Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2011 - 1 (vol.12)

01.01.11, 10:51
Param, tadam, trututu - niniejszym, trzecia juz, roczna edycje Ojejku za otwarta sie uwaza :)

Ale na dzis to niestety chyba nic nie polece, bo takiej "popeliny" to juz dawno nie bylo :(((
Zle to wrozy, oj zle!

Pozdrawiam noworocznie - mam nadzieje, ze dobrze sie wczoraj bawilisice??? :)
Obserwuj wątek
    • grek.grek więc : "superman", hehe,"hannibal", "mikołaj" 01.01.11, 12:37
      pozdrawiam także, hepiniujer ;]

      dziś faktycznie zestaw niepowalający, ale może coś z tej mamałygi da się jednak wygrzebać...

      ciekaw jestem "supermana" w tvn [20'30] z jednego powodu - lexa luthora gra kevin spacey, dał se ogolić glacę z tej żałosnej resztki owłosienia plackowatego, więc w sumie się poświęcił dla roli, bo im facet włosów mniej ma na głowie, tym bardziej o nie dba, a jak mówi stare przysłowie apaczów : co z tego, że mało, jesli są piękne !, a im mniej tym są dla nas piękniejsze; ja to sobie wbijam już do głowy, bo kiedyś w końcu sam łysą pałą zaświecę w ciemności.

      kurde balans, pokażcie mi ciekawego, zajmującego superbohatera ? nie ma takich, w filmach tego typu albo macie interesujący szwarccharakter, albo poproście o azyl w argentynie, bo wyjdzie wam zakalec taki, że można nim gwoździe wbijać. więc, po supermenie się niczego nie spodziewam, ale lex to niezły agregat, spacey to dobry aktor, więc może coś z tego wyszło... [częśc z Was pewnie wie, co i jak, hehe, nie krępujcie się, subiektywne oceny mile widziane]

      "hannibala" daje dwójka, i w sumie jest to film na jej poziomie. wszyscy, którzy maczali paluchy w sequelowaniu i prequelowaniu "milczenia" powinni zostać wysłani na dwa tygodnie na syberię. zimą. w samej czapce i gumowcach. byłaby nadzieja, że więcej swoimi brudnymi łapskami nie bedą miziać żadnej filmowej znakomitości, kalając ją barbarzyńsko. "hannibala" napisał harris w ekspresowym tempie, kiedy się okazało, ze ekranizacja "milczenia" zrobiła furorę, od razu poszedł kontrakt na sfilmowanie, redaktorzy naczelni rozmaitych pism mieli przez cały czas pisania rozwolenienie z nerwów; do reżyserki zagonili ridleya scotta, ridley wziął pod pachę swojego człowieka, który mu zawodowo sfotografował "gladiatora", ba - zdjęciami, aranżacją pokrył taką sobie faubłkę i morze patosu i bohaterszczyzny trochę osuszył; hopkinsa kupili, dali mu moore, wzieli oldmana, który miał całkiem ciekawego bohatera do zagrania; mamet, czyli pierwszoligowy zawodnik, napisał scenariusz... a nad wszystkim unosił się cien najpopularniejszego bohatera kinowego w ost 789 latach, na którego powrót widownia czekała z zaciśniętymi pośladkami. znajdźcie lepszy zespół, lepszego okoliczności, lepsze warunki wstępne do odniesienia murowanego sukcesu a Was ozłocę. i co wyszło ? sukces. tyle, ze finansowy. tylko. ludzie polecieli do kina, żeby TO zobaczyć. połowa wyszła w połowie projekcji kręcąc głowami. krytycy nie mieli litości. ci go wychodzili przestrzegali tych, co się wybierali dopiero, ale każdy chcial "to" zobaczyć na własne oczy, nie dowierzał, musiał się sam przekonać...
      fani lectera chcieli się zorganizować w partię polityczną, wygrać wybory, zmienić ustrój i dekretem posłać twórców na gilotynę. wreszcie głosy jajogłowych recenzentów i fanów się spotkały ze soba i strzeliły niedźwiedzia.

      niestety, pośpiech i próba bezczelnego wykorzystania koniunktury, wyciśnięcia tej cytryny do cna znów dały po nosie śmiałkom. a potem i tak powstał kolejny "lecter", trochę lepszy, bo będący adaptacją pierwszej powieści harrisa, ale i tak pastelowy i przegwiazdrowany.

      może "złego mikołaja" dacie radę pochłonąć ? ;] [tvp 1, 23:45] - całkiem, całkiem; niefajny gość, co się przebiera za świętego, żeby kraść portfele i cnotę studentek matematyki, doświadcza znajomości poczciwych dzieciątek i to go zmienia na lepsze. brzmi nieszczególnie, ale wygląda całkiem znośnie, no i jakaż optymistyczna puenta. ciekawsza historia niż w 'popiełuszce', 'matce teresie' albo 'papiezu, co zajadał kremówki'. słowo daję :] jakby popiełuszko miał kochankę, jak człowiek, a nie sublimował popęd na wiecach politycznych; jakby papież jechał na koksie, a nie tylko dilował jego pochodną, czyli kazaniami religijinymi, a zamiast świętości matki teresy filmowców zaczęły interesować pieniężne operacje jej zakonu, to i oni mieliby szansę stać się interesującymi bohaterami, a tak... jest jak jest, jakiś mikołaj ekranowy dystansuje ich o trzy długości biegnąc tyłem i grając jednocześnie na tamburynie :]
    • barbasia1 Re: Ojej, co tu wybrac 2011 - 1 (vol.12) 01.01.11, 16:04
      Pozdrówka Noworoczne, Maniusiu! :))

      >Param, tadam, trututu - niniejszym, trzecia juz, roczna edycje Ojejku za otwart
      > a sie uwaza :)
      Już trzecia! Ojejku, ależ ten czas leci!!!

      Ja wypatrzyłam na dziś klasykę i to jaką - "Życie Carlita" (1993) z Alem Pacino, który z wielką chęcią bym obejrzała, nadrabiając braki przy okazji, ale niestety nie obejrzę, bo film leci na TV 4, którego nie odbieram. Więc nawet nie wspominam, że film zaczyna się o 22.10.
      • grek.grek "autostrada", oglądałaś/iście [wczoraj] ? 02.01.11, 11:22
        niestety, tv 4 odbieram znacznie słabiej niż ongiś... a "zycie carlita", to, wg mnie, dobry film, wcale nie gorszy od 'scarface'.

        za to się kapnąłem wczoraj 'za pięć dwunasta', że polsat daje jakąś "autostradę", w niezłej obsadzie [leto, gyllenhall, selma blair], dosyć dobrze ocenianą w róznych zestawieniach. nagrałem toto i zaraz po obejrzeniu nie omieszkam Ciebie/Was poczęstować kolejną porcję mojej markowej grafomanii :]
        • barbasia1 Re: "autostrada", oglądałaś/iście [wczoraj] ? 02.01.11, 13:09
          A popos Jareda Leto, pamiętam kiedyś wspominaleś o tym, że oprócz aktorzenia, zajmuje się też śpiewaniem, ma swój zespół, i dziś właśnie sobie przypomniałam o tym, oglądając jednym okiem DDTVN, gdzie leciał w wywiad z Jaredem i jego kolegami z 30 Seconds to Mars oraz krótyki materiał z ich koncertu, który niedawno odbył się w Polsce! Bardzo fajnie grają (tak bardzo mi się podbali, że nawet wzięłam udział w konkursie w której nagrodą była ich najnowasza płyta This is War, ale zdaje się nie wygrałam nic), posłuchaj/ -cie:

          This is War:

          www.youtube.com/watch?v=LPajZ0074Ks
          I fantastycznie zaaranżowany i wykonany cover piosenki Lady Gagi (nie wiem, czy nie lepszy niż oryginał )

          www.youtube.com/watch?v=R-JRSLroqzk
          i jeszcze Beautiful lie:

          www.youtube.com/watch?v=5F2DDU3t56c
                • barbasia1 Re: Oj Barbasiu, nieprawde wzgledem Leto glosisz, 02.01.11, 15:16
                  Tak, mówił dziś w DDTVN Jared i jego kumpel z "30 seconds", że od 3 lat nie nakręcił żadnego filmu i ja to sprawidziłam, dziś na wszelki wypadek (sic!), bo przygłuchemu uchu swemu nie dowierzam, tu jest stosowna informacja:
                  pl.wikipedia.org/wiki/Mr._Nobody
                  "Mr. Nobody - film z gatunku science fiction, wyreżyserowany przez Jaco Van Dormaela, w którym rolę tytułową gra Jared Leto. Film ten zaczęto kręcić w czerwcu 2007!!!! światowa premiera miała miejsce 7 października 2009 roku. Polska premiera była planowana na 22 października 2010 roku, jednak została przełożona na 24 grudnia."

                  Premiera, a krecenie to jednak dwie różne sprawy, nieprawdaż Maniusiu! ;)

                  Przy okazji, fabuła też za wiki
                  "W roku 2092, kiedy ludzie spędzają wakacje na Marsie, Nemo Nobody jest 120-letnim mężczyzną i jednocześnie ostatnim śmiertelnikiem pośród ludzi, którzy stali się nieśmiertelni na skutek naukowego postępu. Nemo na łożu śmierci analizuje swoje trzy możliwe jestestwa oraz śluby, które mógł przeżyć."

                  Jeśli "Mr. Nobody" zbiera dobre renenzję to zapowiada się ciekawy film! Świetnie! :)

    • maniaczytania Na pierwsza niedziele noworoczna, 02.01.11, 11:51
      polecam trzy filmy:

      na tvp 1 o 21.10 - "Wichry namietnosci" - Brad Pitt, Anthony Hopkins, Julia Ormond - glownie dla Pan chyba (Barbasiu - to w tym filmie zakochalam sie w Bradzie ;) ), ale i Panom sie moze spodobac, bo to rowniez meska historia bardzo;

      na tvn 7 o 20.00 - "Wrog u bram" - Jude Law, II wojna swiatowa, pojedynek dwoch snajperow;

      na tvp 2 o 22.40 - "Pogoda na jutro" - Jerzy Stuhr
      • barbasia1 Re: Na pierwsza niedziele noworoczna, 02.01.11, 13:25
        maniaczytania napisała:

        na tvp 1 o 21.10 - "Wichry namietnosci" -
        Piękny, wzruszający melodramat z cudną muzyka Jamesa Hornera.

        anetar.wrzuta.pl/audio/1ClD6louesi/wichry_namietnosci-_soundtrack
        (u mnie ledwo słychac u Was też?)

        Też lubię Brada w tym filmie! Dobry był! :)

      • grek.grek Re: Na pierwsza niedziele noworoczna, 02.01.11, 13:48
        pierwsze dwa absolutnie SI.

        "pogoda" taka sobie, jakoś nie mogę, nie mogłem i chyba nie zdołam się przekonać do tego filmu, że taki niby dobry, bo imo stuhr przekombinował z fabułą i rozwiązaniami [spojler, uwaga] ...

        ... sprokurował, de facto oraz - niestety - na upartego [ta akcja z rozbitą szybą w trakcie reality szoł, i odłamkami szkła eksplodującymi z taką szybkością, że tnącymi ciało, pozostające w oddaleniu od nich o pare metrów, jak jakiś nóz... no prosze ja państwa... szoł to może był, ale z reality gorzej], różne kolizje w których kontuzje odnieśli jego bliscy, mający swoje problemy ze światem i z morale, potem wziął wpakował wszystkich do jednego szpitala, jakby warszawa była groznym, a nie 2,5 milionową stolicą, a następnie ich wypuścił zdrowych i uleczonych na duszy, obdarował, a swojego głównego bohatera posłał do przytułku, gdzie ogląda swoją pokaleczoną córkę w roli pogodynki, a później wkręca w hare kriszna, a jego bliskim każe się trzymać od niego z daleka. ojciec uleczył rodzinę i nie chce z nią żyć i vice versa, szczęście i spełnienie znajduje w
        jakiejś grupie sekciarzy, bo mu rzeczywistość nie odpowiada, jako taka ? ale przecież przed chwilą właśnie umożliwił katharsis zbiorowe, które powinno stworzyć dla niego przestrzeń życiową w tej rzeczywistości, choćby z samej rodzinnej przynależności ? a może uleczeni pacjenci nie dotarli do refleksji, że tatuś im w czymkolwiek pomógł ? :]

        jak to oceniacie, ma to jakieś ręce i nogi ?
        • barbasia1 Re: Na pierwsza niedziele noworoczna, 02.01.11, 15:02
          Niestesty nie mam na świeżo w pamięci tego filmu, ale po przeczytaniu spojlera przypominającego zakończenie powiedziałbym tak: bohater jest pesymistą, nie wierzy, czy może wątpi w trwałość zmian, jakie dokonały się w rodzinie, dzięki jego wysiłkom, spektakularnym czynom, więc dlatego decyduje się odejść ...
        • barbasia1 Re: Na pierwsza niedziele noworoczna, 02.01.11, 21:12
          Myślę, że to szczęście i spełnienie bohatera w grupie radosnych harykrisznowców pokazane jest tu z ironią.

          Bohater uciekł w poszukiwaniu idealnego świata, idealnego miejsca, idealnych ludzi (którymi aktualnie stali się harykrisznowcy, ale pewnie do czasu), jednym słowem utopii, która przecież nie istnieje, zamiast robić to, co do tej pory z całkiem dobrym skutkiem robił, czyli próbować zmieniać świat , ale nie cały, tylko ten wokół siebie, najbliższych, rodzinę, znajomych, rzeczywistość, na którą ma realny wpływ.

          Współczesny zwariowany świat, w którym zanikają ludzkie odruchy, uczucia, w którym liczą się kasa, pozycja, sława, w którym ludzi równie skutecznie jak narkotyki tumanią media, a w nich politycy obiecujący gruszki na wierzbie jawi się jako koszmar, ale całkowite odsunięcie się od tego świata też nie jest dobrym rozwiązaniem .
          Myślę, że to chciał pokazać Stuhr w tym ironicznym zakończeniu.



          /PS Greku, mogę zapytać, bom zaintrygowana. Czy dobrze rozpoznaję, że to Ty napisałeś dwa noworoczne komentarze pod filmowym artykułem pani „MS” „Pokonani” w Przekroju?/
          • grek.grek "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak ;] 03.01.11, 12:03
            hehe, to byłem ja, przyznaję się bez bicia :]

            obejrzałem sobie "pogodę" jeszcze raz, wczoraj, i powiem Ci, ze się do zakończenia
            nadal nie mogę ustawić pozytywnie. wiesz, ja rozumiem tę ucieczkę, ale dlaczego akurat
            reżyser i scenarzysta w jednym tak to ustawił, że on ucieka, a nie zostaje ? i to, zwróć uwagę, własnie w tym momencie, w którym w tym kiepskim świecie jego rodzina odmieniła się
            na lepsze, być może nawet na tyle, żeby mu wybaczyć ostatecznie i by mógł się
            w tym ciepełku ogrzać, pozostać w TYM świecie, a nie w tamtym. nawet dał im kamienicę, poświęcił się, czy to nie dodatkowy powód, by staremu wybaczyć dawną ucieczkę [dla ich dobra, zresztą], dać mu się wytłumaczyć, zrozumieć, krytycznie się odnieśc do własnego postępowania ? najlepsza, wg mnie. czy ci INNI już ludzie, i on też już jakiś taki - ochrzczony w tym brand new world - nie mogliby się dogadać ? słowem - gdzie gruba kreska i nowy początek, w momencie, w którym ponowna ucieczka jest najmniej racjonalną decyzją ?

            zakończenie pozytywne, wszyscy znaleźli swoje miejsce w życiu, ale i pseymistyczne - bo powrót człowiekowi nie wyszedł, bo już nie należy do rodziny, tak jakby wyszedł po latach, swoje winy odkupił, a potem znów poszedł w tango. nieprzekonujące, jak dla mnie :]

            imo, stuhr chciał tak bardzo uniknąć wyświechtanego zakończenia a'la obrazek szczęśliwej rodzinki a'la Klan [innych sposobów na złączenie się rodziny nie znał ?], że wlazł z maliny i odebrał częśc znaczenia całej akcji, którą wcześniej nadziobał.

            a powiem Ci lepszą rzecz :] : wg mnie, przy tak starannej dbałości o uniknięcie stereotypowego dla takich filmów finału stuhr cały film jechał na stereotypach, tyle że już dotyczących tej nowej rzeczywistości, którą zastał.

            kurde balans, niby stuhr jest bystry gośc, a zobacz jakimi kliszami żongluje... polityk, to łgarz, świnia i chamidło; nastolatkowie się narkotyzują, a internet im służy
            [wygląda na to, ze - wyłącznie] do puszczania się; ci z pokolenai 30-some nastawieni są tylko na karierę i materializm ["w takim aucie to ja jestem ktoś" plus pomysły na "szambiany interes" syna gł bohatera]; gośc, co ma duży, wypasiony dom na przedmieściu jest zamieszany w lewe interesy; no i nowa telewizja ma gębę mało wybrednego reality szoł. w urzędach nadal kwitnie korupcja, tylko prości ludzie, jak salowa w szpitalu oraz policjanci i funckjonariusze izb wytrzeźwień są do rzeczy, bo : ostali się z lepszych czasów/nie pękają przed nazwiskami klienteli, choć wiadomo, że z policją to akurat róznie bywa; kościoły pozamykane; chcesz się ostrzyc i ogolić, ale wyglądasz nieszczególnie świeżo, to cię pracownicy zakładu fryzjerskiego wyprowadzą za kołnierz... polska końca millenium. taka wycięta trochę z publicystycznych tekstów, papierowa, mało ambtina, chociaż w zamyśle- obrazowa miała być i pejzaż kreślić jakiś.

            imo, stuhr jako reżyser przypomina tego swojego kozioła filmowego, tyle, że stuhr-reżyser nie wylazł z zakonu, a z teatru, zlazł ze stołka dziekana, czy kim on tam jest, i po iluśtam latach braku kontaktu z żywym człowiekiem postanowił dać wyraz oburzeniu realiami polskimi, które łapał na radar czytając gazety, a nie istniejąc w nich faktycznie.

            niby coś tam się zgadza, są takie sytuacje w realu, jakie film opowiada. tyle, że - na moje oko i rozumowanie - stuhr pokazał same patologie i nieszczęscia, wziął je do kupy nazbierał, żeby jakoś to rozmieścić - napisał ileśtam postaci, które obarczył całym tym dziadostwem, tyle że nie prawdziwych postaci, ludzi z krwi i kości, tylko jakieś pacynki, puste w środku, mające być ilustracją tendencyjnie powyciąganych i opisanych negatywnych zjawisk. nie dał im żadnej tożsamości, a wyłącznie kazał reprezentować jakąs papierową tezę.

            i te dwie sprawy, imo, obniżają wartośc tego filmu. jest dobrze zrobiony, jest POLSKI, więc lubię :], ale nie doceniam, tak jak, z tego co zauwazyłem... jest doceniany powszechnie.

            jest tutaj jakaś nostalgia za dawnym światem. wychodzi sobie taki marceli szpak z zakonu, po 20 latach, - i dziwi się światu, dotyka zupełnie nowej rzeczywistości - i powiem Ci, że to jest interesująca rzecz, jak facet gapi się oczami i uszami na to wszystko, co dla niego totalnie nowe i niezrozumiałe, próbuje ogarnąc jakoś - podoba mi się ten pomysł, a i wykonanie też. bardzo. ale ten świat, jak wyżej - umeblowany jest z samych patologii. syf, tyfus i mogiła. gdzie człowiek nie wdepnie, to zawsze w placek jakiś. nie ma jakichś kontrapunktów do tej niefajności, nie ma równowagi. słowo mi się spodobało, więc powtórzę - tendencyjna historia. stereotypowa.

            no i trochę czeskim kinem zalatywało tu i ówdzie, z tą przekomiczną. ale i przecież gorzką bardzo w wymowie, ucieczką ze szpitala na wózku inwalidzkim.

            to takie małe resume po 3 obejrzeniu, może za czwartym razem jeszcze inaczej znajdę ten film ;]

            • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 03.01.11, 21:11
              :)
              Czyli dobrze poznałam! Styl wydał mi się bardzo znajomy, nick jeszcze bardziej! :)
              Lubię "Przekrój" czasem tam zaglądam.

              O "Pogodzie na jutro" jutro / musze to i owo doobejrzeć! /

              A i jeszcze coś, znalazłam tu opisywaną przez Ciebie scenę finałową filmu, więc wklejam do niej link:
              www.youtube.com/watch?v=i6bW7Jh6LWA&feature=related
              :))

              Zgadzam się w Tobą w kwestii zakończenia,
              z innymi sprawami trochę mniej, ale o tym jutro ...
                  • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 05.01.11, 12:32
                    No to zaczynam :)

                    A może reżyser chciał w tym zakończeniu pokazać symbolicznie, nie bez ironii oczywiście, stan ducha głównego bohatera, który w tych nowych czasach wolnorynkowych jest tak samo zgubiony i nie może się odnaleźć, jak niegdyś w czasach komunizmu? (motyw religii przystąpienia bohatera do harykrysznowców nieprzypadkowo by się zatem pojawił w kontekście jego pobytu w klasztorze).

                    Przy okazji, Greku, czy zauważasz, jak tu się pokazuje się bohatera Solidarnościowego, bez tej całej bohaterszczyzny, bez martyrologii, padania na kolana, patosu, za to lekka kpiną ironią zaprawioną oczywiście goryczą. To już zresztą nie jest bohater, ale jakiś anty-bohater solidarnościowy?

                    >imo, stuhr jako reżyser przypomina tego swojego kozioła filmowego, tyle, że stuhr-reżyser >nie wylazł z zakonu, a z teatru, zlazł ze stołka dziekana, czy kim on tam jest, i po iluśtam >latach braku kontaktu z żywym człowiekiem postanowił dać wyraz oburzeniu realiami >polskimi, które łapał na radar czytając gazety, a nie istniejąc w nich faktycznie.

