czasy księżycowe.
                  K-65 był wielki jak dwie szafy. Odra potrzebowała osobnego pokoju.
                  Kto wtedy słyszał o miniaturyzacji? I to nie tylko w Polsce. Ale
                  Karpiński się uparł.

                  — Poszedłem z pomysłem minikomputera do znajomego pułkownika z
                  Zegrza. Mało nie spadł z krzesła, gdy mu go przedstawiłem.
                  Powiedział: rób, wojsko kupi każdą ilość. Zamówienie z armii
                  otwierało wszystkie drzwi. Jedyną firmą w PRL-u, która mogła
                  wyprodukować taki komputer, były zakłady Zjednoczenia Mera. Dyrektor
                  Huk zainteresował się pomysłem. Zwołał komisję do jego oceny — mówi
                  Karpiński.

                  Po kilku tygodniach komisja uradziła: tego nie da się zrobić, bo nie
                  ma i nie będzie takiej technologii, która pozwoliłaby dwie szafy
                  wcisnąć do pudełka po butach. Bo jakby była, to Amerykanie dawno by
                  już coś takiego zbudowali. A nie zbudowali.

                  — W Merze poradzili mi, żebym poszukał naiwnych gdzie indziej.
                  Projekt minikomputera pokazałem znajomemu Anglikowi. To był
                  handlowiec, więc miał znajomości. Pokazał go specom z branży
                  komputerowej. Olśniło ich. Uznali to za najlepszą konstrukcję
                  logiczną, jaką widzieli, i od razu padła propozycja produkcji w
                  Anglii pod angielską nazwą — mówi konstruktor.

                  No, właśnie, byłoby jak niegdyś z Enigmą. Karpiński, na swoje
                  nieszczęście, chciał tego uniknąć i postawił warunek: produkcja w
                  Polsce za pieniądze angielskie. Przeszło.

                  — Wróciłem do Mery z opinią Anglików. A tu wciąż mur. Nie da się —
                  wspomina Karpiński.

                  Pomógł przyjaciel, Stefan Bratkowski. Zapukał do kilku drzwi.
                  Otworzył ówczesny minister nauki Jerzy Łukasiewicz, późniejszy spec
                  od propagandy w KC, który zmusił Zjednoczenie Mera do produkcji
                  komputera. Powstała polsko-angielska spółka. My — miejsce i ludzi,
                  Anglicy — pieniądze i zachodnie komponenty.

                  — Partia się zgodziła, więc produkcja ruszyła. Mera podpisała umowę
                  z firmami Data-Loob i MB Metals i tak powstał Zakład
                  Mikrokomputerów. Zostałem jego kierownikiem. Zaraz też zaczęły się
                  pielgrzymki różnych partyjnych aparatczyków i wsadzanie do mojego
                  zespołu znajomych, a to dyrektora, a to księgowej. Zapach dewiz
                  kusił. Połowa z nich to ubecy. Na szczęście, zespół techniczny
                  miałem swój — mówi Karpiński.

                  Z Karpińskim pracowali, m.in.: Ewa Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz,
                  Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Młodzi
                  entuzjaści. Ruszyło z kopyta. W małym domku, nieopodal zakładów Mery
                  w podwarszawskich Włochach. Zakłady stoją do dzisiaj (na
                  skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka). Domek też.


                  Gierek pomoże
                  K-202 był małym modularnym komputerem o uniwersalnym zastosowaniu.
                  Jego sercem były 16-bitowe układy scalone. Komputer wzorem
                  współczesnych miał pamięć stałą i operacyjną, które można było
                  rozszerzać, oraz własny system operacyjny — SOK (System Operacyjny
                  Karpińskiego). Dzięki zastosowaniu przez Karpińskiego adresowania
                  stronicowego, komputer dysponował zawrotną jak na owe czasy pamięcią
                  8 MB (pierwsze amerykańskie minikomputery miały zaledwie 64 kB
                  pamięci), wykonując milion operacji na sekundę, szybciej niż
                  pierwsze komputery osobiste IBM PC, które pokazały się 10 lat
                  później.

