Gość: wola
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
26.01.04, 15:11
wzgorze nadziei /nota bene 'brawo' dla tlumacza czy raczej dystrybutora -
cold mountain powtarza sie jako nazwa wlasna w filmie przynajmniej 10 razy
ale widocznie 'zimna gora' nie sprzeda sie tak dobrze jak napompowany
tytul 'wzgorze nadziei' /bez sensu za to z harleqinowskim posmakiem//
widzialam i typuje na wielkiego przegranego tegorocznych oskarow.
calosc jest bardzo amerykanska, melodramatyczna i rzeczywiscie moze wywolywac
lzy co wrazliwszych pan w okolicach 30-40. dla prawdziwego kinowego wyjadacza
te 2h 40 beda udreka umyslu. Pelno tu schematyzmow, akcja rwie sie, tempo
jest nierowne a przeczucie kleski bohaterow niemal namacalne po pierwszych
pieciu minutach filmu. wojna secesyjna pokazana w ramach jednej bitwy, scenki
w szpitalu i wesolutkiego pobowu, reszta to przepychanie sie po krzakach
tudziez brniecie w polu kukurydzy. przygody kandyda / kubusia fatalisty.
na poczatku jest owszem jedna duza bitwa ale pozniejsze sceny z minimalna
iloscia aktorow i niezbyt duza dbaloscia o scenograficzne szczegoly/
przypomina raczej filmy niskobudzetowe. Kidman gra mloda corke pastora co
przypominalo mi '17letnia' Izabele Scorupco z Ogniem i Mieczem - mocno
nieszczere, i niestety wraca do swojej maniery grania z rozwartymi ustami i
rozwianym wlosem. wszystkie pozostale kobiety jak to w ciezkich czasach
ubrane skromnie i w zalobie, ona w kolorach, blekitach i piekna oczywiscie.
caly film wypelniony tesknota Ady za Imanem i vice versa. z drugiej strony
wesoly watek pomocnicy ady granej przez Bridget jones, calkiem zgrabnie, ale
wszystko wskazuje na to ze rezyser nie za bardzo wiedzial co kreci / ew. ze
scenariusz pisalo co najmniej kucharek szesc i kazda wymyslila wg starego ale
ciagle ulepszanego holywoodzkiego przepisu jakie watki sciagna do kina jaka
publicznosc i w jakich proporcjach nalezy wszystko wymieszac aby bylo
optymalnie. europejski widz moze od tego co najwyzej dostac ciezkiej
niestrawnosci.