                    IMO taka, a nie inna wizja filmowa, zdaje się wynika z czegoś zupełnie innego...
                    Ale o tym za chwilę :)

                    CDN!!!
                    • grek.grek Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 05.01.11, 14:27
                      wszystko możliwe :]; może po prostu stuhr pokazał, ze starego psa nowych sztuczek nie nauczysz, że po 17 latach absencji nie można wrócić do świata, który się w tym czasie zupełnie zmienił. imo, trochę to pesymistyczne, nawet pomimo tego, ze bohater przecież znajduje swoje miejsce. niemniej... stuhr przedstawia świat, w którym jego bohater, wcale przecież nie jakiś guliwer, po prostu się nie mieści ze swoją starmodną przyzwoitością, ze dla takich ludzi miejsce jest gdzieś na uboczu, w jakimś ekspizmie. to słabo brzmi. tym słabiej,że przecież okazało się, iż jego działanie przyczyniło się do, w założeniu - korzystnych, zmian.

                      racja :]
                      ten bohater to też taki z przypadku trochę, w scenariuszu opisany jako facet, w którego auto walnął po pijaku dygnitarz partyjny i z tego powodu musiał on natychmiast uciekać do klasztoru. to też czeskim kinem pachnie :]; słusznie piszesz, bo stuhr nie tworzy jakiejś pomnikowej postaci z teatru telewizji, jakiegoś nadętego bubka, który wziął się za bary z systemem i po latach płacze, że chce odszkodowania za krzywdy, czyniąc wrażenie, jakby od zawsze chodziło mu o kase, a nie etos, a nawet jeśli o etos, to dorobić zawsze można - pokazuje przeciętnego gościa, ciągle zagubionego w rzeczywistości, w której musi funkcjonować. to mi się akurat całkiem podoba, to filmowo jest zgrabniejsze :]

                      ha !, no całkiem możliwe, że się mylę, tym ciekawszy jestem Twojej interpretacji :]
                      • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 05.01.11, 15:22
                        > racja :]
                        > ten bohater to też taki z przypadku trochę, w scenariuszu opisany jako facet, w
                        > którego auto walnął po pijaku dygnitarz partyjny i z tego powodu musiał on nat
                        > ychmiast uciekać do klasztoru. to też czeskim kinem pachnie :]
                        :)
                        He, he, a widzisz, zapomniałam o tym ważnym fakcie!
                        /za film jeszcze sie nie zabrałam! :/

                      • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 06.01.11, 13:13
                        grek.grek napisał:

                        > wszystko możliwe :]; może po prostu stuhr pokazał, ze starego psa nowych sztuczek nie nauczysz, że po 17 latach absencji nie można wrócić do świata, który się
                        > w tym czasie zupełnie zmienił. imo, trochę to pesymistyczne, nawet pomimo tego
                        > , ze bohater przecież znajduje swoje miejsce. niemniej... stuhr przedstawia świ
                        > at, w którym jego bohater, wcale przecież nie jakiś guliwer, po prostu się nie
                        > mieści ze swoją starmodną przyzwoitością, ze dla takich ludzi miejsce jest gdzi
                        > eś na uboczu, w jakimś ekspizmie. to słabo brzmi. tym słabiej,że przecież okaza
                        > ło się, iż jego działanie przyczyniło się do, w założeniu - korzystnych, zmian.

                        O to-to! Świetne powiedziane! :)
                        /nie chcę starszyć, ale mam jeszcze jedną teorię na temat zakończenia! ;)), za moment się pojawi ;)/

                        Greku, mam pytanie, czy nie było tak , że naszemu bohaterowi wymyślono tę działalność opozycyjną post faktum, w związku z jego powrotem do rzeczywistości?
                        Była mowa o tym filmie, czy ja coś wymyślam?

                        cdn.
                        • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 06.01.11, 13:16
                          Właściwie głupio się pytam, przecież tu jest Twoje potwierdzenie!, które już ze 3 razy przeczytałam wcześniej. Cofam pytanie! ;)

                          racja :]
                          ten bohater to też taki z przypadku trochę, w scenariuszu opisany jako facet, w którego auto walnął po pijaku dygnitarz partyjny i z tego powodu musiał on natychmiast uciekać do klasztoru. to też czeskim kinem pachnie :]; słusznie piszesz, bo stuhr nie tworzy jakiejś pomnikowej postaci z teatru telewizji, jakiegoś nadętego bubka, który wziął się za bary z systemem i po latach płacze, że chce odszkodowania za krzywdy, czyniąc wrażenie, jakby od zawsze chodziło mu o kase, a nie etos, a nawet jeśli o etos, to dorobić zawsze można - pokazuje przeciętnego gościa, ciągle zagubionego w rzeczywistości, w której musi funkcjonować. to mi się akurat całkiem podoba, to filmowo jest zgrabniejsze :]
                      • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 07.01.11, 13:31
                        Greku, jak tu nie odkryję żadnej Ameryki, nie powiem niczego nowego, specjalnie odkrywczego, czego nie powiedziano już wcześniej (wczoraj i przedwczoraj poczytałam co nieco na temat filmu, przede wszystkim rozmowę z Jerzym Stuhrem reżyserem i scenarzystą (w jednym)). Imo kluczem do interpretacji, do właściwego, lepszego rozumienia filmu jest tu „(wolterowska) powiastka ” (i uświadomienie sobie nawiązanie do najbardziej znanej wolterowskiej powiastki, do „Kandyda” – Nasz filmowy bohater, poczciwy, przyzwoity Kozioł podobnie jak Kandyd, który wędrował po świecie i przyglądał się jego niedoskonałościom: przemocy, okrucieństwu, niewolnictwu, ciemnocie ludzi, rozwiązłości, prostytucji, pogoni za pieniędzmi, próżności duchowieństwa (odwieczny grzech hehe )itd., itd., wędruje od jednego członka rodziny do drugiego przygladając się z przerażeniem zepsuciu, wykoślawieniu moralnemu rodziny i ludzi dokoła ), której cechy gatunkowe (ukształtowane w literaturze Oświecenia, w zasadzie w Oświeceniu powiastka uzyskała rangę odrębnego gatunku) transponuje Stuhr na grunt filmu! (pytanie tylko, czy skutecznie oraz pytanie numer dwa, czy to suma sumarum był dobry pomysł?), o czym on sam w wywiadzie / wywiadach (mówił o tym jak bardzo mu zależało na tym by jak najlepiej oddać „przypowiastkowy”charakter filmu”).
                        www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=8580&sekcja=6

                        Nie będę tu oczywiście wdawać się w jakieś szczegółowe opisy cech gatunkowych (hasło w „Słowniku literatury polskiego Oświecenia” jest bardzo obszerne obejmuje kilka stron / no i wczoraj się zaczytałam .../ ), powiem tylko, co najważniejsze, a mianowicie, że w powiastce
                        „[...] świat przedstawiony jest zawsze pretekstem do ujawnienia jakiejś tezy moralnej lub filozoficznej [....], stanowi jej konkretną realizację” Często ta służebność, fikcyjność! świata przedstawionego jest podkreślana w powiastce np. poprzez zestawienie sprzecznych, wykluczających się z punktu widzenie logiki faktów. I stąd również wynika daleko idąca schematyczność, szkicowość, typowość świata przedstawionego, dotyczy to zarówno wątków fabularnych, tła jak i samych bohaterów, którzy „są typami uosabiającymi określone cechy , a nie postaciami obdarzonymi cechami indywidualnymi”.

                        Tymi samymi zasadami rządzi się także i film Stuha „Pogoda na jutro” (tu właśnie dostrzegałabym związek Stuhra z teatrem). Zresztą Ty doskonale wypunktowałeś owe cechy przypowiastki, nie dokońca zdając sobie sprawę, że są to cechy przypowiastki i jaka jest ich rola.

                        Wszelkie nieprawdopodobieństa, jak choćby to z umieszczeniem wszytskich członków rodziny w jednym szpitalu, czy opisywana scena z rozbitą szybą w trakcie reality show „i odłamkami szkła eksplodującymi z taką szybkością, że tnącymi ciało, pozostające w oddaleniu od nich o parę metrów, jak jakiś nóz.” I wiele innych, z historią ukrywania się naszego bohatera przez 17 lat w klasztorze po tym jak po pijaku robił samochód jakiemu wysokiemu partyjniakowi na czele są tu celowym i świadomym chwytem.

                        Podobnie jest w przypadku konstrukcji postaci , jak słusznie zauważyłeś, „nie ma prawdziwych postaci, ludzi z krwi i kości, tylko jakieś pacynki, puste w środku, mające być ilustracją [...] powyciąganych i opisanych negatywnych zjawisk. nie dał im [ twórca - ja] żadnej tożsamości, a wyłącznie kazał reprezentować jakąś papierową tezę” ,to też jest oczywiście celowym i zamierzonym zabiegiem, taka konstrukacja postaci jest też pdporzadkowana naczelnej idei pokazania i napiętnowania (poprzez wyśmianie raczej niż mędrowanie, moralizownie) patologii współczesnego świata (Polski) (upadku rodziny, wartosci moralnych, demoralizacji młodzieży, zakłamanych polityków manipulujących medów, pogoni za pieniedzmi, sławą, życia w zakłamaniu), zgodnie z zasadmi gatunku, z którego Stuhr czerpie inspirację. Temu celowi służy takze groteska, wykoślawiająca opisywany świat (groteska również jest sygnałem, że nie należy taktować do końca serio opisywanego świata ) i ironia (która też przynależy do cech gatunkowych przypowiastki).


                        Cdn (ale tylko dwa zdania, pojawią się za dwa momenty :)
                        • grek.grek Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 07.01.11, 14:09
                          dzięki za te wyczerpujące wyjaśnienia, Barbasiu :]

                          wszelako, przyjmując to wszystko za dobrą monetę, powstaje pytanie : czy konwencja przypowiastki, jaką stuhr uskutecznił, jest właściwa i skutecznie działa jako narracja filmowa ? bo w tej kwestii jednak pewne wątpliwości nie chcą mnie opuścić :]
                          • barbasia1 Re: "pogoda na jutro", trochę się poznęcam jednak 09.01.11, 14:26
                            Słówko w kwestii zakończenia miało być, a zatem
                            Wobec powyższego, być może w ogóle nie ma sensu zadawać pytań o motywy postępowania Kozła, zastanawiać się dlaczego dokonał takiego a nie innego wyboru (opuścił rodzinę i przystąpił do harykrysznowców), bowiem od historii naszego bohatera, ważniejsza od jest tu prawda o świecie, którą obnaża Stuhr, diagnoza współczesnego świata i ukazanie (i napiętnowanie) zagrożeń i patologii jakie niesie współczesność.
                            Hasło „Zaufaj prawdzie” (zapewne aluzja do chrześcijaniskiego hasła:”prawda was wywzoli”) na wielkim banerze, pod którym gibają się harykrisznowcy i bohater w scenie kończącej film taki sugerowałoby taki kierunek interpretacji.

                            Czy posłużenie się tą konwencją przypowiastki (przypominaną na pewno w teatrze, takze w teatrze radiowym!) w narracji filmowej było słuszne? Zastanawiam się na tym, cały czas... Ale skoro wielu widzów zrozumiało intencje reżysera / scenarzysty niekoniecznie uświadamiając sobie podczas oglądania, czy zaraz po, to wszystko, co napisałam o przypowistce, jako gatunku literackim, to chyba można powiedzieć, że zamysł reżysera w jakimś stopniu był udany .
                            Tak mi się wydaje, teraz ... :)
    • grek.grek 'przekroczyć granicę', z wczoraj [spojler] 04.01.11, 12:12
      generalnie : just another amerykański fylm o momencie przejścia nastolatka
      w [we wczesną] dorosłość, chwili podjęcia decyzji odnośnie swojej przyszłości,
      pożegnania pewnych nawyków beztroskiej młodości i rodzenia się odpowiedzialności
      za siebie i innych.

      a dzieje się to w grupce kilku chłopaków z przedmieść detroit, co właśnie skończyli szkołę średnią. jeden, rozsądny i rozgarnięty najbardziej z całej grupy, chce być literatem, chociaż póki co podciera samochodom tyłki w jakimś garażu, jest tez zauroczony dziewczyną, starszą od siebie, studentką i jakoś tam go do niej ciągnie coraz bardziej i wie, że dla niej będzie musiał coś zmienić w życiu, a nie wie sam, czy chce coś zmieniać - nie bardzo widzi siebie w koledżu - na okolicznościowym spotkaniu na imprezie u innego kolegi z "młodości" [hehe] pełnym przemądrzałych cwaniakw, którzy pana boga za nogi złapali z powodu pójścia na uczelnię zdobywa się nawet na ostry toast w którym wypomina im, że za garść srebrników i jakąs obietnicę posadki urzędasa sprzedali swoje marzenia i wpadli w samozadowolenie, ALE zarazem chce pisać, najlepiej scenariusze, ew felietony gazetowe, w czym utwierdza go spotkania z byłym reporterem nev york timesa, dzięki rozmowie z nim dostrzega, że to co nieśmiało "chciałby robić" faktycznie może być jego powołaniem - ale bez dyplomu trochę trudno będzie się przebić, więc stoi przed sporym dylematem.

      drugi umiał głównie dawać po pysku i dobrze łapać piłkę, aczkolwiek nie na poziomie takim,by zostać zawodowcem w nfl - taki fizol podwórkowy, więc perspektywy ma w ogole żadne, główne pytanie : czy zmierza do samodestrkucji, czy w porę się uratuje.
      trzeciemu, bohaterowi wszystkich innych - takiemu 'starszemu bratu, którego się naśladuje i podziwia, jak się jest dzieciakiem" - życie się sypie, bo ojciec chce poślubić konkubinę i sprzedać rodzinny dom, a on sam nie wie, czy dla niego jest miejsce w tych ojcowskich planach i nie wie, co dalej ze sobą począć.

      jeszcze, z całą resztą towarzystwa, grają w futbol w błocie, jeszcze się tym cieszą jak mogą, jeszcze się wygłupiają, jesczze z piwkiem wysiadują stare fotele i dowcipkują, gdzieś na uboczu, ale już się pojawiają poważniejsze tematy, pobrzmiewają mniej wesołe tonacje, bo wiedzą, ze czasy beztroskie, "cudownych lat" się kończą i trzeba wziąć d,pę w troki i zacząć kombinować.

      decydującą dla ww trójki staje się symobliczna, bo przez most łączący amerykę z kanadą, wyprawa. to nie ich pierwsza taka podróż, wczesniej jeździli tam, żeby pójść do klubu ze striptizem, albo wypić wódeczkę, z powodu mniej restrykcyjnych przepisów dot wieku spożywających - coś jak polaków jazdy do czech albo holandii na skręta do kofiszopu ;].

      ale tym razem jadą do kanady - btw, swoim wysłużonym, starym autem - autem ich młodości, w którym niejedno wypili, zapalili pierwszego papierosa i z którego podrywali dziewczyny - żeby wykonać robotę dla gościa, co handluje proszkiem. mają przewieźć kasę za towar - w jedną, i towar za kasę - w drugą stronę. za 10 tys dolców na łebka. po drodze zahaczają o koledż, w którym się uczy dziewczyna tego młodego literata, wpadają tu, wpadają tam, a na miejscu się okazuje, ze mają interes dotyczy nie trawki, a heroiny, a to już grubsza sprawa. za ewentualną wpadkę można zarobić 50 lat odsiadki.

      najpierw protestują, ze nie taka była umowa, chcą zabierać kasę i wracać do domu, żeby sobie ten ich diler wysłał kogo innego, ale handlarze na miejscu to zawodnicy z wyższej ligi i grożąc bronią każą wypełnić umowę, zabierać towar [ukryty w oponie samochodowej] i wypiep,rzać. ten od fizolstwa się stawia, więc chcą mu za karę odstrzelić palec u nogi. literatowi udaje się namówić szefa handlarzy, zeby tego nie robił, a tylko sprawił tamtemu manto. ratuje tym samym kumplowi palucha, a jednocześnie to manto zmienia mu charakter - przestaje być takim chojrakiem, jakim był, być moze nauka przychodzi w samą porę i wyprostuje go na resztę życia, którego nie straci na pierwszym lepszym rogu z powodu swojej porywczości.

      tuz przed granicą zaczynają się zastanawiać - co zrobić ? ten eks-chojrak wysiada pierwszy, przez punkt meldunkowy przechodzi piechotą na stronę amerykańską.

      literat i "starszy brat' zostają w aucie. czekają na przeszukanie [kurde, lata 70, a pucowanie na granicy lepsze niż w rzekomym zamordystycznym komjunistycznym baraku u nas, kiedy się przejeżdzało granicę polsko-czechosłowacką w drugiej połowie lat 80, byłem smarkiem, ale pamiętam dobrze, jak niestrawione na szaleństwach w supermarketach dewizy babcia chowała tam, gdzie chowa je każda przytomna kobieta w takiej sytuacji ;], modląc się do najświętszej panienki, hehe, żeby nie wzięli jej na rewizję osobistą; takie czasy były... widać w ameryce, ostoji demokracji i swobód wszelakich, łyhihihi, też tak się sprawy miały...]. wieczór, kolejka aut, ich czas się zbliża... rozmawiają... literat wysiada - nie chce zapaprać sobie życia, ale starszybrat zostaje i jest zdeterminowany, by spróbować... to tamten wraca, ale przyjaciel dalej nie chce dać się odwieśc od zamiaru, to znów wysiada... to znówwraca, bo "skoro ty jedziesz dalej, to ja też" - przyjaźń wieloletnia zobowiązuje. wreszcie... starszybrat sam rezygnuje, zatem - rezygnują obaj. porzucają auto tuż przed kontrolą, zajmują się nim natychmiast służby [dobre ujęcie, z góry, jak latają mundurowi i pukają, stukają, psami tropiącymi wąchają, podejrzewając zapewne ukrytą bombę], a im udaje się przejść odprawę zanim się ktoś zainteresuje,czyje to było auto.

      zatem - zostawiają, ofk - symbolicznie ;] - swoje auto, czyli swoją młodość, po tamtej stronie mostu, przechodząc na tę stronę już będąc kimś innym. jeden przestał być chojrakiem, drugi uznał, ze popełnienie przestępstwa w celu ratowania swojego domu nie jest wyjściem, zwłaszcza jak grozi za nie 50 lat puszki, a dodatkowo nie może przecież narazić "młodszego brata"...; zaś nasz literat i udowadnia, ze się nie wyrzekł przyjaźni pozostając wiernym do konca - i wykazuje odpowiedzialność godną dorosłego człowieka, swoją postawą wywierając na przyjaciela presję w celu zmiany zamiarów, uświadomienia mu samozguby, w jaką się pakuje.

      literat pójdzie teraz do koleżdzu, pewnie zwiąże się z dziewczyną, a pozostali dwaj jakoś swoje życie ułożą. happy end.

      może nic nowego, ale na bardzo niezłej nienachalnej, acz dominującej nostalgiczno-sentymentalnej nucie wygrany film. to w nim najlepsze, plus pani muzyka w tle, robiąca świetne tło i pogłębiająca klimacik.
      • barbasia1 Re: 'przekroczyć granicę', z wczoraj [spojler] 04.01.11, 13:24
        Dorosłość, dojrzałość to umiejętność podejmowania samodzielnych decyzji i ponoszenia konsekwencji tych decyzji, tak mówią psychologowie.

        Koledzy zdali swój pierwszy egzamin z dorosłości, dwaj lepiej, ten drugi nieco gorzej.
        Będą z nich ludzie! :)

        Fajna opowieść, i to z wątkiem autobiograficzym. ;)
        • grek.grek Re: 'przekroczyć granicę', z wczoraj [spojler] 04.01.11, 15:17
          hehe, tak mówią, szkoda że zawsze te decyzje mają być, wg nich, tożsame ze społecznymi oczekiwaniami i tzw kanonami :] wtedy dopiero są 'dojrzałe' i "dorosłe", heh.

          opowieśc fajna, istotnie, z takim nalotem lekkiej nostalgii. a auto-wątki... no cóż, hehe ;] o, to były pamiętne momenty...
          • barbasia1 Re: 'przekroczyć granicę', z wczoraj [spojler] 04.01.11, 15:38
            No cóż, mój Greku, tak a nie inaczej urządzony jest ten świat, tak wymyslił człowiek.
            Zresztą jakieś kanony, normy muszą istnieć być by zachować porządek.

            No tak, jak się mieszka blisko granicy, to nie jedno się widziało!?? :)
            Mnie też kiedyś jedna, babka prosiła w Cieszynie o to, żebym jej jakiś nadmiar klamotów na handel przeniosła, a poniewaz nie wiedziałam co tam ma, odmówiłam, zresztą wtedy już i tak niepsecjalnie sprawdzano po naszej stronie bagaże (Czesi bardziej kontrolowali), pani potem na moście granicznym tak krzywo na mnie patrzyła, aż obawiałam się, że mnie zrzuci do Olzy. ;))
            • grek.grek "przekroczyć granicę' & coś na dziś mamy ? 04.01.11, 15:52
              no cóż, niby tak, ale jeśli w tych kanonach i zasadach główną zasadą jest schlebianie gustowi społeczeństwa i temu, by się wszyscy dobrze czuli z moją "dorosłością" i "dojrzałością" oprócz mnie, to trochę się zaczynam wycofywać ;]]

              haha :]; to własnie o to chodzi, o te świdrujące oczka, co wydają się wiedzieć o twoim bagażu coś, o czym nie jesteś w stanie samodzielnie nawet pomyśleć, hehe.

              tak wertuję program, co by tu na dzisiaj polecić/odnaleźć cokolwiek wartego specjalnej uwagi i... no nic nie znajduję :] "bez twarzy' w tvp 2 - widziałem kiedyś; nic interesującego, i to wcale nie dlatego, ze gra tam mel gipsior, hehe. opowiastka dość schematyczna o oszpeconym twarzowo facecie, co się odnajduje w stadle ludzkim dzięki znajomości z sympatycznym dzieciakiem, który z kolei potrzebuje father figure... w tle kobieta... ot, taki kawałek, ktory mógłby być jednym z odcinków 'autostrady do nieba" :]
              • barbasia1 Re: "przekroczyć granicę' & coś na dziś mamy ? 04.01.11, 16:43
                :))
                Nienie, chodzi o to dać wskazówki jak radzić sobie z/w dorosłości! ;)
                A co zrobi potem z nimi człowiek to już jego indywiduwalna sprawa.

                Wiesz, ja też nie jestem zwolenniczką schlebiania gustom społeczeństwa, ale też mam dystans do skrajnego idywidualizmu, do bycia za wszelką cenę na przekór kaonom ...

                Własnie, wlaśnie, i ten irracjonalny, absurdalny lęk przed sprawdzaniem torby, torebki, choć świadomość podpowiada, że nie ma się czego bać, bo przecież nie ma się niczego niedozwolonego, tylko, lentilki, czekolada studencka gorzką i mleczną. ;)

                Czyli film z rodzaju 'ku pokrzepieniu serc'!? :), może innym razem, teraz czekam/y na inną "Autostradę" (nie żebym poganiała czasem :)
                • grek.grek a, to parę słów o "człowieku bez twarzy" :] 05.01.11, 13:48
                  hehe, ale niestety te wskazówki zawsze są skonkretyzowane "po słusznej linii" :]

                  jasne, jak ktoś jest anty/przeciw dla zasady, bezmyślnie i nie dlatego, ze to godzi w jego
                  przekonania, to dystans zrozumiały jest.

