Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2010 - 4 (vol. 8)

01.06.10, 19:22
Jako, ze w poprzednim przekroczono 500, zgodnie z zasadami :) zakladam kolejny.
I nie wiem, czy na dzis cos jest ciekawego?
--
hmm, co by tu napisac?
Obserwuj wątek
    • grek.grek "wirtuozeria", z... soboty chyba 02.06.10, 11:25
      Na dzisiaj, jeszcze nie wią, ale wczorajszy "Dom z piasku i mgły" był zawodowy - jakby co, to usłużę spojlerem ;)

      A z soboty - "Wirtuozeria" z TVnu. Przetłumaczył to polski dystrybutor jako "zabójcza perfekcja" - słowo "zabójcza", to taki wabik na tych, co w latach 90 przyhcodzili do wypożyczalni i zgarniali pierwszych dziesięc kaset z brzegu z działu "karate i lokówka w d,pie", byle w tytule było "śmiercionośna", "mordercza", "bombowa" albo właśnie "zabójcza".

      Film taki sobie, ale za to ze smaczkiem. Co do fabuły - Denzel gra policjanta w świecie przyszłości, w którym mieszają się światy realny i wrtualny, a technologiczny postęp osiąga szczytowy poziom. I ten policjant przeszedł dwie traumy - najpierw jakiś czub zabił bombą jego żonę i córkę, a potem on sam zabił jakiegoś przypadkowego człowieka będąc na służbie. Teraz odsiaduje karę we więźniu. Przy okazji bierze udział w ćwiczeniach w świecie wirtualnym, jako tester. Ściga tam wirtualnego przestępcę, Sida 6.7 (spoko, to nie wzrost, Russell Crowe nie ma 2 metrów ;), to numer fabryczny). Kiedy Sid wydostaje się do realu, w formie androida wykonanego wg najnowszych cudów nanotechnologii (np. jeśli odpadnie mu noga, to wystarczym, ze kikut przytknie do szkła, żeby odpowiednia reakcja chemiczna sprowodowała wykształcenie się nowego odnóża, coś jak ogon salamandry, czy czego tam; zabić go można za pomocą odłączenia lub zniszczenia specjalnego modułu wmotnowanego w "organizm") i zaczyna mordowac bez większego powodu, albo tylko i wyłącznie dla publiki - policja i urząd miasta zwracają się do naszego garownika z ofertą : tylko ty wiesz, jak złapać Sida - zatemy : my ciebie puścimy (z nadajnikiem wczepionym w mózg, żebyś nie dał w długą), ty go złapiesz, a my ci darujemy te 17 lat puszki, które ci jeszcze zostały. Garownik się zgadza, bo co ma do wyboru, dostaje do pomocy panią psycholog w blond peruce i ściga sztuczniaka. Co ciekawe, wktótce wychodzi, z grzebanie w komputrze twórcy owego Sida, który przypadkiem go wypuścił i sam przy tym zginął - że Sid to kompilacja dwustu osobowości psychopatycznych killerów z zaszczepionym maniaklanym pragnieniem istnienia w telewizji, taki celebryta-wannabe. A najlepsze, że dominującą osobowością jest ten jegomość, co zamordował żonę i córkę garownika.
      Więc sztuczniak chodzi i zabija, kogo popadnie, Denzel ściga sztuczniaka, a tamten kręci nim jak baranimi rogami - np bierze zakładniczkę w metrze, zasłania się nią, Denzel próbuje go trafić z armaty, ale zamiast tego ginie babka. Sid odjeżdza. Denzel wie, że nie trafił kobiety, że to Sid ją zabił,żeby wyszło, ze jednak denzel. Puszkują znowu policaja. Istnieje groźba, że go zlikiwiduje sama policja, za pomocą uwolenienia zdalnym sterowaniem trucizny, w jaką uzbrojony jest nadajnik w jego głowie tkwiący. Uwalnia go z policyjnej suki... Sid, bowiem "bez swojego ulubionego wroga, nie ma z całego zamieszania dostatecznie dobrej zabawy". Policja dotrze oczywiście do tego, ze kula, co zabiła kobietę została posłana w jej plecy, a nie w jej pierś, więc Denzel dostanie swoją szansę. Stanie się to w wielkim gmachu telewizji, gdzie Sid postanawia przeprowadzić szoł na żywo z zabijania licznych zakładników. Żeby było weselej porywa córkę psycholog towarzyszącej Denzelowi - czyli, powtarza manewr killera, który taki numer wyciął Denzelowi kiedyś. I teraz, jak to w wielu filmach bywało : bohater dostaje możliwość wyleczenia się z poczucia winy,że kiedyś nie zapobiegł takiemu nieszczęsciu. Musi tylko wyeliminować Sida i rozbrocić bombę, którą tenże przyczepił do dziewczynki. Wiecie jak się skończy ? No pewnie, ze tak - będą się targać za włosy i okładać torebkami migając między realem, a wirtualem, aż w końcu cyborg zostanie wykończony za pomocą wyrwania mu modułu z tyłka, a jego wirtualne wcielenie zostanie zamknięte w komputerze. denzel zaś uratuje dziecko, rozbrajając bombę - naje się jednak strachu, o co zadbał pomysłowy Sid : wg starego schematu ma wybrać w które gniazdko włożyć wtyczkę, żeby bombę unieszkodliwić, ma trzy gniazdka - wybiera środkowe, ale odliczanie do eksplozji nie zostaje przerwane, z nagranej do bomby taśmy video Sid śmieje się z niego "przewidziałem to" i odlicza nadal. Bomba wybuchnie zatem. Rezygnacja. I nagle odliczanie dociera do ostatnich 3 sekund, cofa się znów do 43 sekundy i zaczyna od nowa, i tak w kółko. Niezły dowcip. Jak wiadomo że film ma się skończyć zgodnie z regułami gatunku, to jedynym istotnym pytaniem jest : jak do tego dojdzie, prostacko czy z finezją. I tutaj jest nawet całkiem zmyślnie.

      Mimo to jest to schematyczne kino, efekty specjalne trącą niskim budżetem, bo w końcu 95 rok, to 4 lata po Terminatorze, Dniu Sądu, więc można by wymagać efektowniejszych cyrków. Futurystyczna wizja, też z nieprzesadnym rozmachem zrobiona. Idea wirtualnego poligonu doświadczalnego dla policajów - ciekawa, ale dośc archaicznie pokazana.

      Cała wątła kasa poszła pewnie na waciki dla Denzela. Ale, tu ów smaczek - Denzel jest tu kompletnie przyćmiony przez Russella Crowe'a, który tworzy świetną postać androida Sida - elokwentnego, pełnego wdzięku, w stylu bycia dobrze zgrywającego swawolnego dyzia, a zarazem bewzględnego killera, faszerującego otoczenie ołowiem całkiem bezmyślnie i dla rozrywki. Pierwsze widzę,żeby Denzel tak zmalał przy kimś ;) Film mało znaczący dla jednego i drugiego, ale przy ponurawym, przytłoczonym, napiętym jak gacie na tyłku policjancie-Denzelu rubszany, "jokerowaty" Sid-Crowe wypada max korzystnie i robi całą akcję. Dzisiaj to wygląda jak pojedynek gwiazdorów, ale w 95 Denzel miał Oskara za Chwałę, był po Mo'Better Blues, Malcolmie, w którym był tak dobry, że Spike Lee chciał się przykuć do Statuy Wolności w proteście, że Washington nie dostał za tę rolę drugiego Oskara, i miał na koncie bardzo dobre zrobienie postaci Stevena Biko. A Crowe był tak naprawdę, jakimś tam chłopiną z Austrii, czy Australii, który zagrał sobie skina jakiegoś i w sumie - dopiero zaczynał się wciągać. I ten chłopina nakrył Denzela czapką, jak chciał.

      Tyle razy użyłem słowa "zabił", ze kto wie, może ten polski tytuł jakoś się broni ;) Ale jedyną prawidziwą wirtuozerią była tutaj, przynajmniej okresami, rola Crowe'a.
      • barbasia1 Re: "wirtuozeria", z... soboty chyba 02.06.10, 14:46
        grek.grek napisał:

        > Na dzisiaj, jeszcze nie wią, ale wczorajszy "Dom z piasku i mgły"
        >był zawodowy - jakby co, to usłużę spojlerem ;)

        Tu Cię zaskoczę! HA! Ja obejrzałam ten film, i to do końca, ze
        ściśniętym sercem i łzami w oczach patrzyłam na ostanie sceny.
        Znakomity film, to prawda ...

        To zabieram się za "Wirtuozerię" ... :)
        • grek.grek Re: "wirtuozeria", z... soboty chyba 02.06.10, 15:22
          O, no jestem zaskoczony :)
          Jakie wrażenia, poza zrozumiałymi emocjami, bo faktycznie solidna ich tam dawka była ?

          Scenariusz, wg mnie, pierwszoligowy. Nikt nie wygrał, wszyscy przegrali, wszystkim się życie rozleciało, albo je postradali. A zaczęło się od niekompetntnych urzędasów... Kompletna destrukcja. A tak niewiele brakowało, trochę mniej miłosnego pomieszania zmysłów pana policjanta i jakoś by się dało sprawę załatwić, już byli na dobrej drodze (swoją drogą, komiczna w swym dramatyzmie scena, kiedy policaj wchodzi do domu, a tutaj trójka Arabów tarmosi jakiś zezwłok ;) - świetne ujęcie, nie ? Z pkt widzenia przypadkowego nachodziciela rzeczywiście wyglądało to max podejrzanie...)
          A może nie było już możliwości zawrócenia z tej drogi... Każdy popełnił błąd w tej sekwencji dramatycznych zdarzeń ost 20 minut, a na końcu to się splotło w tragedię - policjant nie musiał stawiać sprawy na ostrzu noża, stary mógł iść sam, bez syna, syn nie musiał się łapać za pistolet policjanta itd. A z drugiej strony - każdy miał swoje racje i motywacje, którym trudno odmówić było słuszności i celowości. W sumie, dobrzy ludzie się zamotali w idiotycznych okolicznościach, wpadli w pułapkę sprzecznych interesów i racji.

          Jennifer Connolly (to ciekawe, bo wpisując w wyszukiwarkę "Connolly" działa to bez zarzutu, daje pożądany efekt, a w obsadzie wczoraj przedstawiano ją jako "ConnElly" - która wersja jest autentyczna ?) wg mnie znów zagrała znakomicie, w rolach kobiet zdesperowanych, miotanych problemami i przeciwko okolicznościom jest świetna. To trzecia jej rola z cyklu : mocnych, którą widzę i znów bez zarzutu. Ma w sobie tę umiejętność wysyłania bardzo naturalnego przekazu, bardzo wiarygodna jest. 40 lat, przydałaby się jakaś przełomowa rola, która z niej zrobi gwiazdę, bo talent ma niezaprzeczalny. Jak słyszę o jakiejś Aniston, która "awansowała do grona gwiazd, które brać będą 20 mln dol za rolę", to nie wiem, czy się śmiać czy płakać, kiedy porównam ją do takiej choćby JC, która nawet popularna nie jest :) Świat schodzi na psy - sztuczniaki wypierają ludzi :)
      • barbasia1 Re: "wirtuozeria", z... soboty chyba 03.06.10, 12:34
        grek.grek napisał:

        >Pierwsze widzę,żeby Denzel tak zmalał przy kimś ;) Film mało
        >znaczący dla jednego i drugiego, ale przy ponurawym, przytłoczonym,
        >napiętym jak gacie na tyłku policjancie-Denzelu rubszany, "joke
        > rowaty" Sid-Crowe wypada max korzystnie i robi całą akcję.

        Role czarnych charakterów są zawyczaj ciekawsze od ról pozytywnych
        bohaterów. Stwarzają wieksze pole do popisu dla aktora, że tak
        inteligentnie ;) zauważę.

        Nawet mi się podbał ten film! THNX ;)
        :)
    • grek.grek "Matka", z wczoraj, sp 1 03.06.10, 11:25
      Wczoraj TVP tenże film wrzuciła na... ja wiem ?, chyba na poranek, bo się skończył o trzeciej ;) Jakoś mi się nie widzi,żeby, z pewnych względów, kiedykolwiek go puścili wcześniej, o ile puszczą kiedykolwiek jeszcze. W normalnym kraju i normalnej telewizji poszedłby o normalnej porze, ale my nie jesteśmy w normalnym kraju i nie mamy normalnej telewizji. szkoda, bo rzadko goszczą brytyjscy realiści na ekranie.

      Tak więc, spojler oto.

      Rzecz się dzieje w Londonie w Wielkiej Brytfanii. Przyjeżdza tam sobie, z prowincji, para starszych panstwa, do dorosłych dzieci, zobaczyć jak im się wiedzie, poprzytulać wnuki, takie tam farmazony. No i to się odbywa. Syn prowadzi firmę i buduje "ogród zimowy' przy domu, mają z żoną trójkę dzieci. Córka ma dziecko, które wychowuje sama, a do tego prowadzi jakieś warsztaty literackie i utrzymuje się z tego. Na oku ma faceta. Niby żonatego, niby z dzieckiem, ale w zasadzie już w separacji. Tak się składa, że jest to gośc, który własnie buduje jej bratu ów ogród.

      Po tych scenkach rodzajowych rusza właściwa akcja. Otóż umiera starszy pan. Zawał. Starsza pani przeżywa to podwójnie - raz, ze w mąż od lat niepoliczalnych, dwa - co dalej ? Gdzie ma się podziać ? Przyjmuje ją syn, stale zajęty, zaganiany, który nie ma czasu z nią porozmawiać. A ona potrzebuje właśnie rozmowy, kontaktu, potrzebuje się z kimś podzielić prawdą o swoim życiu, życiu zmarnowanym, przesiedzianym w bardzo ładnych okolicznościach, ale pustym. Nigdy nie pracowała. Nigdy nie spełniła swoich marzeń, nigdy nie zagłębiła się np. w rysowanie, do którego przejawiała talent.
      Wnuki mają swoje zajęcia. Synowa to kobieta interesu, ze słuchawką przy uchu nonstop. I nie bardzo życzy sobie, by teściowa zajmowała w ich wielkiej chałupie mały pokoik na piętrze. Starsza pani, to czuje, docierają do niej strzępy pretensji, jakie synowa czyni jej synowi za to, że ją przyjął pod swój dach. Powrót na prowincję ? Do czego, do pustego domu ?

      Pierwszego już dnia starsza pani wychodzi na przechadzkę i gubi się w wielkim mieście. Wg zasady "koniec języka za przewodnika" dociera do domu córki. Gadu gadu i ta się zgadza ją przyjąc u siebie. Tak więc, starsza pani zacznie bywać u syna, a mieszkać u córki.

      Powoli zaczną pękać pozory - syn wprawdzie prowadzi firmę, ale wiedzie mu się słabo, coraz gorzej; córka jest zaś zakompleksioną kobietą, sfrustrowaną faktem, ze próbuje od lat tworzyć literaturę i nie wychodzi jej tak, jak by chciała. najgorszy zaś problem polega na tym, ze jest niedowartościowana, nie wierzy w siebie, bardzo sobie do serca bierze zdanie innych (matka delikatnie sugeruje jej,że skoro w pisaniu nie może się znaleźc, to powinna robić coś innego, co dla niej jest niemal wyrokiem). Za swoje niepowodzenia artystyczno-zawodowo-życiowe (mąz odszedł) obwinia matkę, która wg niej nie dała jej właściwego wsparcia, opieki, nigdy jej nie chwaliła i nigdy nie dodawała pałeru. To możliwe, że prawda, starsza pani sama ma wyrzuty, że dobrą matką nie była.

      I kiedy starsza jejmość pogrąża się w stanie nieważkości dostaje szansę. Córka prosi ją, żeby wysondowała, czy jej facet-cel ma wobec niej powazne zamiary, żeby z nim sobie ot tak porozmawiała, trochę się zbliżyła i wzięła na spytki. Starsza pani spełnia prośbę i... odkrywa,że ten facet od ogrodu zimowego, kochanek córki, Darren, to klasa gość jest. NIby niewykształcony, niby budowlaniec, niby bez kasy, ale bystry, sympatyczny, przyjemny w obejściu... I zaczynają sobie rozmawiać. I wreszcie ma do kogo się odezwać, wygadać, a ten słucha i rozumie. Wychodzą sobie na obiady, odwiedzają zapomniany grób malarza Hoggarta, który przypadkiem kiedyś Darren wynalazł, a potem... lądują w łózku (i nie jest to scena z cyklu : łupu cupu, szast prast i już, tylko ona mu to drżącym głosem proponuje, on się zgadza; w sypialni nie ma żadnych porywów namiętności, raczej niepewność i sztywność pewna, niezbyt zborne rozbieranie się, wstępnie do połowy, które kamera rejestruje ostrożnie z początku - jakby zaglądając zza rogu otwartych drzwi; pytania jej w stylu "co widzisz ? Niekształne, stare ciało ?", a potem, jak to w życiu, nabiera cała rzecz rytmu właściwego). Darren mógłby być jej synem, ale co za przeszkoda. Żadna dla kobiety, która chce jeszcze pożyć, "nie jest gotowa na starość", w której miałaby być niepotrzebnym rupieciem. Babcia odżywa - od pierwszego spotkania z Darrenem zmienia się jej nastawienie do życia, do przyszłości, do siebie : zaczyna zwracać uwagę na swój wygląd, zmienia go; zmienia fryzurę, dobiera dodatki, pindrzy się przed lustrem... Prezentuje cały repertuar zachowań kobiecych w takich sytuacjach, he he. Towarzyszy Darrenowi w jego stolarskich wyczynach, rysuje go nieustannie, rozmawiają o malarstwie, ona mu podarowuje album ze szkicami, no i seksualnie się aktywizuje (i to jak, hehe) romans pierwsza liga. Jedynym problemem jest dla niej ogladanie trwającego ciągle związku Darrena z jej własną córką. Jest o nią po cichu zazdrosna, ale (z trudem) akceptuje taką, a nie inną sytuację, bo sama nie jest w porządku.

      Rozwija się więc romansik, a córka nic nie wie. I nawet nic nie podejrzewa. Darren chce wyjechać na jakiś czas. Przemyśleć swoje życie. Nabrać dystansu. Starsza pani na to, że ma kasę, że może mu pomóc, a nawet... pojechać z nim. I Darren się na to zgadza.
      Córka próbuje mamuśce pomóc. Zaprasza ją na swoje warsztay literackie, poznaje z dystyngowanym jegomościem w wieku zbliżonym, aby starsi państwo się sobą zaintersowali. Cóz może jednak dać pobudzonej starszej pani stary pierdoła, skoro ma młodego, miłego, jędrnego kochanka ? No nic.

      Prawdy nie da się ukrywać wiecznie. Tutaj na jaw wychodz ona przypadkiem. Córka i syn starszej pani rozmawiają w jego domu. On powiada, ze wobec problemów finansowych nie dokończy ogrody zimowego, a dom sprzeda. A ona przypadkiem wpadnie na teczkę z rysunkami starszej pani - a na tych rysunkach... pani matka z panem Darrenem. W pornograficznych pozycjach. Córka doznaje szoku. Brat, że to to zapewnwe fantazje matki, więc spoko. Ale córka chyba rozpoznaje szczegóły anatomiczne, bo nie ma wątpliwości, ze tych dwoje łączy gorący romans.

      Postanawia matkę załatwić. Umawia podwójną randkę - ona i Darren plus matka i ten pierdoła z warsztatów. Darren w jej trakcie dowiaduje się,ze za chwilę straci zlecenie na ten cały ogród - widocznie jest wqr... Córka ostentacyjnie się na nim wiesza, omiatając matkę wzrokiem jednoznacznym, a matka cierpi katusze słuchając swojego adoratora opowiadającego o swoich artystycznych pasjach (w jego ustach są to raczej jakieś jałowe gnioty). W końcu nie wytrzymuje napięcia. Opuszcza ich. zaszywa się pod jakimś pomnikiem. Tam znajduje ją stary pierdoła. Zaprasza do siebie. Lądują w łóżku. Jest kiepsko. Facet się jej nie podoba, a jego nad nią się unosząca gęba, w trakcie usiłowań łózkowych, wygląda groteskowo.
      Wraca po wszystkim do córki. Ta jej najpierw otwiera z wielką łaską, a potem komunikuje, że się dogadała z Darrenem i żeby matka się wyprowadziła następnego dnia, bo on się tu wprowadza, a miejsca jest mało. Zaś w nocy, córa bierze i na patio urządza sobie ognisko - pali swoje wszystkie pisarskie próby wieloletnie. "to moja zmiana, mówiłaś, ze mam sobie dać spokój i zamierzam to zrobić".

      Starsza pani jest w kropce, więc idzie pogadać z Darrenem. Kończy się to awanturą, bo Darren odkąd się dowiedział, że kasa mu śmignie koło uszu dostał nerwicy i zmienił się o 180 stopni - a to linijkę wciągnie, a to popije, a to coś, kompleks niższości wyłazi z niego raz dwa. Najpierw jest wulgarny wobec niej, lekceważący (mówi do niej imieniem jej córki, a kiedy ona niesmiało przypomina, że nią nie jest, on rzuca "a co mnie, ku,rwa, obchodzi jak masz na imię"), potem zaś demoluje ogród i wścieka się "wszystkie chcecie żebym z wami rozmawiał, słuchał, rozumiał i jeszcze się z wami pie,przył ! a co ze mną ? macie mnie za jakąś dziffkę ?!". W końcu nagabuje ją o tę kasę, którą chciała mu dać. Żeby przyniosła i mu ją dała. cdn
    • grek.grek "matka" sp 2 03.06.10, 12:06
      Starsza pani, że owszem, może mu kupić bilet dokąd chce, ale mu nie da majątku jakiegoś. I przypomina, że mieli razem jechać. On to wyśmiewa.
      Sprawa jest zatem zakończona.

      Problem z córką rozstrzygnie się tego samego dnia. Wieczorem. Córka najnormalniej w świecie, wywali jej w twarz, ze była dla niej nędznym rodzicem, ale że teraz sama sobie już poradzi. Matka przyjmuje to do wiadomości, może nawet w jakiś sposób czuje ulgę, że wreszcie dostaje to kawę na ławę, a nie opłotkami i pyta, czy jej może w tym pomóc jakoś. A córka na to, że tak, owszem, możesz - chciałabym cię walnąć w twarz. Matka najpierw lekko jest zatkana, ale za chwilę się zgadza. Traktuje to niemal jak słuszny datek za swoje nieudane macierzyństwo. Co nie zmienia faktu, ze ze strony córki jest to jakiś psychoanalitycznymi seansami podytkowany zabieg, ale nie terapeutyczny, tylko czysto mściwy - to ona sama ponosi winę za swoje niepowiedzenia w związkach, w pisaniu itd. Jest rozmemłaną, niezborną babą, która sama nie wie, czego chce, nie umiała w sobie nigdy wykształcić osobowości i charakteru. Matka jej nie pomogła w dzieciństwie i wczesnej młodości, ale to nie zwalniało jej od własnej pracy. Tyle że zamiast niej wolała się pogrązyć we frustracji i szukaniu kozła ofiarnego.
      Więc córka mówi do niej,żeby wstała. Matka wolno wstaje, przygotowuje się na cios, dostaje prawy sierpowy i następnego dnia pokazuje się waszystkim z efektowną śliwą pod lewym okiem. Córka stoi za nią i nawet nie ukrywa specjalnie, ze to jej robota. Może nawet przemyka na jej twarzy jakiś cień satysfakcji i dumy. I starsza pani komunikuje najpierw, ze "pokłóciłyśmy się", tonem wyjaśnienia tej śliwki, a potem - ze wyjeżdza.