                  — K-202 był ewenementem w Europie, a może i na świecie. Bodajże
                  pierwszy mikrokomputer na świecie. Początek ery minimalizacji w
                  komputerach, w wyniku której powstały pecety — mówi Zbysław Szwaj. W
                  zespole Karpińskiego zajmował się mechaniczną stroną K-202,
                  wszystkimi układami mechanicznymi, był również projektantem
                  stylistycznym komputera.

                  Protoplasta peceta?

                  — Absolutnie. K-202 zaprojektowałem w 1969 r., a pierwszy pecet IBM
                  powstał w 1982 r., a i tak mu do pięt nie dorastał — dodaje
                  Karpiński.

                  Pracowali po 10-15 godzin na dobę.

                  — Byliśmy zgranym zespołem młodych studentów, zapaleńców. Karpiński
                  był dyktatorem w kwestii rozwiązań konstrukcyjnych, często pytał nas
                  o opinie, ale i tak robił po swojemu. Pasjonowała nas ta robota.
                  Często spaliśmy w zakładzie. Razem spędzaliśmy wolny czas.
                  Zarabialiśmy tyle, co wszyscy, grosze. Karpiński miał wiele
                  patentów, z których dostawał pieniądze, więc często nam dawał na
                  jedzenie albo ubranie. Ale i tak żaden z nas nigdy nie powtarzał,
                  że: „za pięć trzecia bierz kapotę, s… na szefa i robotę, tak
                  dożyjesz starczej renty nawet w d…ę niekopnięty” — wspomina Zbysław
                  Szwaj, który dzisiaj, wraz z synem, prowadzi w Mielcu własną firmę
                  Leopard.

                  W rok powstał gotowy model, rok później prototyp. W 1971 r.
                  minikomputer po raz pierwszy wyszedł poza mury pracowni. Na Targach
                  Poznańskich, do stoiska, na którym stał niepozorny K-202, podszedł
                  Edward Gierek z Piotrem Jaroszewiczem. Za nimi świta wszystkich
                  ministrów. Krawaty. Zachwyty.

                  — W pewnej chwili Gierek pyta mnie, czy będziemy w stanie go
                  produkować na masową skalę? Ja mu na to, że tak. A dacie radę? Ja mu
                  na to: a pomożecie? Wyczuł żart, ale odparł: pomożemy. Pamiętam, że
                  obok było stoisko Elwro, które produkowało Odrę, ale tam I sekretarz
                  nawet nie zajrzał. To był dla nich straszliwy policzek — wspomina
                  Karpiński.

                  Gierek pomógł. O K-202 zaczęła pisać polska prasa. I zagraniczna. Do
                  pracowni Karpińskiego zaczęli zjeżdżać naukowcy zza żelaznej
                  kurtyny. I dziwili się, jakim cudem w kraju, gdzie pralki są na
                  talony, a po banany ustawiają się kolejki, powstał tak szybki
                  minikomputer. Radzieccy naukowcy, którzy dopiero co skopiowali IBM
                  360, też przyjeżdżali. I dziwili się.

                  — Ławronow (główny konstruktor komputera RIAD, wiernej kopii IBM)
                  nie mógł się nadziwić, że to, co u niego zajmuje całą ścianę, u mnie
                  mieści się w walizce. Gdy wylałem na K-202 herbatę, po czym
                  zrzuciłem go ze stołu, oczy zrobiły mu się jak denka od butelki.
                  Komputer wciąż działał — wspomina Karpiński.

                  Tajemnica trwałości drzemała w stykach. Wszystkie złocone.

                  Z pierwszej produkcji 15 egzemplarzy poszło do Anglii, reszta
                  rozeszła się w Polsce. Kilka kupił Franciszek Szlachcic do MSW,
                  kilka trafiło do MSZ, Marynarki Wojennej („służył” na ścigaczu, jako
                  komputer sterujący ogniem). Jeden pracował w Hucie im. Lenina, drugi
                  w FSO, inny pojechał nawet do Szwajcarii, do CERN-u.

                  — Przygotowywaliśmy właśnie kolejną partię, tym razem 200 sztuk, gdy
                  pojawiły się schody. A to problem z tym, a to z tamtym — mówi
                  Karpiński.