                  "człowiek bez twarzy" - istotnie, opowieśc ku pokrzepieniu :] nawet obejrzałem wczoraj, dla przypomnienia... może dlatego, ze gibson taki połowiczny był na twarzy ;]

                  dam trochę spojlerów, więc uwaga...
                  .... jeszcze uwaga...
                  .... i jeszcze...
                  orajt, starczy... :]

                  więc gibson gra eks-nauczyciela, który po tragedii zyciowej - miał wypadek samochodowy, w którym zginął jego uczeń, a on sam został cięzko poparzony; na dokładkę sąd uznał, ze był winien spowodowania tego wypadku i skazał go na 3 lata odsiadki. po wyjściu zaszył się w domu nad jeziorem [raczej nawet takiej pół-willi, hehe] obok miasteczka jakiegoś. dla mieszkańców stał się obiektem plotek, domysłów, dla dzieciaków "babą jagą" - klasyka. utrzymuje się ze sprzedaży własnych obrazów i projektowanie okładek dla największych gazet z "time" na czele.

                  przypadkiem poznaje go chłopczyna z okolicy, który ma same problemy : idą egzaminy do szkoły wojskowej, do której złożył papiery, nie może się dogadać z siostrą, matka poznała nowego faceta i być może się przeprowadzić będą musieli, a do tego bardzo brak mu ojca, którego nigdy nie znał, a który zginął na wojnie. dowiedziawszy się, że ma do czynienia z nauczycielem prosi go, żeby go o korepetycje. ten się najpierw nie zgadza, ale mały naciska do skutku. a potem to już klasyka klasyczna : początkowa szorstkość obraca się w przyjaźń przez wielkie P - eks-belfer uczy dzieciaka matmy, łaciny, czytają razem poezje, odgrywają sceny z 'kupca weneckiego', rozmawiają, chodzą na wycieczki itd, potem małemu robi egzamin, po egzaminie funduje lot aeroplanem...

                  belfer, od lat unikający ludzi, nagle dostaje znów ludzkie ciepło, znów robi to co kocha i potrafi najlepiej - uczy; mały dostaje father figure i autorytet, a obaj dostają od siebie nawzajem przyjaźń. mały nic nie mówi matce o całej sprawie, swoim znajomym - owszem, przypadkiem : kiedy słyszy kolejne plotki o swoim nauczycielu zaprzecza im i zdradza niechący informację o tym wypadku samochodowym ze śmiercią razem, ale prosi ich o dyskrecję. rzecz się jednak ofk roznosi.

                  ofk, jak się domyślasz musi nastąpić komplikacja. no i następuje. siostra dzieciaka, po kolejnej kłótni wywala mu w twarz, że jego ojciec [ona jest z innego związku matki] nie był żadnym bohaterem, co na wojnie zginął, tylko pijaczyną, co się powiesił w psychiatryku. i faktycznie, są na to papiery, które matka ukrywała w komodzie. zaszokowany biegnie do nauczyciela. nocą. rano już jest tam policjant i zabiera go do domu.

                  ciemne chmury się zbierają nad całą sprawą, bo oto się okazuje, że nauczyciel nie tylko spowodował śmierć ucznia w wypadku, ale był podejrzewany o to, ze molestował go seksualnie i to podobno za to właśnie dostał wyrok. więc, rzecz prosta, teraz sugestia jest taka, że i tego małego mógł molestować.

                  w sprawę wkracza matka dzieciaka, policja, sąd - separują ich od siebie, ukrywanie, że łączyła ich jakaś znajomość - traktują jako rzecz dodatkowo obciążającą, dzieciaka bada seksuolog pokazując jakieś idiotyczne obrazki i każąc mu je interpretować, a samego nauczyciela ciągaja na przesłuchania, gdzie ofk głupich urzędasów kasuje swoimi tekstami o naturze przyjaźni, której takie osły jak oni nie są w stanie pojąć. także miejscowa społeczeność zaczyna traktować nauczyciela już nie jako nieszkodliwego dziwaka, ale jako przestępcę, czego symbolem jest sytuacja, kiedy właściciele spożywczaka, którzy dotąd byli na tyle mu zyczliiwi, że - rozumiejąc delikatnośc materii - specjalnie dla niego czekali do zapadnięcia zmroku, żeby mógł spokojnie zrobić zakupy, teraz odmawiają mu tego, mówią mu : "doszliśmy do wniosku, że jesteśmy już za starzy, żeby czekać do tak późna; proszę przychodzić za dnia, jak wszyscy".

                  dochodzi między chłopcem a nauczyciele do jeszcze jednego spotkania. właśnie rodzina chłopaka pakuje się i ma się wyprowadzić daleko stąd, kiedy chłopak porywa auto i jadąc na wariata, 345 razy o mało nie prowokując wypadku, dociera na miejsce i chce od nauczyciela usłyszeć prawdę : czy tamtego chłopaka molestował, czy nie ? nauczyciel mu na to : jak możesz pytać ? jak ja miałbym ci odpowiedzieć ? czy ciebie dotknałem kiedyś inaczej niż po przyjacielsku ? - no nie... - więc dlaczego pytasz ? nie będę ciebie przekonywał o niczym, sam musisz myśleć i wyciągać wnioski... padają se w ramiona, ofk, ale rozstanie jest nieuchronne.

                  mały zdaje do tej szkoły, co chciał. dostaje list od belfra. wymyka się nocą, łapie stopa i jedzie do swojej rodzinnej miejscowości, żeby jeszcze się z nim spotkac. ale dom nuaczyciela stoi opustoszały. jest tylko obraz, na którym sportretowany jest chłopak i list, ot taki klasyczny dla tego typu opowieści, że jesteś great, że nie zapomne, że bądź dzielny itd.

                  a na koniec - pstryk, mija kilka lat, jest rozdanie dyplomów w szkole, mały je odbiera, slawa, komenda spocznij i można zacząc się cieszyć - gwar, rodzina, znajomi, rejwach, jubel, ale widzi on z daleka faceta szybko oddalającego się z mieszającego się z już-absolwentami tłumu. patrzy, patrzy i rozpoznaje swojego nauczyciela, ten się obraca i sobie przybijają piątkę na odległość. taki happy end, hehe.

                  no więc, sama widzisz, że zaskoczeń tu niewiele, happy end jak pambuk przykazał, a historia tyleż pouczająca, co powtarzalna :]

                  podobały mi się sceny, kiedy belfer i mały odgrywają sceny z szekspira, cytatami sypią, które łatwo odnieść do sytuacji życiowej ich obu; pocieszny jest też moment, kiedy dzieciak pisze ten egzamin u belfra, chciałby bardzo, żeby sprawdził mu zaraz i poinformował o wynikach, ale belfer zachowuje olimpijski spokój, doprowadza go do drzwi,mówi "cierpliwości, jutro ci powiem jak wyszło", a kiedy rozgorączkowany mały wychodzi, ledwie zamkną się drzwi dotąd belfer sam dostaje cugu i pędzi sprawdzać tę jego pracę, bo jest jeszcze ciekawszy jak wypadła niż jego uczeń; jak uciera nosa przesłuchującym go tępakom z urzędów rozmaitych - też dobre.

                  powiem Ci, ze mi jakoś zgrzytała chemia między nimi, gdzieś to się bez dobrego zaczepienia zaczęło, jest taki przeskok od poczatkowej wzajemnej nieufności do "jest już nieźle" trochę bez momentu, który by to łączył. dodatkowo, matka, policjant, całe otoczenia dorosłe nie wiedzieli nic o tym, ze chłopak chodzi do belfra, chociaż powiedział on o tym swoim młodocianym znajomym, a ci rozchlapali tylko, że wiedzą, iż belfer miał wypadek i dziecko w nim zgineło, a już nie wyklepali, że ich kolega tam chodzi ? nie bardzo mi to pasowało :]

                  w sumie, chyba trochę przesadziłem pisząc "nic interesującego", ale że "szablonowe" - jesli już, to tylko minimalnie ;]

                  a za to przesadziła Dwójka dając ten film z napisem "premiera". może i był on dawno temu, bardzo dawno, ale BYŁ, i jedyne aliby tych, co ten znaczek przylepili może być takie, że mają gorszą pamięć od widzów niektórych :]
                  • barbasia1 Re: a, to parę słów o "człowieku bez twarzy" :] 05.01.11, 14:26
                    :))
                    Wskazówki zazwyczaj wynikają ze (zbiorowego) doświadczenia życiowego.

                    Właśnie o kimś takim myślałam, takiej postawy nie rozumiem.

                    >może dlatego, ze gibson taki połowiczny był na twarzy ;]

                    Ha, ha, ha! / ale czarny humor!/
                    Coś mi chyba zaczyna światać w głowie, więc chętnie sobie przeczytam uwagi, dalsze spojlery. moze coś sobie odprzypomnę! ;)
                  • barbasia1 Re: a, to parę słów o "człowieku bez twarzy" :] 05.01.11, 15:10
                    Ale spryciule w tej telewizji pracują, niech ich geś kopnie!
                    Tak, tak na pewno pokazywali ten film w telewizji, widziałam to już kiedyś.

                    Rzeczywiście nieszalblonowa historia, zakończenie nie jest bajkowe, matka nie zakochuje się w tej ładniejszej połowie Mela, nie pobierają się, nie zakładają rodziny, która żyje długo i szcześliwie. To na pewno na plus. :)

                    • grek.grek "człowiek bez twarzy"/ "k2" 06.01.11, 12:44
                      może w tvp panuje inne kalendarium - co prezes, to nowy początek:] w takim układzie - faktycznie, za tego prezesa film omawiany premierowy jest zaiste, hehe.

                      a nie, nie, właśnie, matka chłopca nie wchodzi tutaj w ogóle w grę, jako ew partnerka nauczyciela. jakby jeszcze taki numer wycięli, to już w ogóle słodyczy by tyle było na ekranie, że
                      zamiast "premiera" tvp musiałaby nalepić w rogu znaczek "nie dla cukrzyków !".

                      dobrze odbierała mi wczoraj tv4 - wprawdzie na "rok broni" jeszcze się nie "zalogował" obraz, ale już w nocy było nieźle i sobie spozierałem na "k2". kiedyś widziałem, ale dawno to było... widziałaś może ? widzieliście ?

                      powiem od razu, że nie obejrzałem ost 10 minut, bo mi łupnał kondesator w tiwi [naprawa się odbyła, ale końcówka filmu stracona] a na drugim odbiorniku nie mam tv4 ;], z pamięci zakończenie dorzucę.

                      oparli scenariusz na faktycznej historii wejścia na k2 jakiegoś jankesa w 70 latach.
                      tuta jest dwóch bohaterów - całkowicie się od siebie róznicących : harold jest fizykiem, naukowcem, ma żonę, dziecko, stara się być porządny i odpowiedzialny; taylor, prawnik, to babiarz, luzak i generalnie szcześliwy singiel, co lubi nieszablonowe rozwiązania [róznicę tę pokazuje pierwsza scena już, kiedy wybierają się obaj na piwko do baru, poznają dwie dziewczyny, one ich zapraszają do siebie do domu, harold rezygnuje, bo "ma zonę", a taylor przeciwnie - i na dodatek wchodzi do ich pokoju wspinając się po budynku]. łączy ich to, ze obaj są sympatyczni i że obaj lubią góry, włażenie na nie, ściślej rzecz ujmując.

                      i jak raz są na alasce, gdzie robią to co lubią, i natykają się tam na grupkę innych górołazów, co
                      mają plan wejścia na k2, w najbliższym czasie; kasę mają, bo szefuje grupie niejaki clayburn, z zawodu milioner. problem tylko, że nie ma miejsc dla dwóch jeszcze uczestników. ale jakby miało się tak skończyć, to by ten film nie powstał, więc się muszą miejsca znaleźć. znajdują się w sposób najbardziej oczywisty - na tej alasce jeszcze, schodzi lawina, która niszczy obóz alpinistów i pozbawia życia dwóch ludzi z grupy clayburna, a pozostałym taylor i harold ratują tyłki odkopując spod śniegu. żebyśmy za bardzo nie żałowali tych, co zginęli - mieli oni szansę się uratować, ale kiedy harold poszedł do nich przed rozbiciem obozu i chciał wzmocnić wiązania namiotu, to brzydko go popędzili precz :]

                      po zwolnieniu się dwóch miejsc kwestią kilku minut jest zaproszenie clayburna dla taylora i harolda. taylor oczywiście dostaje palmy ze szczęscia, a harold swoją palmę musi przedyskutować z żoną, która się długo nie chce zgodzić, bo k2 to góra o kiepskiej opinii, gdzie sporo ludzi traci życie, a zdobywa ją garstka. nie to co everest, gdzie byle ciołek, byle miał kasę, może dzisiaj wejść. k2 to góra dla kozaków, góra poważna.

                      początek wyprawy jest fajny i miły, poza narastającym konfilktem między taylorem, a głównym organizatorem całego zamieszania, dallasem. clayburn to starszawy jegomość, głównie sypie kasą, pieczę nad całością sprawuje ten własnie dallas. też pewny siebie i równie przekonany o swojej "najlepszości" co taylor, więc się co jakiś czas ścierają, zwłasdzcza kiedy taylor kwestionuje taktyczne plany dallasa. poza nimi jest japończyk, babka, clayburn i harold, którzy starają się ich jakoś hamować i rozdzielać i wkrótce wydaje się, ze jakoś sprawa została rozwiązana i obaj jegomoście nawet są w stanie rozmawiać ze sobą. ale, wiadomo, że jak w pierwszym akcie ktoś zawiesił strzelbę na ścianie, to w trzecim musi ona wystrzelić.

                      potem zaczynają się schody, których symoblicznym momentem jest spotkanie grupy clayburna ze schodzącymi własnie po nieudanym podejściu niemieckimi alipinistami, którzy nie tylko nie zdołali zaatakować szczytu, ale i zginął w czasie ich podchodów człowiek, tragarz.

                      nic to, idą dalej. kiedy włażą w linię śniegu problemy rosną : najpierw - większa część tragarzy - już wcześniej dających im się we znaki, marudzących, chwiejnych emocjonalnie, żądających podwyżki gaży - rezygnuje z dalszej drogi. muszą zostawić częśc sprzętu w obozie niżej założonym. potem stary clayburn dostaje zadyszki i muszą się rozdzielic. z clayburnem zostaje babka, jego chyba narzeczona jakaś, a do tego tragarze.

                      szczyt jest blisko. pogoda do d,py : wieje, śnieży, coraz bardziej strome ściany, coraz trudniej iśc wyżej. zostaje ich czterech. szczyt już blisko. najtrudniejszy etap, na którym najwięcej ludzkości ginie podczas włażenia na tę górę. a tutaj cała czwórka się aż pali, żeby wejść. tyle, że nie ma mozliwości, by weszli razem, może wejśc tylko dwóch. dwaj pozostali mogą się obejść smakiem. I w decydującym momencie formalny szef wyprawy, dallas, ma podjąc decyzję o tym kto wejdzie - wskazuje na siebie i na japończyka. taylor jest wściekły, bo ewidentnie wiadomo, że on i dallas są najmocniejsi, i decyzja dallasa jest po prostu złośliwością, zemstą za to, że taylor robił mu koło pióra na początku, że jego umiejętności i doświadczenie kwestionował. ot, słodkie zwycięstwo w sporze. ale nic - dallas decyduje, clayburn, z którym łączą się przez telefon, dekretuje decyzję dallasa. nie ma wyjścia.

                      już wieczorem tego samego dnia taylor może dziękować losowi, że go dallas nie wziął ze sobą. taki paradoks. oto bowiem lawina śnieżna zrzuca na dół umierającego japończyka. dallas w ogóle nie zostaje odnaleziony. zginął bez śladu. zostają więc taylor z haroldem - zabierając ze sobą minimalną ilośc sprzętu [w zasadzie same liny], rankiem, po pieknym ataku, z max mozołem i trudem, [poziom 8 tys metrów z okładem - nie w kij dmuchał] , zdobywają szczyt. fotografują się na nim, łączą z clayburnem i obozowiskiem, radocha na sto dwa. pogoda słoneczna. dach świata. niezapomniany moment. taratata.

                      teraz jednak tzreba zejść jeszcze. a k2 to taka łajza, że pogoda zmienia się tam w oka mgnieniu. w dodatku harold i taylor mają limit czasowy na zejście, bo stary clayburn ma się fatalnie i zamówił już sobie helikopter, który ma ich ewakuowac, o ile oczywiście panowie obaj zdążą, a są przekonani, że i owszem.

                      co to by jednak był za dramat jaki zdązyli... pastelówa :] wracając więc po brawurowym wejściu, pogoda się pogarsza ofk i to bardzo i nagle odpadają od ściany razem z małą lawiną i lecą w dól po róznych wybojach, wreszcie lądują, mocno się obijają, a harold łamie nogę. taylor wychodzi tylko poobijany, może iść dalej, ale harold jest over - taylor tylko dotyka palcem jego nogi, a ten drze się wniebogłosy z bólu, złamanie jest więc katastrofalne. i tutaj następuje dramatyczny moment, kiedy harold każe taylorowi zasuwac dalej i zostawić go, co jest ofk decyzją racjonalną, bo dlaczego mieliby zamarzać obaj, skoro tylko on jest unieruchomiony, a przy okazji zwalniającą przyjaciela z wyrzutów sumienia. no i od tych przyjacielskich wzruszeń, pożegnań i wyznań dozgonnej miłości braterskiej walnął mi telewizor, ale pamiętam, chyba dobrze, że taylor nie zdązył wrócić na czas, obóz zastał pusty jak grób, wrócił więc do harolda, a tam, znienacka, pojawił się helikopter z ekipą ratunkową, która obu ich w ostatniej chwili zabrała na pokład. happy end. znowu :]

                      sama historia byłaby pokrzepiająca, znowu ;], ale sama w sobie nie robiłaby dobrego filmu, gdyby nie dwie rzeczy : zdjęcia i muzyka.
                      macie himalaje, helikopter i kamerę, a więc macie 80 % szans na film, którym ujmiecie każdą widownię. i tak jest też tutaj - góry z bliska, góry z daleka, dach świata, linia chmur, szczyty ośniezone, szczelniki przez które się przedostają bohaterowie, wspinaczka, liny, raki, czekany w akcji, pogoda zmienna - słońce i chmury, przejrzyste niebo i sinica ze śnieżycą, towarzysząca temu znakomita muzyka z solówkami gitarowymi rodem z lat 70, wiele ujęć z lekko tylko poszerzonej perspektywy alpinisty, góra zmieniająca kształty dzięki ujęciom pod róznymi kątami, góra - raz piękna subtelnie, a raz piękna groźnie. klasyka. zaś scena ostatecznego ataku na szczyt w wykonaniu smiałków, kiedy idą po zboczu wielgachnej góry do solówki...

                      • grek.grek "człowiek bez twarzy"/ "k2" 06.01.11, 12:53
                        no więc, to ujęcie jest mistrzowskie, chciałem powiedzieć ;] filmowane z powietrza, do gitarowego riffu, idealna perspektywa. zawodowstwo. moment kodaka :]

                        nie wiem, co z tym zakończeniem, czy taylor wrócił do harolda, żeby razem zamarznąć czy zabrał go ze sobą do tej bazy, czy helikopter znalazł najpierw taylora, a później harolda do kompletu, czy jakoś jeszcze inaczej się to odbyło, ale grunt, ze obaj zostali uratowani :].ew korekta mile widziana :] a dzisiaj jest powtórka o 21'oo, więc kto nie widział wczoraj - mozę nadrobić. moje szanse są fifty fifty, bo o 23, kiedy będzie się kończył, i ew finał będzie do zweryfikowania, pewnie będę widział na tv4 śniezycę, sniezycę będę widział, a dobry obraz znów wskoczy gdzieś po północku.

                        ze wzg na zdjęcia i te gitarowe riffy "k2" jest must-see :]
                        • barbasia1 Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 06.01.11, 16:49
                          Dzięki za "k2",oglądałm, ale tylko jakieś fragmenty, więc ogólne wyobrażenie mam, ale niewiele wiem na temat fabuły, tym chętniej przeczytam Twoje streszczenie, za chwil kilka (na deser zostawiłam sobie, najpierw obowiązek czyli dokończenie moją wypowiedź o "Pogodzie na jutro (wybacz, że to tak długo trwa, ale zostalam oderwana od komputera ).

                          A ja wczoraj przypomniałam sobie " Thelmę i Louise"! (wreszcie o jakiejs ludzkie porze leciał ten film w TVN - brawo! :). Trafiłam na ten film przypadkiem, (wczoraj nic nie powiedziałeś Greku!!!?? ), a ja nie zajrzałam do programu, umknął mi początek, ale niewiele ...

                          A dziś atakuje w telewizji i to w powójnej dawce, Twój, Greku, Wasz, Maniu, Pepsci (Ewo, Twój też?) ulubiony ... inaczej ;)) aktor Tom Hanks w "Filadelfii" (Polsat 21.00) i w wielokrotnie powtarzanej już "Zielonej mili" (TVP1, godz. 21:20).

                          Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Wy tak nie lubicie tego Toma Hanksa!? ;)

                          W TVN dla odmiany Colin, co porzucił Alicję, Farell w roli Aleksandra Macedońckiego (21.30).

                          www.youtube.com/watch?v=4z2DtNW79sQ&feature=related
                          • grek.grek Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 07.01.11, 14:18
                            majpleżer, zatem :]

                            hehe, wypunktowałaś zawodowo moje plumkania o "pogodzie", ALE i jedno pytanie zostaje, wg mnie, po opadnięciu "kurzu bitewnego" ;]

                            a zupełnie zapomniałem o "thelmie...", może dlatego, że kiedyś dośc szczegółowo się rozpisywaliśmy o tym filmie, jakos tak uśpiony czujnościowo zostałem, hehe. jak Ci się podobał, w kolejnym podejściu ? :]

                            ech, tym hanksem zapaćkali cały program... dzięki temu, mogłem 'autostradę' wreszcie obejrzeć, bo tempo przerobu jakie ostatnio prezentowałem było skandalicznie niskiej wartości ;]
                            • barbasia1 Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 07.01.11, 16:17
                              Ha,ha! Niezmierzone było to punktowanie, nie przypuszczałam, że to się tak skończy, naprawdę, Greku! ;))
                              Tak, pytanie aktualne, ja też się na tym zastanawiałam i zastanawiam, poźniej napiszę tam wyżej, co wymyśliłam!

                              Tak, oczywiscie doskonale pamiętam o tej rozmowie na temat "Thelmy i Louise", przy czym ja wtedy, jeśli pamiętasz, miałam przed sobą powtórkę filmu, miałam wypożyczyć sobie film, ale w końcu tak się nie stało. I dopiero przedwczoraj szcześliwie zaliczyłam powtórkę. :)

                              Oczywiście film mi się podobał za drugim podejściem (czy właściwie trzecim podejściem wliczywszy naszą rozmwę), może nawet jeszcze bardziej, jako że oglądanie było o wiele bardziej świadome. Później postaram się coś napisać (choć właściwie wszytsko co ważne, Ty już powiedziałeś :)...

                              Jak to tempo Twoje było "skandalicznie niskiej wartości"? Każdego dnia był porządny opis filmu! Chciałabym mieć takie tempo, marzę o takiej mocy! :)/ ale ja mam niestety mam strasznie słabe baterie, a ostanio jeszcze mniej energii, bardzo nad tym ubolewam/.
                              Ale wszystko w porządku u Ciebie, Greku, tak???