      I faktycznie - odchodzi. Opuszcza dom powoli. Kamera patrzy jej okiem. Wnuki są zajęte telewizorem, muzyka, tańcem. Córka rzuca mimochodem spojrzenie obojętne. Darren, nadal obecny w domu syna (czyżby zmiana planów ? ogród jednak będzie skończony ? nie jest to dopowiedziane, bo i pewnie mało już wązne w tym momencie - w każdym rzie demolka została uprzątnięta i jakas roobta trwa, a może nawet już jest skończony...). wykonuje jakiś gest na pożegnanie, ale jest generalnie zajęty rozmową z jej córką. Synowa wchodzi po schodach na piętro i żegna się miło, acz zdawkowo, profesjonalnie, rzec by mozna. Syn wychodzi z pokoju i rzuca z zakłopotaniem "No to cześc. Przyjedź niebawem". Robi to jakby z obowiązku, bez przekonania, jak od samego początku.

      Starsza pani wraca więc do pustego domu w klasycznym osiedlu angielskim. Spędza bezsenną noc. A rano pakuje się i wychodzi z domu. Dokąd pojedzie ? Tego twórcy nie dopowiadają, ale jako że pakuje ona do tobołów album, który kiedy podarowała Darrenowi (pewnie go zabrała, i słusznie, a może mnie się coś popaprało i go mu tylko pokazywała...nieważne), mozna przypuszczać, ze rusza w podróż, której nigdy nie odbyła, śladami swoich własnych pasji - Rzym, Wenecja,Florencja ? Czemu nie. Nie jest gotowa na starość, a więc przecież nie musi prosić nikogo o to, by się nią zajął i dał jej alibi na resztę życia. Z dala od sfrustrowanych młodych, którym zawadza. Sama jest jeszcze młoda. Właśnie to odkryła. I idzie dziarsko, nie jest pochyloną starszą panią z początku i końca jej pobytu u dzieci, nie jest też starszą panią ze środkowej częsci, uniesionej wrazeniami romansowymi, jest teraz dla siebie samej. Przeszła katharsis, dostała lekcję, dostała nawet w dziób, ale odrodziła się, coś zrozumiała i do jakichś wniosków doszła. Ma pieniądze. Ma czas. I nic jej nie trzyma. Ma więc wszystko, żeby po latach spróbować dotknąc tego, czego wczesniej nie mogła, albo nie miała odwagi. Heh, "dziś na kursie Singapur, włóż pelisę z ptasich piór, prysznic weź i wyjdź za drzwi,w żelaznej kuli miasto śpi..." :), jak pisał poeta w swoim wybitnym tekście do jeszcze lepszej muzyki śpiewanym.

      No i co Wy na to ? :) Hehe. O ludziach film. Dyskretnie, spokojnie, ze znajomością rzeczy nakręcony; trochę zazgrzytało mi, jak się córka dowiaduje o romansie matki z własnym kochankiem - czemu starsza pani zostawia teczkę z rysunkami na stole ? Oczywiście, że samo wyjście na jaw prawdy musiało się wydarzyć, ale trochę ta rażąca beztroska i niefrasobliwość nie pasowały do bohaterki.

      Wydarzeniem, zwłaszcza w naszym zatęchłym klimacie, są sceny erotyczne i orgazmiczne z udziałem 68-letniej Anne Reid, która zagrała główna rolę. Zresztą, zagrała ją znakomicie. Pokażcie mi polską aktorkę, która w tym wieku (nie mówię, ze jakimś podeszłym, bo podeszły wiek nie zależy od metryki, ale - jednak 68, to 68) odsłoni biust i zagra scenę, a nawet dwie, w których sugestywnie symuluje donośny orgazm ? Nie znajdziecie takiej, nie szukajcie :) Dlatego ten film nigdy nie pójdzie o 20:20, ani nawet o 23. Będzie zawsze szedł o 1-2 w nocy, kiedy wszystkie starsze panie śpią z błogim przekonaniem, ze w ich wieku, to tylko ławeczka na cmentarzu, kościółek, rózaniec, poczekalnia u doktora, gdzie mozna się wyzwierzyć ze swoich licznych chorób prawdziwych i urojonych, no i może jeszcze bawienie wnuków i Klan. Nie mozna ludziom mieszać w głowach. Kochanek młodzszy o 35-40 lat ? Zwariowaliście ? Orgazm ? Do spowiedzi, marsz. Życie ? Wyplujcie to słowo.

      Darrena gra Daniel Craig. I pokazuje jak dobrym jest aktorem. Z brodą, 15 kg lżejszy niż w Bondzie. Aktor, a nie wyczynowiec.

      Podobała mi się też Cathtryn Bradshaw, w roli rozwibrowanej, zionącej frustracją, ale i wzbudzającej jakiś rodzaj współczucia córki starszej jejmości.

      Takie kino kręcą Brytyjczycy. Normalne. Szkoda, że mało kto (jak sądzę) miał szansę to obejrzeć.
      • barbasia1 Re: "matka" sp 2 03.06.10, 16:37
        Świetne kino!
        (świetny spojler i uwagi :)

        >Dlatego ten film nigdy nie pójdzie o 20:20, ani nawet o 23. Będzie
        >zawsze szedł o 1-2 w nocy, kiedy wszystkie starsze panie śpią z
        błogim przekonaniem, ze w ich wieku, to tylko ławeczka na cmentarzu,
        kościółek, rózaniec, poczekalnia u doktora,

        haha :)))

        Nie wiem może zbyt wielkim optymizem tu grzeszę, ale wydaje mi się,
        że zmienia się powoli to myślenie, dzięki mediom, telewizji, filmom,
        feministkom. :)


        Galeryjkę dołączam malutką:
        www.filmweb.pl/film/Matka-2003-111712/photos

        :)
        • grek.grek Re: "matka" sp 2 04.06.10, 11:21
          Hoho ;)< na mój gust, to feministki pchają kobiety na traktory i na urzędy. Najlepiej z misją search & destroy, oczywiście samca. Każdego, który nie uznaje "równości", czyli - w języku feministek - podporządkowania się feministycznym rządom, hehe. Im tak seks nie w głowie. Nie z wrogiem klasowym. I płciowym. Seks i Szczuka ? Nie ma takiego połączenia. Ja sobie przysłowiowej "Szczuki" nie wyobrażam w takiej sytuacji. Wiele sobie wyobrazić mogę, ale na takie wybujałości jestem za cienki.

          Wiesz, w Polsce feministkom nie zależy na otwartości kobiet, ich prawidziwym wyzwoleniu, o ile nie jest ono powiązane z jakąś ideologiczną manifestacją polityczną. To jest feminizm karłowaty, niestety. Zaściankowy. Z zaciśniętymi zębami. I pośladkami. Dlatego nieakceptowany przez gros kobiet, jak mi się wydaje, bo Partia Kobiet szermująca hasłami feministycznymi dostaje w wyborach poparcie jeszcze mniejsze od Korwina Mikke, który powiada, ze kobietom trzeba ograniczyć prawa wyborcze. Nie przychodzi im do głowy,że wiele kobiet, które dla nich są "głupie", "nieambitne", "niezaangażowane w <<sprawę>>" po prostu lubi swoje życie, odnajduje się w nim i nie potrzebuje się z tym obnosić i udowadniać tego za pomocą łamania jakichś reguł, które im nie przeszkadzają. Feministki chciałyby je zagonić do jakiejś twierdzy, oddzielić od mężczyzn, nakręcić na zozłowatość. Brak im poczucia humoru - jak patrzę, i słucham, Środy, Gretkowskiej, Szczuki, Graff, to po prostu widzę PiS w żeńskim opakowaniu.

          Wybór. O to chodzi. O odwagę posiadania wyboru. A feministki w jednym miejscu chcą tego prawa (np aborcja), a w drugim niby przyznają tę swobodę w wyborze stylu życia, ale jednocześnie życie "w podporządkowaniu regułom ustanowionym przez samców" traktują z klamerką na nosie.
          • barbasia1 Re: "matka" sp 2 04.06.10, 23:13
            grek.grek napisał:

            Wprawdzie uważam się za bardzo umiarkowaną feministką, ale stanę w obronie naszych czołowych polskich feministek, które muszą czasem wypowiadać się ostro, do- i prze-sadnie, czy wręcz kontrowersyjnie, by dostrzeżono je w mediach, które jak wiadomo nie od dziś, koncentrują się przede wszytskim na tym, co wyraziste, budzące skrajne emocje.
            Ale też polskie feministki, o ile się dobrze orientuję, nigdy nie występowały z hasłami, nawet zbliżonymi do tego, co sugerujesz: „search & destroy samca” Każdego, który nie uznaje "równości", czyli - w języku feministek - podporządkowania się feministycznym rządom” /hahaha :))) / Wiem, wiem, - „kategoryczne sądy czyta się lepiej”, ale takie stwierdzenia, to jednak gruba przesada.
            Naszym feministkom chodzi przede wszytskim przecież o poprawę sytuacji kobiet w różnych dziedzinach życia (np. chodzi m.in.kwestie nierównych zarobków k. i m. na tych samych stanowiskach; problemy ze zwalniniem z pracy kobiet w ciąży (nie wspominajac już o ZuSie, który co rusz podejrzewa kobiety w ciąży o to, że w ciąży chcą wyłudzić kasę), kwestie ułatwień dla kobiet , które chcą pogodzić macierzństwo z karierą, kwestie emerytur i wiele innych; ) Feministki domagają się równości kobiet i meżczyzn, co nie znaczy, że dążą do zniesienia różnic pomiędzy płciami, wręcz przeciwnie. O przejęciu władzy nad mężczyznami, niszczeniu ich nawet nie ma mowy, zapewniam (aleeeee ,jakby coś się zmieniło w tej kwestii, będę Cię bronić, możesz na mnie liczyć! ;))

            Owszem znacznie częściej promuje się te kobiety niezalezne, które pracują, działają, osiagnęły sukces, a nie te, które siedzą w domu przy mężu, dzieciach, bo tych pierwszych jest ciągle u nas za mało, ale to nie znaczy, że feministki odmawiają kobietom prawa do wyboru takiego a nie innego sposobu życia.
            Sex z (fajnym) mężczyzną jest dopuszczalny, a nawet pożądany! ;)

            Jak to panie feministki nie mają poczucia humoru? A czyż wyrazem pouczcia humoru (i jednoczesnie dystansu do siebie) nie był choćby słynny plakat wyborczy Partii Kobiet (która nie dostała się do Sejmu, ale zwróciła na siebie i na problemy kobiet uwagę, a to już dużo), gdzie pani przewodniczącą Manuela Gretkowska wraz z kilkoma członkiniami partii, wystąpiły nago!??
            A Kazia Szczuka przecież to uorocza kobieta, w wielu wywiadach , artykułach, programach, które prowadziła, w których występowała udowodniła, że ma poczucie humoru (np. w „Słabym ogniwie”:). W wywiadzie dla Vivy z humorem i dystansem stwierdziła kiedyś „Jestem starą ciotką o ostrym spojrzeniu”. :) Humoru nie brakuje np. w jej feministycznie książkach np. „Kopciuszek, Frankenstein i inne"!


            PS

            Wiesz, tak się teraz zastanawiam, czy naprawdę jestem umiarkowaną feministką.... U nas w domu zawsze panował martiarchat, a i ciotki też z jednej i z drugiej stony rozstawiały po kątach familię i nie tylko, jedna rządziła nawet nawet całą mieściną, tak mocną reką, że do końca życia, jej to pamiętano, odpowiednio tytuując... :) /a i jeszcze miałem szefowe, i to takie, że najbardziej wygadani, twardzi, pewni siebie faceci stawali się malusieńcy przy nich, serio. :)./
            Więc ja długo myślałam, że wszędzie tak jest (i musi być), że rzadzą kobiety. Właściwie do dzisiaj tak myślę ... ;))
            • barbasia1 Re: "matka" sp 2 04.06.10, 23:41
              barbasia1 napisała:

              Korrrrekta
              Jest:
              >Wiem, wiem, - „kategoryczne sądy czyta się lepiej”, ale takie stwierdzenia, to jednak gruba przesada.

              Powinno być:
              Wiem, wiem, (trawestujac klasyka) „efektownie wyolbrzymione stwierdzenia czyta się lepiej”, ale takie stwierdzenia, to jednak gruba przesada.

              :)
              • barbasia1 Re: "matka" sp 2 04.06.10, 23:44
                barbasia1 napisała:

                > barbasia1 napisała:
                >
                > Korrrrekta
                > Jest:
                > >Wiem, wiem, - „kategoryczne sądy czyta się lepiej”, ale takie
                > stwierdzenia, to jednak gruba przesada.
                >
                Powinno być:
                Wiem, wiem, ( PARAFRAZUJĄC /ech, śpię/ klasyka) „efektownie
                wyolbrzymione sądy czyta się lepiej”, ale takie stwierdzenia, to
                jednak gruba przesada.

                :)
            • grek.grek Re: "matka" sp 2 05.06.10, 12:09
              "Kategoryczne sądy..." hehe :)
              Ale muszę Ci powiedzieć, ze tym razem tylko trochę podbarwiłem i skróciłem myślowo, bo naprawdę mam takie wrażenie, że te kobiety chcą każdego, kto się w jakiś sposób z ich hasłami nie zgadza - pozbawić
              męskości w sensie fizycznym.

              Z wieloma postulatami (m.in tymi, które wymieniłaś) się zgadzam, ale
              dla mnie ich działania przybierają niekiedy ton zupełnie niewłaściwy -
              pod płaszczem "równości" lecą tyrady, wedle których świat nie-wg Szczuki czy Środy jest światem skażonym, toksycznym i nie do przyjęcia. Przypomina mi to język hierarchów kościelnych i to od razu mnie odrzuca.
              Prezydentem powinnna być kobieta, na listach ma być tyle, a tyle kobiet, bez wzg na merytoryczne przygotowanie, itd. itd. Nie kupuję tego. Nie kupuję tych zacietrzewionych min i tego doszukiwania się seksizmu w każdym męskim geście szacunku wobec kobiety.

              Żeby się bawić w seks, to kobieta musi być kobietą, a nie ideologiem dla którego pozycja od tyłu jest deprecjacją kobiecej godności i potrafią na ten temat wysmażyć sążnistą pracę magiesterską :)

              Ten humor, to wiesz... taki bardzo dyskretny, jakby niezauważalny. CHodzi też o sposób bycia, otwartość, sympatyczność. One wszystkie, co do jednej, robią wrażenie jakby było nadąsane z jakiegoś niewiadomego powodu, nieszczęśliwe, może chore... Ja naprawdę się nie dziwię tym, którzy tak je postrzegają, bo one tak się własnie prezentują. Pomijam oczywiście, że część oceniających robi to złośliwie i na oślep, bo nawet nigdy tych feministek nie widziała na oczy ;)

              A widzisz, hehe ;) Tak to jest. W opowiadaniach feministek kobietami poniewierają samce, a świat jest znacznie bardziej złożony - ofiarami przemocy domowej coraz częsciej padają właśnie te straszne samce, w sądach - matka ma zawsze, z natury rzeczy, większe szanse na opiekę nad dzieckiem niż facet, największym krajem Europy rządzi kobieta, a jego prezydentem za chwilę będzie inna kobieta, najwięcej płyt w muzyce sprzedaje kobieta, najcięższe przestępstwa nierzadko zdarzają się z inspiracji kobiet manipulującym mężczyznami, rządy i kandydaci polityczni padają jak muchy po jednej kobiecej łzie upuszczonej w mediach, kobiety rządzą także na szczeblu podstawowym, w domach, bizneswoman dorobiły się nawet specjalnych gałęzi rozrywkowych, w którym męzczyźni dla nich tańczą i usługują. Może więc nie jest tak fatalnie i świat nie jest tak zdominowany przez samca jak tego chcą feministki :)
              Może, po prostu, część kobiet nie chce iśc w politykę, nie chce kierować firmą, robić tego, czy tamtego. Nie można ich do tego przymusić, choćby za pomocą szantażu, ze ich życie bez takich aspiracji jest gorsze albo sprzyja samczej dominacji.

      • grek.grek "Sophie Scholl" TVP Kultura/ "wallander" 04.06.10, 12:07
        Jedynka wrzucała "Sophie" jakieś 3 tygodnie temu :) Nawet mam jeszcze na taśmie. Nieobejrzany. Pewnie dlatego, ze widziałem już kiedyś. To dobry film. Mogę polecić bez większego strachu, że się pomylę i dostanę pomidorem jakimś, hehe.

        Obejrzałem też "Wallandera" wczoraj (dzięki Barbasiu za cynk). Nie czytałem ksiązki, ale wg mnie MUSI być lepsza od filmu :) Trochę całość pachniała estetyką i stylistyką kojarzącą się z Kryminalnymi, Telefonem 110, 07 zgłoś się itp rzeczami. Niestety, ale thriller bez napięcia nie istnieje, a tutaj prawie go nie było. I te nadzwyczajne zbiegi okoliczności, na czele z odkryciem przez panią policjantkę zamazanej twarzy gościa na filmie z Jonestown z 78 roku i bezbłędne skojarzenie jej z twarzą tego samego gościa, tyle że ze z fotki (i to z profila zrobionej, a nie en face, jak na filmie) zrobionej na oko 25 lat później :)
        • barbasia1 "Wallander" 07.06.10, 17:19
          Też jestem trochę rozczarowana "Wallanderem" (to mój pierwszy
          Wallander w całości). Też spodziewałam się o wiele bardziej
          intrygującej i zagmatwanej akcji, bardziej pasjonującego śledztwa,
          ale mimo wszytsko daję mu szansę. Będę oglądać dalsze odcinki.

          Scena ze ślubem gejowskim była zabawna, kiedy policja przerwywa
          ceremonię i każe weselnikom, opuscić kościoł, ponieważ grozi im
          niebezpieczenstwo (sekta planuje zamach na biorącą ślub parę
          gejowską). Ludzie zaczynają wychodzić, a panowie młodzi nie zważając
          na nic i na brak księdza/ pastora (to chyba była nawet kobieta! pani
          pastor) sami sobie udzielają ślubu, nakładają sobie obrączki, a
          potem całują się czule ... :)

          A ten ślub, jak wynikało z wypowiedzi któregoś z bohaterów,miła być
          już wieloktornie przekładany z powodu protestów i nacisków pewnych
          srodowisk.
          Jak widać w tolerancyjnej Szwecji śluby gejowskie też budzą
          kontrowersje.

          :)

          • grek.grek Re: "Wallander" 08.06.10, 14:08
            To podobno właśnie w, ogólnie - tym szwedzkim zagłębiu kryminałowym, jest najciekawsze - że tolerancyjna Szwecja jest opisywania jako siedlisko patologii i trochę odbrązowiana.

            www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/15000993,1,kryminaly-z-polnocy.read
            • barbasia1 Re: "Wallander" 08.06.10, 15:53
              Dzięki za ten link do Polityki! (Twój się nie uruchamia, więc ja raz
              jeszcze wklejam;
              jaką Ty masz przeglądarkę? Operę? / duże czerwone O? / :)

              www.polityka.pl/kultura/aktualnoscikulturalne/1500993,1,kryminaly-z-polnocy.read

              :)
              • pepsic Re: "Wallander" 08.06.10, 20:07
                Mnie również pierwsze odcinki nie porwały, jednak z czasem wciągnęłam się i bardzo polubiłam gł. bohatera. Jeśli jednak szukacie intrygi trzymającej w napięciu (ja nie) i do tego nowatorskiej, to pewnie się nie doczekacie, bo tzw. sensacja choć rozwinięta - jest raczej tłem i pretekstem do pokazania smaczków obyczajowych i relacji międzyludzkich czasami w luźnym powiązaniu w mniejszym lub większym stopniu z życiem bohaterów.

                • barbasia1 Re: "Wallander" 09.06.10, 15:18
                  pepsic napisała:
                  >sensacja choć rozwinięta - jest raczej tłem i pretekstem do
                  >pokazania smaczków obyczajowych i relacji międzyludzkich czasami w
                  >luźnym powiązaniu w mniejszym
                  > lub większym stopniu z życiem bohaterów.

                  To ja to kupuje!
                  Szwedzkich, skandynawskich filmów obyczajowych jak na lekarstwo w
                  naszej telewizji, więc serial "Walander" to chyba jedyna szansa by
                  się dowiedzieć choć trochę, co tam u skandynawów słychać, jakimi
                  problemami żyją aktualnie.
                  :)

                  • pepsic Re: "Wallander" 09.06.10, 15:27
                    Na mój gust kłopoty mają te same, ale w innym klimacie i oprawie.
                    A propos Barbasiu, miałaś napisać więcej o temperamencie
                    Skandynawów ;)
                    • barbasia1 Re: "Wallander" 10.06.10, 16:20
                      Ech ta globalizacja. Może chociaż radzą sobie z tymi problemami
                      lepiej, inaczej? A jeśli nie, to będziemy zadowalać się
                      skandynwskim klimatem i oprawą.

                      > A propos Barbasiu, miałaś napisać więcej o temperamencie
                      > Skandynawów ;)

                      To samo wczoraj pomyślałam! ;)
                      A dziś powiem tak - z moich obserwacji (i tylko obserwacji :), a
                      poznałam Norwegów (stosunkowo najlepiej, bo spędziłam w Norwegii aż
                      dwa miesięce przy truskawkach), Duńczyków, Szweda i Fina wynika, że
                      poglądy na temat chłodnego temperametu u Skandynawów, to tylko
                      stereotypy.
                      Nie zauważyłam, jakiś różnic w temperamentach pomiędzy Skandynawami,
                      a Polakami.
                      Wszytko to raczej indywidualna sprawa.


                      Źyczę Ci Pepsic i Wam, zebyscie kiedyś zawędrowali w tamte strony, i
                      Skandynawów (naprawdę sympatyczni ludzie) osobiście poznali,
                      lodowce, góry i inne piękne rzeczy tam zobaczyli
                      :)


                      /PS 10-letnia córka mojego norweskiego farmera chciała mnie wydać za
                      mąż :))))) za syna swego sąsiada, starego kawalera, którego na oczy
                      nie widziałam, choć mieszkał w pobliżu (może właśnie był z tych mało
                      temperamentnych!?). W końcu nic jej starań nie wyszło, bardzo
                      możliwe, że ów stary kawaler nic nie wiedział o planach swojej małej
                      sąsiadki! :)/
                      • pepsic Re: "Wallander" 10.06.10, 20:51
                        O to chodzi, że wcale sobie aż tak perfekcyjnie nie radzą, o czym świadczy całkiem spora ilość zdarzeń kryminalnych występująca w Ystad (mam na myśli oczywiście te wydumane serialowe).
                        Wiesz Barbasiu, aż się uśmiechnęłam czytając o Twoich doświadczeniach zawodowych, bo ja również miałam przyjemność pracować sezonowo za granicą, ale w innym kraju i przy owocach na szczęście wyżej się pnących. Pozostaje mi tylko potwierdzić, że specyfikę narodu, temperamenty, zwyczaje można najlepiej poznać mieszkając tam w domach na co dzień, a nie biegając z wywieszonym językiem po muzeach z przewodnikiem w dłoni.
                        Ps. Dzięki za życzenia, ale wcześniej musiałabym zadbać o paszport:)
        • pepsic Re: "Sophie Scholl" TVP Kultura 08.06.10, 20:21
          Potwierdzam, niewątpliwie film dobry, z tym że mało filmowy. Utrzymany w
          konwencji teatralne, doskonale zagrany (trybunał ludowy!), trzeba było
          się mocno wsłuchiwać w dialogi. Co do uwag - zbytnie operowanie czarno-białym
          widzeniem świata. Ponadto mam wątpliwości co do psychologicznego aspektu w
          scenie rozgrywającej się kilka chwil przed egzekucją, kiedy matka zwraca się do
          córki stwierdzając, że dobrego wyboru dokonała - nie sądzę, aby to było możliwe
          w takiej chwili.
          Ps. Niestety z powodu tej samej burzy nie obejrzałam w całości, opinia moja jest
          zatem niejako szczątkowa.
          Ps2. Pomidory uwielbiam i mogę nimi tylko częstować :)


    • grek.grek "zawód : reporter", dziś, Polsat. 04.06.10, 14:52
      POlsat 23:50. "Powiększenie" kupiłem od razu. "Zawód" jakoś mniej mnie wkręcił, ale Powiększenie było lata później, więc mogłem to przyswoić jako tako (aczkolwiek, chętnie bym obejrzał raz jeszcze, w "tych czasach"), a Zawód...to było tak dawno, że poza tym wyświechtanym frazesem odnośnie filmu, którego bardzo być moze w cholerę nie zrozumiałem, bo byłem dzieciarem, co się interesował tylko gołymi babami - nic nie pamiętam (nawet Jacka za dobrze nie rozpoznaję w tym wydaniu) - i jestem ciekaw, co się stanie tym razem ;) Mam wszelako nadzieję, że Polsat tym razem nie będzie przeplatał akcji filmowej ze sztuką a'la Malewicz.
      • barbasia1 Re: "zawód : reporter", dziś, Polsat. 04.06.10, 15:12
        Mam wszelako nadzieję, że
        > Polsat tym razem nie będzie przeplatał akcji filmowej ze sztuką
        a'la Malewicz.

        haha
        Chodzi Ci o czarne kwadaty (za białego tło robiła obudowa ekranu
        telewizora, u mnie też czarna), jak wczoraj na Wallanderze?

