ania.mor
04.09.06, 09:44
W piątek po południu wybrałam się z córką do logopedy ale ponieważ miałyśmy
chwilkę czasu to poszłyśmy do sklepu zoologicznego obok dworca PKP aby kupić
karmę dla naszych kotów. I tu kończy się miła opowieść a zaczyna kocia
tragedia…
Otóż w sklepie zoologicznym tuż przy wejściu stała klatka w jakiej kiedyś
mieszkał mój chomik (naprawdę niewielka) a w środku … mały, rudy kotek. Kotek
spał w resztkach żwirku i we własnej kupie i moczu. Obok stała pusta
miseczka. Kot nie wyglądał najlepiej i nie reagował na moje wołanie.
Oczywiście zaraz zaczepiłam sprzedawcę a on mi na to, że kot po to tam siedzi
żeby ktoś się nim zainteresował i przygarnął bo jest to kot a właściwie kotka
ze zwrotu (!), która nie została w nowym domu przyjęta przez zamieszkałe tam
koty. A na dodatek okazało się, ze kuleje ale jak sprzedawca zapewniał nie
jest to mocna kulawizna. Niestety nie mogłam tego sprawdzić bo kotka spała a
widząc jejo stan psychiczny i fizyczny nie miałam serca jej budzić. Na moją
prośbę aby chociaż wysprzątał klatke skoro kotki nie chce wypuścić,
powiedział, ze teraz jest zajęty i się nie rozerwie…. Jak wracałyśmy od
logopedki to sklep był już zamknięty i nie mogłam sprawdzić czy coś zrobił.
Dzisiaj postaram się to sprawdzić i ewentualnie zrobić zdjęcia jeśli
sprzedawca pozwoli.
Niestety nie mogę zabrać kotki na stałe do siebie ale jeśli ktoś chciałby ją
przygarnąć to mogę ją dowieźć. Pomóżcie...