                              A "Zielona mila" podobała Ci się? Ogladałeś kiedyś ten film? Znasz czarnoskórego, potężnego Johna Coffey'a, lekko niedorowiniętego poczciwinę, obdarzonego za to niezywkłą, nadnalturalną mocą uzdrawiania ludzi i zwierząt?
                              Coffey wywsysał chorobę z człowieka.
                              • pepsic "Zielona Mila" 07.01.11, 18:30
                                Kiedyś oglądałam, a że nie gustuję zbytnio w tego typu klimatach, trochę kiczowatych i pod publiczkę, to bez zbytniego entuzjazmu. Taka bajeczka dla dużych dzieci. Aczkolwiek paru scenom nie odmówię dobrego słowa. Nawet Hanks w mundurze prezentował się całkiem znośnie:)
                                Ps.1. Żonę komendanta zagrała Patricia Clarkson z "Dróżnika"( Barbasiu dałaś radę?).
                                Ps.2. Czekam na wyrozumiałe przeczołganie:(
                                • barbasia1 Re: "Zielona Mila" 08.01.11, 23:03
                                  > Ps.2. Czekam na wyrozumiałe przeczołganie:(
                                  No wiesz! :)
                                  To prawda z tym klimatem bajkowym ... cdn.

                                  Tak! Zaczęłam oglądać "Dróżnika "! Od pierwrszego wejrzenia polubiłam Fina. Tyle godności ma w sobie ten mały człowieczek! :)
                              • grek.grek Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 08.01.11, 10:55
                                bardzo dobrze, że tak się skończyło, przynajmniej wiadomo na czym się cała rzecz zasadzała w intencji.

                                hehe, wiedziałem, "thelma & louise", to feministyczny manifest niemalże ;]; ofk, wymowę ma uniwersalną, no ale faktem fakt, że główne bohaterki, to jednak kobiety i jakaś celowość w takim rozpisaniu ról musiała być. kobiety wydobywające się z męskiej opresji i wybierające śmierć w pozycji wyprostowanej niż zycie na kolanach.

                                hehe, dzięki - jest dobrze, jak zawsze :] a tempo o tyleż średnie, że ta cała "autostrada" była zdaje się w weekend [weekend, to słowo się słabo kojarzy, z tego co widać i słychać ;)] i już zdązyła się trochę kurzem obsypać zanim wreszcie obejrzałem.

                                "zielonej" nie widziałem. hanks, jakaś bajka o murzynie-uzdrowicielu, którego zagazowują na końcu... powiem Ci szczerze, że nawet mi się jakoś nie spieszy, żeby zobaczyć. chętnie poczytam Twoją recenzję, opinie, wrażenia, ale wyrzutów na sumieniu jakoś nie posiadam, z tego powodu, że ilekroć widzę ją w grafiku, to zawsze szukam w grafiku uparcie jakiejś alternatywy i cudownym trafem zawsze znajduję ;]
                                  • kocia_noga Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 09.01.11, 15:57
                                    maniaczytania napisała:

                                    > hmm, troche chyba tracisz jednak z ta "Zielona mila",
                                    > jak nastepnym razem bedzie, to obejrzyj.
                                    >
                                    > To mowilam ja, nie-fanka Hanksa, ktora dala rade obejrzec ten film ze trzy razy
                                    > najmniej

                                    A ja nie, raz i wystarczy a nawet zbraknie. Ckliwa amerykańska bajka z szablonowymi rolami, chociaż bardzo dobrze zagrana.
                                    • maniaczytania Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 09.01.11, 18:22
                                      > kocia_noga napisała:
                                      > A ja nie, raz i wystarczy a nawet zbraknie. Ckliwa amerykańska bajka z szablonowymi rolami, chociaż bardzo dobrze zagrana.

                                      Tez tak myslalam po pierwszym razie. Niektore detale i subtelnosci widac dopiero za ktoryms razem.
                                      • kocia_noga Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 09.01.11, 20:53
                                        maniaczytania napisała:

                                        > > kocia_noga napisała:
                                        > > A ja nie, raz i wystarczy a nawet zbraknie. Ckliwa amerykańska bajka z sz
                                        > ablonowymi rolami, chociaż bardzo dobrze zagrana.
                                        >
                                        > Tez tak myslalam po pierwszym razie. Niektore detale i subtelnosci widac dopier
                                        > o za ktoryms razem.

                                        A to mnie zaciekawiło. Znalazłaś tam coś ciekawego? Serio pytam.
                                        • maniaczytania Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 09.01.11, 21:48
                                          Serio odpowiadam - tak.
                                          Za pierwszym ogladalam koncentrujac sie glownie na bohaterze najwazniejszym, czyli tym wielkim Murzynie. Za ktorym skolejnym razem bardziej skupialam sie na watkach pobocznych zwlaszcza straznikow i tu juz bylo wiecej ciekawych rzeczy.
                        • barbasia1 Re: "człowiek bez twarzy"/ "k2" 07.01.11, 13:44
                          Powiedz, co za pech , że obrazł znikł własnie tuż przed zakończeniem! ;) Tym większe dzięki, że opis mamy pełny! :)

                          Niebezpieczna to pasja! Nie wszytsko da się przewidzieć w takich ekstremalnych warunkach.
                          Jeden nawet mały błąd kosztuje czasem ludzkie życie.
                          cdn.
    • grek.grek 'autostrada', czyli niedrogi film drogi [spojler 07.01.11, 13:15
      no to o 'autostradzie', jak obiecawszy :]

      jest to film... drogi. dzieje się w drodze. budżetowo drogi chyba niekoniecznie.

      akcja się zaczyna od tego, że czyściciel basenów, jack [jared leto z awangardowym irokezem] wdaje się w romans z żoną podejrzanego kryminalnie jegomościa. ten jegomość ich łapie na gorącym uczynku. jack musi się salwować ucieczką. co więcej, wie że jak tamten się lepiej zastanowi nad tym, co go spotkało, to naśle na niego swoich goryli, żeby mu zrobili bolesną krzywdę. postanawia zatem, co tu dużo mówic, spie,przać, byle dalej stąd. "stąd", czyli z czegoś w rodzaju miasteczka pod las vegas, gdzie mieszka on w rozpadającej się przyczepie przydrożnej.

      żeby nie było mu smutno, namawia swojego przyjaciela, ksywa "pilot" [od tego, że jego matka poczęła go w przelotnym związku z pilotem samolotowym], żeby pojechał z nim. pilot [jake gylenhaal, wersja rozwichrzona] jest typem wrażliwego romantyka i chodzi, zachowuje się, mówi i czesto patrzy z mgiełką w oku zdradzającą, ze jego ulubioną rozrywką, a może nawet głównym zajęciem życiowym, jest popalanie tego, co możesz mieć, jesli twój dostawca ma w swojej komórce numer łączący z medellin albo z innym marokiem.

      debatują więc : dokąd by tu spi,eprzac. staje na mieście seattle. jake podrzuca : dakota, detroit, ohio... ale pilot powiada, że jak seattle, to seattle. w miejscowym barze biorą od gościa, co ma numer do medellin trochę towaru, co by upłynniać go w drodze, a ze swojej doli paliwo finansować i do dzieła.

      no i od tego momentu trwa niedrogi film drogi - panowie jadą do seattle, a za panami jedzie trzech goryli faceta, co mu jake robi przyprawił, którzy posiedli wiedzę o celu ich podróży wizytując bar ww. i fundując jego właścicielowi atrakcje, na czele z podduszaniem, w celu wydobycia informacji owej. trzeba przyznać, ze gośc dzielnie kłamał, żeby ich chronić, ale musiał polec, kiedy się okazało, że z tego wszystkiego zapomniał, iż cały czas w barze działa kamera nagrywająca wszystkie rozmowy i goryle tego od poroża na łbie po to źródło informacji sięgneli, a na nim znaleźli jake'a i pilota recytujących właścicielowi baru o celu swojej wyprawy.

      więc dwaj uciekinierzy jadą sobie do celu i odwiedzają miejsca, spotykają ludzi, cały czas wymieniając jakiejś mało składne teksty, głównie o seksie, dziewczynach które znali i poznali, z których rysuje się róznica między nimi : pilot szuka miłości "tej jednej kobiety", jake przedstawia się jako "król seksu', aczkolwiek 'król" raczej chłopięco zabawny, 'król' na poziomie wyrywania panienek w szkole, niż zalatujący maczyzmem jakimś...

      na jednym z postojów ratują skórę dziewczynie, którą próbuje pobić jej kochaś; dziewczyna okazuje się być eks-aktorką, po przejściach, po rozwodzie, a także nie całkiem eks - prostytutką bez alfonsa. żeby było jasne, prostytuuje się ona, bo nie ma, gdzie mieszkac, co jeść i w ogóle tuła się ulicznie, która to wersja koliduje zupełnie z jej zadbanym wyglądem, ale jak konwencja to konwencja ;] zabierają ją ze sobą, jako że z miejsca przypada ona do gustu jake'owi. ale nie jako prostytutka, lecz jako dziewczyna, po prostu.

      potem spotykają johny'ego, ni to hippisa, ni to filozofa w stylu jacka kerouaca, albo ginsberga, ni to poetę... gościa w smudze cienia, z dredami, w za krótkim podkoszulku i z dobrze wyposazoną apteczką, którą służy wg cennika ;] też go biorą ze sobą, bo on tez do seattle jedzie. seattle, dodajmy, własnie trafionego informację o samobóju strzelonym przez cobaina. zatem, łatwo umiejscowić akcję w czasie konkretnym.

      rozmawiają o niczym i o wszystkim, a najwazniejszą informacją jest to, ze pilot nie jedzie do seattle ot, tak sobie - on jedzie z nadzieją odnalezienia tam dziewczyny, którą kiedyż znał, z którą 'na imprezie, w toalecie, przetańczył wiele godzin do 'sweet child of mine" ;], a potem ona wyjechała i zostało mu tylko zdjęcie.

      zatrzymują się w jakimś parku, a tam dziewczyna i jake rozmawiają, ona mu mówi o sobie, to co ja już napisałem wyżej o niej ;], a johnny z pilotem dają w nos i mają niezłe odloty, świat im wiruje, pilot leży bez czucia z usmiechem, a johnny zawzięcie filozofuje o przemijaniu i o tym, ze koniec końców wszyscy spotkamy się w zupie - to jest niezła scena :]

      nastepny przypadek, to sensacja antropologiczna w jednym z mijanych miasteczek - pół-facet-pół-aligator, znaczy się zeszpecony gośc, co cierpi na łuszczycę i ma coś z gębofonem i służy za atrakcję dla turystów. jego matka tym [cała sala specjalna, w jakiejś szopie, podest dla gości, a ten pół-ccośtam pływający w specjalnie zaprojektowanym bajorku] zawiaduje, ale nie po to, żeby z chłopaka robić wariata, ale po to, żeby na tym interesie zarobić na możliwość przeprowadzki w inne miejsce, ponoć takie istnieje, w którym byłoby mu lepiej, czy można by mu pomóc, coś w tym guście. wrażliwy pilot chce im pomóc, zdobyć dla nich pieniądze jakieś [brakuje tej matce 5 kawałków], a koniec końców oprócz tego, ze sypnie im pieniądzem, to obaj z jake'em staną w obronie pół-aligatora i dostaną lanie od miejscowej policji, której przedstawiciele - jak przystało na redneków - postanowili sobie pożartować w swoim stylu i upić to dziwo.

      byłoby zbyt miło, gdyby się tak to miało toczyć aż do końca. musi więc nastąpić zwrot akcji - i następuje on w momencie, kiedy pojawiają się w pobliżu ścigający ich goryle faceta z porożem, a spanikowany jake uświadamia sobie, że to nie on chciał jechac do seattle, że to pilot go zmanipulował [głupie, ale coś trzeba było wykoncypować, hehe]. po burzliwej kłótni jake z dziewczyną robią w tył zwrot i zostawiają pilota i johnny'ego, którzy kontynuują jazdę do seattle z grupą hippisów czy tam grunge-guys, jadących na czuwanie po smierci cobaina. ofk, pięć minut później jake'a łapią wyrzuty sumienia, że zostawił kumpla na pastwę losu, dziewczyna widząc, że się przyjaciele pochemrali i trzeba pomóc to skleić, też sie przykłada do tego i robią ponowny w tył zwrot i śladem zostawionych pasażerów go to the seattle.

      a w seattle aż się roi od flanelowych koszul i świeczek czuwających. pilot, w jakimś lekkim oszołomieniu, z wymalowanym na dziobie pająkiem, przez tych hippisów z auta, co go podwieźli, i na zdrowym haju, chodzi wśród tych czuwajsów cobainowych i szuka tej swojej dziewczyny... chodzi i chodzi, obraz ma rozedrgany, przymglony, aż w końcu ją znajduje, ale ona go nie pamięta, to że kiedyś coś mięzy nimi było nic dla niej nie znaczy, gada do niej jak do ściany, a ona mówi tylko 'weź mnie za rękę', bo jej przykro, że cobain się wystrzelił w kosmos. pilot jest rozczarowany i zawiedziony, zostawia więc ją, bo widzi, ze to już nie ta dziewczyna.

      w ślad za pilotem zjawia się jake, a przy okazji trzech goryli od faceta z porożem. i zaczynają się ścigać po ulicach. w końcu dopadają jake'a w jakimś zaułku, broniących do dziewczynę i pilota kasują małym palcem, a jake'owi miażdzą buciorami palce u stóp. i tak ich zostawiają.

      pstryk i cała ekipa jest w jakimś domu. jake jest kontuzjowany, ale stara się dowcipkować "po co komu nogi, nie ?: ;], hehe], dziewczyna [cassie, na imię ma, rychło w czas mi się przypomniało] zostaje z nim, bo są zakochani w sobie, a nieuleczalny romantyk pilot... pojedzie dalej. sam. dokąd ? "w poszukiwaniu tej jednej, z którą życie dopiero ma wartość". czyż to nie prawdziwy, kolejny w tym tygodniu, happy end, i to pomimo zmiażdzonych palców u stóp ? ;]



      • grek.grek 'autostrada', czyli niedrogi film drogi [spoj 07.01.11, 13:49
        co by tu jeszcze dopisać...
        może to, że film ma swój rytm, trochę taki na minimalnym koksie, co go czyni tym pocieszniejszym. z początku miałem podejrzenia, że będzie to coś w stylu "las vegas parano", ale jednak nie. tutaj chodzi o uczucia młodych ludzi :] jake i pilot czegoś, w tej drodze do seattle, się dowiadują o sobie. jake znajduje uczucie, do którego przy okazji dorasta, zmienia się; pilot wiedziony nadzieją na jego odnalezienie w seattle ostatecznie je traci. taka przerzutka ;]. jake w trakcie całej podróży coraz baczniej obswerwuje swojego przyjaciela, dostrzega coraz wyraźniej jego specyficzne podejście do świata i nieszablonowośc w analizowaniu otoczenia [np. podczas gdy dla ludzi, takze dla jake'a i cassie, pół-aligator jest tylko ciekawostką z ostatniej strony "faktu", pilot raczej zastanawia się nad tym, co ten człowiek czuje, czy jest mu smutno, czy chciałby być kimś innym, czy jest raczej szczęsliwy takim jakim jest teraz; kiedy mają wszelkie dane wskazujące na to, że cassie to eks-prostytutka pilot zastanawia się, ilu też musiaała mieć klientów, a ściślej - z iloma pewnymi częsciami ciała tych klientów musiała współpracować], dobro w końcu [ta kasa dla matki pół-aligatora] a przede wszystkim subtelnośc uczuć - niby mówi o seksie, niby "przelatywanie" się pojawia we wspomnieniach szkolnych [pillot jednak sam nie wie, czy tego dokonał, czy nie, a jake go wyprowadza na prostą mówiąc, ze nie dokonał, bo to on, jake, dokonać tego dokonał], ale od lat nosi w pamięci jedną dziewczynę - za to,że powiedziała mu, ze "jest fajnym chłopakiem, a nie jednym z takich... 'do zapomnienia" i dlatego, bo razem tańczyli i bo wierzy w tzw.istotę miłości, którą jake dopiero na końcu, kiedy wie już że dotknęło go to osobiście dzięki poznaniu cassie, sam jest w stanie zrozumieć i pilota, za jej przez niego noszenie w sobie - docenić.

        gylenhaal jest najlepszy, jego pilot, wciąz na większym lub mniejszym spidzie, a zarazem taki jakiś odruchowo niegłupi w tym, co mówi i robi, mimo że wyglądający na młodocianego matołka nie daje się jednoznacznie zakwalifikować.
        niezłe kreacje drugoplanowe - john mc ginley, jako poeta-filozof udredlowaoany, czyli johnny naprawdę daje się zapamiętać; jeremy piven, w małej rólce właściela baru-dilera, wygłasza jeden zupełnie brawurowy monolog z całą gamą gestów, min, podskoków i wygibasów i to jedna z lepszych scen w całym filmie, w sumie - z niczego taka prawdziwa kreacja. taka kieszonkowa ;]

        dobrze jest prowadzona narracja, przypomina głównego bohatera - niby taka jakaś wesoła i nie do końca spójna, przemyślana, zgodna z kanonami, a jednocześnie gdzieś tam trzeba szukać, bo coś można znaleźć wartościowego. oskara za to nie będzie, ale pozostaną całkiem niezłe wrażenia. pachnie "las vegas parano" trochę, w estetyce, przez fakt aranżacji przestrzennej ;], przez obecność wydatną proszku do nosa i fajki i jego wpływy, no i nieprzypadkowo film kończy się cytatem z "w drodze" kerouaca - jest tu sporo odwołań do kontrkultury, do stylu rozumowania pokolenia "X" couplanda, do estetyki i filozofii życia "slackerów", którzy byłli ewidentnie patronami dla postaci pilota, do stylu bycia promowanego przez dawnych bitników; zdecydowanie nie przypadkiem w tle jest śmierć idola całego pokolenia, dla wielu ostateczny upadek ostatniej instancji młodzieżowego buntu antybabilońskiego. i w tym kontekście wyruszenie pilota w drogę w poszukiwaniu miłości niemożliwej jest jakimś znakiem niezgody na prozę życia, na pogubienie ideałów, na proste rozpłynięcie się w przyziemności. pokrzepiające. po raz kolejny w tym tygodniu ;]
          • barbasia1 Re: 'autostrada', czyli niedrogi film drogi :))) 09.01.11, 15:12
            grek.grek napisał (wyżej):

            >czyż to nie prawdziwy, kolejny w tym tygodniu, happy end, i to pomimo zmiażdzonych palców u stóp ? ;]

            ha,ha
            O tak, prawdziwy happy end!

            A tak przy okazji, czy ścigający przez połowę Stanów siepacze od gościa, któremu nasz bohater przyprawił rogi nie powinni byli zmiażdźyć mu innej części ciała? ;}

            Rzeczywiście do filmu "Las Verag Parano: "Autostradzie" daleko. Aleee całkiem sporo wycisnąłeś z tego filmu !? I dlatego ja bym się skusiła na niego, gdyby leciał w telewizji raz jeszcze. Także dla Jareda Leto i Jake'a Gylenhaala ("w wersji rozwichrzonej":)).
    • pepsic "Rysa" z wczoraj, na Kulturze była 07.01.11, 18:11
      No więc obejrzałam, a skoro obiecałam, to biorę głęboki oddech, aby wyznać: nie porwało należycie, nie wywołało spodziewanych emocji, raczej chłodne spojrzenie z dystansem. Problem wielki, mniej więcej na czasie, tym bardziej, że film postał w oparciu o autentyczną enerdowską historię. Zachowanie Joanny wobec poszlak wydaje się być zbyt radykalne, poza tym zdradzała objawy typowej depresji, którą mogłoby wywołać cokolwiek. Jak dla mnie wina Jana od początku jest ewidentna (i chyba taki był zamysł reżysera wobec widza), gdyż dokładnie tak zachowuje się człowiek idący w zaparte, mający świadomość, że do swego czynu za nic w świecie nie może się przyznać. Kupon na bistor (Grek, jeśli cię to pocieszy, nie Ty jeden pomyliłeś brystol z bistorem), bijatyka z esbekiem, kiedy Jan krzyczy najpierw: co mam z tego?, a za chwilę, co masz z tego (tak zrozumiałam), a także końcowa scena w szpitalu podczas wizyty domniemanego esbeka z winą wymalowaną na twarzy.
      Co mi się podobało: smutna muzyka Satiego, piękne wnętrza z duszą i skrzypiącym parkietem, a przede wszystkim Krzysztof Stroiński, do którego mam wielką sympatię.
    • grek.grek a co na dziś ? pewniak "brokeback" i..? 08.01.11, 14:35
      wczoraj były powtórki : "a.i sztuczna inteligencja" i "linia życia", "wojna światów" - hyhy, to podobni hicior jest, nie z tej ziemi - oglądaliście ? ja nie miałem odwagi... ;]

      dzisiaj, z tego co widzę :

      "atak na posterunek 13" na jedynce [22:15]. ofk, tvp nie daje oryginału carpentera, który był jednym z lepszych sensacyjnych thrillerów ever, a daje remake sprzed paru lat, który wpisuje się w tradycję powtórzeń : jest słaby - czyli, klasyka wg tvp, czyli zamienił stryjek.

      "krwawy ring" w dwójce - bardzo polecam... zachować bezpieczną odległośc od odbiornika. film tak głupi, że nawet jego tytuł nie jest głupszy od zawartości.

      "biali nie potrafią skakać" [22:00] - daje polsat, i dobrze że daje, niż miałby dać jakąś inną multi-powtórkę. nie lubicie ulicznej koszykówki, nie lubicie pyskatych duetów czarny-biały, nie lubicie przeciętnego aktorstwa... cóz, przejdzie Wam przed oczami kawałek dobrej rozrywki, bez ambicji oskarowych, ale dobrze skrojonej i mającej więcej wdzięku niż pszczółka maja.

      "brokeback mountain" - tvn [22:45] - no to chyba mam swojego osobistego faworyta, bo to hicior tęgi, a ja dotąd nie miałem przyjemności z nim obcować, więc poobcuję dzisiaj. nie wiem, czytałem trochę, słuchałem, powiedzcie mi, tak w ramach przedbiegów, jak sądzicie, whatever - czy oglądaliście, czy nie : na ile jest to PO PROSTU uczciwe, dobre kino, a na ile swoją markę i nagrody zawdzięcza pewnemu przełamaniu tabu, czyli pokazaniu uczucia łączącego dwóch męzczyzn ? czy może, jedno bez drugiego dzisiaj nie istnieje i to tematyka w duzym stopniu [ktoś powiedział : decydującym ?] determinuje wartość [filmu] ? czy może śmiałość owa tylko podnosi o oktawę rangę filmu - z przeciętnego robi dobry, z dobrego znakomity, ze znakomitego wybitny.. ?

      "kulturyści" mają dodatkowo "germinal" o 20:10 - załatwili Was z tymi 'samymi swoimi" w sylwestra ;], więc starają się trochę nadrobić, hehe. jesli ktoś obejrzy, to ja na pewno z chęcią czytnę - jak ta ekranizacja zoli wypadła.
      • barbasia1 Re: a co na dziś ? pewniak "brokeback" i..? 08.01.11, 15:07
        > "brokeback mountain" - tvn [22:45] - no to chyba mam swojego osobistego faworyt
        > a, bo to hicior tęgi, a ja dotąd nie miałem przyjemności z nim obcować,

        Oooooo! Mnie się bardzo podobał, ale je jestem nieobiektywna bo mnie się filmy o miłosci prawie zawsze podobają, więc za dwie chwile zaytuje komentarz na temet tego filmu z Leksykony filmowego na XXI wiek Kałużyńskiego i Raczka ... :)

      • barbasia1 Re: a co na dziś ? pewniak "brokeback" i..? 08.01.11, 22:53
        Ta szybko powiem, co miałam powiedzeć, bo zdaje się, że film już się zaczyna ...