        /A jak znianacka zasnieżyło i zacharczało w momencie, kiedy
        pokzywano scenę wieszania porwanej kobity to aż podskoczyłam na
        kanapce. Tak, to był niestety jednyna scena, która wywołała we mnie
        takie emocje./

        "Powiększenie" ,"Zawód" chyba w tym samym czasie, co Ty oglądałam,
        tez niewiele pamiętam. A dziś nie obejrzę, moze znmówiłabym słow
        kilka u Ciebie na temat tego filmu?
        /oczywiscie spóbuje poszukać w necie!? albo jeszcze gdzieś.../


        >bo byłem dzieciarem, co się interesował tylko gołymi babami

        hyhyhy
        • grek.grek Re: "zawód : reporter", dziś, Polsat. 04.06.10, 15:59
          Jakaś burza podobno była nad W-wą, więc pewnie z tego powodu te wyłącznia obrazu. Jakoś inne kanały chodziły bez zarzutu, więc może
          Polsat miał pecha, po prostu ;)

          Jasne, o "Zawodzie" coś napisać spróbuję, może coś zajarzę z tego dzieła, hehe. A może ktoś się jeszcze załapie na te nocne godziny i podrzuci swoją interpretację, a może jakies pole do dyskusji wyjdzie z tego, co spróbuję napisać - już się zbieram na te słynne 20 minutowe bloki reklamowo-promocyjne, heh. :) To będzie surwiwal.
          • barbasia1 Re: "zawód : reporter", dziś, Polsat. 04.06.10, 16:34
            grek.grek napisał:

            Tak czułam, że to sprawka burzy.

            > Jasne, o "Zawodzie" coś napisać spróbuję, może coś zajarzę z tego
            dzieła, hehe.

            :))
            Jakby co, służę opinią (wykładnią :) pana Kałużyńskiego i Raczka!
            Tak się szcześliwie składa, że w tomie V Leksykonu filmowego na XXI
            wiek jest konentarz do tego właśnie filmu Antonioniego / moze na
            wszelki przypadek przypomnę sobie ten komentarz wieczorem/.

            Kto jak kto, ale Ty na pewno zajarzysz :), wierzę w Ciebie!

            > już się zbieram na te słynne 20 minutowe bloki reklamowo-
            >promocyjne, heh. :) To będzie surwiwal.

            O Matko! Na samą myśl o tym chce mi się spać.
            Może lepiej nagrałbyś sobie ten film na swe fantastyczne radzieckie
            wideo, co?
            :)
            • grek.grek Re: "zawód : reporter", dziś, Polsat. 05.06.10, 12:13
              Bardzo chętnie, ta wykładnia, jeśli to nie problem...

              Słusznie radzisz/łaś. widmo góry reklam skłoniło mnie do uruchomienia
              nagrywajła kupionego od tajemniczego Siergieja - dumnego władcy materaca bazarowego, hehe. Dzisiaj obejrzę, postaram się jutro coś napisać :)
              • barbasia1 Re: "zawód : reporter", dziś, Polsat. 05.06.10, 13:44
                grek.grek napisał:

                > Bardzo chętnie, ta wykładnia, jeśli to nie problem...

                Żaden problem! Przeczytałam wczoraj. Uwagi ciekawe i konieczne do
                zrozumienia tego filmu, bo to nie ta cała sensacyjna akcja jest tu
                najważniejsza. Uwagi za chwil kilka, czyli za ok. trzy godziny
                (musze się oddalić od kompa; a i Cali też oczywiscie dziś będzie!)
                Teraz powiem tylko tyle, że ogólna ocena filmu trzy i pół gwiazdki
                na pięć możliwych, czyli nie bardzo dobry, czy wybitny, ale dobry z
                plusem,...


                I dobrze zrobiłeś, że nagrałeś! :)
                Liczę na kilka słów, o tym co w filmie!


                /Maniu o Rayu też pamiętam! i o "Domu z" Papsic! O maj gad! :) /
                • grek.grek "Zawód : reporter"/Oliver Twist 05.06.10, 15:08
                  O, to zacnie :)

                  A dzisiaj, zdaje się, podstawową opcją będzie "Oliver Twist" Polańskiego w Jedynce, 20:25.
                  Kto zna powieśc Dickensa ten bedzie miał okazję se porównać jedno z drugim. (ja nie znam, więc film obejrzę bez nalotów i natręctw rozmaitych) Btw, słyszeliście kiedyś, żeby adaptacja jakiejś literatury dorównała, w oczach widzów znających ową, jej ksiązkowemu oryginałowi ? Hehe, bo ja nie :) "E, powieść lepsza", zawsze słychać.


                  • maniaczytania Re: "Zawód : reporter"/Oliver Twist 05.06.10, 18:21
                    Jesli chodzi o adaptacje dorownujace pierwowzorom literackim, to brytyjskie
                    produkcje sa temu bardzo bliskie. Ale akurat "Olivera Twista" chyba sobie
                    daruje. Choc po prawdzie, to nic o tej porze (pozniej zreszta tez) ciekawego nie
                    ma - za to pewnie w tygodniu tak ok. 23 - 24 i pozniej beda jak najbardziej
                    ciekawe filmy wrr!!!
                    --
                    hmm, co by tu napisac?
                  • barbasia1 Re: "Zawód : reporter" - komentarz Kałużyńskiego 06.06.10, 12:22
                    Przepraszam, wczoraj naprawdę nie dałam rady!!!!!!
                    //Myślałam, że zaczekasz ze spojerem!?/

                    Ponieważ tekst Kałużyńskiego jest szalenie ciekawy postanowiłam nie
                    streszczać go swoimi słowami, tylko przytoczyć spore fragmenty -

                    [...] „Zawód: reporter” jest piekny nazaczony lwim pazurem, ale jego
                    posłanie brzmi dziasiaj cokolwiek sztucznie. Rzecz w tym., ze
                    Antonioni stale trwa w kilmacie swoich arcydzieł z lat 1955-1960,
                    dzięki którym zyskał tytuł „mistrza egzystencjalizmu na ekranie”.
                    Wymieniano go jako głównego reperezntanta owej mody w fimie,
                    podobnie jak w literaturze był nim Sartre obok Camusa i Simone de
                    Beaviur. Potem gdy egzystencjalizm wykruszył się, Antonioni
                    wystepował jako „poeta alienacji”, co stanowiło - w gruncie rzeczy –
                    nowe, bardziej aktualne, „naukowe” okreslenie tej samej maniery. Bo
                    wreszcie była to maniera i miała swoje standardowe chwyty
                    wprowadzone przez Antonioniego i naśladowane, na przykład wyśmiewane
                    potem „znaczące chodzenie”. Bohaterowie dramatów
                    egzystencjalistycznych szli bez końca przed siebie z kamienną
                    twarzą, zazwyczaj wieczorem po ulicach, pośród obojętnego tłumu, tak
                    jak Jeanne Moreau w głośnej „Nocy”. Była to wizuzalizacja głownego
                    stanu ducha bohatera, którego piewcą był Antonioni: wyobcowania.
                    Jego fimy, rozgrywające się zazwyczaj w środowisku kulturalnej
                    burżuazji, które antonioni dobrzez zna i które zresztą było typowe
                    dla mody egystencjalistycznej – miały z reguły za temat daremność
                    uczucia, niemożność porozumienia się oraz osamotnienie
                    wewnętrzne: „człowiek na koniec pozstaje sam ze sobą we wnętrzu
                    własnej skóry, zaś póby wyjścia poza nią sa oszukańczą iluzją”
                    (Sartre). Bohaterowie Antonioniego zwykle dokonuja próby wyrwania
                    się, zmiany, opuszczenia owego więzienia wewnętrznego, co kończy się
                    fiaskiem i to nawet nie dramatycznym, lecz smutnym urzęźnięciem niby
                    mokra petarda; głośne są finały filmów Antonioniego, rozłażące się w
                    melancholii pustej, jałowej, zawieszonej, jakby miała trwać zawsze.

                    Niemiej znakomity i w tym duchu jest finał „Zawód: reporter” i
                    choćby tylko dla niego warto poddać się filmowi. Ale w innych jego
                    partiach magia nie jest już tak skuteczna. Antonioni stale podejmuje
                    tu swój wielki temat: nadaremną dezercję od samego siebie. Dzis
                    jednak, mimo wszytskich kłopotów, optymizmu jest więcej niż w
                    smutnych latach mody na egzystencjalizm i owa desperacja cokolwiek
                    szcztucznie nakręcona nie znajduje już w nas oddźwięku. Tym wiecej,
                    ze wynik znamy („ucieczka jest niemożliwa”) i w dodatku Antonioni
                    pokazał go na przykłądzie wymyślonym, literackim i nawet
                    zaczerpniętym z czarnego kryminału szpiegowskiego. W innych jego
                    filmach ów dramat wewnętrzny tyczy postaci bardziej z życia
                    codziennego i na temat ich psychologii Antonioni ma dużo do
                    powiedzenia; toteż nawet, gdy nie zgadzamy się z jego manierycznym
                    pesymizmem, interesuje nas przynajmniej zachoanie się jego
                    bohaterów, ich autentyczne chraktery, odruchy uczuciowe, nieraz
                    podobne do naszych [...]

                    Ale w „Zawód reporter” Antonioni , być może czując, że nie ma już w
                    powietrzu nastroju dla jego tematu, usiłuje go zaktualizować, lecz
                    robi to mechanicznie, podprowadza pod współczesną sensację gazetową:
                    Trzeci Świat, rewolta przeciw rządowi, wielka reporterka, handel
                    bronią, porachunki wywiadów zakulisami ... Jednak to, co nas w tym
                    wszytskim nteresuje to polityka, starcie racji, ferment społeczny:
                    tymczasem Antonioniemu idzie tylko o pretekst. Jego filmy nie były
                    nigdy ideologiczne ani nawet moralizujące (a przynajmniej nie
                    bezpośrednio), lecz przede wzytskim sa poematami emocjonalnymi.
                    Tutaj też reżysera nie obchodzi sedno owych spraw, o jakie zahacza –
                    bo jednak zahacza!- akcja „Reportera”, alelecz tylko los Davida
                    Locke, dziennikarza angileskiego, który w nieokreslonym blizej
                    państwie afrykańskim zbiera materiały o tamtejszym ruchu
                    partyzanckim. [tu nastepuje krótkie streszczenie akcji filmu,
                    ktorego już nie podaję, licząc na kilka słów od Ciebie, Greku
                    .] .

                    Akcja zaiste sensacyjna i żaden dotychczas bohater Antonioniego nie
                    miał podobnych przygód. Jednakże reżysera mało one obchodzą i
                    hłownie inetresuje go zgaga moralna, jaką przechodzi Locke, zresztą
                    nie wiadomo dlaczego, ale tak zwykle u Antonioniego bywa; padają
                    aluzje, że Locke był udręczony pożyciem małżeńskim [!? hyhyhy –
                    przepraszam ;/
                    ], że stracił też serrce do swojego zawodu. Zaraz
                    na początku, gdy Locke usiłuje się ksontaktować z partyzantami za
                    pomocą przewodnika-pośrednika, i nie wychodzi mu to, padaja słowa
                    typowe dla postawy wszyskich bohaterów Antonioniego: „Gówno! Dobrze,
                    niech będzie. I tak mi wszystko jedno”. Potem Locke wyjasnia
                    dziewczynie, przypadkowo spotkanej, która została jego przyjaciółką,
                    i przed ktorą odkrył prawdę: „Byłem kim innym, ale pozbyłam się sam
                    siebie”. Ona: „Ciągle się słyszy, zę ktoś ginie. On: „Właściwie
                    ludzie giną nam w każdej chwili: wystarczy, ze wyjdą z pokoju”. I to
                    róznież jest myś, która powraca w całej twórczości Antonioniego: w
                    gruncie rzeczy wszytscy są obojętni wobec wszytskich; w innych jego
                    filmach zazwyczaj ktoś ginie dosłownie [...] Ale gdzie indziej
                    bywał to epizod, tutaj w „Reporterze” ów sam zaginiony bezpośrednio
                    jest bohaterem dramatu. Jednakże tym razem - inaczej było w
                    poprzednich wielkich filmach Antonioniego – jego Locke nie budzi
                    wiary; jego sytuacja jest zbyt nieprawdopodobna, zas aktualne tło
                    społeczne nie pasuje do rozterki wewnętrznej. W dodatku reżyser
                    lekceważy je sobie, co razi bardziej niez jego innych filmach-
                    spowiedziach.

                    Z. Kałużyński W Leksykonie filmowym na XXI wiek, t.V, s. 451-455

                    Cdn.

                    :)
                    • barbasia1 Re: "Zawód : reporter" - komentarz Kałużyńskiego 06.06.10, 12:47
                      ciąg dalszy

                      W dodatku Antonioni, zabiegając wciąż o aktualizację, obsadził w
                      roli Locke’a Jacka Nicholsona, aktora „nowoczesnego”, ze bardziej
                      nie można. Jego gra jeszcze bardziej skompromitowała sztuczną, i tak
                      anachroniczną postawę Antonioniego: Nicholson oddycha
                      dzisiejszością, to znaczy jest zwykły płaski, byle jaki, lecz przy
                      tym nieuleczalnie rzeczowy, tryska z niego uporczywa witalność i nie
                      ma w nim cierpienia wewnętrznego. Nie może on pokazać ani symbolu,
                      ani „ponad postaci”, ponieważ, w każdym słowie zieje autentyką.
                      Postać taka jak Locke, i w ogóle wszystkie u antonioniego, winna
                      wyłaniać się z półcienia, ale nie Nicholsona taka mowa! W ten sposób
                      znakomity aktor jeszcze bardziej popsuł film reżyserowi.

                      A jednak mino wszystko „Zawód: reporter” jest to widowisko. Ratuje
                      je sposób, w jaki Antonioni traktuje obraz: jest on u niego
                      nierozłączny z treścią peychologicznego dramatu. Krytycy porównywali
                      pod tym względem sztukę Antonioniego do wielkich malarzy
                      pejzarzystów, którzy wtapiaja stan ducha w obarz natury. Pod tym
                      względem antonioni ma niewielu róznych w kinie; podobna jest też
                      sztuka Felliniego, ale ten jest brokowym wizjonerem fantastą,
                      układającym obrazy sztucznie kreowane, gdy Antonioni nigdy nie
                      opuszcza rzeczywistosci potocznej i jego filmy mają wręcz pozór
                      wstrzemięźliwych dokumentów fotograficznych. Ich zwiazek z psychiką
                      bohatera nie rzuca się w oczy od razu, a przecież to on właśnie
                      tworzy sugestię filmów Antonioniego. [...] Nie inaczej jest w
                      fimie „Zawód: reporter”: od poierwszego obrazu – Nicholsona w hełmie
                      tropikalnym, zgubionego na tle hipnotycznie zastygłej pustymni
                      afrykańskiej pustyni afrykańskiej, poprzez wizję dziwacznych
                      secesyjnych kamienic Barcelony, gdzie jego bohater snuje się niby
                      poprzez labirynt własnego losu, aż do
                      zdumiewającej sceny finalnej, nakręconej z jednego długiego ujęcia,
                      przesuwajacego się z wolna od banalnego pejzażu, za oknem hotelu,aż
                      do zwłok na łóżku w pokoju, mamay znowu unikatowy w kinie spektakl
                      niepokoju wewnętrznego – jedyne , co w „Reporterze” jest naparwdę
                      współczesne.
                      Z. Kałużyński w: Leksykonie filmowym na XXI wiek, t.V, s. 451-455.

                      :)
    • grek.grek Zawód-reporter, próba spojlera z czymśtam. 06.06.10, 11:59
      Bohaterem głównym jest David Locke. Reporter brytyjski. I to znany. Pęta się on po pustynnych terenach w jakimś afrykańskim kraju, gdzie toczy się wojna domowa. Tu pogada, tam się spyta, i dociera do przewodnika, który ma go zaprowadzić gdzie trzeba. Rychło jednak przewodnik go zostawia na lodzie, auto się psuje, a Locke piechotą wraca do podłego hoteliku, gdzie się zamelinował. Odkrywa, że jego znajomy z pokoju obok, niejaki Robertson - nie żyje. Zawał. Locke duma duma, aż przychodzi mu do głowy ciekawy pomysł - a jakby tak się podszyć pod człowieka ? Jest on zmęczony swoim życiem, jakby dotarł do ściany, do jakiegoś punktu z którego nie ma już ruchu, nie wie co dalej; przytłoczony własną obcością w miejscu w jakim się znajduje, w którym styka się z gorącym klimatem i ludzką obojętnością. Nie ma specjalnie do czego wracać, bo własnie w swoją obecną pracę reporterską w Afryce uciekł - od żony i adoptowanego dziecka (rozwiódł się z nią, dziecko pewnie z nią zostało, nie jest to sprecyzowane), nawet od swoich sukcesów poprzednich, od swojej reputacji i znanego nazwiska. Przypomina sobie rozmowę z Robertsonem, nagraną na magnetofon, w której tenże powiada "biorę życie jakie jest", "jestem konkretny" itd., przegląda notes truposzczaka, w którym zaznaczone są jakieś daty, miejsca w Europie, imiona... Wszystko to skłania go do wcielenia swojego planu w życie. Wycina z paszportu Robertsona jego zdjęcie (są nawet trochę podobni), wkleja swoje, a jego zdjęcie wkleja w swój paszport. UBiera się w jego ciuchy nawet. Naprawdę chce przestać być sobą, zacząć być kimś innym, albo być soba w innym wymiarze.
      Informuje o ciele znalezionym w pokoju miejscową policję, a sam, jako Robertson, wyjeżdza.

      Informacja o jego śmierci obiega media. Dociera do jego żony i producenta telewizyjnego, którzy postanawiają nakręcić o "zmarłym" Locke'u film dokumentalny. Mają informację, ze mieszkał z nim niejaki Robertson, producent rusza śladem tego człowieka, żeby dowiedzieć się
      czegoś o Locke'u.

      Tymczasem Locke-Robertson, idąc za wskazaniem Robertsona z ich rozmowy ("najpierw pojadę do Londynu") - jest w Londynie. W końcu - teraz jest Robertsonem, myśli jak on, robi jak on, działa jak on. Odwiedza mieszkanie Robertsona. Dość zwykłe, nic niezwykłego; szczegół, który pokazuje kamera, ale nie zauważa go L-R to kartka z informacją dla jakiejś kobiety.
      Później Locke-Robertson przechodzi przez plac, w pobliżu którego siedzi dziewczyna czytająca ksiązkę.

      W Monachium L-R odwiedza skrytkę pocztową na lotnisku, który to adres miał zapisany wśród szpargałów zmarłgo Robertsona. Są tam jakieś papiery. Jego śladem podąża dwóch typków. Spotykają się, a właściwie oni jego zdybają, w kościele. Otóż są to przedstawiciele partyzantów z Afryki, a Locke dowiaduje się, że przejmując tożsamość Robertsona stał się szmuglerem broni. Dostaje pierwszą ratę za dostawę - kasa go oszałamia lekko. Następne spotkanie ma się odbyć w Barcelonie.

      W owej Barcelonie Locke-Robertson i idący jego śladem producent, Knight, kilka razy mijają się o włos - L-R się orientuje, że jest śledzony, i przez kogo, Knight nie wie, że L-R go zauwazył. W jednym z budynków Locke przypadkiem natrafia... na dziewczynę z Londynu. Nieodmiennie czytającą ksiązkę. Zaczynają chodzić, rozmawiać, on mówi, ze jest śledzony, ona : kim jesteś ? Nie rozpoznaję cię. L-R : siebie oddałem w rozliczeniu. Ona : cóż, ludzie znikają każdego dnia. Rozstają się.

      Spotkania z gośćmi od broni - nie ma. Zamiast tego, w ogrodzie botaniczym, czy wuj wie, w czym - L-R wdaje się w rozmowę ze starym Hiszpanem. O zyciu zapewne.

      Na lotnisku L-R dostaje wiadomość, że ten Knight czeka na niego w tym hotelu, w którym on się zatrzymał. Nie moze więc się tam pokazać. Odnajduje dziewczynę na dachu jednej z kamienic zrobionej przez Gaudiego. Prosi ją o pomoc, żeby pojechała do hotelu, zabrała jego rzeczy, bo on nie chce się spotkać z kimś, kto tam czeka na niego. Ona się zgadza. Knight, czekający w hallu, ją zaczepia, widząc że dziewczyna odbiera klamoty Robertsona. Prosi o pomoc. Ona, że owszem. Mówi mu żeby taksą jechał za nią, a ona go doprowadzi do Robertsona. Oczywiście, na pierwszym postoju panna gubi taksówkę z Knightem.

      Razem z L-R wyjeżdzają z Barcelony. Ocieniona aleja wśród szpaleru drzew. Słońce przebija. On prowadzi. Ona siedzi z tyłu. I pyta : od czego uciekasz ? On : obejrzyj się za siebie. Ona się ogląda. Droga umyka spod kół, za nimi pustka szosy. Drzewa się kładą cieniem. Interpretujcie jak chcecie, ludzie podobno każdą scenę rozbierają na czynniki pierwsze. Wg mnie, nadmiar ambicji ;)

      "rzuciłem wszystko, żonę, dziecko, zawód, pracę, wszystko... oprócz kilku nałogów -mówi do niej L-R -...z pomocą przypadku. A oni sądzą, ze umarłem. I niech tak sądzą" Ona : dlaczego nie możesz tego odkręcić ? On : może zostaną kelnerem w Gibraltarze... Ona : zbyt banalne. On :... może pisarzem w Kairze... Ona : zbyt romantyczne. On : a może przemytnikiem broni ? Ona : zbyt nieprawdopodobne. On : tak się składa, że własnie nim jestem. Własnie sprzedałem broń na jakąs wojnę na jakimś końcu świata. Ona, zdawkowo : fajnie... On : a ty, kim jesteś ? Ona : byłam studentką architektury, a zostałam "gorylem" ;)) On : jakie wrażenie robisz na ludziach, gdy wchodzisz do pokoju ? Ona : chyba dobre, myślą,że jestem niezła. Ale... to żadna tajemnica. Więcej dowiesz się pakując cudze rzeczy do torby.
      Kim jest dziewczyna ? Dlaczego pyta go o możliwość "odkręcenia" ? czy znała Robertsona ? czy jest przypadkiem na drodze Locke'a, czy fatum ? Metaforą czy kobietą z krwi i kości ?

      Motyw otwartego okna - otwiera je Locke w hoteliku w Afryce. otwiera je wraz z dziewczyną, kiedy się zatrzymują w przydrożnym motelu, takim jakie to tylko można spotkać na Południu. I otworzy je na końcu... Teraz wpada przez nie powietrze, jest niczym nie ograniczone, na końcu będzie w nim krata.