                  Nie wiedział wtedy, że w KC zapadł wyrok. Na niego i na K-202.

                  https://img99.imageshack.us/img99/9000/17981678wz1.jpg
                • haszszachmat Gierek nawet nie zajrzał...dlaczego? 27.04.09, 13:24
                  Wyrok
                  — Karpiński to człowiek na wskroś uczciwy, patriota, wielki
                  naukowiec. I zupełne beztalencie ekonomiczne. No i ta jego arogancja
                  wobec ówczesnej władzy. Często powtarzał, że przeżył okupację, więc
                  komunę też przeżyje. I wcale się z tym nie krył — twierdzi Szwaj.

                  Arogancja? Wobec ręki, która go karmiła?

                  — Kiedyś wizytowała nas partyjna wierchuszka. Jednemu z partyjniaków
                  wypalił wprost, że jego wiedza wystarczyłaby co najwyżej do budowy
                  nocników — wspomina Szwaj.

                  Ekonomicznie nieporadny naukowiec, do tego arogant wobec władzy.
                  Musiało się skończyć tragicznie. Ale było coś jeszcze. Zawiść.
                  Elwro, gdzie produkowano Odrę, nie zapomniało incydentu z Targów
                  Poznańskich. Dyrekcja poskarżyła się ówczesnemu premierowi Piotrowi
                  Jaroszewiczowi, że Karpiński chce ich zniszczyć.

                  — W Elwro 6 tysięcy ludzi robiło wolniejszą, droższą i wielką Odrę,
                  podczas gdy ja z 200 ludźmi o wiele lepszy minikomputer. Nasz wkład
                  dewizowy wynosił 1800 dolarów, ich — 30 tys. dolarów. Oni nie mieli
                  zamówień, my po targach mieliśmy na prawie 3 tysiące sztuk. Wiadomo
                  było, że nasz sukces ich zje, więc zamiast współpracować, walczyli o
                  swoje tyłki — mówi Karpiński.

                  Skutecznie. Po kilku miesiącach Karpiński dostał wymówienie.
                  Strażnicy wyprowadzili go z zakładu, którym kierował. 200
                  niedokończonych minikomputerów zostało zniszczonych. To był koniec K-
                  202. I koniec inżyniera Karpińskiego. Wilczy bilet w nauce i
                  odebrany paszport. W urzędzie paszportowym widniała adnotacja
                  premiera Jaroszewicza — „Nie wydawać do odwołania. Powód:
                  sabotażysta i dywersant gospodarczy”. Nagle, niemal z dnia na dzień,
                  został wrogiem ludu.

                  — Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej znajomego. Powiedział, że
                  pierwszy raz w życiu widzi dywersanta i sabotażystę, który w PRL-u
                  chodzi sobie wolno po stolicy — wspomina Karpiński.

                  Wesoły epizodzik. Ale losy konstruktora wesołe nie były. Mógł robić
                  wszystko, pod warunkiem że nie będą to komputery. Czyli nic.
                  Minister przemysłu maszynowego Tadeusz Wrzaszczyk chciał go zagonić
                  na „front” konteneryzacji kraju. Wyszedł z gabinetu, trzaskając
                  drzwiami ze złości. Machnął ręką na przeszłość. Skończył kurs
                  rolniczy. Wydzierżawił starą chałupę na Mazurach. We wsi zapadłej. I
                  30 ha nieużytków. Wstawił okna, podciągnął kabel z prądem, zbudował
                  kominek. Dało się mieszkać. On, konstruktor maszyn matematycznych, i
                  ona, żona Ewa, magister matematyki i informatyki. On karmił świnie i
                  kury, ona doiła jedyną krowę. Taki był układ. Raz w tygodniu jeździł
                  jeszcze na Politechnikę Warszawską dać wykład studentom budownictwa,
                  dla pieniędzy. Przy okazji sprzedać jajka. I tak do 1980 r., gdy do
                  pobliskiego PGR-u przyjechali dziennikarze. Dyrektor wspomniał im
                  coś o oryginale z pobliskiej wioski, co przychodzi po paszę dla kur
                  i bajdurzy o komputerach. Pojechali z ciekawości. Wrócili z Kroniką
                  Filmową. Bo wśród świń znaleźli „słynnego budowniczego komputerów”.
                  Do kamery Karpiński wypalił, że woli prawdziwe świnie od ludzi.
                  Poszło w Polskę. Później Aleksander Bocheński napisał
                  artykuł: „Konstruktorzy do świń!”.