        Otóż w moim "Leksykonie filmowym" Tomasz Raczek (dla odmiany) ocenijąc bardzo wysoko ten film, podkreśla m.in. jego uniwersalizm, ktory stanowi o wartości, wielkości filmu. M.in. pisze o filmie tak: "Western o miłości dwóch kowbojów, kórzy plinowali owiec na góskiej połoninie. Rzecz odległa, wręcz egzotyczna. Widziwie idą więc do kina raczej z ciekawości niż z pragnienia przeżycia wielkiego wzruszenia. Ale go doznają zaskoczeni, zdumieni, nie rozumiejący dlaczego. Nie wiedzą skąd bierze się to uczucie, że film o nieszczęśliwej miłosci dwóch młodych mężczyzn - którzy żyjąc na konserwatywnej amerykańskiej prowincji w larach 60. i 70. XX wieku zmarnowali sobie życie, ukrywając swoje uczucie przed światem - może dotyczyć każdego, także w spólczesnego, miejskiego, i jak najbardziej heteroseksulanego. Polaka? Ba! Moz enawet homofoba!? Na tym właśnie polega próba doskonałosci wybitnego dzieła: zachowuje ono blask w każdych, nawet najbardziej niesprzyjajacych warunkach i okolicznosciach. A Tajemnica Brokeback Mountain od razu stała się klasykiem kina." (LF , s. 397)


        Choć idzie tu o miłość, ten film nie jest melodramatem, bo unika efektownych uproszczeń i sentymantalizmu. Niczym Bergman w Personie, Ang Lee opowiada na przykładzie dwóch osób o kondycji człowieka. O jego wielkości i słabości. A nade wszystko o nie dającej się stłumić przez jakąkolwiek normalność wyjatkowości." (LF, s. 398)

        • kocia_noga Re: a co na dziś ? pewniak "brokeback" i..? 09.01.11, 13:22
          Tak, a poza tym bardzo głęboko, do żywca utkwiły mi w pamięci - tej żywej, odtwarzającej uczucia - ze dwie sceny, dla mnie dotyczące raczej przemijania. Mojej córce zaś tak samo głęboko utkwiły zupełnie inne sceny, obrazujące niemożliwość wypowiedzenia uczuć.
          Moje dwie to:
          ranek w szałasie, deszcz na zewnątrz
          scena w domu rodzinnym nieżyjącego partnera, wyjrzenie pzrez okno, odnalezienie koszuli w szafie.
          Nie wiem, co w nich tkwi, ale są wielkie dla mnie, obydwie żyją.
          • barbasia1 Re: a co na dziś ? pewniak "brokeback" i..? 09.01.11, 16:04
            kocia_noga napisała:

            > Tak, a poza tym bardzo głęboko, do żywca utkwiły mi w pamięci - tej żywej, odtw
            > arzającej uczucia - ze dwie sceny [...]
            > scena w domu rodzinnym nieżyjącego partnera, wyjrzenie pzrez okno, odnalezienie
            > koszuli w szafie.

            Tak, to dobra scena.
            Ennis odnajduje w pokoju nieżyjacego już przyjaciela, w rzeczach osobistych, ubraniach okruchy jego osobowości ...
        • grek.grek "brokeback" 09.01.11, 13:23
          jakby nie spojrzeć, tomasz raczek dość osobiste ma powody, sentymentalne, zeby 'brokeback' oceniać pozytywnie.

          love story, jak love story imo trudno w tej dziedzinie coś nowego powiedzieć. i, jednak..., będę się trzymał zdania, ze całym wydarzeniem tego filmu jest uczynienie jej bohaterem pary facetów, i to reprezentujących profesję archetypowo męską - kałbojów, niż jakiś jej nowatorski albo wirtuozerski sposób narracji albo filmowania albo czegokolwiek.

          ciekawsza niż owa love story wydała mi się poboczność jej - los kobiet, które obaj kochankowie okłamują, a które później przeżywają szok poznawczy. to one są tutaj prawdziwymi ofiarami owego zakazanego uczucia, bo dwaj panowie jakoś tam sobie radzą, spotykają się, w tajemnicy, wymuszonej lękiem o własny tyłek jednego z nich, ale jednak. a kobiety zbierają żniwo niezdrowej sytuacji, niezdrowych stosunków społecznych, aczkolwiek... kurde bele, przecież ich romans odkrywa ten ich pracodawca, gruby z wąsem, widzi ich razem jak się całują... i co, nic nie mówi nikomu... żona jednego z nich - też to widzi... nic nie mówi nikomu... rodzice jacka - tez wiedzą... i nic nikomu nie mówią... więc bohaterowie nie są zagrożeni niczym poza fobią jednego z nich, z tego by wynikało. dobrze kombinuję ? :]

          ang lee każe się domyślić zagrożenia nie pokazując go w ogole. rozumiem, gdyby były jakieś prześladowania, jacyś geje cierpieli w pobliżu, były jakieś wymowne znaki, że jest się czego bać, a tutaj jedynym takowym jest wspomnieniem sprzed 20 lat...

          w ogole, nagle gej na geju i gejem pogania na tej amerykańskiej redneckiej prowincji - dwóch gejów spotyka się i ma romans, meksyk : stoją licznie geje między budynkami, odsunięty od łoza kochankowego jack poznaje innego geja, jack przywozi na farmę rodziców jeszcze jakiegoś innego kochanka... więcej tu gejów niż heteryków ;] i żaden nie dostaje nawet kwiatkiem przez tyłek... homofobia tak małymi literkami pisana, ze jej prawie nie widac...

          większe wrażenie robią owe zostawione na lodzie kobiety, którymi dwóch kolesiów próbuje się maskować przed społeczeństwem, które w ogóle z gejami wydaje się nie mieć żadnego problemu. dziwna sytuacja :]

          jak sądzisz/sądzicie ?

          mnie jednak z tej całej otoczki "filmu wybitnego" zostaje fakt, że dotyczy miłości gejowskiej. gdyby to była opowieśc o miłości kobiety i mężczyzny, ba dwóch kobiet... nie byłoby takiego
          poruszenia [ofk, założywszy, ze zostałaby opowiedziana za pomocą, toczka w toczkę, tymi samymi filmowymi metodami].

          • kocia_noga Re: "brokeback" 09.01.11, 15:50
            grek.grek napisał:

            jednak..., będę się trzymał zdania, ze całym wydarzeniem tego filmu jest uczy
            > nienie jej bohaterem pary facetów, i to reprezentujących profesję archetypowo m
            > ęską - kałbojów, niż jakiś jej nowatorski albo wirtuozerski sposób narracji alb
            > o filmowania albo czegokolwiek.
            >
            Jestem zdania całkowicie odmiennego. Książkę napisała kobieta i to widać słychać i czuć. Zaistniały tam sprawy, mysli i aspekty niewidoczne z punktu siedzenia męskiego, w każdym razie tradycyjnie seksistowskiego. Tego się po twoim odbiorze spodziewałam powyżej, że nie zakumasz a nawet niedostrzeżesz.

            > ciekawsza niż owa love story wydała mi się poboczność jej - los kobiet, które o
            > baj kochankowie okłamują, a które później przeżywają szok poznawczy.

            Jaki, pardą, szok? Żona jednego wiedziała cały niemal czas, ale dzieci były małe ( małżeństwo więc musiało trwać), a i rozmowa niebezpieczna, w końcu gdy mu wygarnęła omal jej nie udusił. Kobiety na wsi ważą słowa wypowiadane do meżów. Druga o niczym nie wiedziała.


            to one są
            > tutaj prawdziwymi ofiarami owego zakazanego uczucia, bo dwaj panowie jakoś tam
            > sobie radzą,

            no fajnie sobie radzą, jeden po rozwodzie zamieszkuje przyczepę, drugi żyje w zakłamaniu.


            kurde bele, przecież ich romans odkrywa
            > ten ich pracodawca, gruby z wąsem, widzi ich razem jak się całują... i co, nic
            > nie mówi nikomu...

            bo jest łaskawy. Ale stanowczo wywala ze swojego budynku i zakazuje się pojawiać. Poza tym nie miał wyjścia, o pastuchów trudno, wtedy gdy ich przyfilował nikogo by juz i tak nie znalazł na ich miejsce, a zakapować innym nie chciał z łaskawości, o czym już pisałam a pewnie i z innych powodów.

            > rodzice jacka - tez wiedzą... i nic nikomu nie mówią...

            nie zauważyłam, żeby wiedzieli, to bardzo prości i biedni ludzie. Poza tym, co komu mieliby mówić o swoim synu???

            więc bohaterowie nie s
            > ą zagrożeni niczym poza fobią jednego z nich, z tego by wynikało. dobrze kombin
            > uję ? :]
            >
            Nie wiem, czy dobrze, ale po swojemu.


            > ang lee każe się domyślić zagrożenia nie pokazując go w ogole. rozumiem, gdyby
            > były jakieś prześladowania, jacyś geje cierpieli w pobliżu, były jakieś wymowne
            > znaki, że jest się czego bać, a tutaj jedynym takowym jest wspomnieniem sprzed
            > 20 lat...

            he he he. Myślisz, że powinni sprawdzić na sobie, czy coś się zmieniło?


            >
            > w ogole, nagle gej na geju i gejem pogania na tej amerykańskiej redneckiej prow
            > incji - dwóch gejów spotyka się i ma romans, meksyk : stoją licznie geje między
            > budynkami, odsunięty od łoza kochankowego jack poznaje innego geja, jack przyw
            > ozi na farmę rodziców jeszcze jakiegoś innego kochanka... więcej tu gejów niż h
            > eteryków ;]


            No wiadomo powszechnie, że pedfałów nigdy nie było, a ta zaraza przyszła z zachodu.
            Zdziwiłbyś się, gdybyś miał jakichś przyjaciół gejów, ilu ich jest:) i ilu jest męskich prostytutów i ilu nobliwych mężów żonom, co wyskoczą czasem na chjłopca:)
            Nie tylko nie ma żadnej pzresady, ale wręcz powściągliwość w pokazywaniu tematu - inni geje sa wprowadzani tylko0 wtedy, kiedy trzeba.

            i żaden nie dostaje nawet kwiatkiem przez tyłek... homofobia tak ma
            > łymi literkami pisana, ze jej prawie nie widac...

            Żal ci, że tym kwiatkiem nie dostają, czy dziwujesz się, że klucząc i kamuflując się unikają społecznych sankcji?


            > mnie jednak z tej całej otoczki "filmu wybitnego" zostaje fakt, że dotyczy miło
            > ści gejowskiej. gdyby to była opowieśc o miłości kobiety i mężczyzny, ba dwóch
            > kobiet... nie byłoby takiego
            > poruszenia [ofk, założywszy, ze zostałaby opowiedziana za pomocą, toczka w toc
            > zkę, tymi samymi filmowymi metodami].
            >

            żal, że tylko to byłeś w stanie zobaczyć. Dla mnie jest to opowieść uniwersalna, ale rozumiem, że komuś jak ty tkwiącemu w XIXwiecznych syndromach madonny ladacznicy geje bviją po oczach , że tylko ich widać.
            • grek.grek Re: "brokeback" 10.01.11, 12:09
              jakie aspekty ? że np. jack jest kobiecy, a ten drugi męski ? że to wygląda jak związek k-m, tyle że dla lepszego efektu jeden M jest materializacją K ? rad b ym się przynajmniej dowiedzieć, czego nie zauwazyłem, bo jasne jest, że pewnie większości rozmaitości nie dostrzegam, gdyż raczej głupi jestem, ale dowiedzieć się o swojej głupocie i ślepocie bez podania kompromitujących przykładów - tak jakoś niefajnie :] jakoś przełknę, że być może, przy całej swojej nieporadności, dostrzegałem to, o czym napiszesz, ale po prostu nie uznałem tego za "wirtuozerię narracyjną" i po prostu róznica między nami polega wyłącznie na hierarchii wartości.

              żona się najpierw DOwiedziała :] zobaczyła jak się całują namiętnie panowie. wyglądała na zaszokowaną, ale... może się mylę.

              och, ofiarę kobiety, która odkrywa, że jej mąż zdradza ją z facetem z pewnością da się zestawić z ofiara faceta, który musi mieszkać w przyczepie ;]
              zakłamanie ? z tego, co zauważyłem, to tam wszyscy żyją w zakłamaniu.

              "z łaskawości [ich nie zakapował]" - pewnie tak, problem w tym, ze brzmi to mało wiarygodnie. przy wódce, przy męskich rozmowach...nic.. nikomu, ani słowa ?.. uff :]
              jest to nieudolnośc scenariuszowa/pisarska. nie da się zrozumieć, po co wprowadza się taką scenę, skoro nic z niej później nie wynika ?

              na końcu, po smierci jacka, jego kochanke przyjeżdza na ich farmę - i oni otwarcie mówią,.że "jack tutaj był, z innym facetem, i snuli plany, że będą tutaj mieszkać". no więc, coś jednak wiedzieli. zresztą, cała scena jest wymowna. wiedzieli dobrze, że nie przyjechał do nich kolega zmarłego syna, a jego partner.

              "po swojemu [kombinuję]" ? no to mnie rozjaśnij, co stoi na przeszkodzie ich związku, poza obawą jednego z nich o bezpieczeństwo [ich obu/własne...] ? jakie inne tropy podrzuca sam film ? mam się domyślać ? mogę, ale w takim układzie film nie miałby tutaj żadnego znaczenia. to w nim mam znaleźc materiał do interpretacji, a nie sam dokręcać :]

              "powinni sprawdzic czy coś się zmieniło ?" - niekoniecznie, ale to tylko potwierdza moją teze, ze jedyny problem tkwi w głowie jednego z bohaterów, w jego wspomnieniu z dzieciństwa. rzeczywistość 20-lat-po nie wykazuje znamion opresyjnej. nie w tym filmie.

              "kluczą i kamuflują się" - ale przed czym ? to wygląda na ucieczkę przed żelaznym wilkiem...
              jesli tak miało być, to obaj są ofiarami własnego tchórzostwa, fobii, a nie społecznych stosunków.

              "dla mnie to opowieśc uniwersalna" - a dla mnie niby nie ? :]

              a pisałem o czymś innym : o recepcji tego filmu w świecie, że narobił takiego hałasu, bo dotyczył pary gejów, a nie kobiety i mężczyzny, uniwersalizm jego przesłania/wymowy nie ma tutaj żadnego znaczenia; a - dodatkowo, oraz o ironio, własnie dlatego, ze dotyczy gejów, a nie heteryków, pozwala na szablonowe i momentami niespójne przedstawienie ich uczucia i trudnego związku spojrzeć jak na coś świeżego, w co dałaś się, niestety, także i ty wkręcić :]

              • kocia_noga Re: "brokeback" 11.01.11, 16:24
                grek.grek napisał:

                > jakie aspekty ? że np. jack jest kobiecy, a ten drugi męski ? że to wygląda jak
                > związek k-m, tyle że dla lepszego efektu jeden M jest materializacją K ?

                Kurde, jakie piękne stereotypy tak żywcem. W twoim świecie ścisłej specjalizacji pewnie zaglądasz do podręcznej tabelki - co jest k a co m.

                Chętniebym cię zapoznała z tym, co ja uznałam za świeże, odkrywcze, niewyjeżdżone kamerą, gdybym potrafiła. Wg mnie to wszystko to imponderabilia, uchwytne dla jakiegos tęgiego fachury od filmu - dla mnie to tylko doznania, jakie odbierałam podczas oglądania filmu.
                Może właśnie brak tego podziału na k. i m. - maczo i barbi, za którym tak tęsknie wyglądasz? dzieki czemu można się było skupić na czym innym niż jądra i cycki - nie wiem, sorry kalafiory, nie pomogę, ewentualne zażalenia z pokorą przyjmuję.


                > żona się najpierw DOwiedziała :] zobaczyła jak się całują namiętnie panowie. wy
                > glądała na zaszokowaną, ale... może się mylę.
                Owszem, wyglądała, ale potem są sceny ich współżycia, więc pewnie jakoś to sobie poukładała, żeby przetrwać do momentu, gdy się wreszcie zdecyduje na zerwanie związku.
                Jasne, że mi jej żal. Znałam parę kobiet czyniących takie odkrycie i zawsze było to przykre, ale nie nazwałabym ich ofiarami, poza jedną p. doktor, która podejrzewając męża o zdradę zaczęła mu deptać po piętach. Pół oddziału się z niej śmiało, że go podejrzewa, a przecież on zawsze bierze nocki z kolegami. Mimo tego śmiechu, który do niej docierał, kontynuowała inwigilację i w pewnym momencie przestała drążyć. Przypuszczam, że wycofała się,żeby nie zobaczyć. On ją sobie wybrał na żonę, bo była łatwa do zahukania - biedna, ze wsi i pełna kompleksów. To taka przydługa dygresja, jednak odpowiada na twoje zastrzeżenia, że pefdałów nie ma i że nic im nie grozi oraz że ludzie na wsi od razu rozpoznają pedzia. Niedawno pewien znajomek - z miasteczka, nie taki stary, wykształcony, opowiadał mi, że jego brat chyba zostanie starym kawalerem, bo ile razy zagląda do niego w Paryżu, to zawsze mieszka z jakimś kolegą:) Jego brata dobrze znam, to przegięty gej na kilometr rozpoznawalny. Ludzie, zwłaszcza w środowisku homofobicznym jak np w Polsce czy południowych stanach nie widxą, ani u siebie, ani u innych.
                Pośrednik, który ich zatrudnił, dał im jednak wyraźny sygnał - wynocha z mojego terenu. Uważasz, że nie mieli się czego bać, bo nie poszedł do swoich znajomków i nie urządzili sobie polowania z nagonką? Twoja rzecz, ja wiem, że w takich fachach gdzie mało chętnych pośrednicy pzrymykają oko na karalność, alkoholizm a pewnie i na inne rzeczy. Gdyż może się zdarzyć, że nikogo chętnego nie będzie po wyeliminowaniu tych wrednych.
                To nie to samo, co zmówić się z kumplami gdzieś w knajpie i zabawić się nocą dwoma pedziami.

                >
                > och, ofiarę kobiety, która odkrywa, że jej mąż zdradza ją z facetem z pewnością
                > da się zestawić z ofiara faceta, który musi mieszkać w przyczepie ;]

                Pewqnie wiesz coś o tym i tamtym, skoro porównujesz i wychodzi ci, że kilka lat odczekania, aż dzieci podrosną albo aż chop się zdecyduje co woli, a po rozwodzie życie nadal rodzinne, w znanym środowisku to większy ból niż wegetowanie w budzie urozmaiconym rzadkimi wizytami córki lub faceta.
                Nieironbizując - wszyscy mieli przechlapane, jak to w życiu.

                > zakłamanie ? z tego, co zauważyłem, to tam wszyscy żyją w zakłamaniu.

                I owszem.Nawet w takim, że człowiek jest w stu % hetero albo homo.

                >
                > jest to nieudolnośc scenariuszowa/pisarska. nie da się zrozumieć, po co wprowad
                > za się taką scenę, skoro nic z niej później nie wynika ?

                Ależ wynika! Facet pokazał, jak bardzo się brzydzi pedałami. Może to dla ciebie tak naturalne, że niedostzregłeś? Zwykli, akceptowani faceci nagle zostali potraktowani jak odrażające gó.wno. Tę scenę też dość dobrze pamiętam, własnie to jedno z tych imponderabiliów , trwa trochę czasu i pokazuje dobrze o co chodzi.


                > "powinni sprawdzic czy coś się zmieniło ?" - niekoniecznie, ale to tylko potwie
                > rdza moją teze, ze jedyny problem tkwi w głowie jednego z bohaterów, w jego wsp
                > omnieniu z dzieciństwa. rzeczywistość 20-lat-po nie wykazuje znamion opresyjnej
                > . nie w tym filmie.

                Wykazuje. Poza tym, poza strachem, oni nie są wyłącznie homoseksualni. Jeden lubi i tu i tam, drugi też. Obaj cenią rodzinę, dzieci. Różnią ich temperamenty. Gdyby żyli w raju wolnych wyborów pewnie chcieliby tak jak to robi mnóstwo heteryków - oficjalna rodzina i druga na boku. Wizja wspólnego życia to raczej mrzonki albo niesatysfakcjonująca opcja pod pzrymusem okoliczności. W końcu jeden już próbował, zdecydował się, ale zrezygnował. To nie je czarne białe, pane Hawranek.


                > a pisałem o czymś innym : o recepcji tego filmu w świecie, że narobił takiego h
                > ałasu, bo dotyczył pary gejów, a nie kobiety i mężczyzny,

                z pzreproszeniem stolec prawda. Wielu chłopców ( i dziewczyn) z naszego puebla próbowało już na tym zarobić, np nasza Holland. Nie ma tak łatwo. Wezne i nakręce film o pedziach i forsa sama leci. Tak jak o kobitka kontra facet, tylko pederaści. Troche sensacji, troche bijatyki, jakies ufo dodatkowo - i leci. Niestety nie, proszę pana.
                • grek.grek Re: "brokeback" 12.01.11, 13:00
                  przepraszam najmocniej, ale ustawienie w relacji tej pary wg odwzorowania stereotypu "kobieta-męzczyzna' następuje już na początku - w scenie seksu : jeden pan [mrukliwy, maczo, dokładnie odzwierciedlający sterotypową "męskość"] jest z tyłu, drugi pan [bardziej taki... miękki, rzec by mozna, wyraźnie wcielający rolę przypisywaną w związku tradycujnym kobiecie] jest na kolanach. jak dla mnie, jest to dobitne przedstawienie, kto tu jest stroną "męską", a kto "kobiecą", przy czym nazwy "męskość", "kobiecość" istotnie mozna traktować umownie.

                  irracjonalne jest argumentowanie własnego zdania czymś, czego się nie umie określić :]

                  uważam, ze skoro sekret się wydał, kilkukrotnie, a nie wynikło z tego nic krzywdzącego, to ich obawy były oparte wyłącznie na traumie z dzieciństwa jednego z nich.

                  nie ja porównywałem, a ty, ja tylko odwóciłem wektory wartościujące :]

                  "facet pokazał jak bardzo się brzydzi pedałami" - no i ? następuje sytuacja, której się przecież obaj obawiali - że ich sekret wyjdzie na jaw i sprowadzi im na głowę ogromne problemy - która jest niemal osią całego dramatu [konieczność ukrywania związku w trosce o bezpieczeństwo], wali się na twarz cały zamysł dramaturgiczny, a potem nadal jest kontynuowany jakby się wczesniej nie wykopyrtnął, a nic z tego nie wynika .... i nic się nie stało ? jakże to..? gdzie tu elementarna logika ?

                  jaką opresję wykazuje otoczenie, skoro się dowiaduje o ich homoseksualizmie i nic z tym nie robi ?

                  nie bierzesz pod uwagę tego, ze dzisiaj decyduje o tym, co jest nowością, świeżością i hitem machina promocyjna, że większośc budżetów to kasa na marketing. możesz nakręcić ten sam film w armenii i w hollywood i ten z armenii dostanie najwyżej oklaski na niszowym festiwali, a ten z hollywood stanie się sensacją światową, a problemy przezeń podejmowane hitem roku. takie to działa. uniwersalizm tej opowieści jest owszem widoczny i zrozumiały, aż banalny, ale przyjęcie było zupełnie inne, bo, paradoksalnie dopiero dzięki temu, że film nie dotyczył pary heteroseksualnej można było sobie pozwolić na podniesienie uniwersalnych wartości tej historii do rangi odkrycia.