      W notesie Robertsona figruje wiele kobiecych imion. Ma z nimi "randki". Można tylko przypusczzać, ze to szyfr spotkań z odbiorcami broni. Następna jest w San Fernando.

      W Brytfanii jego eks-żona montuje ten film o nim, widać zdjęcia które zrobił, momenty które nakręcił - egzekucja, rozmowa afrykańskim szamanem, którego próbuje podejść pytaniami a'la "taki pan wykształcony, był pan w Europie, a wierzy pan w afrykańskie gusła ?", za co zostaje przez niego kulturalnie zbesztany (Locke : staram się być szczery w swoich pytaniach, Szaman : zgodzę się na rozmowę, pod warunkiem, że to co pan uzna za szczere, ja będę mógł uznać za uczciwe). Symbolika narastającego w ost czasie w Locke'u poczucia obcości kulturowej, być mozę w miejscu, które poczytywał za ostatnią szansę na odbicie się od ściany, moze wypalenia zawodowego, a na pewno niemożności porozumienia.

      Rachel Locke, jego eks-żona, w londyńskiej ambasadze (Hiszpanii ? tego kraju afrykańskiego ?) szuka pomocy w tropieniu Robertsona. Dostaje obietnicę, że ją otrzyma. Dostaje rzeczy Locke'a - magnetofon z rozmową z robertsonem, a także paszport LOcke'a ze zdjęciem... Robertsona. Jest w konfuzji.

      Dziewczyna z Lockem docierają do San Fernando. Białe domy, zielono dookoła, ale nikogo kto czekałby na Locke'a-Robertsona. Odpoczywają w sadzie pomarańczowym. "Co do cholery robisz tu ze mną ?", pyta nagle L-R. Ona : z którym tobą ? On : z jedynym jakiego znam, nie ma innego. Czyżby docierała do niego bariera, niemożność bycia kimś innym w stopniu większym niźli tylko ciuchy, interesy i tożsamość w dokumencie zapisana ?
      I on mówi, ze chciałby raczej coś zjeśc. Ona się obrusza, zabiera swoje klamoty z auta i zostawia go, jakby rozzłościła ją, zawiodła jego beztroska, jakby cały czas była z nim po to, żeby go naprowadzić na właściwy tor rozumowania, jakby chciała, zeby wreszcie się określił i zdecydował : kim jest i po co jest.
      Dziewczyna próbuje zabrać się stopem, on ją znajduje, zatrzymuje auta, ona wsiada z powrotem do jego auta. On jej potrzebuje. Ona nie zamierza odchodzić tak naprawdę. Ale porozumienia między nim też nie ma.
    • grek.grek Zawód reporter - cd spojlera i ględołów 06.06.10, 12:51
      Nie ma porozumienia, bo sa jednak... innymi światami, pochodzą z dwóch róznych krańców owego.

      W restauracji, w jakims miasteczku kolejnym, w którym się zatrzymuję, on wreszcie sobie przypomina, że chyba widział ją kątem oka w Londynie : siedziałaś na ławce i czytałaś ksiązkę. Ona : ksiązkę ? o tak, to musiałam być ja. Czytała ksiązkę - oznaka mądrości, czym ona jest ? Mądrością, co mu się przypadkiem pojawiła na drodze i on jej pożąda, ale nie umie się zbliżyć do niej, bo nie jest dość konkretna, jak wymaga męski umysł, a zbyt abstrakcyjna i wymaga od niego intuicji i uczuciowości, które zatracił stopniowo ?

      Kelner w tej restaurant informuje ich, że policja szuka właściciela ich samochodu. Idą więc z nimi porozmawiac. dziewczyna jedzie tym autem z policjantami, żeby sprawę wyjaśnic, a Locke-Robertson zostaje, z pytaniem na ustach : "kogo oni szukają ? Auta ? Czy człowieka..."
      Rzecz widać udaje się załatwić, skoro jadą dalej. W kolejnym mieście trafiają na Rachel Locke. Oni chyba hotelowy pokój zamawiają, ona metr dalej rozmawia przez telefon. Orientuje się w końcu, że kogoś znajomego widzi, wybiega za nimi, ale oni zdążają odjechać. Czy ją widzieli ? Nie wiadomo, fakt faktem,że jada dalej, nie nocują w tym hotelu. Albo nocują, ale nie jest to zaznaczone. Ich śladem podążają też aktywiści z Afryki. Przemykają się w tle zawsze tam gdzie jest Rachel Locke.

      L-R i dziewczynę próbują zatrzymać policjanci. Ci uciekają, przez jakieś sawannowe ostępy, czy wuj wie co, w każdymm razie udaje im się. Kosztem pęknięcia miski olejowej w dyliżansie, co odbiera im szansę na dalszą ucieczkę. On klnie na to, ona raczej podziwia krajobraz...

      Miasteczko. Tutaj ma się odbyć kolejne spotaknie. Z "dziewczyną" z notesu. Białe niskie domy, wzgórza, jakby nawet kto nie wiedział, to by jarzył, że to Południe juropy.
      Ona : nie możesz tak uciekać... idź na spotkanie. On : nikt nie przyjdzie, jak wtedy... Ona : Robertson je umówił, w coś wierzył, czy nie o to ci chodziło ? On : dobrze zatem. Ona : pójdziemy oboje. On jej mówi, ze nie, żeby autobusem pojechała do Almerii (hunołs), potem do Tangeru (czyli, już do Maroka, za granicę), gdzie się w ciągu 3 dni spotkają. Ona się zgadza. Odjeżdza autobusem. ON się pęta po białych zakamarkach miasteczka. Nikogo nie spotyka. Bierze jakiś kwiatek, kawałek czegoś czerwonego w każdym razie i rozbija na murze dłonią = powstaje czerwony ślad. Interpretujcie jak chcecie ;)

      POlicja ma już ich samochód. Jemu udaje się dostać do małego hotelo-motelo-czegośtam, gdzie wynajmuje pokój. Czeka tam na niego dziewczyna, a on nie jest tym zaskoczony. Ona patrzy przez okno, mówi mu co widzi na dziedzińcu, potem kładą się do łózka nad którym wisi obrazek z wieżyczką zamku pośród drzew i stawów. Ona : Ilez nas spotyka... to by było straszne - oślepnąć... On : znałem kiedyś ślepca. Około 40 (locke "umierając" miał 37 lat, o ile to ma znaczenie) przeszedł operację, odzyskał wzrok, ogarnęła go euforia. Potem z kolei - smutek, bo nikt mu nie powiedział, że wszędzie dookoła tyle jest brudu i szpetoty. Dopadł go strach,zył w ciemności nie opuszczając własnego pokoju. I po 3 latach odebrał sobie życie.
      Interpretujcie jak chcecie... mówi o sobie ? Jest pogodzony z losem, przegrał bo nie zdołał odmienić swojego życia, spojrzenia na świat będąc w czyjejś skórze, czy nie mówi o TYM swoim zyciu, a o poprzednim ?

      I znów pyta : "co do cholery, robisz tu ze mną ?". "Lepiej idź". I ona wychodzi. Próbuje się pakować, ale nie zabiera torby. Zastanawia się, czy go zostawić samego , czy nie...

      Locke-Robertson otwiera zakratowane drzwio-okno na dziedziniec, kładzie się do łózka. No i teraz macie to, co już pewnie wszędzie opisano po dżylion razy, czyli tę ostatnią scenę z 7-minutowym ujęciem ciągłym. Kamera patrzy przez tę kratę na dziedziniec - starszy człowiek siedzi pod murkiem, kręci się dzieciak rzucającym kamykami, dziewczyna Locke'a pęta się bez celu. Cisza. Podjeżdza auto ćwiczebne do nauki jazdy (symbole interpretujcie jak chcecie...;). Potem podjeżdza drugie auto. Wysiada dwóch facetów. Biały zostaje na zewnątrz. Czarny wchodzi do środka, przeczekując jeszcze jakąś kobietę joggingującą. Kamera tylko obejmuje dziedziniec stale i nieruchomo. Stuk drzwi. Cisza. Dziewczyna na zewnątrz widać ją przy lewej krawędzi. Facet, co został na zewnątrz wdaje się z nią w rozmowę. Cisza. nagły stuk. Cisza. Drzwi. Auto dwóch facetów odjeżdza. CIsza. Chwila mija,. Nic się nie dzieje. Nagle ruch. Zjeżdzają się auta policyjne. Zabezpieczają teren.Wtedy kamera rusza, wyjeżdza przez kraty (ujęcie bez przerwy, podobnio kraty zostały rozsunięte,żeby można było tak to nakręcić), obejmuje cały teren. Robi zakręt i teraz patrzy z drugiej strony przez kraty. W środku pokoju zjawia się policjant, Rachel Locke i dziewczyna. Locke-Robertson nie żyje. Lezy na łóżku, jak leżał. jak leżał
      Robertson, kiedy go Locke znalazł wtedy w Afryce. Robertson leżał na brzuchu. Locke go przewrócił na plecy. TEraz Locke leży na plecach. Jeslim to ma znaczenie, a podobno tutaj wszystko znaczenie ma ;)
      POlicjant pyta Rachel Locke - znała go pani ? Ona : nie
      Pyta dziewczyną : a pani, znała go ? dziewczyna : tak.
      Co to oznacza ? Interpretujcie sami ;) Czy rachel Locke nie poznała męza, bo tak bardzo uwierzyła w tożsamość oficjalnie podawaną i innej po prostu nie ma ? czy mozę dlatego, ze Locke to już nie był ? Czy Locke stał się Robertsonem ? Czy Rachel nie poznała człowieka, który był jej męzem, bo reżyser chciał tym sposobem powiedzieć, że stał się jej on, i wtedy i tym bardziej teraz, tak bardzo obcy, że nie mówiła o jego fizyczności, ao jego osobowości i mentalności, ze już, po tym wszystkim, nie mogła z czystym sumieniem powiedzieć, ze go "zna" ?
      A dziewczyna, dlaczego powiedziała, że go zna ? Bo była symbolem mądrości ? czy towarzyszyła mu do końca, i nie odeszła, a była w stanie przewidzieć w kobiecointiucyjny sposób, jak to się skończy ? Kim ona jest ? Symbolem czego ? W jaki sposób - ona go "znała" ?
      Jesli kamera w ost ujęciu patrzy z pkt widzenia Locke'a a potem on umiera, to czy przez kraty wyfruwa spojrzenie jego ducha, czy teraz może patrzeć już tylko reżyser, bo nie ogranicza go konwencja obiektywnego ujęcia stanu rzeczy, jaką sobie sam narzucił i może spojrzeć na bohatera z zewnątrz, nie musi już tylko rejestrować zdarzeń ? Śmierć bohatera go emancypuje ?
      A potem zamknięcie. Wieczór. Cisza. Dziedziniec jaki był taki jest. Odjeżdza auto z nauką jazdy na dachu, jest ciemno, zachodzi słońce nad domkami, właściciel motelu wychodzi na spacer, a jego żona zostaje na schodach oświetlonego wejścia do przybytku. I szlus. Nic się nie stało. Życie toczy się dalej. "codziennie jakiś człowiek znika".

      Tyle treśc. Inny rozdział to uroda i kunszt tego filmu. Malowanie pejzaży (pustynia afrykańska, prowincja południowoeuropejska, efektowne budynki projektowane przez Gaudiego w Barcelonie, kamienice londyńskie) doskonałość filmowania, precyzja kadrowania, aranżowania poszczególnych ujęć. To jednak trzeba zobaczyć. Trudno opisywać słowami. W każdym razie - wybitna rzecz, pod tym wg.

      Symbol podobno goni tu symbol - nie wiem, czasami mam wrażenie, że ludzie dorabiają do filmów ideologię i normalne, ludzkie historie próbują mulić do oporu, bełkocząc niemożliwie. A może i tak jest, na pewno - koncetracja na szczególe jest widoczna i parę razy można się poważniej zastanowić nad tym, co znaczy taka a nie inna rzecz na ekranie. Czy to ten czerwony ślad na ścianie, czy to okna otwarte, czy to poszczególne osoby na dziedzińcu itd.

      Zagadka Locke'a. Co mówi jego śmierć ? Była ona przygotowana dla Robertsona. Locke przejął jego życie w całości, razem z fatum jakie na nim ciązyło. Czy jednak nie umarł już wcześniej - mentalnie ? Co ciekawe, policjanci zabezpieczający teren wokół motelu są, poprawcie mnie jeśli się mylę czarni. Tak jakby to była Afryka, a nie Hiszpania. Ciekawa rzecz, jakby to rozplątać, hm, a może coś mi się ubradło, może jednak nie byli czarni ?
      Co Locke osiągnął ?
    • grek.grek Zawód reporter - bełkotu trochę 06.06.10, 13:18
      NO więc, co Locke tym wszystkim ugrał ? Odmienił swój los - na pewno. Tyle że w stronę śmierci. W którą zresztą wszystko zmierza, ale czy o to chodziło ? Czy jednak o to, ze tak jak w Afryce ostatecznie poniósł śmierć mentalną, tak w kostiumie robertsona po prostu dostał śmierć fizyczną, odbierającą wszelką okazję do złudzeń ? Na co miał nadzieję ? Na jaki sukces ? Że będzie Robeertsonem naprawdę ?

      Czy mozna umrzeć w ciągu życia, unieważnić przeszłość własną i wszelką inną, a potem urodzić się na nowo zabierając tożsamość komuś ?

      Jak jest rola dziewczyny, bez imienia, bez specjalnego interesu w trzymaniu się bohatera ? Jest pomocą w przejściu na drugą stronę ?
      Próbuje go z drogi zawrócić, być latarką co mu przyświeci i pomoże znaleźć odpowiedź na pytanie : kim jest, kim się stał ? On jej nie może wykorzystać, tej pomocy, bo kobieta wymaga od niego wyjścia poza rozum, a on tego zrobić nie potrafi, w tamtym wcieleniu nie umiał, bo był wypalony, w tym też nie umie, bo nie umie przestać być wypalonym z tamtego, a w dodatku Robertson "brał życie jakim jest", a nie próbował go rozumieć i dostrzegać niuansów, czyli podązać drogą, którą podązał wcześniej Locke, a która go zaprowadziła w maliny ?

      Jest scena na pustyni, kiedy samochód Locke'a grzęźnie w piachu, on nie moze go wydostać, wreszcie dostaje szału, krzyczy i pierze łopatą po tym aucie, aż załamany w geście poddania się siada w cieniu tego samochodu.Dookoła nieprzebyty piach i jakieś pagórki tylko. Wcześniej przejeżdzał jakiś beduin na wielbłądzie - Locke próbował go pozdrowić ale tamten minął go majestatycznie nie zauważając nawet; jeszcze wcześniej - nie może się dogadać. Czy trzeba trafniejszych obrazów oddających stan ducha człowieka ? Zmęczonego, obcego, mającego po prostu dość wszystkiego ? To sa kadry poprzedzające decyzję Locke'a o przejęciu życia robertsona. Trudno o lepsze uzasadnienie i wytłumaczenie ze strony reżysera. Wiele kadrów, okoliczności przyrody oddawać ma stan ducha bohaterów. Drzewa mijane podczas wyjadu z Barcelony, to podobno symbole odradzająćego się życia. Londyn, miasto w ogóle bazuje na stonowaych kolorach, widać niebieski - gdzieś czytałem, że niebieski u Antonioniego to kolor kobiety, czerwony, to mężczyzna. Cholera wie, bo Locke zmieniając tożsamość ubiera się na niebiesko, a przecież Robertson był "konkretny", co by traczej było cechą męską, chociaż Antonioni za męską cechę, znów - podobno, o ile mnie ten co to pisał nie skantował, uznawał namiętność, instynkt oznaczane właśnie czerwonym. Potem LOcke-Robertson zakłada i czerwone koszule, umiera w czerwonej. Co to oznacza ? Że przejął tożsamość meżczyzny kobiecego, mądrego (niebieski - mądrość, dojrzałość ?), a potem i tak wrócił do siebie, czyli namiętnego, instynktownego ? Nie wiem, ja pojęcia nie mam, może Wy coś w tym znajdziecie :) mozę jest jakiś dekoder na te zabawy ? Albo i te zabawy to wymysł deszyfratorów amatorów, a nie samego reżysera...

      Podobno te auta, co się w finale zjawiają kręcą, zajeżdzając, odjeżdzając z dziedzińca, symboliczną Alfę i Omegę ? Nie wiem, może...
      Kamera kręci alfę wyjeżdzając zza krat w pokoju, by omieśc dziedziniec i zajrzeć zza krat, ale ze strony dziedzińca... moze, nie wiem... :)

      Antonioni - wiadomo, mistrz i szef. Trzeba mu oddać, ze nawet laika i obiektywistę, który nie bawi się w jakieś włażenie mu w tyłek, ani szukanie na chama supergłębi w każdym pierdnięciu z okolic kamery, potrafi wciągnąć w opowiadaną historię, zahipnotyzować długimi, wolnymi doskonałymi ujęciami, które dają okazję, zeby się w w filmie rozsmakowac, poczuć bohaterów, postarać się coś zakminić, dobiera wspaniałe miejsca i jest po prostu wirtuozem formy.

      Jack Nicholson - świetny w głównej roli. Nie wiem, czy trzeba coś dodawać. Prawie nie schodzi z ekranu i jest po prostu sobą, czyli wybitnym aktorem. Kropka. Towarzyszy mu Maria Schneider (dziewczyna z
      "Ostatniego tanga w Paryżewie"), jest młoda, swieża, tajemnicza, interesujaca. Nie dała plamy przy Brando, przy Nicholsonie też jest znakomita i całą swoją fizjonomią, mową ciała, gestami, wyrazem twarzy, okiem, pasuje do kontekstu, którym ma być, jak mi się wydaje, uniwersalny typ dialogu między kobietą, a mężczyzną, w którym oboje nie potrafią siebie tak naprawdę zrozumiec, bo dzielą ich temperamenty, wizje postrzegania świata i charaktery płciowe, czyli róznice archetypowe, rzec by można.

      Uff, spocznij :) No i ? Co sądzicie - co poeta miał na myśli ? :).

      • barbasia1 Re: Zawód reporter - bełkotu trochę 06.06.10, 14:37
        [...]
        POlicjant pyta Rachel Locke - znała go pani ? Ona : nie
        Pyta dziewczyną : a pani, znała go ? dziewczyna : tak.

        >Co to oznacza ? Interpretujcie sami ;)

        Może w tej scenie reżyser chce powiedzieć, że Locke był na dobrej
        drodze, że był bliski uwolnienia się (czy wręcz uwolnił się) od
        swego „wewnętrznego więzienia” (może to zasługa napotkanej
        dziewczyny, tej w ł a ś c i w e j kobiety). W takim razie wymowa
        filmu była by jeszcze bardziej tragiczna.

        >Symbol podobno goni tu symbol - nie wiem, czasami mam wrażenie, że
        >ludzie dorabiają do filmów ideologię i normalne, ludzkie historie
        >próbują mulić do oporu, bełkocząc niemożliwie

        Wiesz, myślę, że tę obfita symbolika jest cechą charaterystyczną
        stylu Antonioniego , ale również innych rezyserów nurtu
        egzystencjalnego w kinie, należy do konwecji tego nurtu.
        Cała zabawa polega tu właśnie na odczytywaniu tych symboli. Tak mi
        sie wydaje , musialabym poczytać coś wiecej na tenat
        egzystancjalizmu w kinie.

        :)

        Kałużyński ten tekst o "Reporterze" zaczyna tak:

        "Antonioni jak wynika z "Zawód: reporter" nie zmienił się od
        czasu "Powiększenia", my zaś owszem. Być może wśród czołowych
        artystów kina współczesnego najbardziej zestarzał się i stracił na
        aktulaności".


        A jak Ci się poodba to, co Kałżużyński napisał o Nicholsonie w tym
        filmie?
        • grek.grek Re: Zawód reporter - bełkotu trochę 06.06.10, 14:54
          Dzieki za dobre słowo, wiesz, imo, to jest jednak film może faktycznie na małe studia, dla znawców symobliki jako takiej, żeby chociaż kilka wyeksponowanych szczegółów rozjaśnić.

          Podobno, tak czytałem, ten samochód ze znakiem nauki jazdy na dachu, to symbol nowego zycia, czyli że dziewczyna niby zaszła z Lockem. Niby w którymś z hoteli po drodze leżeli ze sobą nago w łózku, więc pewnie nastapiła konsumpcja, może faktycznie coś jest na rzeczy. Może ona z nim została, bo coś z niego w nie jest, a cała ta akcja jest w tym sensie optymistyczna,że on coś po sobie zostawił. dziecko w niej. O ile oczywiście ta interpretacja jest w jakimś stopniu sensowna.

          Tak, czytałem o symbolice w jego filmach (raz jeszcze dzięki za cytaty z "Leksykonu"), bo sam Antonioniego nie znam za dobrze, albo wcale. Aczkolwiek, czasami jest w tym przesada ze strony samych deszyfrantów, wszystko próbują rozgryźc, nawet jesli możliwe, że nic nie znaczy, a jest po prostu dobrze pasującym elementem krajobrazu, czymś co estetycznie ma uzasadnienie, ale intelektualnie nie ma żadnego.

          Ha, o Nicholsonie bardzo mi się podoba :) To błyskotliwa uwaga jest. Tyle, że - znów, trudno się z tym dyskutuje, kiedy ma się tak małą wiedzę nt całej twórczości reżysera, czy rzeczywiście postaci z jego filmów "wyłaniają się z cienia" i Nicholson jest taki nowoczesny na ich tle. Wiesz, dla mnie, po prostu, Nicholson świetnie zagrał, pomagał mi swoją obecnością, interpretował stany ducha bohatera faktycznie w sposób współczesny, bez nadmiernego akcentowania które zbliżałoby go do patosu, hmm może dlatego, jako widz współczesny, w dodatku nieobcykany "w Antonionim" kupiłem to jakoś życzliwie i załapałem się ? ;)

          • barbasia1 Re: Zawód reporter 06.06.10, 16:48
            grek.grek napisał:
            > Podobno, tak czytałem, ten samochód ze znakiem nauki jazdy na
            >dachu, to symbol nowego zycia, czyli że dziewczyna niby zaszła z
            Lockem [...]

            Ależ inyerpretacja! W życiu bym na to nie wpadła!???

            Wiesz, chyba mi się podoba ten sposób przezwycieżenia tego
            egzystencjalnego pesymizu. :)


            Ciekawe, czy sam reżyser taką możliwość odczytania tej sceny, tego
            rekwizytu, gdzieś zasugerował , czy to raczej już twórcze pomysły
            interpretatorów? A jeśli tych ostatnich, to co na to reżyser.

            Aczkolwiek, czasami
            > jest w tym przesada ze strony samych deszyfrantów, wszystko
            > próbują rozgryźc, nawet jesli możliwe, że nic nie znaczy, a jest
            >po prostu dobrze pasującym elementem krajobrazu, czymś co
            estetycznie ma uzasadnienie, ale intelektualnie nie ma żadnego.

            To racja.


            Pewnie i ja (z tych samych powodów) kupilabym Nicholsona. :)
            • grek.grek Re: Zawód reporter 07.06.10, 14:00
              Tutaj jest całośc, strasznie erudycyjna i mozliwe, ża sam Antonioni miałby oczy jak talerze gdyby się dowiedział, co w jego filmach niektórzy znajdują, albo dopisują do ich faktycznej wymowy.

              www.kinosop.pl/kino-konesera/moj-antonioni
              Wiesz, z tym mariażem Antonioni-Nicholson, to sam już sam fakt, że reżyser tego typu - wirtuoz w starym stylu, i aktor całkowicie nowego typu i do tej pory sprawdzający się w zupełnie innym repertuarze się ze sobą spiknęli. Intrygujące jest samo połączenie tych dwóch róznych światów.
              • barbasia1 Re: Zawód reporter 07.06.10, 15:51
                Ale z drugiej strony podatność na rozmaite interpretacje, wielość
                odczytań świadczy tylko na korzyść dzieła i jego autora.