                  Doradca Balcerowicza
                  Dalsze losy inżyniera Karpińskiego są mniej sensacyjne, choć
                  niejeden palnąłby sobie w łeb. Karpiński wyjechał do Szwajcarii, do
                  swojego przyjaciela Stefana Kudelskiego (tego od magnetofonów). Trzy
                  dni później wybuchł w Polsce stan wojenny. Otworzył firmę Karpiński
                  Computer Systems. Zrobił robota sterowanego głosem. Już miał
                  rozpocząć produkcję. Nie zdążył. Zbankrutował. Potem wymyślił Pen-
                  Readera, skaner do wczytywania tekstu. W 1990 r. wrócił do Polski z
                  zamiarem jego produkcji. Nie starczyło pieniędzy. Wyprodukował 500
                  sztuk, zanim BRE Bank położył rękę na produkcji i jego domu w
                  Aninie. Kredyt okazał się zabójczy. 120 procent odsetek. Karnych.
                  Kolejny pomysł — kasa dla handlarzy targowych i małych sklepów. Jak
                  twierdzi, tak małej (20/16 cm) nie zbudowano wtedy nigdzie na
                  świecie. Miał już umowę z Libellą. Nie wypaliła. Podpisał drugą, z
                  Apatorem. Produkcja miała ruszyć lada dzień. Brakowało jedynie
                  zamówionych w Warszawie płyt głównych. Przyszły, ale:

                  — Wszystkie spieprzone, co do jednej. Całe 3 tysiące. Potem wyszło,
                  dlaczego. Ten sam kooperant robił płyty dla konkurencji, która miała
                  siedzibę w tym samym budynku, co on — mówi Karpiński.

                  Dwa lata był doradcą ds. informatyki ministra Leszka Balcerowicza i
                  Andrzeja Olechowskiego.

                  — Na trzy czwarte etatu, żeby móc robić swoje komputery, a nie tylko
                  papierki — wspomina Karpiński

                  Dzisiaj ma 81 lat. Mieszka w wynajętej, skromnej kawalerce we
                  Wrocławiu. Nie żyje w luksusie, jak sądził pewien Szwajcar, któremu
                  Karpiński opowiedział o swoich wynalazkach. Część emerytury zabiera
                  bank za niespłacony kredyt. Karpiński ledwo się porusza. Niemiecka
                  kula. Ale na pytanie, kim jest, odpowiada dziarsko: programistą. I z
                  wysiłkiem sięga na półkę po najnowszy wynalazek, niewielki przedmiot
                  mieszczący się w dłoni — skaner dla księgowych, który rzędy cyfr z
                  ksiąg handlowych zamienia na kolumny w Excelu, automatycznie
                  wychwytując i korygując ewentualne błędy w obliczeniach.

                  — To dzieło moje i syna Daniela, który niedawno założył firmę
                  informatyczną. Na razie sprzedajemy skaner w Szwajcarii. W Polsce
                  wciąż szukamy kogoś, kto by go sprzedawał — mówi Karpiński.

                  Czyżby historia się powtarzała? Karpiński już się nie przejmuje.

                  — Mam własny sposób na kłopoty: gdy nic nie mogę zrobić, po prostu
                  je olewam — mówi konstruktor.

                  Jego dawny współpracownik Zbysław Szwaj też ma na swoim koncie wiele
                  konstrukcji i wynalazków, począwszy od spektrometru, aparatu do
                  diagnozowania tarczycy, a skończywszy na radiometrycznym znaczniku
                  planktonu. Ale skończył z tym. Dzisiaj produkuje sportowego Leoparda
                  z 405-konnym silnikiem Corvetty. Ręczna robota. Za 150 tys. dolarów
                  od sztuki.

                  źródło: Puls Biznesu

                  https://bi.gazeta.pl/im/3/5061/z5061733X.jpg
                  • haszszachmat Teraz mi sie przypomniało..że mnie też z Elwro 27.04.09, 13:32
                    "Strażnicy wyprowadzili go z zakładu,"

                    ........ az nie wierzę, że mnie to samo spotkało.
                    Przyszła sekretarka Dyrektora Salomona na dział
                    urochomień PC i pyta mnie czy jestem obecny w pracy?
                    Nie podejrzewajac niczego odpowiedziałem twierdząco..
                    Jeszcze raz mnie zapytała....