                  • kocia_noga Re: "brokeback" 12.01.11, 14:48
                    grek.grek napisał:

                    > przepraszam najmocniej, ale ustawienie w relacji tej pary wg odwzorowania stere
                    > otypu "kobieta-męzczyzna' następuje już na początku - w scenie seksu


                    no oczywiście, jak dla ciebie:) rozumiem, że bez podziału na płcie stereotypowe nie jesteś w stanie w ogóle odbierać, więc sprawa podstawowa dla ciebie to ustalić kto jest romeo a kto julia. A tu psińco. Kompletne nawet, że tak powiem. Urok tej opowieści tkwi m.in w tym, że paść się idą takie sztywne koncepty. Jest tam motyw posiadania, prawa własności - oczywisty w schemacie tobie lubym - tu wygląda tak, że jeden (ja już nie pamiętam imion, dawno temu w kinie oglądałam) coś tam grozi drugiemu w razie zdrady, a tamten spokojnie mu wyjaśnia, że u niego temperament jest inny i że bez ciupciania nie daje rady.
                    Paść na oślą łączkę idzie się koncept o niespełnieniu dzięki złym ludziom/warunkom; cała ta historia jest wakacyjno-bajkowa i oni częściowo zdają sobie z tego sprawę, że ten mały biały domek to kraina marzeń.

                    > irracjonalne jest argumentowanie własnego zdania czymś, czego się nie umie okre
                    > ślić :]
                    >

                    Niekoniecznie, ale odpuszczam sobie własne odczucia w roli argumentu.


                    > uważam, ze skoro sekret się wydał, kilkukrotnie, a nie wynikło z tego nic krzyw
                    > dzącego, to ich obawy były oparte wyłącznie na traumie z dzieciństwa jednego z
                    > nich.
                    > a głowę ogromne problemy - która jest niemal osią całego dramatu [konieczność u
                    > krywania związku w trosce o bezpieczeństwo], wali się na twarz cały zamysł dram
                    > aturgiczny,

                    dalej siedzisz w filmie kowbojskim; zamysłem nie jest snucie przy pomocy łopaty jakiejś tezy ani powielanie schematów fabularnych z listy "5 najpopularniejszych". To nie jest historia o pedałach- jeden kobita drugi facio, cierpiących bo zły świat jest niesprawiedliwy.

                    gdzie tu eleme
                    > ntarna logika ?
                    Aaaa, logika ci potzrebna, to już rozumiem, chodzi o to żeby nie zaciemniać i zapodawać morał w sposób jednoznaczny bez kręcenia.
                    Powiem ci coś - to zdecydowanie nie jest film dla ciebie, nawet jak bradzo się będziesz wysilał, żeby jakoś zrozumieć , logika ci będzie z tego filmu uciekać ze zgrozą.


                    uniwersalizm
                    > tej opowieści jest owszem widoczny i zrozumiały, aż banalny,


                    I to jest najbardziej frapujący fragment.
                    • grek.grek Re: "brokeback" 13.01.11, 11:10
                      "jak dla mnie" ? :]
                      róznica między nami polega na tym, ze ja nie ignoruję tego, co widzę na ekranie.
                      jesli mam taką scenę, to coś ona musi oznaczać, po to została nakręcona, z jakichś
                      powodów panowie mają seks w takiej pozycji, z jakichś powodów jeden jest tu, a drugi
                      tam, z jakichś powodów jest to taka scena, a nie inna, z jakichś dziwnych przyczyn
                      jest to pozycja seksualna, która w bardzo wyraźny sposób okresla role płciowe w
                      stosunku tradycyjnym. w stosunku homoseksualnym zdaje się, zresztą, także. jesli więc
                      ktoś tutaj usiłuje grać stereotypem, to... scenarzysta :] ja interpretuję to co na
                      ekranie widzę.

                      "paść idą się sztywne koncepty" - a ktoś te koncepty zakłada ?

                      aha, nie jest o... orajt - to czym w takim razie jest ? może zaszczyć mnie swoją interpretacją :]
                      i jak, skoro nie występuje w tej ocenie motyw "opresyjnego świata', wytłumaczyć
                      to wspomnienie z dzieciństwa jednego z nich, którym swoje niepokoje tłumaczy i jakie ma znaczenie występowanie tegoż w fabule. własne odczytanie, nawet naj księzycowe, zawsze ma swoją wartość, ale niechby tak odnosiło się do filmowych obrazów, a nie było w całkowitym oderwaniu od nich albo bez odnoszenia się do nich, hę ? bo w przeciwnym razie wychodzi nie interpretacja filmu tylko chciejstwo bliżej niezidentyfikowane :]

                      hehe, oczywiście że logika jest tutaj potrzebna, nie mnie, potrzebna jest filmowi, żeby miał ręce i nogi. jesli reżyser sugeruje EWIDENTNIE, że jeden z kochanków ma problem natury bezpiecznościowej, jesli obaj się ukrywają ze swoimi do siebie nawzajem uczuciami, bo się obawiają wyjścia ich na jaw i reżyser czyni to, głównym albo jednym-z powodów ich niemożności "bycia razem oficjalnie i legalnie", to ja nie będę tego odrzucał, bo "mnie się zdaje, że nie o to chodzi, mimo, że nie umiem tego pokazać" :] - jesli jest to w scernariuszu wyraźnie zaznaczone i trudno znaleźć coś, co by dośc jasną interpretację podważało, to wywrócenie tego stołka za pomocą wprowadzenia sceny, w której tajemnica bohaterów wychodzi na jaw [i to dwa razy], a mimo to nic z tego nie wynika dla nich niebezpiecznego, co podważa bardzo argument przez lęki jednego z bohaterów podnoszony - agresywności otoczenia homofobicznego - to trzeba się do tego odnieść jakoś, jakoś to wytłumaczyć, bo burzy to konstrukcję fabularną. odnoszę wrazenie, że z nas dwojga tylko mnie to interesuje :] może warto jednak uznać, że mamy do czynienia z realizmem założonym przez twórców. i może warto dopuścić możliwość, że ten film nie jest nadmiernie skomplikowany w odbiorze, zawiera proste prawdy, nie jest w żaden sposób "zakręcony", a jego odczytania nie trzeba na upartego i bez podawania racjonalnych argumentów udziwniać.

                      "i to jest najbardziej frapujące" - o, najbardziej frapująca w tym wszystkim jest rozmowa z kimś, kto sugeruje, że ma coś do powiedzenia, żeby nie wyznać wprost, że do powiedzenia nie ma nic :]

                      • kocia_noga Re: "brokeback" 14.01.11, 14:33
                        grek.grek napisał:

                        > jesli mam taką scenę, to coś ona musi oznaczać, po to została nakręcona, z jaki
                        > chś



                        scen erotycznych jest więcej, ale potrzeba wyznaczenia kto ma kapelusz, a kto suknię z falbankami jest u ciebie silna, więc olałeś brak stereotypowych zachowań "kobiecych" czy "męskich" w dalszej części filmu, dodatkowo pedały tak majom, że raz jeden dyma drugiego, a raz odwrotnie, więc scenarzysta musiał sie zdecydować, żeby w ogóle pokazać. Skoro dla ciebie jest to tak ważne, żeby jedno było "k" a drugie "m", że bez tego nie możesz, to OK, tylko PO CO?

                        > "paść idą się sztywne koncepty" - a ktoś te koncepty zakłada ?
                        No, "ktoś"...:)
                        >

                        > aha, nie jest o... orajt - to czym w takim razie jest ? może zaszczyć mnie swoj
                        > ą interpretacją :]

                        chętnie, ale nie wiem do czego się odnosisz.

                        > i jak, skoro nie występuje w tej ocenie motyw "opresyjnego świata', wytłumaczyć
                        > to wspomnienie z dzieciństwa jednego z nich, którym swoje niepokoje tłumaczy i
                        > jakie ma znaczenie występowanie tegoż w fabule.


                        jednak opresyjny świat istnieje, w pamieci nie tylko tego jednego gostka. Nie da rady powiedzieć np teściowi, że owszem, żonę kocham i dzieci też, ale często muszę sobie podupczyć z facetami, jak mnie przyciśnie.Facet, który proponuje wspólne wędkowanie też nie mówi otwarcie - kamuflaż, konspiracja, udawanie, cholernie duża część życia toczy się w podziemiu. Nawqet rodzicom nie można szczerze powiedzieć, co i jak, bo nic nie zrozumieją, a gdyby jednak, to zaszkodzi to im, albo jemu. P:iszesz o faktach, które widzisz, ale widzisz że jeden to kobitka (ten rżnięty ofkorz), a słonia w salonie niedostrzegasz.

                        >
                        > hehe, oczywiście że logika jest tutaj potrzebna, nie mnie, potrzebna jest filmo
                        > wi, żeby miał ręce i nogi. jesli reżyser sugeruje EWIDENTNIE, że jeden z kochan
                        > ków ma problem natury bezpiecznościowej,
                        > hodzi na jaw [i to dwa razy], a mimo to nic z tego nie wynika dla nich niebezpi
                        > ecznego,

                        Tamci dwaj, których pamięta John, mieszkali ze sobą dośc długo i nic im sie nie działo, pomimo że wiele lat wszyscy wiedzieli, prawdaż?
                        Nie było tak, że nagle ktoś się dowiedział i od razu linką za jaja i ciągnąć samochodem.

                        Ja cie rozumiem, film ma być katolicki - wiadomo kto facet, kto kobitka, nawet jak to pedały, pedałów tak na prawdę to nie ma albo sa gdzieś daleko, i niewielu, nie , żeby aż czterwch się przez te kilkadziesiąt lat przewijało, a prostytutów męskich to już kurka, szczyt, że pokazują, bo tego to nie ma i nie powinno być, homofobii nie ma, bo wszyscy brzydzą się pedalstwem, ale nie zaraz mordują.
                        Wszystko to rozumiem i dlatego pisałam już, że to nie film dla ciebie.
                        Te gzygzaki , kółka i maziaje pikasa, miro czy innego mondriana to też nie dla ciebie, bo żadnej logiki, nie wiadomo coto ma być czy róża czy k.wa garnek.



                        bo burzy to konstrukcję fabularną. odnoszę wrazenie, że z
                        > nas dwojga tylko mnie to interesuje :]

                        owszem. Konstrukcja fabularna na zasadzie cepa, że np on ucieka, a inny go goni i czy złapie, albo że oni nie mogą, bo śwait jest zły i cierpią, albo że zabili go i ucik .
                        W tym sensie to ten film konstrukcji nie ma, bo opiera się na wielu punktach ciężkości, a każdy z nich pływa jak molo na pontonach czy podobnież.


                        > "i to jest najbardziej frapujące" - o, najbardziej frapująca w tym wszystkim j
                        > est rozmowa z kimś, kto sugeruje, że ma coś do powiedzenia, żeby nie wyznać wpr
                        > ost, że do powiedzenia nie ma nic :]
                        >
                        serio? Jak dotychczas to ty nic nie powiedziałeś o wartościach uniwertsalnych tego filmu, no może o tym, że jeden drugiego rucha w zadek a to oznacza że są jak romeo i julia.
                        • grek.grek Re: "brokeback" 15.01.11, 12:08
                          "potrzebę" to ty przejawiasz, sugerowania, ze ja jakąś potrzebę posiadam.

                          interpretuję film - reżyser nie pokazuje, że "raz jeden dyma drugiego a raz odwrotnie" - pokazuje, że A dyma B. basta. dlaczego wybrał, w tej jedynej scenie dymania A dyma B, a nie B dyma A, dlaczego nie dokręcił sceny rewersowej, w której B dyma A ? show me da money, w wolnym tłumaczeniu : albo coś masz, albo masz tylko swoje głębokie przeczucia, że chciał ale mu tasma się skończyła. nie interesuje mnie wiedza potoczna, że "się dymają na zmianę", interesuje mnie wymowa tej sceny, a ona własnie podsuwa taką, a nie inną interpretację, która nie wynika z mojej potrzeby, tylko z zamysłu scenarzysty. amen.

                          tak interpretuję scenę dymania i jej wymowę - oto PO CO. dla mnei jest tak, że jak ktoś wrzuca jakąs scenę w swój film, zwłaszcza tak znaczącą scenę, to chce za jej pomocą coś powiedzieć, coś określić. wg ciebie, ot se podymali. jak "ot se podymali", to nie nie mamy o czym rozmawiać, bo to nie jest analiza filmu.

                          "to nie jest historia o pedałach cierpiących, bo świat jest niesprawiedliwy" - tak napisałas, a ja "więc o czym ?".
                          a teraz dokładniej. primo - to JEST historia o "pedałach cierpiących, bo świat jest niesprawiedliwy" - szkopuł w tym, ze TYLKO w jakimś stopniu i na jakimś poziomie. na innych poziomach jest to opowieśc także o innych sprawach.

                          "jednak opresyjny świat istnieje" - a co za tym W FILMIE przemawia ? show me da money.
                          z tego co dopisujesz wynika, że świat opresyjny istnieje w ich własnych głowach albo w jednej głowie. tym światem są oni sami. oni sami stawiają sobie reguły gry sądząc, ze świat tego od nich wymaga, a jeden z nich ma w głowie ciągle traumę z dzieciństwa, która ten stan rzeczy pogłębia. otoczenie nie wykazuje żadnych znamion opresyjnej wobec homoseksualistów. FILM tego nie ilustruje żadną sceną, a człowiek rozumny to widzi. człowiek nierozumny widzi słonie w salonie, a nie umie ich nawet opisać.

                          jak A dyma B w pozycji, która także w gejowskim srodowisku oznacza podział na "żonę i męża", jesli A jest stereotypowo męski [szorstki, małomówny, skryty], a B wykazuje cechy uznawane za kobiece [jest gadatliwszy, cieplejszy, miękkszy], to są to TROPY interpretacyjne widoczne z kilometra. dla ciebie "se podymali" i "film ma być katolicki" - to ma być interpretacja filmu ?

                          zamiast histeryzować napisz o tym jak ten film przekonuje, że JEST homofobia, w takim wymiarze w jakim miałaby zagrozić bohaterom i ich bezpieczeństwu, o które się najbardziej obawiają i ukrywają się przed światem, który rozpościera nad nimi rzekomą karzącą dłoń tak bardzo, że kilka razy ich tajemnica wychodzi na jaw, a dłoń jak wisi tak wisiała i włos im z głowy nie spada. przestań panikowac i zacznij rzeczowo analizować FILM. i nie porównuj założonego realizmu ekranowego do z założenia ukrytych sensów w malarstwie takim czy owakim. brokeback, to nie np. wstęp do persony, gdzie sobie można znaczenie obrazów interpretować niemal jak sztukę malarską, za pomocą skojarzeń, mylą ci się dwa rózne gatrunki filmowe.

                          nie, konstrukcja wygląda tak - pan A i pan B ukrywają się przed światem, który gdyby ich nakrył, to mógłby ich skrzywdzić, świat w osobie pana C a później pani D, a może i panstwa E także, odkrywa ich i nie robi im krzywdy, a oni się dalej ukrywają, bo świat opresyjny 20 lat temu zrobił innemu gejowi krzywdę i im też może. jak z tego wynika, że świat jest opresyjny ? oto wielka tajemnica wiary.
                          wynika z tego, ze świat nie wykazuje znamion opresyjności, a problem leży w ich głowach. czy mógfłby zacząc wykazywac ? tu se każdy sam podstawi własne widzimisie. albo nie mozna własnym widzimisię negować wyraźnie zaznaczonych instrukcji jaki zostawił reżyser.

                          wartości uniwersalne nie mają NIC wspólnego z tym, że reżyser postanowił nam pokazać i podkreślić, ze A jest męski, a B kobiecy, to są dwa rózne porządki, które tobie na siebie zachodzą. a jesli mają, wg ciebie, to nie umiesz tego zdefiniowac, co mnie zresztą jakoś nie zaskakuje, biorąc pod uwage, że swoim "a mi widzi się..." chcesz negować nawet reżyserskie i scenariuszowe pomysły i akcenty. powodzenia :]

                          • kocia_noga Re: "brokeback" 15.01.11, 16:02
                            grek.grek napisał:

                            > "potrzebę" to ty przejawiasz, sugerowania, ze ja jakąś potrzebę posiadam.
                            ... interesuje mnie wymowa
                            > tej sceny, a ona własnie podsuwa taką, a nie inną interpretację, która nie wyn
                            > ika z mojej potrzeby, tylko z zamysłu scenarzysty.

                            alesz nie, wynika tylko i wyłącznie z twojej potzreby uporządkowania świata dymających się poprzez jego podział na dwie płcie społeczne (gender). Scvenarzysta pokazał, że dwaj kolesie śpią w namiocie. Jeden obejmuje drugiego, ten drugi kładzie sobie jego rękę na genitaliach (jest aktywny, rozumiem, że wg twojego schematu mężczyzna (?)) , na co ten pierwszy spuszcza spodnie i kopuluje tego drugiego (też aktywny, ale skoro to on wkłada, to teraz on jest mężczyzną(?)). Dopiero teraz amen. Nikomu do niczego podział taki nie jest potzrebny, ani dla fabuły, ani konstrukcji logicznej, jedynie tobie.

                            >
                            > tak interpretuję scenę dymania i jej wymowę - oto PO CO. dla mnei jest tak, że
                            > jak ktoś wrzuca jakąs scenę w swój film, zwłaszcza tak znaczącą scenę, to chce
                            > za jej pomocą coś powiedzieć, coś określić.


                            jasne. Określiła się ich znajomośc, jako erotyczna.

                            wg ciebie, ot se podymali. jak "ot
                            > se podymali", to nie nie mamy o czym rozmawiać, bo to nie jest analiza filmu.
                            A to bardzo ciekawe. No bardzo:) W przeciwieństwie do ciebie, uważam,że do porozmawiania jest mnóstwo czego, ale wymagałoby to długiej i uyciążliwej wymiany postów i niekoniecznei zakończyłoby się zainteresowaniem tematyką gender z twojej strony ani uzupełnieniem wiedzy, pozostańmy więc przy tym, co mamy w głowach i będzie ok.


                            >

                            własnie. Tu jest sporo motywówq i wątków, a jednym z nich jest oczywiście problem ukrywania się i strachu. Szkoda, że scenarzysta nie był dla ciebie tak uprzejmy i nie zrobił filmu jednotematycznego.

                            > "jednak opresyjny świat istnieje" - a co za tym W FILMIE przemawia ?

                            już ci opisałam scenę z pośrednikiem, ale up[orczywie trzymasz się wersji, że homofobii w filmie nie ma. Zauważyłeś może tam scenę, że koloesie ukrywają informację,że są związani z kobietą? Albo że mają dzieci? Albo poszukuja pretekstu, żeby się spotkać z kobietą i to tak,. żeby się nikt nie domyślił, że cos erotycznego ich może łączyć? Nie? Ale w stosunku do erotycznej więzi łączącej facetów to owszem. Homofobia dla ciebie nie istnieje, bo jest powietzrem którym oddychasz.
                            Jedyne z czym się zgodzę, to to, że

                            oni sami stawiają sobie reguły
                            > gry sądząc, ze świat tego od nich wymaga, a jeden z nich ma w głowie ciągle tra
                            > umę z dzieciństwa, która ten stan rzeczy pogłębia.


                            Tak jest. Nie sa odważni, w każdym razie nie na tyle, żeby rzucić wszystko dla wakacyjnego romansu, a nawet jak już niby się decyduja, to szybko z tej decyzji się wycofują.

                            > jak A dyma B w pozycji, która także w gejowskim srodowisku oznacza podział na "
                            > żonę i męża", jesli A jest stereotypowo męski [szorstki, małomówny, skryty], a
                            > B wykazuje cechy uznawane za kobiece [jest gadatliwszy, cieplejszy, miękkszy],

                            he he he, to już twoja fantazja. I który z nich jest nosicielem stereotypowo kobiecych cech, bo nie mogę załapać? I jaki miałoby to sens dla fabuły?
                            nie mówiąc już o tym, jak idiotyczne jest pzrypisywanie cech charakteru czy temperamentu którejś z płci. Takie przypisywanie ma sens pomiędzy kobietami i mężczyznami (mężczyzna ma zawsze cechy charakteru bardziej cenne, a kobieta te gorsze, mniej wartościowe), w społeczeństwie, gdzie jedna płeć rządzi, ale udawanie, że to ma sens wśród tej samej płci nie ma sensu ani krzty. Owszem, wśród gejów z subkultury gejowskiej wchodzą w użycie takie gierki, ustanawianie kto dominuje (jak np u psów, gdy się spotykają na skwerku i obwąchają, zawsze jeden drugiego chce zakopulować,żeby ustalić hierarchię), ale to nie jest film o subkulturze gejowskiej i parkach BDSM, tylko o dwóch wiejskich chłopakach, którzy deklarują z resztą na samymj początku, gdy pzrerazili się tym, co się stało, że nie są żadnymi pedałami.


                            > to są to TROPY interpretacyjne widoczne z kilometra. dla ciebie "se podymali" i
                            > "film ma być katolicki" - to ma być interpretacja filmu ?

                            to jest wtoja interpretacja. Podzieliłeś ich na gendery i dalej juz koniec, film dla ciebie nie ma logiki ani sensu :) Moja uwaga o katolickości twojej interpretacji była ironiczna...


                            i nie porównuj założonego realizmu ekrano
                            > wego do z założenia ukrytych sensów w malarstwie takim czy owakim.

                            OK, a więc co dla ciebie nie jest realistyczne?

                            > wartości uniwersalne nie mają NIC wspólnego z tym, że reżyser postanowił nam po
                            > kazać i podkreślić, ze A jest męski, a B kobiecy, to są dwa rózne porządki, któ
                            > re tobie na siebie zachodzą.

                            Ech, napisz mi coś o tych porządkach, tzn jak to jest w twojej głowie=zamysłach scenarzysty, boć pzrecież to jedno.
                            Dajmy już spokój temu, czy homofobia istnieje, czy nie, bo wg cioebie nie istnieje, OK.
                            No więc jest jeden gej - facet i drugi gej= kobitka. I nic im nie grozi. O czym więc jest ten film? Co w nim jest uniwersalnego? Górskie widoczki, już pisałeś. I tyle?
                            • grek.grek Re: "brokeback" 16.01.11, 12:05
                              najpierw zajrzyj na początek tej wymiany. ja "film o miłości/namiętnośc, gdyby nie była gejowska to by nie był niczym najdzwyczajnym", ty " ksiązkę napisała kobieta i zawarła tam takie rzeczyk, że ty z nich nic nie rozumiesz, bo nie jesteś pedałem ani kobieta", ja "jakie rzeczy ? może np. ukobiecenie jednego z nich ? albo ukręcenie całego związku na modłę kobieco-męską ? jakie zatem ?" ty "taka wersja ci pasuje, bo...." - widzisz coś ? bo ja widzę, np. zadałem pytanie, a ty je potraktowałas jak punkt widzenia, a do tego sama do tej pory nie umiesz określić jakie to "niewidoczne" dla gołego oka prawdy zawarte są w tej historii.