                Dzięki za linkę do interpretacji (rzuciłam okiem, ciekawa rzecz),
                ja się oddźwięczę bilbligrafią , może kiedyś, któraś z książek
                wpadnie w ręce albo w sieć:

                ANTY-FAUST - próba analizy filmu Michelangelo Antonioniego "Zawód:
                reprter" - Grzegorz Królikiewicz
                Michelangelo Antonioni - Hanna Książek-Konicka
                Michelangelo Antonioni - Bogusław Zmudziński
                Kondycja człowieka w filmach Michelangelo Antonioniego - Sylwia
                Bielawska

                :)
                  • barbasia1 Re: Zawód reporter 08.06.10, 16:26
                    :)))

                    Ta pierwsza pozycja G. Kólikiewicza (reżysera z zawodu) poświecona
                    tylko filmowi "Zawód:reporter" liczy 150 stron! :)

                    Jeszcze ciekawy pees:

                    "W klasycznych interpretacjach dążących do całościowego, by nie
                    powiedzieć totalizującego ujęcia twórczości reżysera za podobne
                    odczucia odpowiada towarzyszące jakoby Antonioniemu zwątpienie,
                    przekonanie o niemożności porozumienia, o właściwej naszym czasom
                    alienacji człowieka. Sam zainteresowany twierdził zawsze, że gdyby
                    wierzył w coś takiego jak „niemożność porozumienia”, w ogóle nie
                    robiłby filmów, które już w punkcie wyjścia zakładają taką
                    możliwość."

                    www.dwutygodnik.com.pl/artykul/751-michelangelo-antonioni-polityka-autorska-i-polityka-spojrzenia.html

              • barbasia1 Re: Zawód reporter 07.06.10, 15:53
                grek.grek napisał:

                Intrygujące jest samo połączenie tych dwóch róznych światów.

                aczkolwiek, jak się okazuje (komentarz Kałużyńskiego), bardzo
                ryzykowne...
                :)


    • grek.grek "Czarny kot" z wczoraj/ 06.06.10, 14:41
      "Czarny kot", wczoraj/dzisiaj? w nocy z Polsatu. "Nikita" w wersji azjatyckiej. Dziewczyna-chuligan, tutaj Azjatka, zostaje zgarnięta z aresztu policyjnego przez służby specjalne z okazji na swoje ponadprzeciętne walory wolicjonalne ujawnione w trakcie popełniania przestępstw - bijatyki w barze z kierowcą tira, co ją zaczepiał wulgarnie, potem manta jakie spuściła znęcającej się nad nią policjantce, a wreszcie dynamicznej ucieczki z gmachu sądu, gdzie miała być osądzona - została w jej trakcie postrzelona, a potem obudziła się w budynku agencji z czipem wmontowanym w głowę; szkolą ją tam - biega, strzela, uczy się karate, umiejętności kamuflazu itd, koniec końców - robią z niej agentkę od mokrej roboty. Ona ma ciągle jakieś tam wątpliwości, niepokoje, ale ostatecznie przechodzi próbę i co chwila ją wysyłają na kolejne zadania, czyli sprzątnięcie następnego głowy. Podczas jednej z akcji poznaje sympatycznego żółtego, z którym tworzy udaną parę, ale nie przestaje pracować w zawodzie - a to się strzela z całą bandą ochroniarzy i ucieka rowerem przez jakieś zagajniki, a to rozwala gościa niczym snajper, a to zrzuca na auto z dygnitarzem jakieś cięzkie ruły z wysokości 100 metrów, streując dźwigiem, a to z nożem w zebach z wody podrzyna gardło szyszce wylegującemu się w gorącym źródle itp. I wreszcie następuje ostatnia akcja, kiedy musi się zdradzić przed nim, czym się zajmuje i kim jest, a potem zdecydować - odchodzi razem z nim, czy zostaje w agencji (CIA podobno tym zarządza). Spojlerując dzielnie i do końca, dopiszę, że... wybiera swoje dotychczasowe życie, ucieka wraz z agentami, co jej na pomoc przybili, helikopterem - ścigana przez policję i ochronę ostatniej swojej ofiary - a chłopaka ratuje przed śmiercią (żeby świadków nie było, agent nadzorujący chciał go sam załatwić, ale ona powiedział, ze to zrobi) strzelając mu w lewą stronę klaty, bo jemu natura dała serce po prawej stronie (serio, tak jest w tym filmie), dzięki czemu ożywa on, kiedy oni odlatują.

      Remake Nikity i trzeba przyznac, ze się państwo z Hongkonmgu nie wahali długo, bo film jest z 91, a Nikita była zaledwie rok wcześniej ;)
      Nic tu oczywiście nie dorównuje oryginałowi Bessona - trochę chyba, bo Nikitę też pamiętam nienajlepiej, zmieniony został scenario, ale w sumie aktorka podobna do Parillaud, ta sama mała czarna w trakcie pierwszej poważnej akcji, ten sam dylemat, tutaj też się niej uśmiecha jej agent-prowadzący, tutaj wybiera ona jednak chłopaka z zewnątrz, a tam... nie pamiętam, chyba się z tym agentem jednak umawiała, nie ?

      Tego "Olivera Twista" oglądaliście ? (ja dopiero dzisiaj się nastawiam)
      Podobał się Wam ?
      • barbasia1 Re: "Czarny kot" z wczoraj/ 06.06.10, 16:30
        > Tego "Olivera Twista" oglądaliście ? (ja dopiero dzisiaj się
        >nastawiam) Podobał się Wam ?

        Obejrzałam bez pierwszych 30 minut.
        I powiem, że bardzo mi podbał. Lubię filmy kostiumowe. Lubię
        Dickensa, klimaty XIX-wiecznego Londynu, epokę wiktoriańską. A
        propos, jak wyczytalam w moim dodatku TV, XIX-wieczny Londyn został
        na potzreby filmu Polańskiego zbudowany w Czechach, w Pradze.
        Podobno plan filmowy był tak wielki, że Polański by go objechać,
        musiał poruszać się skuterem.
        Trzeba przyznać że ta wizualna strona (Allan Starski stworzył
        scenografię) jest bardzo efektowna.

        Klasyczna adaptacja, trzymająca się literackiego pierwowozru,
        moralizujaca, bardzo realistyczna, w której nie brakuje dosłowności
        (np. kiedy oprych Sykes uciekając przed pościgiem, zaplątuje się w
        linę i wiesza się, a potem wisielec pokazanay jest, jak przez
        dłuższą chwilę dynda na linie) , brutalności (zabójstwo
        prostytutki, i potem kałuze krwi, scena postrzelenia Olivera). Film
        chyba jest IMHO zawet za brutalny jak na kino dla dzieci, czy kino
        familijne (wg. żólty tójkat wskazywał, że film przeznaczony jest dla
        dzieci od lat 12).

        Swietną kreację przywódcy bandy kieszonkców Fagina stworzył Ben
        Kingsley, ucharakteryzowany na szkaradnego starca był nie do
        poznania (i ja go nie rozpoznałam !). U Dikensa to postać
        zdecydownaie negatywna, w interpretacji Polańskiego wcale taka
        niejednoznacznie zła nie jest ...

        Tyle w skrócie, tytułem zachęty.
        Polecam dla relaksu. :)

        >a tam... nie pamiętam, chyba się z tym agentem jedna
        > k umawiała, nie ?

        Nie!
        Między Nikitą, a Agentem Bobem rzeczywiscie iskrzyło, zrodziło sie
        jakieś jakieś uczucie, kiedy ta jeszcze przebywała na szkoleniu w
        tajnym więzieniu słuzb specjalnych. Potem kiedy poznała Marca,
        zakochala się w nim , spotkała się kilka razy z Agentem, ale już
        tylko w sprawach zawodowych...

        :)

        • grek.grek "Czarny kot"/Oliver Twist 07.06.10, 14:08
          Wczoraj nieśmiało nadgryzłem, rzeczywiście Kinglsey ledwie rozpoznawalny, po ślepiach chyba tylko, hehe :) Dekoracje świetne, to trzeba przyznac. I, to by się pokrywało z tym, co piszesz, spodziewam się/spodziewałem i przed - że Polański nie zrobi takiego sobie mięTkiego filmiku i wygodnej ekranizacji, tylko ubierze to w jakiś kostium ciemnokolorowy, a poza tym - od początku... nie masz wrażenia, ze w Oliverze tytułowym rozpoznaje on siebie, swoje przeżycia, swoją odmienność i dlatego wybrał właśnie tę powieśc do sfilmowania ?

          A widzisz, no to w tym remake'u hongkongowym jest tak samo jak u Bessona.
          • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 07.06.10, 16:57
            grek.grek napisał:
            >a poza tym - od początku... nie masz wraże
            > nia, ze w Oliverze tytułowym rozpoznaje on siebie, swoje
            przeżycia, swoją odmienność i dlatego wybrał właśnie tę powieść do
            sfilmowania ?

            Wiesz, musze się przyznać, że niestety nie dokońca się wczułam w ten
            film z powodu spóźnienia...
            Ale myślę, że coś w tym jest. Rzeczywiscie losy Oliviera trochę
            przypominają losy malego Romka Polańskiego podczas wojny. On też był
            przed złuższy czas osamotniony, zdany na łaskę i pomoc obcych,
            cierpiał głód, upokorzenie i ubóstwo, musiał się ukrywać....


            Wracając jeszcze do Bessona i do Nikity i Marca (miałam to już
            wczesniej napisać, w podwątku o Nikicie w Ojej 7).
            Niezwykła, nieprzeciętna to para. Ona bezwzglęldna zbójczyni. On
            kasjer z supermarketu! (świetna jest scena, kiedy się poznają, a
            dzieje się to właśnie przy kasie w supermarkecie. Marko wpada
            Nikicie w oko, więc ona chcąc się z nim umówić , pyta go bez
            zaadnego skrępowania, o której kończy pracę. :)
            Ona jest odważna , dynamiczna, zdecydowana, On delikatny,
            uczuciowy, wrażliwy, nieśmiały, przejmujący się wszystkim.
            Stereotypowe przekonania na temat męskości i kobiecości zostają tu
            bardzo efektownie odwrócone, z bardzo dobrym skutkiem! :)
            :)
            • maniaczytania Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 07.06.10, 19:58
              Barbasiu - bardzo ladnie opisalas "Olivera Twista" - prawie zaluje, ze nie
              obejrzalam :)
              Ja obejrzalam w tym czasie mniej wiecej "Byl sobie chlopiec" z Hugh Grantem,
              jako ze nigdy wczesniej nie obejrzalam tego w calosci.
              --
              hmm, co by tu napisac?
              • grek.grek Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 08.06.10, 14:13
                hehe, ja się właśnie biedzę. Po kawałku, bo ciągle coś mnie odciąga ;)

                Btw, Barbasiu, Californication 3 od najbliższej niedzieli będzie w TVn. Pierwszy odc, niestety, dopiero o północy.

                A dzisiaj, cóż, zdaje sie, ze "Być jak John Malkovich" (dwójka, 23:10) wygląda najciekawiej. Widzieliście już ?
                • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 08.06.10, 15:21
                  grek.grek napisał:

                  > hehe, ja się właśnie biedzę. Po kawałku, bo ciągle coś mnie
                  odciąga ;)

                  A może to film za bardzo nie pociąga? ;))


                  Ależ wiadomość! " Cali" 3 już teraz!?? A ja myślałam , że puszczą
                  dopiero po wakacjach, w nowym sezonie (by the way, to co w takim
                  razie TVN szykuje na nowy sezon, jakie hiciory? Pewnie "Taniec z
                  gwiazdami" będzie gwoździem ramówki :). Dobra, nie marudzę, bo w
                  końcu ważne, że w ogóle jest, a poza tym jaednak lepiej zawsze
                  lepiej jak coś jest wcześniej niż później.

                  Skoro tak, to ja moje opisy Cali 3 kończę na odcinku siódmym, (który
                  dziś, trochę później się pojawi, mam nadzieję!). I życzę Tobie, nam
                  przyjemnego oglądania! Pora emisji fatalna, ale ja mogę przecież
                  oglądać tam gdzie oglądałam do tej pory! :)
                  Mam nadzieję Greku, że Ci zaostrzyłam apetyt na Cali3 opisami tych
                  pierwszych siedmiu (szeciu i pół, na dziś) odcinków! Pozostałe
                  nieopowiedziane 5 odcinków będzie dla Ciebie absolutną nowością. I
                  bardzo dobrze :)

                  Mam płytę z "Być jak John Malkovich" , kiedyś kupiłam z GWyborczą,
                  ale do tej pory nie obejrzałam. Teraz jest dobra okazja, żeby
                  nadrobić zaległości! :)
                  • grek.grek Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 08.06.10, 15:47
                    hehe ;), nie nie, film jest orajt, jak najbardziej.

                    Opisy Twoje zaostrzające apetyt były bardzo, z tym większą niecierpliwością czekałem na tę trzecią serię. WIEEELkie dzięki za
                    tę pracę pro publico bono, no bo : bono, bono, bardzo bono była :)

                    Liczyłem, że Californie bedą wrzucać w czwartki albo wtorki, po Wojewódzkim, żeby klimat utrzymać, a tutaj niedzielę wybrali i
                    ledwie zauwazyłem przeglądając pokryjomu szmatławca z programem.

                    Okazja pierwsza klasa, nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda jakiś pozornie niepotrzebny rupieć ;)
                    • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 08.06.10, 16:16
                      grek.grek napisał:

                      > hehe ;), nie nie, film jest orajt, jak najbardziej.

                      KTOŚ Cię wyciąga? ;)

                      To się bardzo cieszę! :)))))
                      Jednak nie ma to jak na własne oczy zobaczyć Hanka, Charliego et
                      consortes w akcji. Pierwszym odcinku, dla przypomnienia, będzie o
                      tym jak Hank został wykładowcą, profesorem na Uniwerku! :) Słynny
                      pisarz będzie świecił pośladkami w ciemnościach ogrodu dziekana :)

                      > ledwie zauwazyłem przeglądając pokryjomu szmatławca z programem.
                      haha
                      Aleś wypatrzył! /a ja mam tylko program do czwartku!?/
                      Nic nie dbają w tym TVNie o widza. Nawet nie zdobyli się na jakąś
                      telewizyjną reklamę tej 3 serii Cali, dnia emisji zwłaszcza , że
                      pokazują ją już po sezonie. No i pora emisji koszmarna, szkoda
                      gadać. Czesi mogli dać wcześniej premierowe odcinki, a u nas jak
                      zwykle to niemożliwe!
                      :)

                      > Okazja pierwsza klasa, nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda jakiś
                      pozornie niepotrzebny rupieć ;)

                      O to-to. Będę oglądać z płytki, bo też dość późno się kończy ten
                      film
                      :)
                      /Mam naturę zbieracza ;)/
                      • grek.grek Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 09.06.10, 14:22
                        Czasami tak, np przedwczoraj był to Morfeusz ;)

                        Tych pośladków się trochę obawiam, muszę przyznać, hehe.

                        Co ciekawe, zauważ, Czesi dali Cali w publicznej, u nas takie "odwazne" dziełka muszą chodzić po prywatnych, bo w TVP cała w komży.

                        Ja nagrałem "Malkovicha", oglądąłem tych patałachów kopiących piłkę na Jedynce, a potem Króla Wzgórza, którego przypadkiem napotkałem, i na szczęscie, więc podwójnie przyfarciłem :)

                        • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 09.06.10, 14:50
                          grek.grek napisał:

                          > Czasami tak, np przedwczoraj był to Morfeusz ;)
                          :)

                          > Tych pośladków się trochę obawiam, muszę przyznać, hehe.

                          Nie, nie, nie obawiaj się. Pośladki to mały pikuś! Nie wspomniałam o
                          tym w moim opisie, ale znakomity pisarz, który popadł na nowo w
                          alkoholizm przez naszego uroczego przyjaciela Hanka, po kilku
                          głębszych zaprezentuje opócz męskich pośladków jeszcze "klejnoty w
                          tańcu pipki" (haha), czyli "męską ci.pkę" ("jej wysokość faceto-
                          ginę")... Ale szczegóły (zaiste cieżko to sobie wyobrazić, jak się
                          nie widziało tego na własne oczy) niech będą niespodzianką! ;))

                          W przerwie Wojewódzkiego pojawiała się zapowiedż 3. serii Cali.
                          Szkoda, że o północy będzie lecieć!

                          No nie, TVP trzeba przyznać, od czasu do czasu nas zaskakuje
                          ostrzejszym repertuarem : ostatnio przecież leciał opisywany przez
                          Ciebie film"Chłopak rzeźnika", czy "Złe wychowanie" !

                          > Ja nagrałem "Malkovicha",
                          a ja zaczęłam oglądać...

                          >oglądąłem tych patałachów kopiących piłkę na Jedynce,
                          hyhyhyhy
                          Tylko na moment przełaczyłam, żeby zobaczyć wynik.Jak ujrzałam z
                          boku ekranu 5:0 znatychmiast z przerażeniem przelączyłam się na
                          inny kanała. Tragedia, co?
                          Ale dlaczego? Zawodnicy są, boiska są, trenerzy są (do wyboru
                          polscy, zagraniczni), najrozmaitsze metody, techniki, taktyki są ,
                          dlaczego więc jesteśmy poziomem o 6 bramek do tyłu (czyli lata
                          świetlne) za Hiszpanami?

                          > a potem Króla Wzgórza,
                          Zabieram się do czytania ...
                          :)
                          • grek.grek Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 09.06.10, 15:16
                            Boję się już teraz ;))

                            Wiesz jak jest, kolejne odcinki może będą o wcześniejszych porach...

                            Masz rację, czasami TVP coś tam wypali, ale mimo wszystko bardzo jest pryncypialna.

                            Hehe, przy 0-5, to polskiemu trenerowi na płacz się zbierało, hehe.
                            A wynik taki, a nie inny, bo może i trenerzy, boiska i piłkarze są, ale o te 6 goli gorsi, mniej utalentowani, mniej wyedukowani (to trenerzy) i mniej pracowici od tamtych.

                            • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 10.06.10, 16:28
                              grek.grek napisał:

                              > Boję się już teraz ;))
                              hahaha

                              Pożyjemy, zobaczymy, jak to będzie, z porą emisji kolejnych odcinków
                              Cali?

                              >mniej utalentowani, mniej wyedukowani (to trenerzy) i mniej pracowi
                              > ci od tamtych.
                              Tylko tyle?

                              :)
              • barbasia1 Re: "Czarny kot"/Oliver Twist 08.06.10, 15:00
                maniaczytania napisała:

                > Barbasiu - bardzo ladnie opisalas "Olivera Twista" - prawie
                zaluje, ze nie obejrzalam :)

                Dzięki Ci Maniu za dobre słowo! :))))))
                Mam nadzieję, że za jakiś niedługi czas powtórzą znów "Olivera
                Twista" skoro już przetarł szlaki w TVP!

                > Ja obejrzalam w tym czasie mniej wiecej "Byl sobie chlopiec" z
                Hugh Grantem,

                Teraz dopiero zorientowałam się :{, że w "Był sobie chłopiec"
                wystąpiła Toni Collette, Tara z "Wszytskich wcieleń ...". . O
                sklerozo moja! Zagrała matkę Marcusa (chłopca młodszego), cierpiącą
                na depresję.
                Dobra komedia, która poważnych tematów dotyka (samotności,
                odmienności, nieprzystosowania się ...).
                :)
    • grek.grek Król wzgórza spojler zawzięty 1 09.06.10, 11:50
      Jakoś się tak zgrało, że wieczorem dokończyłem "Olivera Twista", a w nocy natrafiłem na "Króla wzgórza" w Jedynce.

      Oglądaliście "króla" ?

      Kto nie - voila. Akcja się rozgrywa w St Louis, w 33 roku, więc w ost fazie Wielkiego Kryzysu. BOhaterem jest Aaron, dziecka rodziny niemieckich imigrantów. W chałupie się nie przelewa, stary robi za sprzedawcę świec, których nikt nie kupuje, więc kasy nie starcza nawet na zapłatę rachunków za wynajem cienkiego jak barszcz pokoju hotelowego. Eksmisja jest blisko, a do tego matka choruje na gruźlicę, generalnie - bryndza że hej. I dookoła też łatwo nie jest, aczkolwiek są lepsi i gorsi, niemniej - na tle społecznym się autorzy niespecjalnie skupiają.

      I w tym wszystkim jest Aaron, co ma 12 lat, syn tego sprzedawcy. Chłopak jest bystry, ma wyobraźnię, a zmysł kombinacyjny, a do tego urokiem osobistym przebija Kevina Arnolda. Wstydzi się trochę swojej biedy, więc nie przyznaje się do ojca nieudacznika; kiedy zawiąże znajomość z kolegą z wypasionego, wielkiego, ociekającego zamożnością domu, to powie, że oni też budują sobie taki sam dom ("Jaki ?", zapyta matka tego kolegi, a Aaron odpowie "Taki jak wasz... zwyczajny"), a na pytania będzie odpowiadał pijąc colę i kłamiąc jak z nut w rytmie : pytanie-długi łyk coli, w celu zastanowienia się nad odpowiedzią-odpowiedź; w szkole nakłamie pani wychowawczyni (i przy okazji paru kolegom), że stary jest lotnikiem, pracuje dla rządu, poda nieprawdziwy adres (bo ojciec musi się chronić przed agentami obcych wywiadów);

      Aaron chce zarabiać kasę. Pomaga więc fajtłapowatemu koledze (temu z dobrego domu) wygrać w kulki z jakimiś kolesiami, dostanie od niego papużkę - na rozmnożenie, bo on ma samca, a to samiczka, a jaja papugowe chodzą za niezłą kasę w sklepie, a Aaron musi pomóc rodzinie, żeby jej nie wywalili na bruk. Nic z tego nie wyjdzie ostatecznie, ale
      to tylko przykład, ze dzieciak jest łebski. Dobrze się uczy, ba ! - świetnie, ma zmysł narracji (film otwiera scena, kiedy Aaron odczytuje przed klasą swoje opowiadanie o Lindbergu), oprócz tego kolekcjonuje banderole od czegośtam, które sobie przyczepia na kaszkiecie noszonym tyłem do przodu. I umie sobie zjedynywać ludzi - koleguje się z drobnym złodziejaszkiem Lesterem (Adrien Brody), który pomaga mu jak trzeba ukryć przed komornikami brykę ojca (nie daje się jej odpalić, więc ją próbują przepchnąc z miejsca na miejsce, droga prowadzi w dół, auto puszcza się swobodnym "biegiem", Lester pchający z tyłu traci możliwość kontroli, Aaron za kierownicą nie sięga do pedałów, więc właściwie pędzi przed siebie bez hamulców, co chwila niemal w kogoś wpadając), ma dobry kontakt z zajmujący pokój vis a vis imigrantem z Grecji, chyba jakimś wykształconym, który korzysta z prostytutek; koleguje się z chorującą na epilepsję dziewczyną z pokoju obok, której nawet sprawia wymarzonego kota, a sam jest obiektem zainteresowania bogatej koleżanki z klasy; przed dłuższy czas jakoś unika konfliktów ze złośliwym boyem hotelowym, a jedynym jego wrogiem jest policjant ze skrzyżowania, który czuje się tutaj pierwszym po bogu i ruga wszystkich za wszystko, zwłaszcza dzieciaki. Chłopak spotyka ich cały czas, co chwila z nimi ma rozmowę, albo utarczkę, coś podpatrzy, uczy się w jakiś sposób zycia, poznaje ludzkie charaktery, przywary, ale i zalety.

