dachs
14.08.09, 19:54
Wśród jedenastu programów badawczych prowadzonych przez Biuro Edukacji
Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej
nie ma ani jednego, który dokumentowałby
sukcesy podziemia lat
osiemdziesiątych.
Siwiejący panowie po pięćdziesiątce,
członkowie Grup Oporu Solidarności,
prowadzonych przez legendarnego
Teosia Klincewicza, którzy
ćwierćwieku temu brawurowo rozrzucali
ulotki, wywieszali transparenty,
nadawali programy Radia Solidarność,
którzy wygrywali nieraz z ubekami, na
spotkaniuwramach rocznicowych obchodów
usłyszeli od historyka z IPN,
Grzegorza Majchrzaka, wyłącznie o
penetracji podziemia Solidarności
przez agentówSłużby Bezpieczeństwa.
O rozpracowaniu MRKS (Międzyzakładowego
Robotniczego Komitetu
Solidarności) na podstawie donosów
TW (tajnego współpracownika) Andrzeja
Lecha i TW Róży; o tym, że
Zbyszka Bujaka śledził TW Rafał,
a spotkaniaHenrykaWujca śledziło co
najmniej kilku agentów. Nic nie powiedział
o tym, ile razy i komu udało
się wykołować bezpiekę, ile razy przechodnie
słuchali Radia Solidarność,
łapali ulotki katapultowane z dachów
wysokościowców.
To spotkanie i temat wystąpienia
pana Majchrzaka aż nazbyt wyraźnie
ilustruje fałszywą perspektywę historii,
tworzoną przez historykówz IPN.Wykład
historyka z państwowego instytutu
badawczego pokazywał wyłącznie
czarną stronę lat stanuwojennego, eksponował
donosicieli i sukcesy ubecji,
śledzącej i zamykającej drukarzy i kolporterów,
likwidującej uliczne „gadaczki”
nadające przemówienia Bujaka
i innych działaczy podziemia, łamiącej
ludziom charaktery, kiedy szantażowani
godzili się na współpracę z SB.
Analiza działania Biura Edukacji
Publicznej IPNwykazuje, że z jedenastu
programów badawczych, wyliczonych
na stronie internetowej BEP, sześć dotyczy
działania aparatu bezpieczeństwa
PRL wobec różnych środowisk (podziemie
1944–1956, emigracja, Polonia,
mniejszości narodowe, środowiska
twórcze i naukowe, Kościół i wolność
wyznania), dwa – wojny i okupacji
1939–1945, a jedyny projekt pozytywny
to „Polacy ratujący Żydów”.
Toż Biuro Edukacji Publicznej we
współpracy z historykami Instytutu
wydaje dodatki historyczne do prasy.
Z uwzględnionych na stronie IPN83 takich
pozycji najwięcej, bo 27, ukazało
się w„NiezależnejGazecie Polskiej”, 25
w „Rzeczpospolitej”, 19 w „Naszym
Dzienniku”, 6w„GościuNiedzielnym”,
3w„Tygodniku Powszechnym” i jeden
w „Dzienniku”. Rozkład sympatii politycznych
tych tytułów jest oczywisty.
Takie tytuły tych publikacji jak „Artyści
w pętli PRL”, „Kolaboranci Hitlera
i Stalina”, „Świat kultury w sieci SB”,
„Esbecy a nauka” potwierdzają, że poza
nieobecnymi za komuny wątkami historii
IIwojny światowej, oś badawczych
zainteresowań i popularyzatorskich
wysiłków IPN skierowana jest na „historię
teczkami pisaną”. To tak, jakby
historię państwa podziemnego pisać na
podstawie donosów do gestapo.
Przecież te ubeckie teczki zawierają
zaledwie wycinek rzeczywistości tamtych
lat, a często, i to w ważnych sprawach,
nie mówią o niej zupełnie nic.
Jedna z najciekawszych, najdłuższych,
bo trwająca aż cztery lata, podziemna
operacja lat osiemdziesiątych, jaką było
ukrywanie 19-letniego dezertera z armii
sowieckiej, Aleksandra Janyszewa, nie
zostawiła śladu w aktach IPN.
– Nie ukrywała go żadna Solidarność,
ale ludzie często odlegli odwszelkich
podziemnych struktur – mówił
Andrzej Machalski, człowiek, który
przez ostatnie półtora roku, do wysłania
zbiega za granicę, prowadził tę
skomplikowaną operację. – Niektórzy
z nich nawet nie wiedzieli, kogo trzymają.
Sasza pracował w gospodarstwach
rolnych jako robotnik, przechowywałem
go w leśniczówkach,
gdzie tylko jedna osoba z rodziny znała
prawdę, a dla reszty był kuzynemzWileńszczyzny,
bo mówił dość dobrze po
polsku, choć zaciągał.
Z relacji osób przechowujących
dezertera wiadomo, że milicja i służba
bezpieczeństwa usilnie go poszukiwały,
także listami gończymi. Ambasada radziecka
naciskała, ubecy wiedzieli, że
znalezienie Janyszewa było ważniejsze
od złapania dziesięciu ukrywających się
działaczy podziemia. A tymczasem zamiast
sukcesu musieli przełykać takie
porażki, jakwywiad z dezerteremprzeprowadzony
przez korespondenta
„New York Timesa” i opublikowany
wiosną 1985 roku. Zagraniczny dziennikarz
oceniał: „Zdolność podziemia
do przetrzymywania zbiega w ukryciu
wydaje się dowodzić osłabionej, ale
nadal obecnej siły ruchu Solidarności.
A może, co ważniejsze, ilustruje ona
istnienie milczącego, szerokiego poparcia,
które pomaga przetrwać podziemiu.