                              "mojej potrzeby" ? pytanie brzmi : dlaczego reżyser wybrał taki wariant ? mógł wybrać każdą inną formę pokazania seksu między nimi, wybrał tę najbardziej dosadnie rozdzielającą ich role, dobrana, co lepsze, podług ich wyraźnie zaznaczonych charakterów. jesli ktoś tu operuje "kobiecością" i "męskością", to scenarzysta, a nie ja. ja nie wyrażam własnego zdania, a interpretuję. jesli masz inne spojrzenie - proszę bardzo, ale bez tendencyjnego czepiania się, że moje zdanie wynika z jakichś chęci porządkowania czy czegokolwiek w tym guście.

                              "nikomu taki podział nie jest potrzebny" - co nie sprawia, ze się rozpłynie w powietrzu, a jesli ktoś inny go nie dostzrega, to może czas by się nad tym zastanowił. czasami widzieć musi ktoś, aby ktoś zobaczyć mógł.

                              "określiła się ich znajomość" - dlaczego w takim, a nie innym kształcie ?

                              dłuższa dyskusja z kimś, kto pytania bierze za stwierdzenia, a intepretację filmu za coś jeszcze innego, powiada, ze coś czuje, a nie umie wyrazić slowem i na podstawie tego czucia próbuje negować wyrażane opinie i się upiera przy czymś czego nie podbudowuje żadnym uzasadnieniem - to prosto : marzenie każdego racjonalnego człowieka.

                              trzeba było rozpisać te "sporo wątków i motywów", a nie marudzić, że poruszyłem 1-2, a resztę jakoś nie, bo akurat ten jeden czy dwa wydały się istotne dla oceny fabularnej warstwy, a te emocjonalne to inna para kaloszy i inna półka. twoja bierność ma być moim problemem ? wtf...

                              "homofobia dla ciebie nie istnieje bo jest powietrzem którym oddychasz" - słuchaj, nie przerzucaj cięzaru rozmowy na tematy świata pozafilmowego. swoje manifesty zachowaj na właściwsze okazje.

                              W FILMIE. W F I L M I E - gdzie w FILMIE są przejawy homofobii ? rzeczywiste, materialne, mogące grozić bohaterom fizyczną krzywdą, której się obawiają, który to niepokój jest jednym z najwązniejszym, albo - najwązniejszym, powodem ich ukrywania się ze swoim uczuciem ? W FILMIE, gdzie W FILMIE są takie sytuacje ? ta opisywana niczym im nie grozi. nic z niej nie wynika. żaden ostracyzm, prześladowania, nagabywania, nic co usprawiedliwiałoby ich lęk przed ujawnieniem się. a do tego, to jednostkowe zdarzenie, nie określające całej społeczności. być może, po prostu, żyją strachem przed żelaznym wilkiem i w tym cały ich problem.

                              jeśli ich nie ma, to problem lezy w ich głowie, a dodatkową okolicznością jest to, że kilkakrotne wyjście na jaw ich związku nie prowadzi do konsekwencji jakich się obawiali/ją. i to znów jest interpretacja filmu. odnoś się do filmu, z łaski swojej.

                              obejrzyj film, to załapiesz.
                              daj spokój z tymi politycznymi tezami, ze "jedna płeć rządzi" i utrwalaniem kompleksów feministycznych, ze "cechy stereotypowo kobiece są mniej wartościowe", bo to już się zabawne staje.

                              najpierw "wśród jednej płci takie ustalanie nie ma sensu', za chwile "owszem, wśród gejów tak się dzieje" - i ty chcesz stereotypom o cechach kobiecych zaprzeczać... :]

                              odnosiłem się własnie do "zespołu stereotypowych cech płciowych" - nie zaprzeczasz, że takowy istnieje, więc reszta wywodu już jest poza kontekstem. jak dla mnie, sądząc z ustawienia i rozpisania paru scen, można domniemywać, ze został tutaj ograny. ty możesz mieć inne zdanie.

                              "podzieliłeś ich na gendery".
                              zadałem pytania w odpowiedzi na twoje wątpliwości, i wskazałem na tropy mogące ku takiej interpretacji prowadzić[radzę prześledzić rozmowę od samego początku]. podziału dokonałaś sama. jasne, można w ogóle nie odczytywać wymowy konkretnych scen, z miejsca inne odczytania, niż własne, zakrzyczeć i zaoskarżyć o niestosownośc i wesoło wszystko
                              podciągać pod własne czucie. tylko to już nie ma nic wspólnego z interpretacją, z jakimś przeciąganiem liny.

                              w czym "nie jest realistyczne" ? to nie ja mam problem z realizmem.

                              przestań stwierdzać coś, o czym nigdy nie napisałem, ani co nie wynika z tego, co piszę. w filmie homofobia jest nieobecna. to jest wniosek z interpretacji. i wg mnie, na tym polega cała głębia wyrazu, jeski już takiej szukać - w niepokoju i obawie, które opierają się na przeświadczeniu, a nie fizycznym doznaniu. są wiarą, a nie wiedzą. obawą bez umocowania w rzeczywistości. gdyby homfobia została narysowana grubą krechą film stałby się płytki i zbyt jaskrawy. sama byś mogła dojśc do takich wniosków, gdybyś nie broniła z upartością tezy, że homofobia to tam aż świszcze w powietrzu. otóż NIE świszcze, jest gdzies w cieniu... albo jej NIE MA. najbardziej jest obecna w ich głowach, ale nie ona sama, ale obawa przed tym, czy coś jest za rogiem czy nie ma. i to jest cała ciekawość tego filmu. ich wewnętrzny niepokój, który nie zostaje zdjęty jakimś furiackim aktem homofobicznym znoszącym wszelkie wątpliwości. to jest zaleta, a nie wada. dlatego, broniąc swojej tezy stawiasz znak zapytania przy tym, co, na jednym z poziomów odczytania, czyni ten film interesującym. na innych poziomach, wg mnie, jest on interesujący mniej, ale to tak btw.

                              jasne, jasne, ustaw sobie moje opinie tak, żebys mogła w nocy dobrze spać, w poczuciu że świat jest taki, jak na twoim pilnie wymazanym obrazku. ale od mieszania herbata się słodsza nie robi.














                              • kocia_noga Re: "brokeback" 16.01.11, 15:27
                                grek.grek napisał:

                                ksiązkę napisała k
                                > obieta i zawarła tam takie rzeczyk, że ty z nich nic nie rozumiesz, bo nie jest
                                > eś pedałem ani kobieta", ja "jakie rzeczy ?

                                ok, dyskusja z tobą pozwoliła mi sobie niektóre z tych rzeczy uświadomić.
                                Najcenniejsze dla mnie było to, że pokazano romans bez uwikłania w kwestie genderowe. Obydwaj bohaterowie funkcjonuja w nim jako odrębnje jednostki ludzkie a nie ich parodie z poprzypisywanymi sztucznie cechami właściwymi płci i takimiż zachowaniami.
                                Po drugie - że cały romans opowiedZiany został bez mitologizowania, bez przesady, a mimo to odebrałam, jako odbiorczyni filmu, jego siłę.
                                Po trzecie - że wszystkie sytuacje filmowe są tu złożone; ich homoseksualizm nie jest stuprocentowy, nie są sobie wierni w znaczeniu prawa własności, boją się zamieszakć razem po części z róznych powodów, ale wizja życia w raju przewija się w ich marzeniach. Że każdy rozwija się w dalszym zyciu osobno i po swojemu - jeden wykazuje się odwagą i przeciwstawia teściowi - dojrzewając jako głowa rodziny, a jednoczesnie zdradzając żonę z kobietami i mężczyznami, drugi nie walczy o swoje małżeństwo i poddaje się, zachowując jednak swoją uczciwość. Że pomimo braku patosu miałam wrażenie, że to coś, co im się wydarzyło, było czymś wielkim, że nie da się tego zredukować do - "mieli na siebie ochotę i przez jakiś czas robili sobie urlop erotyczny".To tak pobieżnie. Jak dla mnie każde wydarzenie filmowe jest psychologicznie prawdziwe.


                                > "mojej potrzeby" ? pytanie brzmi : dlaczego reżyser wybrał taki wariant ? mógł
                                > wybrać każdą inną formę pokazania seksu między nimi, wybrał tę najbardziej dosa
                                > dnie rozdzielającą ich role, dobrana, co lepsze, podług ich wyraźnie zaznaczony
                                > ch charakterów. jesli ktoś tu operuje "kobiecością" i "męskością", to scenarzys
                                > ta, a nie ja.

                                Ej, wiem, bo pwtarzasz to do znudzenia, że uważasz, że ludzie róznią się charakterem ze względu na płeć i tak np ze względu na gadatliwośc ty jesteś ko0bietą, a ze względu na niską uczuciowość ja jestem meżczyzną, ale nie mieszaj w to scenarzysty, bo nie znasz jego zamysłów, dalej są to twoje własne, tylko dla większego wrażenia artystycznego pzrypisujesz je twórcom filmu.

                                ja nie wyrażam własnego zdania, a interpretuję. jesli masz inne s
                                > pojrzenie - proszę bardzo, ale bez tendencyjnego czepiania się, że moje zdanie
                                > wynika z jakichś chęci porządkowania czy czegokolwiek w tym guście.

                                Wszystkie twoje interpretacje bazują na niezłomnym i betonowym przekonaniu, że romans musi być sztampowy z podziałem na gadatlliwą, uczuciową kobietę i (zapomniałam już jakie cechy przypisałeś ) innego mężczyznę. Nawet jak dotyczą dwóch faciów.


                                > "homofobia dla ciebie nie istnieje bo jest powietrzem którym oddychasz" - słuch
                                > aj, nie przerzucaj cięzaru rozmowy na tematy świata pozafilmowego. swoje manife
                                > sty zachowaj na właściwsze okazje.

                                Nioe odpowiedziałeś mi na pytania, które ci zadałam, pdnoszące się do poziomu akceptacji związków heteroseksualnych i związków homoseksualnych. Tych pierwszych nikt się nie wstydzi, nie ukrywa ich, są jawne, legalne i skodyfikowane. Związki homoseksualne zaś odwrotnie. To jest pokazane w filmie i o tym powiadasz, że nigdzie nie wqidać śladu homofobii.


                                > daj spokój z tymi politycznymi tezami, ze "jedna płeć rządzi" i utrwalaniem kom
                                > pleksów feministycznych, ze "cechy stereotypowo kobiece są mniej wartościowe",
                                > bo to już się zabawne staje.

                                Płeć męska rządzi i to jest fakt, oczywisty i powszechny. Dopisywanie mi kompleksów to taki akt bezradności w dyskusji.
                                A skoro sam wywołałeś temat, to proszę, uzupełnij tę swoją listę cech "typowo kobiecych" i "typowo męskich", powiedzmy, do jakichś 30 pozycji, zrób listę, a następnie zdecyduj które cechy "predestynują" do rządzenia, a które rządzenie i władzę wykluczają.
                                Nie ma zamiaru burzyć twojego seksistowskiego świata, bo szczerze powiedziawszy mam to gdzieś, poza tym ,że nie jest to możliwe, ale w dyskusji nad tym akurat filmem podejście seksistowskie bardzo wpływa na odbiór filmu.


                                > najpierw "wśród jednej płci takie ustalanie nie ma sensu', za chwile "owszem, w
                                > śród gejów tak się dzieje" - i ty chcesz stereotypom o cechach kobiecych zaprze
                                > czać... :]

                                Widzisz jakąs spzreczność? Bo skoro nie zawsze się tak dzieje, a pzreważnie nie dzieje się, to znaczy, że podzaiła taki nie jest ani oczywisty ani 'naturalny' ani konieczny.
                                Z tego co wcześniej piosałeś zorienbtowałam się z resztą, że nie maqsz wielkiego pojęcia o sprawach gejów, natomiast ja miałam okazję poznać wiele par męskich i w żadnej z nich nie zaobserwowałam tego podziału ról - na stereotypową kobietę i faceta. Byłam natomiast śwaidkiem gierek w przegięte genderowo role.


                                na tym polega cała głębia wyrazu, jeski już takiej szukać - w niepoko
                                > ju i obawie, które opierają się na przeświadczeniu, a nie fizycznym doznaniu. s
                                > ą wiarą, a nie wiedzą. obawą bez umocowania w rzeczywistości. gdyby homfobia zo
                                > stała narysowana grubą krechą film stałby się płytki i zbyt jaskrawy.

                                i tu się z tobą zgadzam w stu procentach.

                                gdybyś nie broniła z upartością tezy, że homofo
                                > bia to tam aż świszcze w powietrzu. otóż NIE świszcze, jest gdzies w cieniu...

                                nic o świstaniu nie piosałam, ale o obecności, takiej której się nawet nie dostzrega, tak jest oczywista.

                                > atego, broniąc swojej tezy stawiasz znak zapytania przy tym, co, na jednym z po
                                > ziomów odczytania, czyni ten film interesującym. na innych poziomach, wg mnie,
                                > jest on interesujący mniej, ale to tak btw.

                                dla mnei interesujący jest wątek przeżycia czegoś odległego od codzienności, i być może chronienia tego przed nią, żeby pzretrwało. W końcu cała ta ich historia miłosna dzieje się z dala od normalnego życia, na metaforycznych wyżynach. Dlatego jeden z nich chowa koszulę w szafie u rodziców na wsi, bo w domu żona by mu ja wyprała, a z nią całą bajkowość.
                                Na poczatku pisałam, że mojej córce co innego utkwiło najbardziej - scena, gdy dowiedziawszy się, że mają zejść w doliny, zaczynają się okładać - dla niej jest to niemożliwa do oddania innym sposbem niż filmowy kwestia rozpaczliwej walki z czasem , niemożliwości wyartykułowania swoich uczuć i co tam jeszcze.

                                >
                                > jasne, jasne, ustaw sobie moje opinie tak, żebys mogła w nocy dobrze spać, w po
                                > czuciu że świat jest taki, jak na twoim pilnie wymazanym obrazku. ale od miesza
                                > nia herbata się słodsza nie robi.
                                >
                                :) od keidy podczytuję to forum, jesteś moim idollo, grek :)
                                • grek.grek Re: "brokeback" 17.01.11, 12:56
                                  nie chodzi o "przypisywanie cech", tylko o określenie pozycji w tej relacji, a że nazwie się to "kobieco-męsko", to cóż to zmienia ? funkcjonować to może nie jako odwzorowanie, a pewna definicja, punkt orientacyjny dla widza.

                                  "powtarzasz, bo uważasz" - powtarzam, bo słabo dociera, że to nie ja "uważam", tylko tak odczytuję zamiar reżysera. piszę od samego początku o "umowności", o "stereotypowych cechach kobiecych i męskich" i na tej podstawie cała interpretację opieram, a ty dalej swoje. słuchasz tylko siebie, czy czasami czytasz, co pisze rozmówca ? starasz się zrozumiec, czy przebierasz nogami z niecierpliwości żeby skontrować po swojej linii ?

                                  "nie znasz jego zamysłów" - owszem, i dlatego mówię o interpretacji, a nie twierdzę, że tak musiało byc i że mam świętą rację. to nas odróżnia, bo ty takich oporów akurat nie przejawiasz.

                                  moje interpetacje "bazują na" próbie zrozumienia dlaczego reżyser coś pokazał tak, a nie inaczej, dlaczego użył takich, a nie innych środków do przedstawienia relacji między bohaterami. jesli jakieś odczytanie narzuca się tak bardzo, jak w tym przypadku, to o tym piszę, a nie ignoruję udostępniając jakąs własną wizję oderwaną od obrazów filmowych. w dodatku cały czas kursuje tekst o "stereotypie", a nie o tym, ze "tak jest w realu i basta".

                                  homofobia ma tu być zagrożeniem, podobno; powtórzę znów, bo widzę, że nadal nie dociera... bohaterowie obawiają się o swoje bezpieczeństwo fizyczne, czego powodem ma być lęk, jaki towarzyszy jednemu z nich z powodu smierci pewnego geja w jego młodości, która wywarła na nim piętno - chciałbym dostrzec ślad tego zagrożenia w jego współczesności, bo jest to wązna motywacja i ważny element odczytania całej historii, bo dotyczący nstawienia społeczenego otoczenia wobec gejowskich związków.

                                  albo się zgadzasz,ze homofobii nie widac, bo ALBO jest i się czai ALBO je nie ma - i że na tym polega m.in cała trudnośc ich sytuacji, ale uważasz, że homofobia bankowo jest i basta. podejmij decyzję. a jesli homofobia, taka zagrażająca, zbieżna z wizjami z dzieciństwa, istnieje, to chciałbym poznać jej przejawy. bottom line : albo kupujesz moją interpretację niewidoczności zagrożenia albo przeciwnie. tertium... itd

                                  jasne, "fakt" i już. aż strach wchodzić z polemiką i właściwie z kimś tak przejętym własną najmojszą to nie ma po co dyskutować. to jest własnie kompleks feministyczny, krzyczeć głośno o własnej racji "fakt" i basta. czlowiek niezakompleksiony nie przynaje sobie wyłącznej racji i dopuszcza, ze może się mylić. "bezradność'... shit, to dopiero jest argument. niech zyje racjonalizm.

                                  nie będą tworzył żadnych list i ich analizował, zwłaszcza nie w rozmowie z kimś, kto z góry wie, ze jak mi wyjdzie coś nie tak, jak jemu, to znaczy, ze jestem "bezradnym homofobem i katolem".

                                  "seksistowskie podejście" - wzęło się z twojego przypisywania mnie możliwości takiego, a nie innego odczytania filmowych scen. tobie się to przydarzyć nie moglo, bo wystąpiłaś ze z góry upatrzonych pozycji, więć nawet się nie musiałaś zastanowić gdzie bijesz, po co bijesz i czy bijesz we właściwego. nie napisze, ze to moherowe podejście, pozostawię to bez komentarza.

                                  jesli "wśród gejów się dzieje", to dlaczego "ustalanie nie ma sensu" ? widac ma, skoro to zrobiłas sama.

                                  "miałam okazję poznać wiele par gejów" - wierzę na słowo. ja nie napiszę, że tez poznałem, bo uważam, że tego typu argumenty, całkowicie nieweryfikowalne, są bezzasadne i dośc naiwne, to po primo. a po drugo - "wiele par", to nie wszystkie. po trzecio - nawet jesli przyjąc, ze to ma znaczenie, nie znosi to możliwego zamiaru rezysera/scenarzysty/powieściopisarki, którzy być może znali innych gejów niż ty. amen.

                                  "obecności której się nawet nie dostrzega" - irracjonalny tekst. ta obecność jest w głowach bohaterów, a nie na ekranie, a w każdym razie nie w takiej formie, która cementowałaby lęki sprzed 20 lat. w tym cały ambaras. są tylko symptomy MOŻLIWEJ obecności, ewentualności, że za drobną uszczypliwością czai się lincz, a nie obecność jako taka w formie która dawałaby alibi dla odczuwania głębokiego lęku. to się wpisuje w to, co pisałem, a z czym się niby zgodziłaś, chociaż widzę, że jakoś bez ortodoxu.












                                  • kocia_noga Re: "brokeback" 18.01.11, 18:09
                                    grek.grek napisał:

                                    > "nie znasz jego zamysłów" - owszem, i dlatego mówię o interpretacji,

                                    e, nie chrzań. Cały czas piszesz o oczywistych oczywistościach i o zamiarach scenarzysty jako fakcie. Dodatkowo waląc we mnie ad personam to tak, to owak, teraz tak:
                                    a nie twie
                                    > rdzę, że tak musiało byc i że mam świętą rację. to nas odróżnia, bo ty takich o
                                    > porów akurat nie przejawiasz.
                                    >
                                    Zmęczyła mnie ciut ta wymiana zdań, chociaz była, owszem, owocna, sprecyzowałam sobie za co kocham ten film.

                                    > homofobia ma tu być zagrożeniem,
                                    /ominęłam uwagi ad hominem/ chciałbym dostrzec ślad tego zagr
                                    > ożenia w jego współczesności,

                                    uważasz, że jeśli w jakiejś społeczności pewne sprawy się ukrywa, konspiruje, z ich powodów się kłamie to tak dla jaj, czy że może ludzie tak lubią? Oczywista, możesz tak uważać i pozostań z tym w pokoju amen.

                                    to jest własnie kompleks femi
                                    > nistyczny, krzyczeć głośno o własnej racji "fakt" i basta.

                                    ale zrobiłes tę listę, czy nie? Czy tak sobie chrzanisz o faktach że nie istnieją. Bóg (ten z kutasem, ofkors) z tobą dobry człowieku.

                                    > nie będą tworzył żadnych list i ich analizował, zwłaszcza nie w rozmowie z kimś
                                    > , kto z góry wie, ze jak mi wyjdzie coś nie tak, jak jemu, to znaczy, ze jestem
                                    > "bezradnym homofobem i katolem".

                                    aaaa, no tak, nie zrobiłeś dla zasady, rozumiem.

                                    nawet jesli przyjąc, ze to ma znaczenie, nie znosi to możliweg
                                    > o zamiaru rezysera/scenarzysty/powieściopisarki, którzy być może znali innych g
                                    > ejów niż ty. amen.
                                    oczywiście, jednak istnieje olbrzymia róznica pomiędzy uczestnikami subkultury gejowskiej a parą wiejskich chłopaków mających ze sobą romans, poza tym będących mężami i ojcami.

                                    > MOŻLIWEJ obecności, ewentualności, że za drobną uszczypliwością czai się lincz,
                                    > a nie obecność jako taka w formie która dawałaby alibi dla odczuwania głębokie
                                    > go lęku.

                                    Alibi dla lęku? Czyżby lęk pzred linczem był czymś, z czego się tzreba mocno tłumaczyć? Z resztą już pisałam, nie chce mi się liczyć, ile razy, że para gejów z opowieści jednego z bohaterów żyła jawnie ze sobą conajmniej parę lat, zanim ich załatwiono. Oczywiście wiadomo np że prostytucja to zawód ryzykowny i że często się zdarza, że klient nie tylko chce pociupciać, ale i pobić albo podusić, a mimo to duzo kobiet i mężczyzn ryzykuje. Czyli że są dziedziny życia lub zawody ryzykowne, a jednak ludzie się na nie decydują. Ty jak widzę masz za złe tym chłopakom, że nie zechcieli zaryzykować. Twoja sprawa.
                                    • grek.grek Re: "brokeback" 19.01.11, 10:53
                                      uważasz, ze kobieta ma prawo faceta nazwać "homofobicznym seksistowskim" etc, a ten nie może zasugerowac, że ona ma hysia na punkcie swojej własnej racji, bo to dopiero jest "walenie ad personam" ? najnowsza wersja parytetów ? a może brak samokrytycyzmu ? dostajesz to, co dajesz :]

                                      zadajesz mi pytanie, a potem sama na nie odpowiadasz i wysyłasz mnie na drzewo za tę odpowiedź. nice shot. jak chcesz coś powiedzieć wprost, to użyj stwierdzenia, a nie naśladuj leppera, który też 'tylko pytał', aczkolwiek on sobie sam nie odpowiadał, na tyle siebie kontrolował...