      Film ma swój urok, ale jest to urok w narastający sposób - dramatyczny.
      Chłopiec bowiem, co chwila kogoś traci : albo na zawsze, albo na chwilę, ale zawsze bardzo to go dotyka, a przynajmniej konfuduje. Najpierw traci brata młodszego. Rodzice wysyłają go do stryjostwa, aby trochę odciązyć finansowo swój marny portfelik. Potem traci matkę, która wyjeżdza do sanatorium na leczenie swojej gruźlicy. POtem ojciec dostaje pracę komiwojażera od zegarków, ma jeździć po innych stanach. Nie moze go zabrać ze sobą. Aaron zostaje sam. Ojciec niby mu zostawił jakiś kredyt zaciągnięty na tyle, by dzieciak mógł przeżyć, plus załatwił mu jedzenie za zegarki dane darmo, ale pada cały plan jak kawka, bo jeden z "kontrahentów' nie zamierza honorować umowy, a drugi został właśnie zwolniony z pracy w restauracji, a jego szef nie słyszał nic o jakichś "umowach na żywienie", więc Aaronowi coraz bardziej doskwiera głód, a w dodatku eksmisja wisi już na włosku.

      Zbliża się dzień rozdania dyplomów w szkole. Chłopak nie ma się nawet w co ubrać. Tym jest to smutniejsze, że po imprezie ma się odbyć party w ogrodzie koleżanki, co się nim interesuje. Pomaga mu Lester, wspólnie pucuję na strychu graty pozostawione przez eksmitowanego z pokoju malarza i znajdują jakieś łachy należyte. Na rozdaniu Aaron ma stres, bo widzi jak każdy kolejny uczeń jest oklaskiwany przez swoich rodziców, krewnych, a on jest sam... Kiedy jednak przychodzi jego kolej w sukurs Lester i robi samodzielnie potężną wrzawę na jego cześć. Aaron muzostaje wyróżniony prestiżową nagrodą szkolną, jest gwiazdą. Na party jego koleżanka prosi go do tańca - chłopak nie wie, co wybrać : jedzenie, którego sobie nagarnął na talerze całą baterię, czy taniec - wybiera grzecznościowo taniec/ Dziewczyna pyta go o rodziców, a on odpowiada, że jego starzy nie przyjdą, bo zaginęli w czasie polowania na tygrysy w egzotycznych krajach i szuka ich teraz spec-ekspedycja ratunkowa. Potem słyszy przypadkiem jak jego nagroda jest komentowana przez kolegów - że dostał ją, bo jest biedakiem, a nad biedakami się ludzie litują itd. Pierwszy implus, żeby stamtąd spie,przać. Drugi przyhcodzi za moment - nagle widzi, ze wszyscy się na niego gapią i pada pytania : Aaron, jak to jest, kiedyś mówiłeś, ze twój ojciec to lotnik, a teraz że poluje na tygrysy ?, całe towarzystwo czeka na odpowiedź, więc jak przystało na dzielnego młodego człowieka Aaron wymawia się koniecznością skorzystania z toalety. Z której oczywiście ucieka przez okno i zostawia to cały party w cholerę. Lekcja życiowa nr kolejny.

      Straty się nie kończą. Lester zostaje aresztowany za udział w zamieszkach ulicznych. Grecki imigrant popełnia samobójstwo. łapa Wielkiego Kryzysu odciska się na ludzkich postawach, ich dramatach małych i dużych. Aaron odwiedza matkę - czuje się ona już lepiej. Nic jej nie mówi o tym, ze za chwilę moze wylądować na bruku, że jest głodny. Wracając pociągiem widzi tego malarza, co go wyeksmitowanego z jego hotelu. facet wegetuje wśród nędzarzy koczujących pod gołym niebem.
      W hotelu popada w konflikt z boyem - potrąca go na korytarzu; z obawy przed zapowiedzianą zemstą barykaduje się we własnym pokoju i ma obiektywnie szlaban na wyjście. Dopada go cięzki głód, dopada do kumulowany niepokój i poczucie opuszczenia, wizje : malarz, Lester w kajdankach, trup grecki... ojciec z inna kobietą. A to ma napad złości i rozbija ojcowskie pucharki za osiągi sportowe, a to zwija się na łózku, a to próbuje oszukać głód wycinając z gazet zdjęcia wykwintnych potraw i zjadając ten papier próbując sobie imaginowac,że to prawdziwe jedzenie (świetna scena).

      Aż w końcu wpada na pomysł sprowadzenia brata z powrotem. Pisze do rodziny, żeby go odesłali, bo on, aaron, jest chory i muszą mu przetoczyć krew, a tylko braterska się nadaje. Chłopiec wraca. Akurat na happy end, bo wraca też za chwilę matka - zdrowa; wraca ojciec, który informuje ich, ze dostał posadę urzędnika z wysoką pensją i już wynajął nowe, lepsze mieszkanie, mogą więc pożegnać hotelowa klitkę.

      Jest tylko jeden problem. Nie mogą zabrać niczego z pokoju, bo musieliby zabulic rachunek. Aaron się na to nie zgadza. Z pomocą brata wyprowadza oknem swoje rzeczy, a ciuchy ubiera na siebie (w stylu Woody Allena w "Bierz forsę...", czyli zakładając jeden na drugi na siebie). Przemaszerowuje przez hall, widzi boya-mściciela, podchodzi do niego i wypala mu w twarz mądrośc zasłyszaną od Lestera "psa można nauczyć chodzić na dwóch łapach, ale pozostanie on nadal tylko psem". I zostawia tamtego bez słowa. Już się nie boi. Nie boi się też grubego policjanta. Kiedy ten szarpie biednego chłopca na ulicy, wyzywa go od tłuściochów....
      • grek.grek Re: Król wzgórza spojler zawzięty 1 09.06.10, 15:11
        Chyba zapomniałem, więc dodam, ze i ta dziewczyna od epilepsji i kota też wyjeżdza - na leczenie, na wieś. To tak a'propos tych strat w ludziach jakie ponosi chłopak i które na nim się odciskają, pozostawiając go coraz bardziej wyobcowanym.
    • grek.grek "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 grosze 09.06.10, 12:18
      ... i grubas puszcza małego, idzie do Aarona, zeby go zlać, ale po drodze powoduje kolizję drogową - włazi bowiem na jezdnię, samochód z przeciwka hamuje gwałtownie, a pudła z melonami i inną zieleniną lądują na asfalcie, w dodatku jakies drugie auto w tym jest poszkodowane także, a kierowcy wespół w zespół dopadają grubasa i piorą go z wściekłości. Aaron ma ubaw, a gruby wazniak lekcję pokory.

      A na końcu są w domu. Nowym, błyszczącym, przychodzi ojciec, matka... ojciec z dumą patrzy na Aarona, bez słowa, a potem żyli długo i szczęsliwie.

      Pamiętacie jaki zwyczaj mieli Spartanie - wywozili małych chłopców do lasu, porzucali gołych i z pustymi rękami, i jak przeżyli, to się nadawali, żeby w nich dalej inwestować, zdobywali męskie szlify. I o tym jest "Król wzgórza" - o chłopcu, który zdobywa męskie szlify. Przechodzi surwiwal i zwycięza.
      I ten happy end, kurde bele, ja do końca myślałem, że to będzie kit, ze się okaże,że Aaron śpi, że w gorączce głodowej coś mu się ubrdało. Do st sceny miałem takie przeczucie. A jednak nie. Soderbergh, bo to jego film, nie zafundował aż takiej wywrotki :)
      Wydarzeniem filmu jest na pewno Jesse Bradford w roli Aarona. Schowajcie w szafie Freda Savage'a z "Cudownych lat", schowajcie i wyrzućcie klucz. Teraz człowiek ma pewnie koło 30, bo KW jest z 93, ale fakt faktem, ze to jedna z lepszych dziecięcych ról w ost czasach.

      I tu jest wtręt do Olivera Twista, bo w obu filmach chodzi o to samo - chłopiec v machina społeczno-jakaśtam, w której musi się nie dać zjeść w kaszy.
      I o ile formalnie w Oliverze wszystko jest dobre, bo klasowi ludzie ten film robili i nie sfuszerowali go, o tyle główny bohater nie istnieje wg mnie dostatecznie wyraziście - otoczenie się wybija na plan pierwszy, bohaterowie mający robić za planety kręcące się wokół tytułowego Olivera przejmują film, zas sam Oliver jest jak piłka na tym boisku, niby wazna, ale jednak tylko piłka, przedmiot gry. jest to historia o nim, a jakby go nie było. Wg mnie, chłopiec grający Olivera po prostu jest bezbrawny, marionetkowy i Polański nic nie zrobił, aby jego rolę jakoś podrasować : albo taki był zamysł, by Twista potraktować przedmiotowo, albo dzieciak wypadł tak słabo, że przeciwnego konceptu nie daje się obronić, a może po prostu w powieści tak to zostało narysowane i Polański nie sprzeciwił się Dickensowi, chociaz... coś mi się nie wydaje, by ta ost interpretacja była prawdziwa.Role Fagina, Cwaniaka, czy Sykesa są b dobrze obsadzone, co tylko zwiększa odczucie, ze niejaki barney Clark POlańskiemu nie wyszedł niestety, chociaż ma on wyjątkową rękę do dobierania aktorów do swoich filmów. Tutaj, imo, jesli zamysł nie był inny - pomylił się. Dlatego OLiver Twist, jak dla mnie, nie wiadomo do końca o czym jest : jest przeglądem i krytyką różnych społecznych grup i podgrup, oraz stos społecznych w XIX w, filmem przygodowym, czy dramatem chłopca-sieroty ? Dickensowi może to się udało skleić w jedną, dobrą całośc, ale na ekranie nie mogłem tego rozgryźć.
      O czym jest ten film wg Was ? Help me :)

      ("Króla wzgórza" dam wyżej od "Olivera Twista" właśnie ze wg na bohatera i jasny kierunek w jakim film podąża)
        • grek.grek Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 10.06.10, 15:15
          Czytałem coś kiedyś O TEJ powieści Foera wg której został nakręcony zapewne ten film. TVN zaczyna przypominać TVP (chociaż tam się poprawia z wolna) : co lepsze kawałki wrzuca na Siódemkę, jak mniemam - niekoniecznie ogolnodostępną.

          Na dziś widzę "Wallandera" w Polsacie, chyba zamierzają cały cykl puścić. Ten sprzed tygodnia jakoś mnie nie zachwycił, ale może
          warto dać szansę pozostałym ? ;)
          • barbasia1 Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 10.06.10, 15:32
            No właśnie, ile osób ma TVN7?
            Komentarze na temat filmu "Wszystko jest iluminacją" mile widziane.

            Ja daję "Wallanderowi" szansę. Pepsic mnie zmotywowała tym razem! :)


            Greku, mózg mi się roztapia i w temacie Oliwera Twista przychodzi mi
            dziś tylko tyle, że ... w Londynie teraz musi być chłodniej. :/

            :)
          • barbasia1 Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 10.06.10, 15:32
            No właśnie, ile osób ma TVN7?
            Komentarze na temat filmu "Wszystko jest iluminacją" mile widziane.

            Ja daję "Wallanderowi" szansę. Pepsic mnie zmotywowała tym razem! :)


            Greku, mózg mi się roztapia i w temacie Oliwera Twista przychodzi mi
            dziś tylko tyle, że ... w Londynie teraz musi być chłodniej. :/

            :)
            • grek.grek Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 11.06.10, 13:41
              Nie wiem, czy na trzeciego "Wallandera się skuszę, po wczorajszym. Nie wiem, na Siedem ani Misery nie liczyłem, ale mimo to, jakoś nie mogę kupić tej serii. Może nie każdą ksiązkę trzeba ekranizować zaraz... ;))

              Pogoda jest zawodowa, to trzeba przyznać, a miało być chłodne lato podobno.

              Mundialeiro od dzisiaj :) Na szczęscie bez Polaków, hehe.
              • barbasia1 Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 11.06.10, 14:34
                Greku, jesli masz siłę w tym upale, dopowiedż mi, proszę, dzis a.
                jutro jak się skończył wczorajszy "Wallander", z przyczyn
                niezależnych ode mnie nie obejrzałam do końca, a tylko do momentu,
                kiedy córka Wallandera z tym przystojnym detektywem wybrali się
                do tej prywatnej kliniki i usiłowali wydostać informacje na temat
                pacjentów? no i powiądań właściciela kliniki, lekarza, z Wioskowym
                głupikiem i jego matką.

                Ja nadal daję szanse Wallanderowi. :)

                > Mundialeiro od dzisiaj :) Na szczęscie bez Polaków, hehe.
                :)
                To komu będziemy kibicować?

                > Pogoda jest zawodowa, to trzeba przyznać, a miało być chłodne lato
                podobno.
                U nas + 50 albo nawet +68 stopni ciepła. ;)
                • grek.grek Re: "Król wzgórza spo 2, o Oliver Twist moje 3 gr 11.06.10, 15:00
                  Ja się w tym Wallanderze pogubiłem trochę, może po częsci dlatego,że estetyka, styl narracji i jakaś taka bezbarwność generalna nie dawały mi implusu do siedzenia na telewizorze niemal, więc nie dam rady w szczegółach odtworzyć całego śledztwa, że tu się mylili, a tam mieli rację, a potem się okazało że... itd.; nie spamiętałem, nie zrobiłem nawet hasłowych notatek :)
                  ALE, koniec końców okazało się, że ten co się wysadził miał brata bliźniaka, i to ten brat skonstruował bombę, którą zabił najpierw jego (z zemsty chyba, chociaż naprawdę nie wiem za co), a potem wykończył też tego lekarza (dla pieniędzy, o ile pamiętam, bo ten lekarz bulił kasę co miesiąc na utrzymanie - niby tego głupiego, a w rzeczywistości zgarniał ją ten drugi, czy jakoś tak, a wszystko dlatego, ze ten lekarz był ich ojcem; jak głupi się wysadził, to nagle kasa przestała płynąc) i próbował zabić jego żonę i dziecko, ale policja zdązyła go powstrzymać w ost chwili - rzecz jasna, kiedy on ich wziął za załadników, to policaje akuratnie w tym dokładnie momencie się kapnęli po 20-sek dedukcji, gdzie on musi być i z kim, popędzili galopem, przybyli, potem jakaś akcja :). Normalnie jak w Kryminalnych.

                  Chaotycznie i niezbornie nabiedziłem, ale to naprawdę wszystko, co pamiętam.
                  Jesli coś pochrzaniłem - na pewno zostanę skorygowany :)
        • pepsic "Wszystko jest iluminacją" 10.06.10, 21:21
          Miał być komentarz - proszę uprzejmie:
          Sentymentalna podróż po Ukrainie Aleksa, jego dziadka przewodnika z psem wątpliwej urody oraz młodego Amerykanina (na wieki wieków Frodo z Władcy Pierścieni). Z dobrym pomysłem i sporym potencjałem niestety niewykorzystanym i niespójnym scenariuszem (końcówka!) Reżyser nie mógł się zdecydować, czy iść w kierunku komedii (to mu lepiej wychodziło), czy dramatu (wybrał najprostsze rozwiązanie - holokaust). Za mocno pojechano stereotypami, bo nawet ja w 2005 roku na Ukrainie za bardzo nie uwierzę w złote łańcuchy na szyi, dres i złoty ząb Aleksa, czy wegetarianizm wprawiający w zdumienie. Pomimo mojego czepiania się - nieźle się oglądało zwłaszcza w świetle powszechnie zalewającej nas papki amerykańskiej. Plus b. udany soundtrack nadający klimat.
          A tu osoby dramatu i piękne słoneczniki:
          www.youtube.com/watch?v=f1OkxP8fGTs
          • grek.grek Re: "Wszystko jest iluminacją" 11.06.10, 13:50
            Powieśc zbierała bardzo wysokie noty. Może też częściowo ze wg na wiek autora, bo jakoś tak się dziwnie przyjęło, że im mniej lat mają, z tym większym zachwytem są oceniani. Może to kolejny przykład, ze literatura albo jest nieprzekładalna na język filmowy, albo na to, że pan rezyser powinien pójśc na wódkę z panem Foerem, zwierzyć mu się z zamiaru z-ekranizowania jego powieści i zaproponować mu napisanie scenariusza, zamiast robić to samemu; a może zaproponował, tylko Foer się nie zgodził... wtedy może lepiej żeby zostawił to na później, kiedy Foer wydmucha już muchy z nosa, albo będzie miał czas, albo budżet pana reżysera będzie obejmował wyższe honorarium dla pisarza ;)

          • barbasia1 Re: "Wszystko jest iluminacją" 11.06.10, 15:12

            Dzięki Pepsic.

            Lubię Twoje krótkie esencjonalne komentarze! :)
            Poszukam sobie tego filmu, może z sieci wyłowię?!

            Słoneczniki cudne!
            A Aleks chyba jednak nie taki stereotypowy (może najwyżej trochę
            przerysowany?), nie, nie ...
            Ukraińców, ich temperament ;) też poznałam ...
            (na podstawie obserwacji ma się rozumieć)
            :)
            • pepsic Re: "Wszystko jest iluminacją" 11.06.10, 21:22
              Może za bardzo powybrzydzałam, ale za to mam ochotę obejrzeć film jeszcze raz,
              zwłaszcza I część komediową. Ponadto coś mi się wydaje, że źle w czasie
              umiejscowiłam film. Może chodziło o 1996 rok?
              Ps. Dziękuję za miłe słowa:)
    • grek.grek "Być jak John Malkovich", spojlerotok nieogarnięty 12.06.10, 12:21
      Dokonczyłem jakimś cudem, między meczami i jestem pod wrażeniem. trochę będę spojlerował, ostrzegam. Widzieliście ? Barbasiu, dokończyłaś ?

      Nie wrzucono w to wielkiej kasy, dzięki czemu sama treść zyskuje, to pierwsza obserwacja. Dośc surowa forma uwypukla wartość intelektualną tego filmu.
      Chcielibyście być kimś innym, obserwować świat jego oczami ? Hehe, no właśnie. Tutaj gość, lalkarz-nieudacznik, podejmuje pracę w dziwnym biurowcu o niskim suficie, gdzie znajduje tunel prowadzący do głowy Johna Malkovicha. Przez kwadrans moze patrzeć jego oczami, a potem zostaje wypluty i ląduje w jakichś krzaczorach przy szosie. Z czasem rozwija to w biznes wręcz, za 200 dolców można pobyć w glowie Malkovicha. Chętnych nie brakuje. Lalkarz, jego żona i "ta trzecia" (sekretarka w firmie) zaczynają sterować aktorem, jego zachowaniami, słowami, wreszcie działaniami. Nawet sam Malkovich się tym zainteresuje, kiedy dotrze do nigo, że ktoś nim kręci jak baranimi rogami. Wejdzie we własną głowę. Zobaczy siebie w stu róznych postaciach, a jednym słowem, określeniem, zwrotem, tekstem piosenki, czymkolwiek, w tym świecie będzie : "malkovich". Będąc w Malkovichu zona lalkarza uwodzi sekretarkę, ona jej ulega, bo kobieta ją kręci, ale nie jest lesbijką, więc żona lalkarza w męskim ciele to idealne połącznie a potem zostaje zapłodniona, w czym Malkovich jest tylko narzędziem; lalkarz sterując Malkovichem i korzystając z bycia w nim staje się największym artystą świata - we własnej postaci był lalkarzem, który najwyżej na nowojorskiej ulicy mógł dostać w dziób za swoje popisy z marionetkami, robiąc to samo, ale w ciele Malkovicha oczarowuje świat i wzbudza podziw - czy to nie smutne ? Sterując świadoomością Malkovicha, siedząc w jego głowie (trochę nie złapałem dlaczego najpierw było to możliwe tylko przez kwadrans, a później całymi miesiącami), związuje się z sekretarką, która staje się celebrytką, dzięki byciu panią M. I jednak nie uchroni ich to od rozejścia się, i to z nowo narodzoną córką Malkovicha-żony lalkarza. A żeby było jeszcze bardziej porąbanie, to sekta starych dziadków, z szefem firmy w której zatrudnił się lalkarz, na czele planuje wejście zbiorowe do głowy Malkovicha, aby stał się on dla nich wehikułem umożliwiającym im przesunięcie granicy życia i śmierci. Córka zaś jego sekretarki-kochanki i żony stanie się takim samym portalem dla opuszczconego lalkarza - wejdzie w jej głowę i sterując córką będzie przy nieh blisko, a potem, no bo wiecie, jak jest w życiu... matka z córką in flagranti ? ;) A co ciekawe, do tego portalu zaprosi go... John Malkovich. A żeby do reszty było surrealnie, to dziecko Malkovicha, czyli ta dziewczynka, ma być takżę kolejnym wehikułem dla bandy staruchów :)

      Jesli Zawód:reporter był wariacją nt zmiany tożsamości, to tutaj jest tego cała kupa.
      Problem z tożsamością społeczną (sukces lalkarza dzięki kostiumowi Malkovicha jaki nosi), seksualną (żona lalkarza przebąkuje o zmianie płci, w Malkovichu, korzystając z jego ciała, może się spełnić jako mężczyzna w seksie z sekratarką, spłodzić z nią dziecko; lalkarz jako Malkovich związuje się z sekretarką, której w życiu codziennym w ogole nie kręci, ale za to jako znany aktor - kręci bardzo), wreszcie całkowicie osobista, personalną z pytaniem : kim ja jestem do nędzy ?, który przeżywają wszyscy, łącznie z samym Johnem Malkovichem, który jest tutaj futerałem dla niespełnionych w swych tęsknotach i żądzach ludzi, jest dla lalkarza jego marionetką, wielką, 100 kg lalką o twarzy i nazwisku otwierających wszystkie drzwi do zaszczytów tego świata. Nie przestanie być miejscem dla obcych już nigdy. Czy wszyscy jesteśmy marionetkami wpływowych postaci ? Czy już w pierwszym okresie życia nie infekują nas róznym g,wnem społeczno-religijno-wszelakim i nie stajemy się "Malkovichami" ?

      Charlie Kaufmann, który napisal scenariusz, wygląda na lekkiego, dyskretnego świra i tylko taki świr mógł coś takiego spłodzić. I to była jego pierwsza rzecz w życiu na dużym ekranie. Nie tak jka u nas, ze byle smark pisze scenariusz i robi to rok po roku, bo z czegoś trzeba żyć. Kaufmann obsługiwał seriale, z tego żył, ale na duży ekran dał perełkę, nad którą pracował pewnie całe życie. Tak to powinno wyglądać. ZReszta, 3 z 6 jego scenariuszy, napisanych w 9 lat ( albo i nie, bo może miał tego stuffu na parę lat zachomikowanego), było nominowanych do Oskarda. To jest wydajność.

      Sam John Malkovich zostaje idolem stulecia po tym filmie. Dał się obnażyc, obśmiać (oprócz ww rzeczy, jest jeszcze np. scena rajdu przez jego podświadomośc, która składa się ze scen wspomnień z dzieciństwa, kiedy był szkolną ofermą, seksualnych zakręceń, z wąchaniem bielizny damskiej na czele, i traum - jak : widzenie seksu własnych rodziców albo zmoczenia się publicznie, w autobusie szkolnym co prowokuje huragan kpin; można by dorzucić także moment, kiedy lalkarz w jego ciele przebiera się i z niesmakiem mówi "czyż nie mogłem mieć więcej szczęścia i trafić na jakieś piękniejze ciało ?"), wykorzystać. To jest długi, krzywy, ostro zakończony palec w oko tych wszystkich g,wnianych gwiazdeczek, które procesują się o byle badziewie napisane o nich przez byle głupawe portaliki dla niedorozwiniętej klienteli. Malkovich pokazuje : bierzecie i jedzćcie ze mnie wszyscy, chrzanię was, bo mnie i tak nie ma, nie ma Johna Malkovicha, jestem złudzeniem, jestem marionetką dla głosów w mojej głowie, dla wpływów, dla tego całego barachła, z ktrego się składamy. A wy jesteście tacy sami. D,pa ze mnie, a nie gwiazda, to wy mnie nią uczyniliście, albo jakiś zbieg okoliczności, porządek świata, który tonie w chaosie i absurdzie. Chcecie być mną ? Proszę bardzo, widocznie sami dla siebie jesteście dostatetcznie nędzni.