                    .......
                    przebiegłem myślą pamieć i ...potwierdziłem...
                    Przed dyrekcją stała stara warszawa Garbus i dwóch robociarzy w
                    drelichowych kombinezonach! Jeden ze skórzaną teczką!
                    Jak ślusarze!

                    .......Coś tam skłamali...całkiem na odwrót, ze awaria czy cuś..

                    cholera dopiero jak wszedłem PRZODEM...zamknęli za mną drzwi
                    ............nie wchodząc.
                    I niestety przez pól godziny w dosć dużej sali zostałem sam bez
                    wyjścia. To były czasy...wszedł jakiś palant, z kwitami..
                    ...no ale to dopiero początek niezwykłych zdarzeń...
                    to był prawdziwy test #-a na IQ...
                    Opisywałem to ...?
                  • rycho7 wyzszosc Odry 1305 nad zlotem Kolymy 27.04.09, 13:42
                    haszszachmat napisał:

                    > — W Elwro 6 tysięcy ludzi robiło wolniejszą, droższą i wielką Odrę,
                    > podczas gdy ja z 200 ludźmi o wiele lepszy minikomputer.
                    ...
                    > zamiast współpracować, walczyli o swoje tyłki — mówi Karpiński.

                    Hasz cytuje zdanie wroga o Haszu. Bo nie rozumie co wkleja.
                        • rycho7 Re: Jak zarabiasz na chleb? Polacy z tego korzyst 27.04.09, 15:44
                          haszszachmat napisał:

                          > ...masz dwie miarki...

                          Tak na oko oceniam, ze z moich osiagniec inzynierskich korzysta ponad 20
                          milionow Polakow od 20 lat i beda jeszcze korzystali z 50 lat. Na tym nie
                          zarabiam ani grosza. Wiec swa wdzecznosc usiluje usymetrycznic.

                          Dla Twojego widzimisie nie bede mial jednej miarki - naiwnosci.

                          Bede staral sie odplacic ile mi sil starczy.
                      • rycho7 Re: Ty normalnie głupi jesteś! Co mnie obchodzi O 27.04.09, 15:35
                        haszszachmat napisał:

                        > ..

                        No to sie zastanow co mnie obchodzi Twoj belkot. Dbaj o komunikatywnosc.
                        Powtarzaj to swemu Alzheimerowi az sie nauczy.

                        > Interesuje mnie technologia, możliwa w danych warunkach.

                        Mozliwa w danych warunkach jest taka jakich przekona sie inwestorow. Ty i
                        Karpinski mieliscie parcie na opluwanie inwestorow. Sadzac po efektach Karpinski
                        we Szwajcarii takze.

                        > Uważasz, że bardzo sie postaraliśmy przez 20 lat?

                        To bardzo trudne pytanie. Przykladowo polscy programisci sa ekstra towarem.
                        Natomiast zasieg polskiego oprogramowania graniczy z korytami dla swin
                        Karpinskiego. Potrafisz piewco polskosci wymienic sukcesy polskich programistow
                        w Open Source?

                        Obecnie nawet nie wiem czy likwidacja Tewy to sukces czy kleska.

                        > Ze to sukces? Polski czy kolesiów?

                        Panstwa sa bogate bogactwem swych obywateli. Takie stwierdzenie jest bez
                        watpienia kleska "silnego" panstwa haszystowskiego. Za malo jednak znam "mordo
                        Ty moja". Wlasnie to za malo jest kleska na rowni z transmisjami z 40 pietra
                        Mariota.

                        > Pracowałem w bardzo wielu miejscach...wszędzie było tak samo

                        Ty sie nie zmieniales.

