filipianka
17.01.06, 12:29
Jestem mamą pracującą, ale... chyba już niedługo. Jestem na 95% zdecydowana
na wychowawczy. Czy jestem nienormalna? Tyle mam "cierpi" że są na
wychowawczym, chciałyby wrócić do pracy, a ja? Pracowałam ciągle, calusieńką
ciążę, na macierzyńskim w domu, od razu po wróciłam. Potem próbowałam na 3/4
etatu, niby było lepiej. Młody ma 1,5 roku, chodzi do żłobka, choruje, jest
problem żeby iść z nim do lekarza (wstyd!), że trzeba go zawieźć do cioci,
szarpać się z nim, ciągle bieg, patrzenie na zegarek. Widzę jaki jest smutny,
za każdym razem jak jedziemy gdzieś samochodem jest taki smutny, chyba
kojarzy mu się to z tą całą nerwową sytuacją. Ostatnio jak był chory był u
cioci na noc na 3 dni bo nie chieliśmy tego wożenia w tą i z powrotem żeby
tylko spał w nocy w domu. Odebraliśmy go bo mieliśmy umówionego (na
popołudnie) lekarza. Następnego dnia rano marudził, nie chciał mleka, nie
chciał się ubrać, a czas leciał, my zdenerwowani że mąż nie zdąży go odwieźć
i spóźni się do pracy (a jest tam sam). W końcu postanowiłam że z nim zostanę
bo akurat byłam w pracy obrobiona i nagle się uspokoił, zjadł, ubrałam go,
przytuliłam. Ale było fajnie.
Płakać mi się chce jak sobie przypomnę że na początku myślałam że dziecko mi
przeszkadza, było problemem. Teraz zdiagnozowałam sój problem. Jest nim
praca. Bardzo ją lubię, pracuję w firmie od 6 lat, nauczyłam się tam
wszystkiego od podstaw, byłam jedynym pracownikiem więc panowały rodzinne
stosunki. Jestem taką osobą że jak coś mam robić to nie chcę zawieźć, jeśli
się czegoś podejmuję to głupio mi tego nie realizować. Niestety jako osoba
tzw wszystkowiedząca robię wszystko. Jak zostały przyjęte osoby które miały
mnie zastąpić, a było ich 3 to robiły swoje (wklepały co było im przykazane)
i wychodziły. 2 osoby zostały teraz na zleceniu bo ja nabrałam trochę
asertywności. Staram się nie dawać, jak dzwoli telefon to mówię że osoby
która zajmuje się danym klientem nie ma, a wcześniej po prostu załatwiałam
sprawę. Bo jak mnie nie ma to tak to jest robione. Pozatym jak są te nowe
osoby to zauważyłam też niewspółmierność finansową. Układ jest taki że
pracownik ma dostawać procent tego co daje klient. I jak przyjdzie, wklepie,
pójdzie to dostaje tyle co jak, która siedzę cały dzień, spotykam się z
klientami, odbieram telefony, itp.
Nie chcę tak pracować, uważam że tej pracy nie mogę pogodzić z dzieckiem. Jak
rano mlody wygląda na chorego to ja zamiast martwić się nim, martwię się co
będzie w pracy.
Ale tak bardzo ciężko jest podjąć tą decyzję. I tak musiałabym pół roku
zamykać wszystkie sprawy w wdrażać nową osobę. Jak siedzę w domu i ryczę to
jestem prawie zdecydowana się wycofać, ale już następnego dnia w pracy
niewiem co myśleć. Smutno mi to wszystko zostawić, zostawić ludzi którzy na
mnie liczą.
Planuję pójść na wychowawczy i może zdecydować się na drugie dziecko, chcę
przeżyć ciążę, poród, macierzyński tak jak powinnam. Czuję że wcześniej
zostałam ogołocona z tych różnych pięknych uczuć. Tylko jest problem
finansowy, ale może jakoś pociągniemy. Kredyty pospłacane, ale byłaby tylko
pensja męża, czyli liczenie na coś co np. może stracić i co wtedy? Szukać
nowej, ale jak nie będzie tak łatwo?
Ja napewno do tej pracy nie wróciłabym, bo rozumiem specyfikę, że jak ktoś
nowy będzie to robił to już "w tym będzie", a ja wyskoczę z tematu. Z drugiej
strony ile moża pracować w jednej pracy? Może czas na zmiany?
Mój stan psychiczny jest tragiczny, fizyczny też pozostawia wiele do
życzenia, wiecznie zmęczona, niedojedzona, czyli zła.
Co myślicie? Pocieszcie mnie...