      I ta hipkoryzja świata - lalkarz jako On jest nikim, jako Malkovich jest artystą stulecia. A robi tę samą sztukę stale. Czy The Krasnals nie ośmieszyli tego stanu rzeczy sprzedając za grubą kasę swoje podróbki Sasnala ? Nie inaczej, wg mnie :)

      Tutaj jest dramatokomedia, kończy się w miarę dobrze, w szeroko rozumianym pojęciu "dobra". Ale dla mnie jest to także wiwisekcja stanu ducha np Kurta Cobaina, który go doprowadził do samobója. Dlaczego Cobain walnął z dwurury ? Bo nie mógł rozpoznać już siebie, siebie jako człowieka, widział swoją gębę jako kogoś nieznajomego jemu samemu, koogś uczynionego przez otoczenie, przez świat, spreparowanego, kto się rozpada, ulega bezwiednie wpływom, roztapia się w świecie, którego nie rozumie i którego nie chce i nie umie tego kontrolować - i dzieje się to niejako poza nim i poza jego wolą. Cobain się zabił, bo przestał kontrolować swoje życie. Czy kontrolował je kiedykolwiek ?
      I, kurna, to mi się nasunęło w tym momencie - czy kawałek Cobaina "Rape me", nie byłby kapitalną ilustracją do "Być jak...", oczywiście gdyby film nie był w takiej konwencji zrobiony, a znacznie poważniejszy (aczkolwiek, to był z kolei fajny kontrast, tutaj film w oparach koksu zrobiony, a na koniec muza max kopiąca pasją muzyka) ? To się jakoś tak sensownie zawiązuje, heh.

      Świetny film. Jazda obowiązkowa, absolutnie.



      • barbasia1 Re: "Być jak John Malkovich", OT 12.06.10, 14:51
        Greku, widzę ostrzeżenie, więc przeczytam Cię wieczorem jak tylko
        dokończę oglądać!

        /Kusi by poczytac już teraz, ale opieram się dzielnie,
        no może nie aż tak dzielnie, bo luknęłam na kilka pierwszych
        zdań ... :) /

        Cali za chwilę.
        :)
          • barbasia1 Re: "Być jak John Malkovich", OT 12.06.10, 15:50
            grek.grek napisał:

            jestem ciekaw, [...] co sądzisz w ogóle, o całej idei jak za tym
            obrazem się kryje.

            W związku z upałami (+80 stopni, jak nic!;) będę sądzić dziś to
            samo co i Ty. ;) No chyba, że mi tego nie umożliwisz. ;)

            > Give me Your Hank, or give me death... or both ;) (po agolańsku,
            bo to paracytat, heh)

            Daję tylko Hanka,
            jeden pogrzeb mi dziś wystarczy!
            :)
      • pepsic Re: "Być jak John Malkovich", spojlerotok nieogar 14.06.10, 19:54
        Pokręcony, dziwaczny i bez nerwu, do tego męczący w odbiorze. Przekaz głównie satyryczny i rozliczeniowy, co wypunktowałeś - i zgadzam się. Ogólnie nie moje klimaty, nie podobało mi się i w zasadzie żadnemu z bohaterów nie kibicowałam. W kontekście pojedynczych scen i skojarzeń - wrażenia mam bardziej pozytywne. Duży plus za autoironię oraz odwagę Johna Malkovicha, a także wygląd Charliego Sheena po latach :)

    • grek.grek "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 12.06.10, 14:36
      "Przylądek strachu", 22:50 Dwójka. Klasyk. Oglądaliście obie odsłony ? Mnie się bardziej podobał, wbrew tendencji, żeby oryginały oceniać wyżej - remake Scorsesse. A Wam ?.
      I to nie dlatego nawet, że De Niro zrobił ze swojej roli perełkę, bo Mitchum też by świetny i wiele mu nie ustępował, ale ze wg na inne dwie rzeczy : najnormalniejszą w świecie, naturalnie obecną nowoczesność i współczesność oraz dynamikę, której wg mnie ciut brakuje pierwowzorowi oraz szczęśliwy brak w remake'u tak mdłego gościa jak Gregory Peck, aczkolwiek sptkałem się z opiniami, że elegancik Peck lepiej pasował niż niedźwiadkowaty Nolte do roli prześladowanego adwokacika, aczkolwiek postać adwokata u Scorsesse jest mniej jednoznaczna i wymiar jej win z przeszłości jakby słabiej zaakncentowany i dlatego Nolte pasuje bardziej, ze swoim odcieniem niegrzeczności.

      W każdym razie film jest klasowy i jesli puszczają go w odpowiednich odstępach czasu, to, wg mnie, nie da się przegapić i szkoda nie skorzystać. Jak dają, to bierz ;)

      Dwa mecze, dobry film - TVP nas pieści ;)
      • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 12.06.10, 15:59
        >De Niro zrobił ze swojej roli perełkę ...

        To prawda, De Niro był bardzo przekonujący w roli psychopaty, był
        straszny, przerażający, potworny, dlatego nie piszę się na
        powtórkę...

        > Dwa mecze, dobry film - TVP nas pieści ;)

        Kogo pieści tego pieści! ;)
        • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 13.06.10, 12:48
          To prawda, a jednocześnie nie ma łatwego potępienia dla niego, bo adwokat go skrzywdził jednak, więc jego motywację i sposób w jaki się zrodziła i dojrzewała - łatwo zrozumieć. Obaj są winni wobec siebie i tylko rodzina adwokata na tym traci, aczkolwiek równocześnie przechodzą coś w rodzaju oczyszczenia i kto wie, czy cała akcja nie staje się spoiwem ich rodzinnej wspólnoty, odsyłając w zapomnienie urazy i nieporozumienia, które omal ich nie rozdzieliły i to na nie wiadomo jak długo, być może na zawsze.

          Hehe, no to jest fakt...
          • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 14.06.10, 13:08
            > To prawda, a jednocześnie nie ma łatwego potępienia dla niego, bo
            adwokat go skrzywdził jednak,

            Oczywiście motywy postępowania Maxa Cady'ego można zrozumieć - Cady
            chce zemsty na obrońcy, który świadomie sprzeniewierzył się swej
            profesji, zatajając materiały mogące mu pomóc w zmniejszeniu
            wyroku, może nawet uniewinnieniu? /i imo‘nie ma łatwego potępienia’
            za ten czyn dla Sama Bowdena, którym zapewne kierowały dobre
            intencje, chęć jak najdłuższego odizolowania groźnego przęstepcy od
            społeczeństwa?/- ale usprawiedliwiać tego w żaden sposób się nie da,
            nie da się nie potępiać Maxa Cady'ego. Dla mnie Cady jest,
            smoliście czarną , jednoznacznie negatywną postacią (i wielka w tym
            zasługa genialnego DeNiro). To przecież brutalny gwałciciel
            nastoletniej (sic!) dziewczyny, morderca, człowiek
            nieprzewidywalny, niezrównoważony, niebezpieczy.

            Ale właściwie o czym innym chciałam napisać, coś innego zwróciło
            moja uwagę, wręcz wstrząsnęło, a mianowicie, fakt, że w amerykańskim
            (a czy u nas też?) prawie (bo przeciez ta kwestia to chyba nie są
            fantazje oderwane całkowicie od życia?) informacja o tym, że
            kobieta/ tu młoda dziewczyna żle się prowadzi, a konktetnie trudni
            się prostytucją mogą wpłynąć na obnżenie wyroku dla człowieka,
            kótry ją brutanie zgwałcił, czy nawet jego uniewinnienie!!!

            Przypomina mi się tu słynny już rechot Leppera i jego tekst, w
            którym wątpi w możliwość gwałtu na prostytutce!!!

            Feministki na całym świecie mają jeszcze wiele do zrobienia /ale o
            tym jeszcze w innym podwątku/ .






            >aczkolwiek równocześnie przechodzą coś w rodzaju oczyszczenia

            Ale jakim kosztem! Kosztem potwornie traumatycznych doświadczeń,
            które na psychice mogą się odbić!

            :)

            • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 15.06.10, 11:32
              No niby tak, jak piszesz jest, ale Bowden złamał prawo, sprzeniewierzuł się zawodowej etyce, ślubom które składał, uczciwości wobec klienta. Nie poniósł za to żadnej odpowiedzialności. Jego motywacje też są zrozumiałe, co daje nierozstrzygalny zupełnie dylemat, bo... wyobraź sobie, ze wszyscy się kierują sprawiedliwością wg własnej moralności, "sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie" - dostajemy chaos, bo jak jedną normę od drugiej odróżnić ?

              Kodyfikowane prawo nie jest idealne, ma luki, ale rózni człowieka od zwierzęcia, jest jednym z największych osiągnięć ludzkości. Bowden je poddał w wątpliwość - miał zapisane w nim : "bronić swojego klienta wszelkimi dostępnymi środkami w granicach wyznacznego prawa". I złamał zasadę. Może jest to rodzaj krytyki stanu prawnego, który zmusza adwokatów do zachowań nieetycznych w imię realnej sprawiedliwości.

              I teraz widz ma dwa punkty widzenia : adwokata-kłamcy w "słusznej sprawie" i przestępcy-okłamanego. Z jednej strony - jest tak jak Ty piszesz, że dzięki temu, co robił Bowden być moze ktoś został ocalony; posłał gościa do puszki najzupełniej słusznie, ale z drugiej - zawsze pozostaje ALE : złamał prawo. I dlatego musi to odpokutować. Słusznie zrobił, ALE nieczysto. jego dramat polega na tym, że inaczej nie mógł. Nie był cyniczny, co jest jego zaletą, ALE to go nie usprawiedliwia wcale. Cady jest jego szansą, zeby się oczyścić, żeby tamten jego czyn nieetyczny stał się jednoznacznie pozbawiony nalotu przestępstwa, jakim go obłożył. W ogóle, żeby tamtą sprawę zamknąć raz na zawsze.

              Jedno mnie trochę dziwi, może mi to wytłumaczysz/cie - Cady wszedł w posiadanie akt sprawy, kiedy zaczął siebie bronić sam; był w nich raport, który zataił Bowden - dlaczego Cady nie wziął tego papiera i nie zrobił rejwachu ? zniszczył by Bowdenowi karierę ujawnieniem, ze ileś lat temu wykręcił on taki numer... I dlaczego Bowden nie zniszczył tego raportu, zeby nigdy nie zobaczył on świata, tylko wpiął go do akt, prosząc się o kłopoty - był tak naiwny, czy tak głupi ?

              Masz rację, w ogrywaniu spr obniżania wyroku za gwałt z okazji prowadzenia się ofiary na pewno jest krytyka systemu prawnego w Ameryce, który takie cuda dopuszcza.



              • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 19.06.10, 20:29

                >dlaczego Cady nie wziął tego papiera i nie zrobił rejwachu?

                Tak by postąpił człowiek normalny. A Cady normalny nie jest, ma
                ewidentnie problemy ze sobą, z realną oceną rzeczywistości, z
                emocjami, z odróżnianiem dobra od zła, dlatego też nie poszedł
                szukać sprawiedliwosci w sądzie, tylko postanowił wymierzyć ją na
                własną rękę.

                I to co piszesz w odniesieniu do Bowdena w pierwszym akapicie, imo,
                bardziej odnosi się do Cady'ego, który wymierza "sprawiedliwosć" w
                sposób brutalny, nierównomierny do doznanej krzywdy, mszcząc się nie
                tylko na Bowdenie, ale i na całej jego Bogu ducha winnej rodzinie.

                Na korzyść Bowdena, jak już mówiłam, przemawia chęć uchronienia
                społeczeństwa przed niebezpiecznym osobnikiem, co mogłby pewnie
                stanowić okolicznosć ładgodzącą, gdyby w ogóle doszło go procesu
                Bowdena. Prawo na szczęscie uwzględnia wszelkie okolicznosci w
                jakich zostało popełnione, przestępstwo, nadużycie.

                Kwestia prawa do obrony dla groźnych przęstepców, bandytów,
                morderców, zabójców, brutalnych gwałcicieli, to szerszy problem i
                dotyczy nie tylko prawodawstwa amerykańskiego.

                Oczywiście nie chciałabym dowartościowywać zbytnio tego filmu, ale
                gdybym miała doszukiwać się tu jakiegos drugiego dna, krytyki
                prawdodawstwa, czy pogladów na temat karania przestęców, to
                powiedziałabym, że twórcy opowiadają się raczej za surowym karaniem
                brutalnych psychopatycznych morderców, gwałcicieli, a być może są
                nawet za karą śmierci dla takich ludzi.


                A Tak naprawdę myślę, że Cady nie mógł szukać sprawiedliwości w
                sądzie (i Bowden nie mógł zniszczyć dokumentów obciążających
                Cady'ego), bo powstał by zupełnie inny gatunkowo film np. jakiś
                dramat sądowy, albo kino wiezienne, a nie thiller o psychopacie
                mszczącym się na swym adwokacie...
                :)
                • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 20.06.10, 12:42
                  barbasia1 napisała:

                  > Kwestia prawa do obrony dla groźnych przęstepców, bandytów,
                  > morderców, zabójców, brutalnych gwałcicieli, to szerszy problem i
                  > dotyczy nie tylko prawodawstwa amerykańskiego.

                  Mała korekta -
                  Kwestia prawa do obrony dla groźnych przęstepców, bandytów,
                  morderców, zabójców, brutalnych gwałcicieli budzi liczne
                  kontrowersje, wątpliwości nie tylko w Ameryce.
                  :)
                • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 21.06.10, 15:40
                  No tak własnie, ale w scenariuszu trrochę to zgrzyta - Bowden powinien był zniszczyc ten raport, wtedy by się trzymało to jakiejś kupy.

                  Nieadekwatność zemsty Cady'ego jest zabiegiem fabularnym, dramatyzującym całą akcję, tu się zgadzamy :). Lecz jakkolwiek nie byłoby to zaaranżowane i czemukolwiek by nie służyło, to jednak ma on motyw, a Bowden złamał zasady etyki. Mógł się zrzec obrony, jest taki paragraf. Ale miał ten raport w ręku i postanowił złamać prawo w imię słusznej sprawy. Tłumaczyć można wieloma sposobami, i będzie w tym moralna racja, ale jednak pozostaje druga racja : w imię jednej złamał inną. Na tym polega ten cały, wg mnie, nierozwiązywalny na gruncie obiektywnej moralnej oceny problem :)

                  • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 21.06.10, 16:23
                    To prawda trochę zgrzyta (zwałszcza tym bystrym, docielkiwym i
                    logicznie myślącym ).
                    Wiesz, gdybym miała sobie to teraz wytłumaczyć to kombinowałabym
                    tak, że może Bowden zapomniał zniszczyć ten raport, zapomniał, że
                    zostawił go w dokumentacji, do której potem dotarł Cady. To całkiem
                    prawdopodobne ...

                    A może po prostu scenarzyście nie wydało się istotne znaleźnienie
                    jakiegoś bardziej przekonującego zawiązania intrygi?

                    Oczywiście, bez dwóch zdań, Bowden przekroczył normy etyki swej
                    profesji i powinien ponieść za to konsekwencje, zostać ukarany,
                    zgodnie z obowiązującymi przepisami (przy uwzględnieniu okoliczności
                    łagodzących).
                    Natmiast Bowden w żadnym razie nie zasłużył sobie na tak okrutną
                    karę, na samosąd z ręki Cady'ego. :)



                    > Nieadekwatność zemsty Cady'ego jest zabiegiem fabularnym,
                    dramatyzującym całą akcję, tu się zgadzamy :).
                    Oczywiście.
                    Nie mniej jednak zemsta jest realna dla Bowdena, bohatera filmowego.

                    :)
                    • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 22.06.10, 12:13
                      Złamał prawo w sprawie, która nim wstrząsnęła i beztrosko zapomniał o dowodzie ? : ) Hmmm, jednak wydaje mi się, jak Tobie, że scenarzysta uwierzył, że ten szczegół zginie w tłumie, hehe.

                      Własnie. Widzisz, Bowden nie poniósł kary za to przestępstwo. TO Cady wymierza mu karę - w swoim mniemaniu za własną krzywdę; w spojrzeniu z zewnątrz - Cady jest narzędziem sprawiedliwości. Bowden przechodzi katharsis.
                      Nawet jeśli złamałeś prawo w słusznej sprawie, musisz za to ponieść karę - tak, wg mnie, kombinują twórcy/a. Uniknąłeś prawa stanowionego, ale Temida ma rózne sposoby, żeby cię dopaść ;)


                      • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 22.06.10, 14:42
                        Bowden musiał "zapomnieć" sobie, bo jakby inaczej Cady odkrył występek swego
                        prawnika?

                        >w spojrzeniu z zewnątrz - Cady jest narzędziem sprawiedliwości.

                        Nie, nie zgadzam się! Cady nie jest żadnym narzędziem sprawiedliwości, czy
                        karzącą ręką Temidy, w żadnym wypadku! Cady ucieleśniem ślepego, nienawistnego
                        pragnienia okrutnej zemsty, oczywiście daleko poza granicami dopuszczalnymi
                        przez prawo, jest wcieleniem ślepych, morderczych instynktów człowieka.

                        Cady ginie, Bownen i jego rodzina wychodzą cało z opresji.
                        Jeśli twórcy tu rzeczywiście coś więcej kombinuja, to raczej mówią, że ludzie
                        niebezpieczni powinni być skutecznie izolowani od społeczeństwa.
                        :)
                        • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 23.06.10, 11:18
                          Ha, no to pozostaniemy przy swoich interpretacjach :)

                          Dla mnie Cady będzie oczyszczającą karą dla Bowdena za złamanie regul etyki zawodowej. Cady zasługiwał na odsiadkę, ale zasługiwal też, zgodnie z prawem, na uczciwy proces, w którym wszystkie dowody mogące świadczyć, wg prawa, na jego korzyśc powinny zostać dopuszczone. Bowden podeptał jego prawa. Jakkolwiek to brzmi, wobec skali przestępstw Cady'ego, tak właśnie się stało. Nie został uczciwie, wg zasad prawa, osądzony. Tu jest wg mnie pułapka - jeśli damy się ponieść w swojej ocenie emocjom, to po co nam prawo ? A jesli w tym momencie je olejemy, to w innym też możemy, prowadzić to będzie do chaosu, do zakwestionowania norm wszelkich. A zacznie się właśnie od Cady'ego.

                          Jest też element obrazoburczy tutaj, bo Cady został potraktowany jak... Jezus. Jak Jezusowi odmówiono mu prawa do uczciwego procesu. W tym jednym punkcie są to zbieżne historie. Jakkolwiek to brzmi. Gdyby Cady został skazany, ale Bowden ujawnił ten raport, to Cady nie miałby powodu do zemsty. On nie bierze na Bowdenie odwetu za to, że go skazano. Bierze odwet za to, ze Bowden go oszukał. Gdyby go skazano, a Bowden był wobec niego uczciwy i zgodnie z regułami postępował, Cady nie miałby powodów do żadnej zemsty. Cady reprezentuje rację prawną. Bowden moralną. Ale prawo tę rację moralną wyznacza, powstało po to, by nie dokonywac samosądów. Jest niedoskonałe, wymaga ulepszeń i poprawek, ale nie kwestionowania po całości, bo dalej jest już tylko bezhołowie.
                          • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 29.06.10, 13:39
                            grek.grek napisał:

                            > Jest też element obrazoburczy tutaj, bo Cady został potraktowany
                            jak... Jezus.

                            W fimie w ogóle nie dostrzegam owego „obrazobrustwa”, o którym
                            piszesz, natomiast za obrazoburcze (można by uznać Twą
                            interpretację, oczywiście przy złej woli, w każdym razie ,
                            przywołanie Jezusa w kontekście tego filmu i postaci
                            psychopatycznego mordercy Maxa Cady’ego, a na pewno jest bardzo
                            kontrowersyjne. Mnie to potwornie zgrzyta. To jak strzał z armaty
                            do komara. Nie tak skala porównawcza! – to przede wszytskim.

                            Choć rzeczywiście spostrzeżenie do pewnego stopnia trafne, tu i
                            tu jest ten sam motyw – nieuczciwy proces, tylko że na tym szczeógle
                            podbieństwo się kończy. Uważam, ze to za mało by przywoływać tę
                            wielką postać-symbol. Zresztą nie tylko dlatego, Cady to przecież
                            przeciwieństwo Jezusa, na każdej płaszczyźnie, choćby moralnej.
                            Jezus mówi o miłosci, o koniecznosci przebaczania, o tym, ze nie
                            należy się mścić za doznane krzywdy, ale raczej pozostać uległym,
                            pokornym i nadstawć drugi policzek, mówił o tym, że zło dobrem
                            należy zwycieżać. A Cady mści się okrutni, morduje, czyni zło
                            drugiemu.

                            > Dla mnie Cady będzie oczyszczającą karą dla Bowdena za złamanie
                            >regul etyki zaw

                            Dla mnie Cady nie reprezentuje „oczyszczającej kary”, ale okrutną,
                            bezlitosną, bezrozumną zemstę, samosąd , bezhołowie (w dodatku karze
                            podlegają oprócz Bowdena także niewinne osoby, które na to
                            zupełnie nie zasłużyły, jego rodzina). Formy tej zemsty w żaden
                            sposób nie da się usprawiedliwiać poczuciem krzywdy Cady’ego (za nie
                            do końca sprawiedliwy wyrok ).

                            Cady byłby dla mnie „oczyszczającą karą” dla Bodena,
                            reprezentowałby „rację prawną”, gdyby działał w granicach prawa,
                            czyli poszedł do sądu, domagał się kary dla Bowdena za zatajenie
                            dokumentów, za przekroczenie reguł ustalonych przez prawo (nie
                            kwestionuję, ze Bowden popełnil wykroczenie, naruszył zasady swego
                            zawodu, ale z drugiej strony, nasuwa się pytanie, co to za
                            sprawiedliwość, co to za prawo, które pozwala, dzięki dyskusyjnym i
                            niesprawiedliwym dowodom, uniknąć kary groźnemu przestępcy), gdyby
                            domagał się odszkodowania dla siebie za lata niesłusznie (?)
                            spędzone w więzieniu. Cady nawet nie próbuje szukać sprawiedliwosci
                            w sądzie, tylko działa bezroumnie, emocjonalnie, powodowany
                            złością, nienawiścią, pragnieniem okrutnej zemsty, sam wymierza
                            okrutną karę,. A to już ewidentny samosąd, bezhołowie ( bardzo
                            niebezpieczne), o którego tez się przecież obawiasz!

                            :)
                            • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 29.06.10, 14:40
                              No i o ten nieuczciwy proces mi chodziło. Żadnego porównania ogólnego nie czynię. Napisałem : "został potraktowany jak..." - tylko tyle.

                              Zemstę Cady'ego traktuję właśnie jako oczyszczenie dla Bowdena. Za złamanie etyki zawodowej, za skrzywdzenie drugiego człowieka. Bo Bowden to zrobił. Nieważne w jakiej intencji. Fakt pozostaje faktem. I to jest własnie przewrotność tej historii.

                              Ja mówiłem o motywacji Cady'ego. Dla mnie jest całkowicie normalna. Własnie dlatego, że nie jest Jezusem, co skwapliwie zauwazyłaś, postępuje tak, a nie inaczej. Mógłby inaczej ? MOże by mógł, ale oczyszczenie musi miec odpowiednią formułę :) I nie mówię o pkt widzenia Cady'ego - on jest mścicielem własnej krzywdy. Mówię o spojrzeniu na to z pkt widzenia powszechnie istniejących zasad moralno-jakichśtam. Cady ma słusznośc. Środki nieadekwatne zapewne. Ale ma rację. Został skrzywdzony. Bowden też poniekąd rację ma, ale tę duchową bardziej, bo literę prawa złamał. Musi się odbyć jakąś forma zadośćuczynienia - nie Cady'emu, bo on pewnie nie zasłużył z okazji przestępstwa, jakie popełnił, ale wobec prawa, zawodu, służby publicznej, moralności, reguł postępowania jakie ludzkość przyjęła za właściwe, a które Bowden ominął.