                                      jaką liste, motyla noga ? "Bóg okutaszony ze mną" ? fajnie, a ten bez atrybutów pewnie z tobą... taka mała rzecz, a biednemu porywistym wiatrem po oczach daje.

                                      no to teraz można się zastanowić, czy pisarka/reżyser nie opisali tych dwóch podług wzorców "subkulturowych".

                                      w sensie fabularnym - tak. jesli wołami jest wypisane, ze się boją linczu, to chcę znać przyczyny tego lęku dające się wyłonić z zachowań otoczenia. widzę jedną - wspomnienie z dzieciństwa. no i to prychnięcie grubego z wąsem. poza tym - nic nie widze. dochodzę zatem do wniosku, że reżyser próbował powiedzieć to, co już wspomniałem : że zagrożenie BYĆ MOŻE istnieje, a być może NIE, ale sami tego nie wiedzą, bo nie ma żadnycj wyraźnych śladów, że otocznie zionie homofobią. są skazani na domysły, z obrazkiem zaszlachtowanego geja sprzed 20 lat, przez który filtrują obecne poglądy społeczne i projektują możliwe reakcje[przynajmniej jeden z nich, ten co się, zdaje się, bardziej boi, bo drugi - Jake nie boi się na tyle, że podrywa innych facetów, zaczepia gejów stojących pod barami, a takze przyjeżdza do rodziców ze swoim partnerem, żeby im zakomunikować, że się zechcą niebawem wprowadzić - Jake nie ma więc oporów, Jake się boi mniej otoczenia, bardziej boi się ten drugi dżentelmen, ten który widział tego geja sprzed 20 lat - on nawet na romanse i męskie dziffki sobie nie pozwala, tak go ten widok nadal mrozi i on przez ten widok odczytuje rzeczywistość aktualną].
                                      ty zaś chcesz powiedzieć, ze homofobia jest tutaj widoczna jak na dłoni. wyczuwalna na odległość, bo 'przecież wiadomo, że gejów się nie cierpi od zawsze i jakich tu dowodów trzeba ?", ergo : nawet jesli przejawów homofobii mogącej grozić czymś bohaterom nie widać, to ona musi być, bo... no bo tak, bo gej zawsze glanowany był, jest i będzie. ale czy mówi to scenartzysta, czy pokazuje reżyser ? wg mnie - NIE. raz, a przy okazji - bardzo dobrze, że NIE, bo to by czyniło film łopatologicznym, a w ślad za tym - w ogole niewartym uwagi.

                                      możesz tak pisac, ale w ten sposób, myląc się wg mnie fundamentalnie [także na poziomie samych faktów ekranowych], całkowicie odzierasz ten film z jego istotnej wartości i, moim zdaniem, ważnej bardzo płaszczyzny interpretacyjnej odzierasz. .










                                      • kocia_noga Re: "brokeback" 22.01.11, 10:42
                                        grek.grek napisał:

                                        > uważasz, ze kobieta ma prawo faceta nazwać "homofobicznym seksistowskim" etc, a
                                        > ten nie może zasugerowac, że ona ma hysia na punkcie swojej własnej racji, bo
                                        > to dopiero jest "walenie ad personam" ? najnowsza wersja parytetów ? a może bra
                                        > k samokrytycyzmu ? dostajesz to, co dajesz :]
                                        >

                                        Nie chce mi się liczyć, ale tak na oko ty wpakowałeś w swoje wypowiedzi ze dwa-trzy razy więcej osobistych jazd niż ja. Gratulacje i spadam z tego wątku zostawiając ci miejsce na ostatnie słowo.

                                        > jaką liste, motyla noga ? "Bóg okutaszony ze mną" ? fajnie, a ten bez atrybutów
                                        > pewnie z tobą... taka mała rzecz, a biednemu porywistym wiatrem po oczach daje


                                        dodam, że przeciwieństwem boga z kutasem, o którym powiada się "on" "pan" "ojciec" itd nie jest "ten" bez atrybutów, lecz "ta" z macicą. To nie ma z resztą nic wspólnego z tą dyskusją, jest tylko moją uwagą na boku, ale twoja powyższa wypowiedź ilustruje dobitnie niemożność nawet w fantazji przypisania żeńskich atrybutów WŁADZY.
                                        No i o homofobii. Weź se oglądnij jakiś film może z serii Przyjaciele, może inny, gdzie ktoś oznajmia że jest gejem, albo wszyscy wiedzą, że to gej i mieszka z innym gejem i wszyscy są zaprzyjaźnieni i zapraszają go na urodziny z chłopakiem itak dalej. TEŻ nie ma homofobii ani różnicy, n'est-ce pas?
                                        • grek.grek Re: "brokeback" 22.01.11, 12:13
                                          ad 1. liczy się kaliber.

                                          ad 2. przeciwieństwem może i bóg obojga atrybutów, bóg bez żadnych atrybutów... ideologiczne skojarzenia jak widzę jednak dominują w twoim interpretowaniu.

                                          jasne, znam to na pamięc, władza będzie dopiero wtedy sprawiedliwie podzielona, kiedy to kobiety przejmą stery, a faceci pójdą do garów, bo są g.wno warci. jasna sprawa. kochamy ten film. nie ma to jak spóźnialscy, który z przygryzionym w zapamiętaniu językiem wyważają otwarte drzwi.

                                          ad 3 o homofobii w "brokeback" nie świadczy jakikolwiek inny film, artykuł publicystyczny, własne doświadczenie z gejami, ani nic innego poza samym filmem.

                                          ostatnie słowo to rzecz przechodnia, więc - nie krępuj się, jeśli chcesz.



          • barbasia1 Re: "brokeback" 09.01.11, 15:55
            grek.grek napisał:

            > jakby nie spojrzeć, tomasz raczek dość osobiste ma powody, sentymentalne, zeby
            > 'brokeback' oceniać pozytywnie.

            Oczywiście, choć myślę, mam nadzieję, że profesjonalizm, jednak przezwyciężył owe osobiste powody i sentymenty . :)


            > love story, jak love story imo trudno w tej dziedzinie coś nowego powiedzieć. i
            > , jednak..., będę się trzymał zdania, ze całym wydarzeniem tego filmu jest uczy
            > nienie jej bohaterem pary facetów, i to reprezentujących profesję archetypowo m
            > ęską - kałbojów, niż jakiś jej nowatorski albo wirtuozerski sposób narracji alb
            > o filmowania albo czegokolwiek ...

            Trudno się z tym nie zgodzć. :)

            cdn.

              • kocia_noga Re: "brokeback" 09.01.11, 16:24
                Moim zdaniem kamera pokazuje detale nieistniejące w innych filmach, w kontekstach j.w.
                Żałuję, że nie mam narzędzia do wyrażenia swoich poglądów na tę sprawę, np jakichś studiów filmoznawczych na koncie.
                • barbasia1 Re: "brokeback" 10.01.11, 16:27
                  kocia_noga napisała:

                  > Żałuję, że nie mam narzędzia do wyrażenia swoich poglądów na tę sprawę, np jaki
                  > chś studiów filmoznawczych na koncie.

                  Rozumiem ten ból, sama często tak myślalam,ale przestałam. Nie trzeba się przejmować specjalnie brakiem specjalistycznych narzędzi, terminologii, tylko próbować opisywać najlepiej jak tylko się potrafi!
                  My zresztą też tu jesteśmy w wiekszości zdecydowanie entuzjastami filmu, kina, a nie filmo-znawcami.
                  • kocia_noga Re: "brokeback" 11.01.11, 16:32
                    barbasia1 napisała:
                    >
                    > Rozumiem ten ból, sama często tak myślalam,ale przestałam. Nie trzeba się przej
                    > mować specjalnie brakiem specjalistycznych narzędzi, terminologii, tylko próbow
                    > ać opisywać najlepiej jak tylko się potrafi!
                    > My zresztą też tu jesteśmy w wiekszości zdecydowanie entuzjastami filmu, kina
                    > , a nie filmo-znawcami.
                    ale jednak to coś daje. Bardzo lubię np słuchać muzykologów, jak rozbieraja utwór. Uswiadamiają mi mnóstwo rzeczy, które bez tego bym pzreoczyła, nie niszczac czaru muzyki.
          • maniaczytania Re: "brokeback" 09.01.11, 18:27
            ja bym sie mogla podpisac pod tym, co napisales.

            Film bardzo ladny, zwlaszcza wizualnie (ech, te krajobrazy), natomiast sama historia nie.
            Tez zwrocilam uwage na kobiety, ich zony. Moim zdaniem ta ich milosc jakas taka nieprawdopodobna do konca i troche wyimaginowana, zreszta bylo widac, ze ona bardziej jednostronna byla.
            Na szczescie Oscara za najlepszy film nie dostal :)
            • grek.grek Re: "brokeback" 10.01.11, 12:49
              otóż to :] można napisać wiele o intymnych relacjach łączych kochanków, można się zachwycać niedopowiedzeniami i całą resztą, ale na końcu zostaje, wg mnie przynajmniej, taka konstatacja : hej, moment, przecież to, jakkolwiek zagrane i pokazane, jest jednak tylko w tym punkcie oryginalne i po 25 minutach, kiedy pierwsza fala minie, nadal poruszające, bo dotyczy pary mężczyzn, a nie pary kobieta-mężczyzna.

              jakby spojrzeć na to okiem naprawdę równouprawnionym i nowoczesnym, czyli nie widzącym w związkach homoseksualnych żadnego dziwactwa zasługującego na szczególną uwagę i sensację, to można by nawet, na poziomie samej narracji i przedstawionej historii, uznać ten film za wtórny i nic nie wnoszący, aczkolwiek "ładny, piekny, uczuciowy" itd, z paletą epitetów do wyboru do koloru :]. równie dobrze można pokazac pięknie historię uczucia czarnoskórego męzczyzny-niewolnika i białej kobiety-pani dobrego domu w realiach XIX wiecznego południa stanów, jakiejś luizjany czy alabamy. czy wzbudziłby taką sensację ? wątpię. albo inaczej : na 99 % - nie. i możecie zaangażować najlepszych aktorów i twórców. nikagda.

              można wziąć 20 [innych] archetypowych zestawów miłości niemozliwej między kobietą i mężczyzną i sfilmować wg maniery "brokeback" i żaden nie będzie dorównywał mu sensacyjnością, która - co tu wiele mówić - wpływa w kluczowy sposób na jego odbiór i interpretację.






      • pepsic "Brokeback" i "Wojna światów" 09.01.11, 17:44
        Oglądałam jakiś czas temu. Ta opowieść o miłości spodobała mi się i wciągnęła. Co w głowie pozostało? Chemia pomiędzy dwójką bohaterów tak wielka, że momentami filmu się nie ogląda, a podgląda. Scena z koszulą jakoś specjalnie mnie nie ruszyła. Co do żon, na cóż, w grę nie wchodził szablonowy romans, uważam, że ich udział i zachowanie bardzo trafnie i z wyczuciem psychologicznym przedstawiono.

        Odważyłam się na "Wojnę światów" licząc na typowe kino katastroficzne z pozytywnym przesłaniem, tudzież z nadzieją na nadrobienie zaległości, a tu zonk. Nic z tego. Tego badziewia nie dało się oglądać! Teraz już nikt mi nigdy nie wmówi, że Tom Cruise dobrym aktorem jest.
    • grek.grek na dziś 11.01.11, 11:59
      nic nie chciałem mówić, ale ostatnie dni kompletnie bezofertowe były :]

      dzsiaij jest lepiej.

      tvp 1, 0:10 'druhna' thriller chabrolowy, więc, jak na dreszczyk made in france będzie pewnie zdrowo pogięty i artystycznie znieładzony, ale za to estetycznie dopracowany, w sumie - na pewno ciekawy ;]

      tvp 2 - 22:55 - 'marzenia i łzy', to jest dokument o kilkulatkach chińskich, które są poddawane cięzkim treningom gimnastycznym, aby zostać olimpijczykami, albo chociażby kandydatami na olimpijczyków. przesada na każdym kroku. dorosły padłby, a tutaj mamy do czynienia z dziećmi małymi. must-see, wg mnie.

      potem powtórka 'placu zbawiciela', co jest szczytem bezczelności tvp. ile razy można to grać... lepsza byle jaka nowość niż sto piąty raz grany nawet najfajniejszy hicior.

      polsat, 0:00, 'tajemnice zoey', a nastolatce, co dostaje kryzysu osobowości w wyniku rozwodu starych. nie znam, nie widziałem, nie ogarniam. znacie ?

      tvn, 22:30 - dobra, śmiejcie się, ale oglądałem dwa odcinki 'pamiętników wampirów' i zamierzam obejrzeć połowę dzisiejszego, albo nawet cały, bo dokument z dwójki już widziałem, hehe. chcę być na czasie, a podobno w ameryce i wszędzie indziej 'zmierzchy' rozmaite robią furorę. tutaj schemat jest własnie taki : szkoła średnia, pięciusetletni wampir w wieku poborowym, wystylizowany maksymalnie, zachowujący się w stylu 'a ja mam sekret na serduszka dnie', z zawodu - ideał nastolatek - zakochuje się w nim, a on w niej, miejscowa anna maria - ładna na sposób kanoniczny oraz nieco eteryczna i nie mniej szlachetna niż on, ale z charakterkiem a'la niewolnica isaura. zakochani w sobie, a dzieli ich tylko to, ze on ma specyficzne upodobania gastronomiczne. dla zabawy pełnej to musi być ktoś trzeci, kto trochę narobi zamieszania - tutaj kołem zamachowym akcji jest brat wystylizowanego, ten zaś nie lubi swojego braciszka, trochę o niego jest zazdrosny, więc knuje jak może, a do tego lecą na niego wszystkie łatwe laski.

      ofk, jak tylko ci dwaj się zjawiają, to co chwila w sennym miasteczku znajduje się jakiś trup. w każdym innym miejscu na świecie taki nagły wysyp nieboszczyków, dodatkowo uziemionych w sposób wskazujący na bardzo tęgi zamiar, wzbudziło by sensację, podejrzenia, panikę, uwazne przyglądanie się sobie nawzajem prowadzące niemalże do paranoji. tutaj nic takiego się nie dzieje, szkoła tętni życiem, śmiechem, intrygami, rozmowami, gra muzyka.

      całość jest poprawna estetycznie, aktorzy zrobieni na idoli z okładki bravo girl, dopisano trochę bohaterów drugoplanowych, którzy mają wypełniać te momenty, kiedy wampir i jego lilija się akurat nie mizdrzą do siebie. w sumie, do 4-5 odcinka powinienem wytrwać, żeby się przekonac, iż sprawa jest beznadziejna, a materiał poglądowy mieć zebrany ;]

      tv4 - 1:30 'rok broni', a już podejrzewałem że mnie ominął, bo był przed "k2' w ub. tygodniu. a tu proszę. byle obraz się zgadzał, ale o tej porze z obrazem tv4 mam tak jak polskie radio z muzyką - dopiero wtedy zaczyna być dobry :]
      • barbasia1 Re: na dziś 11.01.11, 14:16
        Właśnie, właśnie, żadnych ciekawych filmów ostanio, no może poza starszym filmem Zanussiego (tytuł filmu wyleciał mi z głowy) w niedzielę, w środku nocy leciał, niestetey za późno go wypatrzyłam i nie zdażyłam poprosić Cię, byś uruchomił swe fantastyczne wideo! No cóż może innym razem.

        Dokladnie to samo, co Ty o dzisiejszej powtórce "Placu Zbawiciela" pomyślałam, jak zobaczyłam niedawno w programie po raz kolejny w ostatnim czasie "Dziecko Rosemary" . Tyle innych dobrych, kultowych wręcz filmów zrobił Polański, a w telewizji na okrągło "Dziecko Rosemary". Słynnego "Lokatora" albo "Wstręt" mogli by pokazać, albo choć "Nieustraszonych pogromców wampirów".
        To a propops wspomnianych wampirów. ;)))

        Nienie, nie śmiejemy się z Ciebie, że oglądasz "Pamiętniki wampirów", he, he :))), za to czekamy na obiecany komentarz po zebraniu materiału poglądowego (serial, widzę ma aż 22 odcinki! ;).

        Zaiste moda jest teraz w Ameryce na filmy i seriale o wapirach, nawet w Californication w jednym z odcinków 3. serii nieprzypadkowo zdaje się pojawił się arcyzgrabnie wpleciony w fabułę fragmencik opowieści o wampirach. Pamiętasz? - na zajęciach u Hanka jeden studencik prezentuje opowiadanie swojego autorstwa, przywodzące na myśl kultowe "Zmierzchy" i "Pamiętniki wampirów" z domieszką osterj erotyki ;), zostaje on jawnie wykpiony i wyśmiany, i to nawet dość brutalnie :)


        A co planujesz oglądać, nagrywać?
        Mnie ten francuski chabrolowy thriller "Druchna" , jeśli mogę zasugerować Ci? :))


        forum.gazeta.pl/forum/w,14,119383835,120790619,Re_Ojej_co_tu_wybrac_2010_7_vol_11_sprostowanie.html
        • barbasia1 Re: na dziś 11.01.11, 15:19
          > A co planujesz oglądać, nagrywać?
          > Mnie ten francuski chabrolowy thriller "Druchna" , jeśli mogę zasugerować Ci? :

          Miało być:
          Może ten francuski chabrolowy thriller "DruHna" !
        • grek.grek Re: na dziś 11.01.11, 15:21
          hehre, renifer i zając w sumie dosyć podobne są, zwłaszcza jak renifer przysiądzie, a zając się rozprostuje :]

          a własnie, tvp gazuje widza powtórkami, a tacy czesi w jedynce na sobotę przygotowali remake '15.10 do yumy" - z crowem i bale'em. to się nazywa nowość :] i to o 21:00, a nie o drugiej w nocy. lepsza jedna taka nowość w tygodniu niż 10 powtórek.

          haha, no wiesz, do 22 odcinka to ja nie doczołgam się chyba ;], na razie ten materiał jest taki, jak napisałem, nie wiem czy mam prawo oczekiwać jakichś pogłębionych analiz wampirzego charakteru. to serial dla nastolatków, więc głupio w ogóle byłoby formułować takie oczekiwania. trochę się chciałem zorientować, co też takiego w tej modzie na wampiry jest, a nie sądzę, żeby ten cały "zmierzch" zasadniczo, wizualnie i treściowo, odbiegał od rzeczonego serialu. i stwierdzam, ze dla nie-nastolatków jest dośc niewiele :]

          pamiętam, pamiętam, hehe :] wyraźna to była prześmiewcza aluzja do owego trendu popkulturowego.

          a nie wiem, lecą trzy filmy naraz, więc jeden nagram, a pozostałe dwa jakoś będę musiał pogodzić bo zachodzą na siebie na dystansie pół godziny. skorzystam z Twojej podpowiedzi zatem, dodatkowo dlatego, ze jak francuski thriller to pewnie ze trzy razy się zgubię i zeby
          coś później o nim sklecić będę musiał mieć szansę zrobienia riplejów :]



          • barbasia1 Re: na dziś 11.01.11, 15:44
            grek.grek napisał:

            > hehre, renifer i zając w sumie dosyć podobne są, zwłaszcza jak renifer przysiąd
            > zie, a zając się rozprostuje :]


            Hahahahahahahahahahahahahahhahaha :)))
            No właśnie! :/

            Zoirentuj się zatem, co z tymi wampirami, a potem, za dwa trzy tygodnie zdaj sprawę, sama jestem ciekawa.
            Jak na serial dla młodzieży, to leci on stanowczo za późno, prawda? Dziwne pomysły na ten TVN?

            >lepsza jedna taka nowość w tygodniu niż 10 powtórek.
            Pewnie, że tak !

            To znakomicie. :) Pomyślnego, bezawaryjnego nagrywania zatem! :)

            /Nie zapomniałam o komentarzu do Tajemnicy BM. Będzie wkrótce!/
            • kocia_noga Re: na dziś 11.01.11, 16:43
              Druhnę nagram, Chabrola cenię chociaż to zbok i nieboszczyk.
              Wampiórów nie oglądam - trudno, wysiadam, nienadanżam. Ostatni strawny, a nawet znakomity to Wywiad z Wampirem. Klimatów gimnazjalnych natomiast nie łapię.
              • barbasia1 Re: na dziś 12.01.11, 14:47
                kocia_noga napisała:

                > Druhnę nagram, Chabrola cenię chociaż to zbok i nieboszczyk.

                He,he!
                A co takiego wyprawiał Chabrol, że dorobił się etykietki "zbok"?
                /Trochę wczoraj szukałam w internecie wiadomości na jego temat, ale w sumie niewiele znalazlam .../

                Bo w nieboszczykiem Chabrol stał się całkiem niedawno! Zmarł we wrześniu ubiegłego roku!!! Nie przypominam sobie by w Wiadomościach czy innych Wydarzeniach albo Faktach mówiono, o jego śmierci , a przecież był to, jak piszą, znany i ceniony reżyser...
                • kocia_noga Re: na dziś 12.01.11, 14:55
                  barbasia1 napisała:

                  > kocia_noga napisała:
                  >
                  > > Druhnę nagram, Chabrola cenię chociaż to zbok i nieboszczyk.
                  >
                  > He,he!
                  > A co takiego wyprawiał Chabrol, że dorobił się etykietki "zbok"?
                  > /Trochę wczoraj szukałam w internecie wiadomości na jego temat, ale w sumie nie
                  > wiele znalazlam .../
                  >
                  > Bo w nieboszczykiem Chabrol stał się całkiem niedawno! Zmarł we wrześniu ubieg
                  > łego roku!!! Nie przypominam sobie by w Wiadomościach czy innych Wydarzeniach a
                  > lbo Faktach mówiono, o jego śmierci , a przecież był to, jak piszą, znany i c
                  > eniony reżyser...

                  A mnie wpadła w oko notatka o jego śmierci. Serrio się zasmuciłam,że jeszcze jeden znakomity gość odleciał:(
                  A zbok w tym sensie, że miał parę obsesji. Widziałaś jego Kobietki, Landru, Rzeźnika?
                  • barbasia1 Re: na dziś 12.01.11, 18:34
                    kocia_noga napisała:
                    > A zbok w tym sensie, że miał parę obsesji. Widziałaś jego Kobietki, Landru, Rze
                    > źnika?

                    Rozumiem! :)
                    Niestety nie widziałam żadnego tych filmów Chabrola. Tylko "Francuską ruletkę" z Isabelle Huppert. Trzeba będzie kiedyś nadrobić zaległości.
                    Zaczniemy już wkrótce od "Druhny" ...