                        A glupi jestem z Twojej definicji. Sadzisz, ze to mnie obchodzi?
                        • hasz0 ______Przekonuj inwestorów? masz przykład MON-u... 27.04.09, 17:22
                          Na kpinę zakrawa Twój apel "Dbaj o komunikatywność"

                          ---
                          w kontekscie Wandei, Obodrytów i Odry1305.
                          ----------
                          Nasze Wybrzeże pozostaje praktycznie bezbronne, ponieważ Marynarka
                          Wojenna kurczy się i starzeje w zastraszającym tempie. Nie wzmocniły
                          jej dwie starusieńkie i rozpadające się amerykańskie fregaty. Nie
                          inaczej jest z wojskami lądowymi (ogołoconymi ze sprzętu). Brak
                          śmigłowców bojowych i lotnictwa transportowego jest ciągle
                          dramatyczny.

                          Potwierdzeniem stanu przedzawałowego w wojsku była informacja, że
                          MON nie stać na przetransportowanie 400 żołnierzy wraz ze sprzętem z
                          misji Unii Europejskiej w Czadzie z powrotem do Polski. Minister
                          Klich kreatywnie „podpiął” więc cały kontyngent pod ONZ,
                          zadeklarował odsprzedanie sprzętu organizacji. Jak widać, doraźność
                          działania to element charakterystyczny polityki wobec polskiej
                          armii, która buja się niczym fotel raz w jedną, raz w
                          drugą „misyjną” skrajność.

                          Winę za taki stan rzeczy ponoszą jednak wszyscy, którzy od lat nie
                          potrafią z żelazną konsekwencją wcielić w życie spójnej wizji reform
                          w siłach zbrojnych, uczynić z niej sprawnej maszyny do odstraszania
                          potencjalnych agresorów i jednocześnie elementu stabilizującego w
                          regionie. Podobnie jak Szwecja, która mimo swej neutralności i
                          nieobecności w NATO, posiada znaczący potencjał wojskowy i na
                          obszarze Morza Bałtyckiego jest liczącą się siłą. Tam jednak
                          mechanizmem kształtującym doktrynę, która narzuca z kolei uzbrojenie
                          armii, jest bezpieczeństwo i interes Szwecji.

                          By zapewnić siłom zbrojnym właściwe miejsce w polityce
                          bezpieczeństwa państwa, doktryna musi opierać się na
                          czterech „nogach”, jak solidny fotel, na którym można wygodnie
                          siedzieć i prowadzić bezpiecznie rozmowy. Te nogi to przede
                          wszystkim silna i sprawna organizacyjnie armia jako czynnik
                          odstraszający, obecność w

                          NATO z akcentem na umocnienie art. 5 w strefie euroatlantyckiej,
                          mocne zakotwiczenie w Unii Europejskiej i budowa europejskiej armii,
                          a dopiero na końcu sojusz ze Stanami Zjednoczonymi.

                          Pomysł na bezpieczeństwo Polski bardziej przypomina dzisiaj jednak
                          fotel bujany. Kołyszemy na nim polskich podatników poirytowanych już
                          słuchaniem opowieści o strategicznym sojuszu z USA. Teraz, po
                          wyborze Andersa Rasmussena na szefa NATO, może się w nim również
                          pobujać minister Sikorski.

                          Autor, komandor porucznik rezerwy, jest absolwentem Akademii
                          Marynarki Wojennej w Gdyni, a także Wydziału Bezpieczeństwa
                          Międzynarodowego Naval Postgraduate School w Monterey w Kalifornii,
                          USA. W latach 1996 – 1998 służył w sztabie Nordycko--Polskiej
                          Brygady w Bośni i Hercegowinie. Był oficerem Naczelnego Dowództwa
                          Sojuszniczych Sił NATO w Europie i Wielonarodowego Korpusu NATO
                          Północny Wschód w Szczecinie. Obecnie niezależny analityk ds.
                          bezpieczeństwa. Opublikował zbiór reportaży „Widok na Sarajewo” o
                          udziale polskich żołnierzy w pierwszej misji pokojowej NATO na
                          Bałkanach

                          • hasz0 Haszysta Sikorski Tusk? 27.04.09, 17:25
                            Misje – fakty i mity
                            Sikorski na bujaku

                            Nasze uczestnictwo w misjach pod flagą USA czy NATO, mimo chwytliwej
                            i banalnej już nieco retoryki (walka z terroryzmem) i rzeczywistych
                            korzyści (wyszkolenie żołnierzy, testowanie sprzętu itp.), w
                            końcowym efekcie jednak nie wzmacnia, a osłabia potencjał armii.
                            Odbywa się bowiem poprzez nadmierny drenaż środków finansowych i
                            sprzętu, z którego „ograbiane” są jednostki w całym kraju. Sytuacja
                            ta sprawiła, że zdolność sił zbrojnych do obrony kraju w przypadku
                            nagłego zagrożenia jest teraz minimalna.