                              "Ewidentny samosąd" - no tak, ale w przeciewieństwie do jakiegoś ulicznego spontanicznego linczu poprzedzony procesem, w trakcie którego Cady został skazany, a Bowden złamał prawo nie broniąc go tak, jak na to zasługiwał - zasługiwał, w znaczeniu prawnym, a skoor prawo postawiliśmy na szczycie, to albo go przestrzegamy w całości i akceptujemy, albo stawiamy na bezhołowie. Bottom line jest taka, że Bowden wcale lepiej się nie zachował niż Cady. Byli siebie warci.
                              czy nadal jest to samosąd ? Jest to zemsta Cady'ego, a dla Bowdena jest to kara za to czego sam się dopuścił. Okazja do rozliczenia się z przeszłością.

                              I wniosek : nie da się niczego zakopać ot tak, i liczyć że nie wygrzebie się spod ziemi. Przeszłość zawsze wraca,a to co nierozliczone i niefajne w końcu upomni się o sprawiedliwą miarkę.

                              • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 06.07.10, 20:31
                                >No i o ten nieuczciwy proces mi chodziło. Żadnego porównania
                                >ogólnego nie czynię. Napisałem : "został potraktowany jak..." -
                                >tylko tyle.


                                Ale przywołanie postaci Jezusa, jego procesu , wyroku wydanego przez
                                Piłata w kontekście tego filmu, w kontekście sprawy Cady’ego
                                nieuchronnie narzuca takie porównanie, ale nie tylko to, bo
                                jeszcze to stwierdzenie o „obrazobrustwie w filmie” ewidentnie
                                skłania do poszukiwania analogii, choćby po to, by zrozumieć, na
                                czym miałoby polegać owo, jak mówisz, obrazoburstwo.

                                Zresztą te dwie sprawy, Jezusa i Cady’ego w gruncie rzeczy są
                                zupełnie różne, jeśli im się wnikliwiej przyjrzeć; niezupełnie jest
                                tak, że obaj zostali postraktowani tak samo. W czasach, kiedy
                                odbywał się proces Jezusa prawodawstwo było jeszcze bardzo
                                niedoskonałe, w naszych czasach, zauważ, prawo jest w miarę dobre,
                                choć oczywiście dalekie od doskonałości (mam tu na myśli, o czym już
                                wspominałam, ów dyskusyjny (imo niesprawiedliwy) przepis o tym, że
                                jeśli osobą zgwałconą była dziewczyna źle się prowadząca,
                                prosytutka, to wyrok za gwałt na niej, nawet brutalny gwałt może być
                                niższy niż w przypadku gwałtu na „porządnej” dziewczynie) , w
                                sprawie Cady’ego zawodzi człowiek - Bowden, adwokat Cady’ego,
                                kierując się, wbrew prawu, emocjami, jakimiś swoimi racjami, dość
                                zresztą nawet ważkimi / ochrona społeczeństwa przed groźnym
                                przestępcą/, które można zrozumieć, ale oczywiście nie mogą być one
                                usprawiedliwieniem dla wykroczenia, co najwyżej mogłyby one
                                świadczyć w jakimś stopniu na korzyść Bowdena, mogłyby przyczynić
                                się do obniżenia wyroku, gdyby doszło do procesu. Prawo, jak
                                doskonale wiesz, uwzględnia wszelkie intencje, okoliczności
                                popelnienia przestępstwa, czy wykroczenia. Inaczej sądzi się tego,
                                który ukradł coś, bo był np. głodny, inaczej, kogoś, kto zabrał coś,
                                by się wzbogacić, a inaczej jeszcze złodzieja-recydywistę. Jeden
                                czyn , a jakże różne potem są za niego kary.


                                I co jeszcze, porówywanie sprawy Cady’ego do sprawy Jezusa,
                                mówienie "został potraktowany jak Jezus", stawia Cady’ego w zupełnie
                                innym, i to znacznie lepszym świetle, na co nie mogę się absolutnie
                                zgodzić. W blasku jasnej (czytaj: dobrej) postaci Jezusa,
                                promieniującej dobrym światłem na Cady’ego (za sprawą słów
                                ”został potraktowany jak ...” ) cały kontekst tej złożonej,
                                mrocznej sprawy Cady’ego, wszystkie szczególy i okolicznosci sprawy,
                                są nagle jakby usunięte w cień, co nie pozwala na trzeźwą i
                                racjonalną ocenę całej sprawy.

                                Bowden zataił dokumenty, które mogły wpłynąć na skrócenie kary dla
                                człowieka, którego bronił, popelnił wykroczenie, to nie podlega
                                żadnej dyskusji. I Cady, kiedy odkrywa postępek swego adwokata, ma
                                prawo czuć się oszukany, rozgoryczony, zły, wściekły to zrozumiałe.
                                Ma prawo domagać się zadosćuczynienia, surowego ukarania Bowdena,
                                ale jednak kara powinna być wymierzona w granicach prawa.
                                Wymierzanie kary na własną rękę (co do tego, ze to jest samosąd nie
                                ma(m) żadnych wątpliwości, jeszcze raz powtórzę) i to w tak okrutny
                                przecież sposób jest wbrew jakiemukolwiek prawu, jest właśnie
                                bezhowłowiem, które też potępiasz.

                                Według „racji prawnej” by nastapiło „oczyszczenie” (to a propos
                                Twych słów: MOże by mógł, ale oczyszczenie musi miec odpowiednią
                                formułę :) [...] Mówię o spojrzeniu na to z pkt widzenia powszechnie
                                istniejących zasad moralno-jakichśtam
                                )
                                kara musi być przede wszystkim odpowiednia do przewinienia,
                                równoważna do niego (tak stanowi prawo). A w rozpatrywanym przez nas
                                przypadku Cady, powodowany pragnieniem zemsty, wymierza karę
                                (samosąd) wielokrotnie większą od przewinienia. To jest bardzo
                                niebezpieczne bezhołowie.


                                Oczywiście to, co zrobił Bowdenowi Cady jest karą dla niego za
                                wykroczenie, za złamanie etyki prawniczej, ale imo, ta kara nie ma
                                nic wspólnego z „racją prawną”, „racją etyczną, czy moralną”, czy po
                                prostu ze sprawiedliwością. To co robi Cady to okrutna dzika,
                                bezprawna, niesprawiedliwa zemsta.

                                Nieprawda, że Cady i Bowden są siebie warci. Obaj popełnili
                                przestępstwo to prawda,ale były to przestępstwa o różnym ciężaże
                                gatunkowym. Cady mszcząc się popełnil nieporównywalnie większe (i
                                wiecej) przestępstwa, to po pierwsze, po drugie Bowdenem, kiedy
                                sądzie zatajał dokumenty powodowały dobre intencje (chęć
                                uchronienie społeczeństwa przed złym, brutalnym człowiekiem,
                                powtórzę; i to na pewno byłaby dla sądu okoliczność łagodząca), a
                                Cadym tylko złe emocje (jakieś mroczne pierwotne instynkty
                                dzremiece w człowieku ), pragnienie zemsty okrutnej.


                                >I wniosek : nie da się niczego zakopać ot tak, i liczyć że nie
                                >wygrzebie się spod ziemi. Przeszłość zawsze wraca,a to co
                                >nierozliczone i niefajne w końcu upomni się o sprawiedliwą miarkę.


                                Tak. Pod tym się podpisuję.

                                :)
                                • grek.grek Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 07.07.10, 12:45
                                  Raz jeszcze : sprawy są rózne, ale ja nie o sprawach jako takich pisałem, tylko o tym, że jeden i drugi został przed sądem oszukany :)
                                  O, w obu sprawach zawiódł człowiek - w pierwszym przypadku tchórzliwy politycznie uwarunkowany Piłat, a w drugim adwokat Bowden. Obaj kierowali się racjami - jeden politycznymi, drugi subiektywnie moralnymi. Obaj chronili społeczeństwo, we własnym mniemaniu : jeden przed groźnym wichrzycielem, drugi przed gwałcicielem. Obaj kierowali się czym innym niż powinni, aby mogli być uznani za uczciwych. Obaj mieli na wzg interes ogółu, filtrowany przez własną wyobraźnię i poczucie obowiązku. Obaj mieli możliwość obronienia podejrzanego i żaden z tego nie skorzystał.

                                  No właśnie na tym polega rzecz, ze Cady szuka zemsty poza prawem. Być może przestępstwo Bowdena się przedawniło, więc nawet gdyby chciał, to i tak na drodze prawnej nic by nie wskórał. Ale to tylko dywagacje, bo wiemy, że Cady mści się tak, jak sam chce, a nie jak by mógł. To oś fabuły, więc wg mnie poozstaje trochę poza dociekaniem racjonalności takiego postępowania. Znacznie ciekawsza wydaje mi się właśnie kwestia winy Bowdena.

                                  Jasne, że Cady to bezhołowie, ale akcja Cady'ego to jest akcja wykonywana prywatnie, jest zemstą, jest czymś małym moralnie, zaś Bowden łamał prawo w ramach procedur sądowych, w ramach procesu, który powinien się odbywać z poszanowaniem ustalonych reguł, bo dzieje się ramach systemu sprawiedliwości, w który powinniśmy wszyscy wierzyć i w nim pokładać zaufanie. Cady działa w ramach przestępstwa. Bowden w ramach prawa. To szalona róznica. Zresztą, Cady jest ironistą - nie łamie przez długi czas prawa - prowokuje zaś Bowdena, by on je łamał. Ktoś powie - w obronie rodziny, w samooobronie. Tak, ale jednak je łamie. Jest bezsilny wobec procedur, którym sam powinien służyć i w które powinien wierzyć.

                                  Powtórzę : Cady nie działa w ramach prawa, on się mści i ma prawo w nosie, albo wykorzystuje je w sposób ironiczny przeciw Bowdenowi, wramach tej zemsty, on NIE MUSI być w zgodzie z prawem, on w jasny sposób reprezentuje bezhołowie - trudno to porównywać do działania Bowdena, który był zobligowany przez procedury, przez zawód, przez majestat prawa do jego przestrzegania, on MUSIAŁ być w zgodzie z prawem, a przestał i sam zaczął bezhołowie uprawiać, za pomocą złamania prawa i postępowania wg swoich własnych zasad uczciwości. Być moze słusznych, ale jednak przeciw ustalonemu prawu. gdyby to zaakceptować, stworzył by się precedens, każdy brałby prawo we własne ręce, a nie każdy byłby w stanie być równie wrażliwy i mieć tyle racji, co Bowden.

                                  Bottom line : akceptując bezhołowie Bowdena MUSIELIBYŚMY zaakceptować bezhołowie Cady'ego. Bowden wymierzaył sprawiedliwość podług własnej miary, więć dlaczego nie akceptować faktu że Cady tez je wg własnej miary wymierza ? Cięzar gatunkowy to, wg mnie, za mało, zeby to odróznic. Reguła nadrzędna jest bowiem ta sama. To jest wg mnie klucz do interpretacji tej historii i zrozumienia słuszności dziejowej oczyszczenia jakie musi przejść Bowden.









                        • barbasia1 Re: "Przylądek strachu" dziś 22:50 2-ka. 29.06.10, 13:33
                          barbasia1 napisała:

                          > Jeśli twórcy tu rzeczywiście coś więcej kombinuja, to raczej
                          mówią, że ludzie
                          > niebezpieczni powinni być skutecznie izolowani od społeczeństwa.

                          Raz jeszcze, inaczej.
                          Cady swymi poczynaniami, okrutną i przerażającą zemstą na Bowdenie,
                          na jego rodzinie udowodnił, że nie zasłużył na skrócenie wyroku,
                          ani tym bardziej na ułaskawienie, które byłby uzyskał gdyby, Bowden
                          wiele lat wcześniej nie zataił stosownych dokumentów.

                          Mysle, że twórcy, jeśli rzeczywiście mamy doszukiwać się drugiego
                          dna w tym thrillerze, chcieli zwrócić uwagę na niedokonałość
                          prawodawstwa, które daje szanse na wywinięcie się od kar osobnikom,
                          którzy na to wogóle nie zsługują, osobinikom, którzy są winni
                          brutalnych przestępst , a którzy na skutek różnych szcześliwych
                          zbiegów okoliczności , kruczków prawnych, dyskusyjnych przepisów
                          prawa (tu: dziewczyna, dziecko! 16-letnie! była prostytutką, co
                          stanowiło okoliczność łagodzącą) mogą uniknąć kary i co gorsza dalej
                          krzywdzić ludzi.

                          :)
    • pepsic "Zło" TVP 2 godz.22.55 - niegdyś "Malice" 14.06.10, 11:43
      Zajawka spojlerowana
      Całkiem przyzwoity thriller. W roli przystojnego chirurga Alec Baldwin - o 17
      lat lżejszy i uroczo niewinna (do czasu) królewna Śnieżka, czyli Nicole
      Kidman - ze zwyczajowo przekombinowanym i mało subtelnym końcem. Zaraz po Lisie.
      • barbasia1 Re: "Zło" TVP 2 godz.22.55 - niegdyś "Malice" 15.06.10, 16:52
        Obejrzałam /bez końcówki/! I w trakcie oglądania przypomniało mi
        się, że też kiedyś (pewnie w tych samych czasach co Grek) już to
        widziałam... ale za południwo afrykańskiego boga nie mogę sobie
        przypomnieć jak się to wszytsko zakończyło!?


        Dla Greka w skrócie-
        Akcja zaczyna się od brutalnego napadu i gwałtu na studentkę
        uniwersytetu albo colledge'u. Dziewczyna zostaje cudem odratowana
        przez świetnego (i bardzo zarozumiałego, wręcz uważającego się
        za "Boga") chirurga (Alec Baldwin), który własnie został przyjęty do
        miejscowego szpitala. Do szpitala przychodzi dziekan (Bill Pullman)
        tego uniwerku, czy koledżu, by zapytać o jej zdrowie. Dziekan żywo
        interesuje się tą sprawą, bo to nie pierwszy brutalny gwałt, jaki
        zdarzył się na terenie kapusu. Rozmawia z chrurgiem, który ją
        uratował, okazuje się, że ów chirurg jest kolegą szkolnym dziekana.
        Dziekan zwierza się (w tej albo kolejnej rozmowie)koledze lekarzowi,
        że jego miła i urocza żona (wygladają na dobre małżeństwo) Tracy
        (N. Kidman), która jest przedszkolanką, od kilkunastu dni cierpi na
        napadowe bóle brzucha. Poza tym proponuje mu jeszcze wynajęcie
        pokoju u u siebie. Państwo dziekanowstwo mają małe problemy
        finasowe, na dodatek muszą przeprwadzic kosztowny remont
        instalacji wodnej.
        Chirurg się zgadza, bo dopiero co przybył do miasta i jeszcze nie
        znalazł sobie dobrej kwatery. Wprowadza się więc , ku lekkiemu
        niezadowoleniu Tracy, na pięterko. Potem okazuje, że Tracy miała
        trochę rację krzywiac się na nowego lokatora, bowiem doktorek
        figluje ostro z pielęgniarką ze szpitala, zakłócając im błogi spokój
        (może sprawia, że mają kompleksy...?) ...
        Pewnego dnia Tracy ma straszny napad bólu, przewraca się, niestety
        nikogo nie ma w domu, ale jakimś cudem udaje jej się doczołagać do
        telefomu i zadzwonić do szpitala po pomoc. Szpital ściąga na dyżur
        naszego lekarza-chirurga, który własnie bawi się wesoło z pozannymi
        w knajpie paniami i drinkuje ostro. Doktor przybywa do szpitala i
        dowiaduje się, że musi operować ! Bez ządnych skrupułów podejmuje
        się operacji, a za chwilę dwoiaduje się kogo będzi operować.
        W międzyczasie przychodzi mąż Tracy. Chrurg wychodzi do niego w
        przerwie i oznajmia mu, że usunął Tracy jeden jajanik, który pękł i
        będzie musiał usunac drugi , który jest martwy (lekarz nie wie tego
        na 100%, bo z braku czasu nie można wykonać odpowiednich badań, mimo
        wszytko uznaje , ze organ, jajnik jest matrwy ). Dodaje, że jeśli
        tego nie zrobi Tracy umrze, ale wycięcie drugiego jajanika wiąże się
        z przykrą konsekwencją - Tracy będzie bezpłodna. Ale to nie wszytsko
        doktro mówi dziekanowi, że Tracy,była w 4 tygodniu ciąży, ale
        oczywiscie po operacji poroniła... Dziekan jest w szoku, bo było
        upragnione dziecko, bo musi wydać zgodę za operację, na wycięcie
        drugiego jajanika, na pozbawienie Tracy w przyszłosci szansy na
        macierzyństwo, ale z drugiej strony nie ma się nad czym zastanawiać,
        bo przeciez grozi jej śmierć. Godzi się na opracaję. Operacja
        przebiega pomyslnie. Ale chrurg dowiaduje się już po wszytskim ,
        że jajnik nie był martwy! Info przynosi mu ordynator, który radzi by
        spalić te dokumenty z tymi wynikami,ale lekarz ku zdziwieniu
        ordynatora, oznajmia, że wszytko ma zostać tak jak jest, on podjał
        taką decyzję i jest za nią w pełni odpowiedzilany i poniesie
        wszelkie konsekwencje. O wszytkim dowiaduje się więc zaraz żona
        dziekana Tracy, dziekan. Tracy ma potworne pretensje do męża,że
        zgodził się na operację, ze pozbawił ją mozliwości bycia matką w
        przyszłości, postnawia więc odejśc od niego. Dziekan jest
        zrozpaczony. Potem Tracy wnosi sprawę do sądu o wielkie
        odszkodowanie za tę pomyłkę lekarską. Opócz świetnego adwokata
        (przystojy Peter Gallagher) ma dodatkowy agrument - chrurg
        przeprowadzając operację był po kilku drinkach. Szpital więc bez
        sprzeciwów przyznaje jej odszokodwanie w wysokości 20 milionów
        dolarów!
        Dziekan w międzyczasie dowiaduje się, że jest bezpłodny. (Dzieje się
        to przy okazji sprawy gwałtów na terenie uniwerku, pani inspektor
        prowadzaca śledztwo, sugeruje mu poddać się badaniu spermy, by
        oddalić wszelkie podejrzenia od siebie, że niby on jest tym
        gwałcicielem, ponieważ jakoś tak się dziwinie złożyło, a odkryła to
        policja, ze dziewczyny byłu gwałcone, tuż po wizytach w gabinecie
        dziekana! ). Postanawia więc odnależć zonę dowiedzieć się, kto był
        ojciem tego dziecka, które poroniła w trakcie tej nieszczęsnej
        operacji . Leci najpierw do adwokata, ktory ją reprezentował w
        sprawie odszkodwania od szpitala. Oskarża adwokata o romans z jego
        żoną, ale adwokat spokojnie wyjaśnia, ze nigdy z nią nie spał, nic
        między nimi nia ma. Wyjasnienie przekonują dziekana, więc prosi
        tylko o aders Tracy. Niestety adwokat nie moze dać adresu do niej,
        bo to niezgodne z prawem, ale radzi udać się dziekanowi do Matki
        Tracy z butelką czegoś mocnego. Od niej na pewno czegoś się dowie.
        Dziekan jest w szoku, albowiem Tracy zawsze mówiła, że jej matka nie
        żyje ...
        Dziekan jedzie więc do tej matki, rozmawia z nią / z rozmowy
        pamiętam piąte przez dziesiate razy dwa, zrozumiałam tyle, że matka
        przedstawiła ja w bardzo złym świetle/ . Matka Tracy daje mu adres
        do jakiegoś domu na odludziu, dziekan jedzie tam. Kiedy jest już na
        miejscu usiłuje dostać się do tego domu, patrzy przez okno, a na
        stoliku w pokoju stoi figurka, taka sama , jaka stała u nich w
        saloniku i u matki Tracy w pokoju ...
        I tu film mi się urwał!
        Pomożecie!? Pepsic pomożesz? , Kto z kim był w zmowie? Jak sie
        skończyla ta historia?

        A gwałciciela dziekan wytropił przypadkiem, kiedyś został dłuzej w
        pracy w swym gabinecie na uniwerku, W pewnym momencie zgasła mu
        lapma, wypaliła się żarówka , więc poszedł po nową do jakiegos
        składzika w piwnicy, gdzie urzędkował pan stróż/konserwator. Wracjąc
        z żarówką rzucił okiem na biurko goscia, wiął do ręki ramkę ze
        zdjęciem, z której nagle wypadł pukiel włosów, potem porzebał w
        pudelku i tam też znalazł pukle włosów...
        Oczywiscie niespodziewanie wpadł pan konserwator, tłumaczył się
        najpierw ,że to włosy jego matki, a potem widząc nieswoją minę
        dziekana zaatakował go od tyłu, ale dziekan zdołal go powalić i
        zawiadomił policję...

        :)
        • pepsic Re: "Zło" TVP 2 godz.22.55 - niegdyś "Malice" 15.06.10, 18:10
          Postaram się :)
          Matką dała do zrozumienia dziekanowi, że córka to osoba cwana i pazerna na
          pieniądze. Kiedy mąż i ojciec przed laty je zostawił - najbardziej żałowała, że
          przy okazji ukradł zamelinowane pod materacem 200 $. Wg relacji matki niegdyś
          związała się z bogatym przyjacielem ojca, ale nie chciał się z nią ożenić,
          więc wyciągnęła kasę na aborcję, tzn. forsę zgarnęła, a zabieg odpracowała w
          szpitalu. Tu padło nazwisko lekarza chyba Aleca Baldwina, ale nie bardzo
          rozumiem jego udział, może chodziło o innego lekarza, bo o kimś jeszcze była
          mowa w scenie wyciągnięcia adresu Baldwina (coś na rzeczy było w kwestii zmiany
          nazwiska). Dziekan pojechał pod wskazany przez matkę adres - nadmorski domek,
          gdzie z ukrycia zobaczył swoją żonę i chirurga (tak, tak A.Baldwin) jako
          parę kochanków. Po powrocie do domu w przypływie bezsilnej złości przewrócił
          stolik przy łóżku Tracy znajdując przypadkowo strzykawkę z tajemniczym
          płynem. Okazało się, że jest to środek podtrzymujący ciążę, w stężonej dawce
          działający odwrotnie (coś w tym stylu). Spotkał się następnie z Tracy,
          która początkowo próbowała sztuczek z uwodzeniem informując ją, że wie o
          romansie z Alekiem i ich grze (o ciąży i świadomym usunięciu zdrowych jajników w
          celu wyłudzenia odszkodowania). Za milczenie zażądał połowy wyłudzonej kwoty.
          Przy okazji oznajmił, że jest świadek, który widział, jak Baldwin codziennie
          robił jej zastrzyki poronne - chłopiec z sąsiedztwa. Wcześniej poinformował
          Baldwina o obciążającym fakcie tj. swojej bezpłodności. W następnej scenie w
          domku nad morzem Tracy namawia Baldwina do usunięcia świadka - ten jednak
          kategorycznie odmawia. Mało tego nalega, żeby oddać połowę z 20 mln $ mężowi.
          Tak naprawdę jest "tylko" oszustem, nie mordercą i nadal chce pracować w swoim
          zawodzie zgodnie z powołaniem. Miał też pretensje o jej ciążę,o której nie było
          w planach, a stała się gwoździem do trumny. Tracy więc strzela do niego raniąc
          go śmiertelnie, następnie zakrada się do domu sąsiadów z zamiarem zabicia
          świadka, ale tu czeka na nią mąż z koleżanką policjantką, którzy łapią ją na
          gorącym uczynku. Kiedy Tracy w kajdankach wsiada do samochodu policyjnego
          zauważa, że chłopiec jest niewidomy.
          Ps. Grek ma trochę racji, wczoraj film nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jak
          za pierwszym razem.