                            W zamian za wpływ na kształtowanie tej struktury wysoka biurokracja
                            wojskowa generuje z olbrzymim wysiłkiem finansowym i organizacyjnym,
                            niewielkie – z wojskowego punktu widzenia – kontyngenty na potrzeby
                            misji, które mają umocnić nasz sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. W
                            rzeczywistości jednak polska armia jako „go boy” (chłopiec na
                            posyłki) uczestniczy w realizacji globalnych interesów Stanów
                            Zjednoczonych. Zakup starych, 40-letnich samolotów transportowych
                            Hercules doskonale wpisuje się w tę koncepcję.

                            W zamian jednak ma niewiele albo nic. Długo by mówić o wizjach,
                            jakie roztaczali politycy przed polskimi wyborcami, byle tylko
                            uzasadnić nasz udział w wojnie w Iraku, poczynając od dostępu do pól
                            naftowych poprzez wizy, a skończywszy na dozbrojeniu armii w
                            nowoczesne i darmowe uzbrojenie amerykańskie. Czy cokolwiek się z
                            tego ziściło?

                            Waszyngton chłodzi nasze zaloty na każdym kroku. Nie kwapi się z
                            żadnymi gwarancjami bezpieczeństwa dla Warszawy ani nie chce nas
                            wesprzeć nowoczesnym sprzętem. Wygląda na to, że projekt budowy
                            tarczy upadnie. Niedawno zszokowani przedstawiciele MON usłyszeli od
                            Waszyngtonu, że cena jednej baterii rakiet Patriot dla Polski wynosi
                            1 mld dolarów. Inni sojusznicy USA kupowali te same baterie za 1/3
                            tej ceny – twierdzi członek Sejmowej Komisji Obrony Ludwik Dorn.

                            Nasze uczestnictwo w misjach pod flagą USA czy NATO spowodowało, iż
                            zdolność sił zbrojnych do obrony Polski w przypadku nagłego
                            zagrożenia jest dziś minimalna
                            Koszty naszego udziału w misjach irackiej i afgańskiej to grube
                            miliardy złotych, nie licząc zużytego i pozostawionego tam sprzętu.
                            Cała zaś amerykańska pomoc wojskowa dla Polski w 2009 r. wyniesie
                            zaledwie 47 mln dolarów. Paradoksalnie więcej uzbrojenia dostaliśmy
                            dotychczas od... Niemców. Mowa tutaj o 128 nowoczesnych czołgach
                            Leopard z całym zapleczem logistycznym. Płakać się również chce,
                            kiedy minister Klich oznajmia, że porozumienie z USA o współpracy
                            sił specjalnych i przedłużenie umowy na używanie przez Polaków w
                            Afganistanie 30 wozów Cougar, które chronią przed minami,
                            to „historyczny przełom” w relacjach z Waszyngtonem.

                            Potwierdzają się zatem boleśnie prawdziwe słowa Zbigniewa
                            Brzezińskiego, że dla USA nigdy nie będziemy pierwszoplanowym
                            sojusznikiem. Trzeba to w końcu przyjąć do wiadomości. Czepianie się
                            zaś przez Polskę amerykańskiej spódnicy może nie wystarczyć, by
                            zapewnić nam spokój, o czym boleśnie przekonali się Gruzini, którzy
                            przeliczyli się, oczekując na pomoc z Waszyngtonu, gdy nie byli w
                            stanie samodzielnie odeprzeć rosyjskiej inwazji.

                            W tej sytuacji rewelacje analityków rosyjskich z kwartalnika „Moscow
                            Defence Brief”, że nasze wojsko mogłoby być dla Rosjan równorzędnym
                            partnerem, należy między bajki włożyć. Tym bardziej że Rosjanie –
                            jak ogłosił prezydent Dmitrij Miedwiediew – zamierzają zwiększyć
                            wydatki na zakupy nowego uzbrojenia o 140 mld dolarów

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka