Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2013 - 7 (vol 33)

01.07.13, 21:31
tadam, tadam, wakacje przyszly (dla niektorych, dla wybranych :) ), zyczac wszystkim udanego lata zakladam nowy watek, choc w tamtym, nieprawdaz, do 400 nie dobilismy. Nic to, moze w lipcu bedzie lepiej? :)
Obserwuj wątek
    • maniaczytania KK - lipiec 01.07.13, 21:38
      i tradycyjnie zaczynamy od programu Kocham Kino:

      4 lipca - amerykanskie swieto, a tu ... suprajz i film francuski z Amelia (Audrey Tatou) w roli glownej, czyli "Po prostu razem" na podstawie powiesci Anny Gavaldy - a Audrey widzialam w kinie we zwiastunie pokreconego chyba troche filmu "Dziewczyna z lilia";

      11 lipca - "Szczescie ty moje" - podobno ukrainski "Dom zly", czyli strach sie bac ...

      18 lipca - "Wino truskawkowe", czyli film polsko-slowacki, chyba juz tu nawet przez nas omawiany (czyli niewiele trace na urlopie ;) )

      25 lipca - no nie uwierzycie, haha, - "Obslugiwalem angielskiego krola" - i nie wiadomo, czy sie smiac, czy plakac, bo ten film po tvp kultura ganial juz tyle razy, ze nawet, jak sie nie chcialo, to i tak sie obejrzalo ...
      • angazetka Re: KK - lipiec 02.07.13, 09:42
        > a Audrey widzialam w kinie we zwiastunie pokreconego chyba troche filmu "Dziewczyna z lilia";

        Czekam na niego, reżyser zrobił kiedyś 'Zakochanego bez pamięci", pokręcony, a jakże, ale świetny film o miłości.
      • grek.grek Re: KK - lipiec 02.07.13, 13:45
        "Szczęście..." osobiście opisywałem w którymś z "Ojejów" :]
        Zachęcam.

        "Wino" było także.
        "Obsługiwałem", to... nic dodać nic ująć do Twojego komentarza.

        wybitnie "ogórkowe" propozycje, bym powiedział.



    • grek.grek a tymczasem w kinach... 03.07.13, 16:14
      ... widowiskowa "Iluzja" święci finansowe trymufa. tylko czy sztuczki magiczne - w kinie, które może dowolnie preparować obraz, mogą być porywającym przeżyciem ? ciekawsze mogłoby być wejście za kulisy, czyli w "prestidigitatorskie know how". a tak, to trzeba się chyba uzbroić w wiarę taką samą, jak ta, która sprawia, że wierzymy, iż David Copperfield naprawdę nie zna ludzi, którzy otaczają kręgiem stojąca w szczerym polu cięzarówkę, oraz że to nie trik telewizyjny, że ta cięzarówka znika ;]

      ale w cieniu spektaku za godziliony dolków - zbiera nagrody, a zapewne ??? i zaraz kinowo wychodzi nowy film Krauzech ? Krauzów ? malżeństwa Krauze. "Papusza", o poetce romskiej. Po "Nikiforze" wygląda na kolejną próbę pokazania człowieka z pogranicza kultur.

      dwie z pierwszych recenzyj :

      kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,14212300,_Papusza__odkryciem_festiwalu_w_Karlowych_Warach.html#BoxKultTxt
        • pani_lovett Re: a tymczasem w kinach... 03.07.13, 16:38
          O dzięki! Ciekawa byłam/ jestem pierwszych recenzji "Papuszy". Wpadła mi gdzieś w oczy niedawno informacja , że Krauzowie pokażą ten film w Karlowych Warach.

          Karlowe Wary są szczęślwie dla Krauzego, 8 lat temu jego film "Mój Nikifor" zdobył główną nagrodę na Festiwalu. Krauze otrzymał też nagrodę za najlepszą reżyserię, a Krystyna Feldman - za najlepszą rolę żeńską. Zobaczymy jak się powiedzie "Papuszy".

          PS
          "Karlowe Wary" (Usta Karola /Karela [Gotta]? - dobrze tłumaczę, Greku, nasz specjalisto od czeskiego?;))
      • angazetka Re: a tymczasem w kinach... 04.07.13, 09:49
        A ja zamiast "Iluzji" wybrałam "Przed północą", czyli zamknięcie (? a może wcale nie?) trylogii Linklatera ("Przed wschodem słońca", 'Przed zachodem słońca"). Film to nietypowy, w dużej częściej gadany, a to gadanie ma sens, wdzięk i styl. I jest cholernie bolesne i trafne. I siedzi we mnie do teraz.
    • pani_lovett Do słowa wstępnego 03.07.13, 17:26
      maniaczytania napisała:

      > tadam, tadam, wakacje przyszly (dla niektorych, dla wybranych :) ), zyczac wszy
      > stkim udanego lata zakladam nowy watek, choc w tamtym, nieprawdaz, do 400 nie d
      > obilismy. Nic to, moze w lipcu bedzie lepiej? :)

      Za kilka postów dobijemy. ;)

      Pięknego lata, Maniu!
    • grek.grek KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 04.07.13, 15:54
      Tym razem kino francuskie i historia trójki młodych współlokatorów z paryskiego mieszkania.
      Dziewczyna po przejściach z malarskim zacięciem, kucharz lowelas i artystokratycznie pochodzący aktualny sprzedawca pamiątek. Plus [wkrótce]... nieoczekiwany czwarty gość.

      Audrey Tatou, Guillaume Canet i "cezarowy" Laurent Stocker.
      niejaki Claude Berri wyreżyeserował ten film, jak się okazuje, 2 lata przed swoją śmiercią [2007]

      cóz, brzmi ciekawe, zwłaszcza dla mnie, bo poozstałe propozycje na ten miesiąc w KK jakoś tak się złozyło - oglądalem.

      23:15
      riplej, jutro/pojutrze 2:10

        • grek.grek Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 16:07
          no ale w swoim emploi Audrey jest bezbłędna :]
          ja mam wrażenie, że francuskie kino jest daleko bogatsze niż "Amelia" i inne bajkoowo-romantyczne filmy, w których Audrey rozbija bank - problem w tym, że jakoś słabo
          to kino via Fransuła jest lansowane w Polsce i w Europie. wiesz, francuska duma i
          samowystarczalnośc... ;] ale jak się przegląda te rózne Cezary i inne nagrody, co roku, to
          takie wrażenie się odnosi [piszę ofk o swoim wrażeniu :)].

          wiesz, oni mają Audrey, a w Polsce wszędzie Bohosiewicz albo Gąsiorowska ;]

          • maniaczytania Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 18:33
            a ja sobie wlasnie pomyslalam, ze to moze byc problem z polskimi decydentami doboru repertuaru - patrzy taki na liste francuskich filmow, zeby wybrac film do tv lub kina naszego, patrzy, czyta liste plac i mysli - 'e, nie ma "Amelii", to kto na to pojdzie/ kto to obejrzy?' i pewnie tak to sie kreci ;)))
            • grek.grek Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 06.07.13, 15:02
              zdecydowanie.
              slabo to francuskie kino reklamujemy.
              inna rzecz, że wiele tytułów nawet tych dostających Cezary nie jest nawet
              tłumaczona na polski, zatem filmy te nie są kierowane na polski rynek albo
              nie są tutaj zapraszane.

              wydaje się, ze tylko hiciory mają szansę "Amelia", "Nietykalni" itp
          • pani_lovett Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 14:56
            Od momentu, kiedy Amelia -Camelia ,to znaczy Camille wzięła babcię Francka do domu Philiberta (mieszkanie miał niezłe).

            Powiedz mi jeszcze, jak to się stało, że Camille zamieszkała Philiberta, umnknęło mi to, w związku z chwilowym oddaleniem się od telewizora.

            Romans, skomplikowane historie rodzinne, wątek arystkoracji - typowy francuski film, prawdaż?!. ;)

            Dzieńdoberek! :)
            • grek.grek Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 16:00
              prawda, chata na sto dwa, w dawnym stylu, pokoje wielkie, sufity wysokie :] super.

              Babcia wkrótce umarła. zdązyła się nacieszyć byciem wśród miłych młodych ludzi, którzy specjalnie dla niej przygotowali np. taboret podprysznicowy, a Camille malowała ją, w pozach niekoniecznie skromnych, heh. Została skremowana, ceremonia pogrzebowa, pochówek symbolicznej trumny na takiej mechanicznej podstawce zjeżdzającej w dół, wszystko zaś udekorowane portretem babci naszkicowanym przez Camiller i postawionym okolicznościowo w pobliżu tej "zjeżdzalni".

              w któryms momencie okazuje sie, ze mieszkanie Philliberta zostało sprzedane. przyznam, że nie kapnąłem się, w którym momencie zostało wystawione na sprzedaż ? orientujesz się może ?

              Philibert wyprowadził sie do swojej sympatii, która przyjęła jego uroczyste oświadczyny.

              Franck postanowił zaś wyjechać z Francji do Anglii, gdzie szef jego kuchni załatwił mu jakąs pracę. Camille zasugerowała mu, żeby jednak został, może przejał knajpkę po swoim wuju [tym, co mówił, że wycofuje się z branży i nie ma komu zostawić restauracyjki, pamiętasz - wtedy kiedy pojechali na świniobicie do rodzinnej miejscowości Francka ?], że może to będzie coś, co nada sens jego życiu. ale Franck wyraźnie uzależniał swoją decyzję od tego, czy Camille z nim zostanie, mówi jej wprost "dlaczego nie powiesz, że chcesz żebym został ? to takie trudne ?". ale ona nie może powiedzieć tego wprost, jakoś jej to z trudem przychodzi, a moze nie wie, czy chce się z nim związać [no bo do tego by się sprowadzało takie oświadczenie] ?

              następnego dnia Franck jest na dworcu czy lotnisku i czeka na transport do tej całej Anglii. Pojawia się Camille i otwartym tekstem mówi mu, żeby został, że ona tego chce itd. Ale Franck powiada, ze "w głowie - już wyjechałem...", obejmuje ja i odchodzi.

              Camille wychodzi z tego dworca-lotniska przekonana, że Franck wyjedzie. Ale on do niej drzwoni, rozmawiają, a jednocześnie on idze za nią cały czas. No i dochodzi oczywiście do tego, że on zostaje, a ona jest cała szczęśliwa z tego powodu.

              I w ostatniej scenie biegają po tej restauracji, co ją Franck faktycznie przejął po tym starszym jegomościu. Franck czyta w renomowanych [zakładam] gazetach świetne recenzje swojego lokalu, w środku kręci się przyjemna rodzinna atmosfera, pracują tam także Phillibert i jego narzeczona/żona, pojawiają się znajome Camille z tej sprzątaczkowej firmy, w której ona pracuje/pracowała?, z taka dużą Murzynka na czele.

              i pojawiają się jakiej znajome z dzieckiem. Camille na nie patrzy i powiada, ze "też by takie chciała", na co Franck porywa ją na ręce i wynosi na zaplecze ogłaszając rozbawionym gościom "przepraszam, ale muszę się zająć tą panią". prawda, ze sielanka ? :]

              z tego, co pamiętam, Camille była chora, miała gorączkę, w jej mieszkaniu było bardzo zimno i Phillibert nie tyle zaprosił, co ja po prostu na rękach przyniósł do siebie [i Francka], położył do ciepłego lózka, przebrał, zawołał lekarza, pielęgnował itd.

              yes, francuski bahhhdzo :]
              a nawet bahhh-dzo.

              zdecydowanie, i w tych historiach także wątki pokonywania problemów z przeszlości, kompleksów [Phillibert i jego dykcja], wreszcie motyw klasycznie romantyczny : ona i on na początku się nie lubią, mają o sobie marną opinię, ale im bardziej otwarcie to demonstrują, to tym bardziej się sobą interesują potajemnie, aż wreszcie wskutek zbiegu okoliczności spędzają ze sobą razem troche czasu i już nie mogą sie bez siebie obejść. klasyka, nie ? :]

              no i francuski język w tle, jakaś taka francuszczyzna, która sprawia, ze nawet bez języka i informacji o tym, kto zrobił film, kto w nim gra i jaki to kraj jest na zdjęciach - i tak łatwo rozpoznać, ze to film francuski, z Francuzami i we Francji kręcony.

              i ta muzyka, jaka wszechstronna, motywy staromodne, i zupełnie współczesne i ten główny motyw który równie dobrze mógłby pasowac do filmu łotrzykowskiego albo do lekkiego kryminału, albo do... np. "Broken Flowers".
              • pani_lovett Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 16:29
                Miłość, rodzina i w kryzysie gólnoświatowym nie damy się. :)
                Opowieść ku pokrzepieniu.

                Też nie wiem, kiedy mieszkanie zostało wystawione na sprzedaż. Pamiętam , że Phillibert raz tylko wspomniał /co w tym stylu/,że nie wie jak długo jeszcze będzie mógł tu mieszkać.

                Mnie wpadło w oko wyposażenie mieszkania,stare stylowe komody, sofy, fotele, lamki, świeczniki, stylowe kwieciste tapety, a przede wszytskim stare konterfekty przodków? w perukach (w pokoju Camille).

                Dzięki, Greku. :)
              • maniaczytania Re: KOcham Kino po francusku : "Po prostu razem" 05.07.13, 19:10
                grek.grek napisał:

                > Babcia wkrótce umarła. zdązyła się nacieszyć byciem wśród miłych młodych ludzi,
                > którzy specjalnie dla niej przygotowali np. taboret podprysznicowy, a Camille
                > malowała ją, w pozach niekoniecznie skromnych, heh.

                To moze jeszcze, zanim babcia umrze, najistotniejsze sceny, które pominales, co? :) Otoz, gdy babcia sie wprowadzila, Franck nastepnego poranka przyniosl babci sniadanie i chcial ja zaprowadzic do lazienki, ale babcia, ze tylko Camille. No to on na korytarzu w przelocie zlapal Camille za ramie, powiedzial, ze zrobila sie apetyczna i ze we wtorek wroci do domu wczesniej, zrobi im wszystkim nalesniki, a potem ja bzyknie ;) Ona tak hihihaha, ale widac, ze cos iskrzy. No i nadszedl wtorek - nalesniki zrobione, nadszedl wieczor, kazdy u siebie. Franck lezy i mysli, Camille siedzi na lozku i sie zastanawia, w koncu zbiera sie na odwage i idzie do niego - 'w koncu mi obiecales' ;) Camille sie rozbiera do bielizny, Franck, ze on tak nie chce, wiec na razie tylko sie klada obok siebie i rozmawiaja. Camille opowiada chwile o sobie, a potem ... :) Rano kolejne chwile szczescia, a potem Franck wznosi w kuchni toast 'za przyszlosc', na to Camille - 'za terazniejszosc, jest fajnie, bzykamy sie, ale sie nie zakochujemy", po minie Francka widac, ze za pozno, odwraca sie, a wtedy Camille zerka na niego i widac, ze ona tez wcale tak nie mysli, ale oboje nie chca glosno sie przyznac. Pozniej Franck nie wraca na noc, tylko sie wloczy, potem ida razem z babcia na monodram Philiberta, na ktorym on oswiadcza sie Sandrine (chyba?), a potem Franck zawozi babcie i Camille do domu babci, gdzie obie maja zostac, a on wpadac w poniedzialki zdaje sie. Na pozegnanie Camille pyta, czy jej nie ucaluje, na co on odpowiedzial, ze beda sie 'bzykac', ale calowac to juz nie. I wtedy w nocy babcia umiera spokojniutko na swoim fotelu przy oknie z widokiem na ukochany ogrod...

                >Została skremowana, ceremonia pogrzebowa, pochówek symbolicznej trumny na takiej mechanicznej podstawce zjeżdzającej w dół, wszystko zaś udekorowane portretem babci naszkicowanym przez Camiller i postawionym okolicznościowo w pobliżu tej "zjeżdzalni".

                Grek ma na szczescie, jak widac, niewielkie doswiadczenie pogrzebowe - to nie byla symboliczna trumna na podstawce zjezdzajacej w dol, tylko w dol zjezdzala prawdziwa trumna wlasnie na kremacje.

                Camille wraca do mieszkania, dowiaduje sie, ze sprzedane, wiec idzie pod knajpe Francka i czeka na niego, ida do baru i wtedy:

                > Franck postanowił zaś wyjechać z Francji do Anglii, gdzie szef jego kuchni załatwił mu jakąs pracę. Camille zasugerowała mu, żeby jednak został, może przejał knajpkę po swoim wuju [tym, co mówił, że wycofuje się z branży i nie ma komu zostawić restauracyjki, pamiętasz - wtedy kiedy pojechali na świniobicie do rodzinnej miejscowości Francka ?],

                to nie bylo na swiniobiciu, tylko na urodzinach Camille :) wiem, ze moze malo istotny szczegol, ale ja lubie byc dokladna ;)

                > że może to będzie coś, co nada sens jego życiu. ale Franck wyraźnie uzależniał swoją decyzję od tego, czy Camille z nim zostanie, mówi jej wprost "dlaczego nie powiesz, że chcesz żebym został ? to takie trudne ?". ale ona nie może powiedzieć tego wprost, jakoś jej to z trudem przychodzi, a moze nie wie, czy chce się z nim związać [no bo do tego by się sprowadzało takie oświadczenie] ?

                nie do konca, bo ona jednak mowi wtedy, ze boi sie, ze boi sie siebie, boi sie jego, boi sie tego, co bedzie (w podtekscie moze chodzic o to, co mu wyznala tej pierwszej wspolnej nocy, ze ojciec ich zostawil, stad lek)

                > następnego dnia Franck jest na dworcu czy lotnisku i czeka na transport do tej całej Anglii. Pojawia się Camille i otwartym tekstem mówi mu, żeby został, że ona tego chce itd. Ale Franck powiada, ze "w głowie - już wyjechałem...", obejmuje ja i odchodzi. Camille wychodzi z tego dworca-lotniska przekonana, że Franck wyjedzie. Ale on do niej drzwoni, rozmawiają, a jednocześnie on idze za nią cały czas. No i dochodzi oczywiście do tego, że on zostaje, a ona jest cała szczęśliwa z tego powodu.

                No piekna byla ta scena dworcowa, ech, az mnie sie lza w oku zakrecila ;)


                Czy musze dodawac, ze film bardzo mi sie podobal? :)))
    • siostra.bronte "Trzeba zabić tę miłość" 05.07.13, 19:25
      Przy fatalnym repertuarze jaki nam serwuje tv, każdy dobry film jest bezcenny :)

      Rzutem na taśmę zapowiadam film Janusza Morgensterna. Dzisiaj o 22.45 w Polonii. Jeden z głośniejszych polskich tytułów lat 70-tych. Historia młodej dziewczyny (Jadwiga Jankowska-Cieślak) wchodzącej w dorosłe życie, bardzo prawdziwa i pozbawiona sentymentów. Aktualna niezależnie od panującego ustroju. Może znacie ten film, ale na wszelki wypadek polecam.
    • grek.grek "Prawo BRonxu" [1] [via TV4 wczoraj] 06.07.13, 13:10
      Lata 60-te, dzielnica Bronx, środowisko włoskich imigrantow z dziada pradziada.

      Historia widziana oczami Calogero, najpierw 8, a później 16-letniego. On jest narratorem, a jednocześnie głównym bohaterem całej opowieści.

      Calogero dorasta sobie w tej dzielnicy, na tym Bronxie. Jego ojciec, Lorenzo, to uczciwy kierowca autobusu miejskiego, matka zajmuje się domem, są zgodnym, kochającym się małżeństwem. Dom jest skromny i zadbany. Codziennie po szkole i w weekendy Calogero jeździ z ojcem autobusem, otwiera drzwi na przystankach, rozmawiają o baseballu, który jest ich obu wielką pasją. Ojciec nie raz i nie dwa zdobywa bilety na mecze Yankees i wtedy jest święto.

      Chłopcu niczego nie brakuje. Ale chłopiec musi mieć swojego idola. Najpierw są to baseballiści, których karty namiętnie kolekcjonuje. Wkrótce jednak wyrasta im konkurent - miejscowy gangster, Sonny. Mafia dzielnicowa ma swoją siedzibę w budynku dosłownie sąsiadującym z kamienicą rodziny Calogero. Dzieciak, wraz z kolegami, cały dniami grają w baseball, zaczepiają starego komiwojażera z obwoźnym warzywniakiem oraz obserwują "chłopców z ferajny" którzy wystają na chodniku przed tym swoim "klubem". Calogero z zapartym tchem śledzi wszystkie gesty Sonny'ego, jak używa dłoni, jak odnosi się do ludzi, jak mówi, jak chodzi. Wszystko. Gangsterów jest tam niemało, cała gromada, ale Sonny jest szefem, ma charyzmę, którą uwodzi chłopca.

      Gangsterzy tworzą barwne środowisko. Każdy ma swój wyróżnik. Szepcik zawsze mowi wszystko na ucho, w wielkiej konspiracji, Ciacho ma twarz po ospie, Tupecik - wiadomo ;], Wieloryb - też wiadomo, do tego eks-bokser Grucha no i specjalista od przegrywania wszystkiego i wszędzie - Eddie.Jak Eddie postawił w zakładach tak jak ty - to z góry możesz być pewien że przegrasz. jak Eddie stawia w kości ten sam wynik, co ty - masz pewnośc, ze właśnie przegrałeś. Pechowiec stulecia.Przekomiczna jest scena na wyścigach : cała grupa gangsterów obstawia pewien bieg, idzie dobrze "ich" koń prowadzi z bezpieczną przewagą, nagle pojawia się wrzeszczący dopingująco Eddie, okazuje sie, ze postawił na tego samego konia. Sonny i reszta z rezygnacją przedzierają kupony zakładów. Bieg trwa, ich koń prowadzi, a oni już wiedzą, ze i tak przegra :] Bo Eddie... I faktycznie - koń przegrywa, na finiszu ale przegrywa. Magic Eddie ;]
      a i to tylko część w całej grupy, która się tam kręci. Mafiosi mają swój bar, a na zapleczu jaskinię hazardu, gdzie tłuką w kości albo karty, albo po prostu siedzą palą pija i rozmawiają, a także załatwiją mniej lub bardziej nielegalne interesy z przeróżnymi kontrahentami.

      są to typowi włoscy gagnsterzy, głównie przy kości, w garniturach, z klasyczną dla lat 60-tych brylantyną na włosach, o ile ja mają, tacy w starym stylu trochę.

      Ojciec bardzo dba o to, żeby Calogero nie stykał się z gangsterami. ciągle mu tłumaczy, żeby trzymał się z daleka od nich, nie szukał okazji do spotkań. Matka go w tym wspiera. Kiedy Lorenzo przywozi syna ze szkoły nigdy nie odjedzie autobusem bez "prosto do domu ! idź prosto do domu !", i własnoocznie nie przekona się, ze Calogero tak zrobił, a matka wtóruje mu z balkonu wychylając się az niebezpiecznie.

      Ale tak nie może długo trwać. W którymś momencie drogi Calogero i gangsterów muszą się przeciąć. jak to z sąsiadami bywa.

      Moment jest szczególny. Na ulicy wybucha sprzeczka. Szast prast i Sonny zabija człowieka. Strzela do niego z najbliższej odległości. Trup na miejscu. A mały Calogero wszystko widzi, siedząc na schodkach przed wejsciem do swojej kamienicy. Przychodzi policja i prosi chłopca o identyfikację. Lorenzo wie, że mogą być kłopoty, więc próbuje chronić syna, mówiąc ze mały nic nie widział, ale mały sam mówi, że widział dokładnie wszystko. A my wiemy, że wtedy wydarzyło się coś jeszcze - wtedy Sonny spojrzał na niego. Po raz pierwszy, spełniając marzenie Calogero. Patrzył długo, wiedzial ze chłopiec widział całe zajście.

      Idą więc na ulicę, a tam stoją w szeregu gangsterzy w kamienicy obok. A dookoła tłum mieszkańców dzielnicy. LOrenzo wie, że jeśli syn rozpozna zabójcę, to będą mieli przegwizdane. Nie tylko u mafiosów, ale i u wszystkich dookoła, bo mafia to nie tylko grupka cwaniaków i przestępców. To także miejscowa policja, arbiter, zapewniająca bezpieczeństwo i otoczona z wielu stron szacunkiem i zaufaniem organizacja. Tak jest we Włoszech, na Sycylii, czy w Neapolu, tak jest i w Nowym Jorku lat 60-tych na Bronxie.

      Calogero jest więc pod duża presją, ale chłopiec to mądry na swój wiek. Nie wskazuje Sonny'ego. Nikogo nie wskazuje. Sprawa zostaje umorzona.

      Wtedy gangsterzy zapraszają Calogero do siebie. Sonny rozmawia z nim, sadza przy sobie, traktuje z sympatią, jest mu wyraźnie wdzięczny. Udziela chłopcu lekcji życiowych. Mówi np dlaczego martwisz się o karierę, zdrowie itp basebalistów ? przecież oni nie martwią się o ciebie, świetnie zarabiają, o tobie nie mają nawet pojęcia ? martw sie o siebie, o bliskich.

      Mały jest zapraszany do baru, wymyka się tam wbrew woli rodziców, a z czasem dostaje nawet pracę - roznosi drinki po całej "jaskini hazardu", a napiwki od mafiosów są obfite. Wkrótce zbiera całe 600 dolarów, więcej niż jego ojciec zarabia w miesiąc. Sonny pozwala mu nawet rzucać koścmi w grze o duże pieniądze. Mały trafia wybraną liczbe oczek... 11 razy z rzędu. Dostaje i za to odpowiednią zapłatę, a nawet wymusza na Sonnym dwa banknoty zamiast jednego. I Sonny, jak widać, lubi chlopaka szczerze. Moze dostrzega w nim talent, a może ma jakies ojcowskie niespełnienia ?

      whatever, tak czy owak, w życiu 8-letniego Calogero są już dwie father figures. Lorenzo, który odmawia grzecznie pracy dla mafii [z wdzięczności, hehe, próbowali mu wcisnąc robotę za 150 dolków m-cznie, rozwożenie zakładow, Lorenzo sie nie zgodził, wiedząc, że jak zacznie to za chwilę zmuszą go do rzeczy znacznie mniej niewinnych], jest dumny ze swojej pracy i ze swoich rodziców, którzy też cięzko pracowali i nie splamili się brudnymi pieniędzmi i interesami; na drugim biegunie Sonny, o którym ojciec mawia 'to cwaniak, myślisz że jest twardy ? niechby musiał wstawac codziennie rano i iśc na 8 godzin do pracy, wtedy byśmy zobaczyli kto jest większym twardzielem niż ja". Ojciec to ojciec, ale Sonny... ma styl, ma forsę o której rodzina Calogero może pomarzyć i ma posłuch na dzielnicy, ma autorytet. Ojciec mówi, że to dlatego, ze ludzie się go boją, ale takie rzeczy nie docierają do 8-latka. Calogero ma idola i to przez duże "I". A na dodatek - po tym co dla Sonny'ego zrobil i z powodu przebywania wśród mafiosów... zyskał szacunek na dzielnicy, ludzie są mu przychylni, facet z obwoźnego warzywniaka za darmo daje warzywa i owoce dla rodziny, uśmiecha się, nadskakuje. Dla 8-latka to szokujące zmiany. a wszystko z powodu Sonny'ego, chłopiec świeci blaskiem odbitym swojego Idola.

      ze względu na chłopca - Sonny nie pozwala swoim ludziom tykać Lorenzo. Nawet wtedy kiedy rodzice Calogero odkrywają jego 600 dolarów za szafką i dowiedziawszy się skąd i za co je ma - robią awanture najpierw jemu, a potem sam ojciec idzie do baru mafijnego i próbuje perswadować Sonny'emu, żeby dzieciaka zostawił w spokoju. Najpierw spokojna, a póxniej coraz bardziej namiętna dyskusja kończy się wyrzuceniem Lorenzo za drzwi, ale Sonny na sugestię "zając się nim ?", mówi "nie, odpuśccie mu, zostawcie go w spokoju".

      Calogero dorasta. Pstryk. Mamy 68 rok. Chłopak ma 16 lat, Sonny jest starszy, ojciec ma pierwsze siwe pasemka na skroniach, wszyscy sie posunęli. Teraz Sonny i jego dawni kompani z dzielnicy noszą kapelusze, zgodnie z modą, ubierają sie w kurtki do pół uda, a ich myśli z baseballowych meczów przenoszą się w okolice dziewczęcych... dziewczęcego wszystkiego :]

      I przychodzą pierwsze angażujące ich konflikty. Rasowe. Przez włoską dzielnicą coraz częsciej przejeżdzają autobusy z Murzynami, a nawet Murzyni na rowerach. MŁodziez reaguje alergicznie. Zresztą - z wzajemnością. Czarne dzielnice też sa niebezpieczne dla białych.
      • grek.grek "Prawo BRonxu" [2] 06.07.13, 13:56
        Czasy się zmieniły, 8 lat minęły, ale metody są te same. Kiedy we włoskiej dzielnicy zjawiają się hałaślwi rockersi i na własne nieszczęście zaglądają właśnie do knajpy prowadzonej przez mafię i próbują tam zachowań zupełnie nie do przyjęcia - Sonny najpierw próbuje ich mitygować, a kiedy to nie zdaje egzaminu : zamyka od środka drzwi, wpada zgraja gangsterów z kijami i po prostu robi siekaninę z biednych motocyklistów. Potem wyrzucają ich na ulice, a na koniec rozwalają im motory. Na chodniku rockersi dostają się także pod buty i kije mieszkańców dzielnicy. demolka :]

        Młodzi radzą sobie tak samo. Kiedy zjawiaja murzyńscy rowerzyści - rzucają się na nich i robią im kuku. Wszyscy, oprócz Calogero. On udaje, że coś robi, a w rzeczywistości pomaga jednemu z napadniętych.

        Calogero jest już wtedy w innym stanie świadomości - jest zakochany. W Murzynce. Pięknej Murzynce. Spotykają się w autobusie i nie mogą oderwać od siebie wzroku. "była wysoka i piękna", wspomina Calogero. Chociaż... właściwie to już Si. Takie imie nadał mu Sonny. "Calogero" było zbyt trudne :] Dla Sonny'ego jest Si.

        Sonny nadal prowadzi "biznes", i nadal sypie dobrymi radami chłoppakowi. Kiedy Si mówi mu, że jeden typ zalega mu z długiem 20 dolarów, i ciągle uchyla się od spłaty - Sonny mówi mu "lubisz go ? Nie ? no to masz rozwiązanie. odpuśc mu, a za 20 dolarów będziesz miał go z głowy, już nigdy nie będziesz musiał znosić jego towarzystwa". Uczy go życia - "czerp z dwóch źródeł : ze szkoły i z ulicy, będziesz miał przewagę nad innymi". O kobietach "w życiu mężczyzny pojawiają się tylko 3 Wspaniałe Kobiety, niczym wielcy pięściarze w boksie, czyli - co 10 lat". Sonny nie prowadzi go na manowce, nie chce z niego zrobić gangstera, żeby ewentualnie zastąpił go, czy coś w tym guście. Nie, intencje Sonny'ego są czyste, chce po prostu chłopca czegoś nauczyć. I chronić go. "Odpuśc sobie swoich kolegów, to głupcy, skończą w więzieniu albo w trumnie".

        Nie słabnie jednak w Calogero-Si konflikt między ojcem, a Sonnym. Si widzi, że Sonny ma wszystko, a nie tyra jak jego poczciwy stary. "Tylko frajerzy pracują !", rzuca rozżalony Si w pewnym momencie. Nie chce powielać drogi ojca, nie chce pracować całe życie i nic z tego nie mieć. Chciałby jak Sonny...

        Pewnego razu ojciec zdobywa bilety na mecz bokserski. Miejsca mają wysoko daleko od ringu. Sonny siedzi tuż przy tymże ringu. A nawet wystawia do walki swojego boksera. Przychodzi wysłannik Sonny'ego i zaprasza jego i ojca do sektora Sonny'ego,zeby mogli obejrzec walkę w idealnych warunkach. Ojciec odmawia. Si tak sobie, wreszcie także mówi "tu jest nam dobrze". Sonny się nie obrazi, wie że Si szanuje w rzeczywistości swojego starego, NIGDY nie próbuje go buntować przeciw ojcu. jesli coś się dzieje, to z powodu porównań między oboma "ojcami" jakie Si nasuwają się samorzutnie i logicznie, jakby nie patrzeć.

        Ojciec jest jednak zdeprymowany, widzi że Calogero patrzy w stronę Sonny'ego. "zdobyłem te bilety, przyszliśmy na mecz, a ja widzę że ty byś chciał być z NIM... wiesz jak się teraz czuję ?", Lorenzo wyrzuca synowi patrząc na jego naburmuszoną minę.

        Dziewczyna w której zakochuje się Si nazywa się Jane Williams."tak zwyczajnie, Jane Williams", dziwi się Si, "sądziłem, ze ma jakieś egzotyczne imię Monique albo coś w tym stylu". W każdym razie któregoś popołudnia Calogero wykorzystuje okazję i podchodzi do niej, stojące samotnie przed szkołą. Jest mily, jest zdenerwowany, ale przecież podobają się sobie. Wygląda to dobrze, on ją odprowadza do domu, niesie jej ksiązki. Zawraca tuż przed jej dzielnicą. A tam stoją czarni chłopcy i zachowują się dokładnie jak ci biali we włoskiej dzielnicy. Jeden z nich rzuca za odchodzącym Calogero kamieniem. Czy ta miłośc ma szansę ? Czy będzie tylko lekcją życiową i niespełnieniem dla obojga ?

        Wkrótce pojawia się pierwszy problem. Ten murzyński rowerzysta, którego przed pobiciem częściowo ochronił Si, częściowo, bo tamten i tak swoje dostał kiedy inni wzięli go w obroty, okazuje się być bratem Jane.

        A Jane i Si właśnie się umówili na randkę... I Jane przyjeżdża ze swoim bratem właśnie. Najpierw pyta Si, czy wie coś o tej rozróbie we włoskiej dzielnicy, on na to, ze nie wie nic. Wtedy ona mówi, że jej brat został tam pobity i rozpoznał w Si jednego z napastników. Każe bratu wyjśc z auta. I brat cedzi "tak, to on mnie bił". Si nerwowo zaprzecza ["nie kłam, bronilem cię !"], a potem puszczają mu hamulce i krzyczy "ty piep... czarnuchu !", co kończy rozmowe, bo Jane jest do bólu zębów rozczarowana, a jej brat kwituje "widzisz, on jest taki sam jak oni wszyscy, wcale nie jest inny". Calogero wie, ze pokpił sprawę.

        A takie miał plany...przyjechał na spotkanie elegancką bryką. Sonny sam mu ją pożyczył, jak tylko się dowiedział, ze Si ma randkę i jest zakochany. "Chcę żebyś zrobił na niej wrażenie", powiada. A potem mówi mu "Zrób jej test drzwiowy", "jaki ?", pyta Si. Na co Sonny "przyjedź na miejsce spotkania wcześniej, czekaj na nią, zamknij drzwi samochodu od środka, jak przyjdzie - pomóz jej wsiąść do auta, zamknij za nią drzwi, a potem obserwuj przez tylną szybę co zrobi : jeśli nie otworzy ci drzwi od środka - rzuć ją natychmiast, bez wahania, bo to będzie znaczyło, ze jest egoistką". Do testu nie doszło zatem, Si nadal nie mógł wiedzieć, czy to jedna z tych Wspaniałych.

        [w tej sprawie też Sonny dostaje plusa. Kiedy Si mówi "ona jest czarna, co powiedzą ludzie ?", Sonny mówi "nie dbaj o to"; w domu ostrożnie pyta ojca "co sądzisz o związkach z ""kolorowymi" ?, na co ojciec "mnie tam to nie przeszkadza, ale żenić się jednak powinniśmy między sobą" - pewnie dla bezpieczeństwa i niedrażnienia otoczenia... Sonny jest śmiały, ojciec jest kunktatorem, konformistą, wybiera rozwiązania pewne i nie wchodzące innym w paradę]

        To był niezwykły dzien, wszelako. Si odstawia auto Sonny'emu. Jeszcze tego samego wieczora okazuje sie, ze samochód był zaminowany. Sonny rzuca się na Si próbujac dowiedzieć się, czy to jego sprawka, co o tym wie. Si z płaczem przysięga, ze nic nie wie, zaklina się, że nie grzebał przy aucie, powstaje nawet wątpliwość, czy ta "Jane" istnieje naprawdę i czy Si nie kłamie próbujac się zamachnąć na Sonny'ego.

        Wreszcie Sonny go puszcza, kiedy Si wypłakuje "jak możesz tak o mnie myslec ? Jesteś dla mnie jak ojciec ! Nigdy bym nie zrobił nic przeciwko tobie". Si jest totalnie rozżalony. A wtedy zjawiają się jego koledzy. Własnie się wybierają do murzyńskiej dzielnicy, chcą zemsty za niedawne pobicie jakichś białych przez czarną bojówkę. Mają w srodku koktajle Mołotowa. Si nigdy nie nie wsiadł do tego samochodu, ale... z Jane poszło źle, Sonny go wytarmosił i dowiódł, że ojciec miał rację ["on ci nie ufa, on nikomu nie ufa, może cię zabić bez zmrużenia oka']. Zostali tylko koledzy w tę noc.

        Ojciec znów go zawodzi. Robi mu awanturę o to, ze jeździł autem Sonny'ego. Potem idzie znów do Sonny'ego by go strofować, ale dostaje piąchę w brzuch od jakiegoś grubasa i zostaje w pozycji leżącej na chodniku.

        I kiedy Si z kolegami docieraja niemal do miejsca przeznaczenia, jakies auto zajeżdza im drogę. Wypada z niego Sonny. Przemoca niemal wyciąga Si z auta i zabiera go ze sobą. "Mówiłem ci, zebys sie trzymał od nich z daleka, dlaczego mnie nie słuchasz ?", a chłopakom każe zostawić Si w spokoju.

        Sonny ratuje Si życie. KOledzy jego strzelają i rzucają koktajlami w murzyński bar. Rozpętuje się pożar. I kiedy już mają odjechać ktoś z tego płonącego baru odrzuca zapalony koktajl. Trafia. W środku auta jest jeszcze parę butelek z benzyną, których nie rzucili - szybko auto zaczyna płonąc, a koledzy Si smażą się żywcem.

        Kiedy Si wraca na dzielnicę, dowiaduje się, ze szukała go jakaś dziewczyna. To była Jane. Si szuka jej po ulicach, aż znajduje. Ona przeprasza go za podejrzenia, mówi że brat się przyznał, iż Si go nie uderzył, a nawet pomagał mu. Teraz bez przeszkód moga pojechac na randke. Jej autem, którym przyjechała.
        • grek.grek "Prawo BRonxu" [3] 06.07.13, 14:14
          a Si moze przeprowadzić "test drzwiowy", który oczywiście Jane zdaje śpiewająco, aż Si wykonuje radosny podskok i wydaje dziki okrzyk szczęscia.

          A potem jadą do tej murzyńskiej dzielnicy, on ją odwozi do domu, ale i chce sprawdzić, co z kolegami. A tam policja i tłum ludzi, pozar knajpy. Si widzi swoich kolegów trupy zwęglone. Jest zszokowany, wie że Sonny uratował mu życie. Dookoła stoją czarni, zaczepiając go słownie, patrząc nienawistnie, lincz wisi w powietrzu... Jane mówi "idź już, musisz już iść". I Si odchodzi przeciskając się przez wrogą ciżbę, popychany. Jane zaś płacze, bo wie, że ten związek nie ma przyszlości, świat takim jakim jest - nie pozwoli im być razem.

          Si biegiem wraca do swojej dzielnicy. napędza go myśl o tym, że musi podziękować Sonny'emu. Wchodzi do baru, a tam jakis jubel się odbywa. Dużo ludzi, drinki, atmosfera. Sonny z uśmiechem i szerokim gestem ręki zaprasza go do siebie. I wtedy Si widzi. W zwolnionym tempie. Wśród całej tej gromady ludzi jest jeden człowiek niepasujący do niej.
          "Nie pasował, bo się nie uśmiechal, a ja nie mogłem od niego oderwać oczu". I ten oto młody człowiek zachodzi Sonny'ego od tyłu i strzela mu w potylice z odleglości pół metra. Zimny trup, na sali chaos i panika. A Si widzi tylko tę śmierć.

          Jak się później okazuje, mordercą był syn tego człowieka, ktorego 8 lat wcześniej Sonny zastrzelil na ulicy.

          Potem pogrzeb, uroczysty, z morzem kwiatów. Po uroczystości Si sam zostaje przy trumnie z wystawionym ciałem Sonny'ego. Siedzi, siedzi, potem wstaje i klęka przy niej, opowiada martwemu Sonny'emu o Jane, o teście, i o tym, ze żyje tylko dzięki niemu. Pojawia się jakiś starszy facet [Joe Pesci, w roli gościnnej, jakze symbolicznej]. Mówi, że "będzie doglądał biznesu" i gdyby Si miał jakieś kłopoty, czy potrzebował czegoś, czegokolwiek, to zawsze ma przyjśc do niego. "Sonny mówił mi o tobie, znam cię, zawsze mozesz przyjśc, z czymkolwiek chcesz".

          A potem pojawia sie Lorenzo w najlepszym ubraniu. "Przyszedłem pożegnać twojego przyjaciela", powiada do Si. I wygłasza krótką mowe "Sonny, nie nienawidziłem ciebie, raczej miałem do ciebie pretensje, ze dzięki tobie mój syn tak szybko dorósł". Obejmują sie z Calogero, a potem wychodzi, zeby syn mógł pobyć jeszcze chwilę sam.

          I tak oto konczy się ta story.

          Jest to reżyserski debiut Roberta De Niro, który świetnie zagrał Lorenzo [jakże inna to rola, symbol, przeciez w największych klasykach gangsterskich De Niro grał zawsze mafiosów]. Chazz Palminteri nie gorzej odgrywa Sonny'ego. A przebojem jest dzieciak, który zagrał 8-letniego Calogero, Francis Capra. klasyczne twarze włoskich mafiosów, znakomicie uchwycony klimat Nowego Jorku lat 60-tych, znakomita muzyka [absolutny klasyk, to jest scena kiedy mafiosi naparzają kijami niegrzecznych rockersów, na tle lirycznego klasyka o milości, coż za przewrotnośc], no i sam scenariusz napisany przez samego Palminteriego, w którym nacisk jest połozony na pokazanie ścierających się w duszy Calogero dwóch postaw reprezentowanych przez dwóch równie bliskich mu mężczyzn.



            • pani_lovett Re: "Prawo BRonxu" [3] 07.07.13, 15:32
              siostra.bronte napisała:
              > Tytuł obił mi się o uszy. Ale przyznam, że nie przepadam za filmami o ciężkim ż
              > yciu gangsterów :)

              "Prawo Bronxu" mogłoby Ci się spodobać, bo nie jest typowym filmem o gangsterach i gangsterskich porachunkach, co widać w tej pięknej opowieści Greka. Film nie epatuje brutalnością i przemocą,nie ma sensacyjnej akcji, akcent położony jest na portretach bohaterów pierwszego i drugiego plany (z Eddiem pechowcem na czele ;).

              W Gazecie Telewizyjnej piszą, że film zawiera elementy biografii zarówno Palminteriego (który jak wspomnieł Grek, jest scenarzystą filmu), jak i De Niro. Ten ostani zadedykował film ojcu.
          • grek.grek Re: "Prawo BRonxu" [3] 06.07.13, 14:49
            z opóźnieniem, ale lepsze to niż nic :]
            linki :

            polski trailer :
            www.youtube.com/watch?v=P9wE_MzSBJs
            całośc [kurdesz, nie sprawdziłem przed pisaniem, dałbym ten link na
            początku] :
            www.youtube.com/watch?v=spqyOHco02E
            miks "najlepszych scen" :
            www.youtube.com/watch?v=e-XO9vrP6DI
    • grek.grek Classic Day "Chinatown" & "Taksówkarz" 06.07.13, 16:30
      mocno dziś i romantycznie ;]

      wielooscarowy "Chinatown" [1974] w TVN o 0:45.
      nagrodzony Złotą Palmą "Taksówkarz" [1978] w Polsacie o 0:15

      dwa wielkie klasyki światowego kina.

      co to za dzien dzisiaj, że komercyjne poszły w TAKĄ rywalizację ? :]

      "Chinatown" oglądałem niedawno, starałem się Wam go opisać.
      Mam nadzieję, ze czytaliście, a jeszcze większą - że nie pamiętacie już nic :]
      [o ile wcześniej nie znaliście tego filmu]

      więc - wybiorę "Taksówkarza", a Wy ?
        • grek.grek "Taksówkarz" [1] 07.07.13, 13:54
          no to może słów parę o tym klasyku. trochę nam zeszło zanim się pojawił, ale lepiej późno niż wcale, hehe.

          W sumie, nie wiem kto tu jest prawdziwym bohaterem numer 1 - Travis Bickle czy Nowy Jork. Może na równi. Może NOwy Jork jest upiorem, który i tak trudną psychikę Travisa doprowadza do ostateczności i rozpaczy ?

          Anyway, Travis jest weteranem marine, wrócił z wojny i od razu do Niujorku. Nie może spać po nocach, więc zatrudnia się jako taksówkarz. Kursuje więc całymi nocami, doskonale zarabia dla korporacji, a do tego jest honorowy i uczciwy.

          To z czym się spotyka nocną porą - zdumiewa go i napawa niesmakiem. Nazywa miasto "gnojowiskiem", a ludzi z którymi ma do czynienia "zwierzętami". Wozi "dziwki, ćpunów, alfonsów, złodziejów, pijaków", ogląda zza szyby ulice pełne, w jego odczuciu, totalnej degeneracji. To są długie ujęcia, a Travis monolguje z offu i są to fragmenty jego dziennika, który pracowicie pisze w swoim skromnym czynszowym mieszkanku. Póki co, jest to surowa i krytyczna analiza zastanej rzeczywistości. Travis nie jest gościem z marsową miną, to co konstatuje jakby nie wyskakuje mu na twarzy, można by rzecz nawet, że jest dośc sympatyczny. Choć wycofany. Kiedy rozmawia ze swoimi kolegami z koroporacji - siedzi z boku, nie pytany nie odzywa się, grzecznie się uśmiecha, kiedy tamci opowiadają jakies głupkowate zmyślone historyjki ze swoich zmian, jakby chcieli sztucznie ubarwić szare dni robocze. Kiedy pytają jego "co tam ciekawego ?" Travis nie sprzedaje im wyssanej z palca historyjki półpornograficznej, tylko informację o tym, że jakiś taksiarz został zaatakowany nożem i stracił ucho.

          Po pracy Travis nadal nie może spać. Chadza więc do... kina porno. "nie znam się na filmach", mówi wprost. Dlaczego chodzi do pornokina i siedzi tam, gapi się w ekran, zajada popcorn i to go nie razi ? stoi to w jakiejś sprzeczności wobec jego krytycznych opinii o nocnym życiu miasta. Może naprawdę "nie zna się na filmach"...

          Pewnego dnia następuje przełom. Pojawia się ona. "Wyłoniła się, jak biały anioł z tego szamba", notuje w swoim dzienniku. Ona, czyli urocza blondynka w białym kostiumie. Pracująca na rzecz niejakiego Palantine'a, kandydata na prezydenta, członikini jego sztabu wyborczego. Travis przyjeżdza co i rusz taksówką i obserwuje ją podczas pracy. Jest nią zachwycony.

          Wreszcie wbija się w swój koszmarny czerwony garnitur i pewnym krokiem wchodzi do budynku, zmierza prosto do jej biurka i deklaruje, ze chciałby pracować jako wolontariusz. KOlega dziewczyny chce go zaprosić do swojego stanowiska, ale Travis kulturalnie upiera się, że chce to załatwić z nią. Ona pyta "dlaczego ?", a on na to "Bo jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem". No i od tego punktu już idzie z górki ;] Betsy, bo tak ma ona na imie, daje się zaprosić na kawę i ciastko. Rozmowa całkiem nieźle się klei, Travis nie wygląda na zdenerwowanego, jest rozmowny, miły i robi na niej bardzo dobre wrażenie, aczkolwiek, jak Betsy zauważa "jest w nim sprzeczność, niczym w tej piosence Krisa Kristoffersona [tutaj cytat pada]". "ten twój kolega z pracy [grubasek z loczkami w okularach] nie pasuje do ciebie, nie ma chemii między wami, on cię źle traktuje, a ja... kiedy wszedłem, poczułem jakiś impuls, że coś zaiskrzyło między tobą, a mną, ty też odebrałaś to w taki sposób ?" - Travis śmiało pokonuje dystans :] A Betsy słucha go z ciekawością i zainteresowaniem, i odpowiada "tak, gdybym tego tak nie odebrała, nie siedziałbym teraz tutaj z tobą".

          Travis zaraz po spotkaniu biegnie kupić płytę z piosenkami tego wokalisty. Wraca do swojej pracy, znów wozi alfonsów i dziwki, znów ogląda bójki, obmacywanki, przewalający się po chodnikach i zaułkach szemrany tłum, grupy Murzynów rzucające w jego auto czym popadnie, kiedy przejedza przez rewiry afroamerykańskie; znów w swojej gablocie gości podejrzanych typów; "codziennie po kursie musze ścierać z tylnego siedzenia spermę albo krew", notuje.

          Któregoś razu w jego taksie ląduje ten kandydat na prezydenta, Palantine. Wywiązuje się krótka rozmowa, bo pan kandydat chce posłuchac głosu ludu, a więc Travis najpierw z entuzjazmem zapewnia go, że bardzo go popiera, chciał nawet wytapetować auto reklamującymi go naklejkami, ale firma zabroniła; a potem przechodzi do konkretów "to miasto trzeba oczyścić, ten gnój trzeba zmyć z ulic, i prezydent powinien to właśnie zrobić" - peroruje. Palantine słucha z uwagą, jego doradcy wiercą się niecierpliwie, a potem kandydat wysiada, podaje Travisowi rękę przez szybę i dziękuje za mądrą lekcję, ile w tym kurtyuazji i politycznej popisówki, a ile prawdziwego głodu wiedzy nt. tego "co ludzie myślą"... oto jest pytanie.
          W każdym razie Travis czuje się świetnie :]

          Umawia się z Betsy na kolejną randkę. I tym razem zabiera ją do... tego pornokina. Ona mówi "halo, ale to pornokino, jaki film wybrałeś ?", na co Travis szczerze "nie znam się na filmach... ale wiem, ze na ten chodzi wiele par". Betsy jest zdziwiona, ale się zgadza. Z seansu wychodzi po 5 minutach. Jest wściekła, "co to miało być ? to tak jakbyś mi powiedział "weź mnie przeleć !". Travis próbuje przepraszać, i on naprawdę nie spodziewał się, że ją to urazi. Betsy nie chce z nim rozmawiać, nie chce wziąć w prezencie płyty Kristoferssona, w ogole nic chce go widzieć. Travis jest zdruzgotany.

          Próbuje przepraszać Betsy, wydzwania do niej, wysyła kwiaty, ale nic nie skutkuje. Obraziła się na amen. Któregoś dnia przychodzi osobiście, wdziera się do tego punktu wyborczego, pyta ją otwarcie "dlaczego nie odbierasz telefonów ? dlaczego nie przyjmujesz kwiatów ?", ale mimo że nie jest agresywny, raczej dodatkowo ją tylko wystrasza, a sam zostaje wyprowadzony za drzwi, zmuszony do opuszczenia lokalu. To koniec, "Okazała się taka sama jak inni, zwłaszcza kobiety, zimna i odległa", zapisuje w kajecie. Betsy pojawi się tylko w liście pisanym do rodziców, w ktorym Travis pięknie skłamie na temat swojego życia w Nowym Jorku, a Betsy będzie "dziewczyną, z którą się od kilku miesięcy spotyka".

          To ważny moment, bo zawód jaki spotyka Travisa prowokuje go do przeskoczenia na kolejny, wyższy poziom frustracji. Próbuje zagadnąc starszego kolege z firmy, Szamana, pyta go "jak to wszystko znieśc ? jak sobie z tym poradzić ? z tym całym syfem ? MOŻE TRZEBA COŚ ZROBIĆ ?", Szaman mu na to, zeby raczej próbował to jakoś bokiem puszczać; może w przypadku Travisa, to kwestia stopniowej akceptacji istniejącego stanu rzeczy, bunt się wypali i zastąpi go zrezygnowana obojętność. Ot, taka rada kolegi z 20-letnim stażem.

          Ale Travis tego nie kupuje, u niego zamiast iśc w stronę obojętności, rzeczy zaczynają kiełkowac w kierunku CZYNU. Zaczyna ćwiczyć - "codziennie 50 pompek i 50 podciągnięc na drązku", napina mięsnie "muszą być jak stal", ćwiczy jakąs zaimprowizowaną sztangą, narzuca sobie reżim. I zbroi się, u dilera kupuje cały arsenał - świetna jest scena transakcji, kiedy diler barwnie opisuje przytaszczone w torbie zabawki, od magnum 44 przez waltera po 38-kę. Travis zna magnum, jeden z klientów kazał mu kiedyś zawieźć się pod adres, przy którym mieścił się dom w którym jego żona zdradzała go z Murzynem. KLient był jak w transie, uzbrojony właśnie w magnum "wiesz co taka broń robi z twarzy kobiety ?", pytał go retorycznie. Kupuje więc Travis magnum, kupuje i inne cudeńka.

          I wszystko go wkurza, słucha w telewizji tego Palantine'a i cos mu się nie zgadza. w taksówce potakiwał radykalnym tezom Travisa, a z ekranu gada zupełnie coś innego.

          Pierwsza okazja do działania nadarza się przypadkiem. W sklepie spożywczym Murzyn naskakuje z pistoletem na sprzedawce. Travis zachodzi rabusia od tyłu i strzela do niego bez ostrzeżenia kładąc go trupem. Sprzedawca, znajomy zreszta, jest mu wdzięczny, i powiada, że "to już plaga, to piąty trup w tym roku", a potem deklaruje że zwłokami sam się zajmie i żeby Travis poszedł, zanim policja przyjedzie.



          • grek.grek "Taksówkarz" [2] 07.07.13, 14:55
            Zrobić coś dobrego, przełamac tę apatię i marazm miasta, to odrętwienie - czynem, działaniem. "Jestem samotny, i ta samotność mnie pożera, nic nie można zrobić", zapisuje. Musi coś zrobić takze dla siebie. Nieustannie trenuje, macha pistoletami, robi sobie specjalne montaże z pasków i sprężynek, aby pistolety móc nosić pod kurtką, i strzelać bez wyjmowania ich spod niej; do tego specjalnie przykrawa koszule, cuda niewida. No i ofk, są te popularne sceny z "are you talkin to me ?" powtarzanym dziesięć razy, zawsze w ciut zmienionej tonacji głosowej :]

            Któregoś dnia usiłowała do jego auta wsiąść dziewczyna, prostytutka, bardzo młoda. Nie udało się jej jednak. W ostatniej chwili dopadł ją jej alfons i zabrał z powrotem. Zostawił Travisowi pomięte 20 dolarów, z tekstem "zapomnij o tym, co tu sie stalo". ale Travis ją zapamiętał.

            Spotyka ją na ulicy i pyta o cennik. Ona na to, zeby pogadał z tym jej alfonsem, Sportem. Sport wystaje na schodkach kamienicy. Zachwala dziewczynę, zagaduje sympatycznie Travisa, nazywa go "kowbojem", zachęca go skorzystania z jej usług. Travis go słucha, uśmiecha się jakby mimowolnie, długo na niego patrzy, aż tamten się temu dziwi.

            "Agencja" mieści się w sąsiednim budynku, zaufany portier, specjalnie wynajęte pokoje. Prostytutka reklamowana jako"12-latka", chyba az tak młoda nie jest, ale młoda, to fakt.
            Travis płaci za kwadrans, ale ofk nie zamierza korzystać seksualnie. Chce z nią porozmawiać. Mówi jej, ze pamięta jak chciała wsiąść do jego taksówki, "chciałaś uciec, ale on ci przeszkodził", mówi, a skoro tak to "nie lubisz tego miejsca, tej pracy, tego życia". Ona na to, ze "chyba bylam naćpana", na co Travis "co się z tobą dzieje ? daj sobie szansę". I ona poniekąd przyznaje, że to nie jest jej wymarzone życie, że w zasadzie działa zasada przyzwyczajenia, Sport jest dla niej dobry, do reszty można się jakoś zaadaptować. "do pieprzenia się z byle kim za marne stawki ?", sarkastycznie pyta Travis, dorzucając miażdzącą opinię o tym jej alfonsie "to najgorszy smieć jakiego spotkałem". Przy wyściu płaci temu portierowi tą zmiętą 20-dolarówką, którą wtedy za nieodbyty kurs dał mu Sport - "wydaj te pieniądze mądrze", rzuca.

            Umawiają się na następne spotkanie. Tak "normalnie" już, bez alfonsów i portierów. Siedzą w barze i rozmawiają, Iris - bo tak ma na imię dziewczyna, zdradza mu, że chciałby wyjechać i zamieszkać w jakiejś komunie. Travis na to, ze powinna wrócić do rodzinnego domu, chodzić do szkoły, uczyć się, umawiać się na randki, a nie włóczyć. Ona na to "sztywniak z ciebie", na co on "nie, to ty jesteś drętwa". Staje na tym, ze Travis obiecuje jej pomoc. Chce ją wyciągnąć z życia, które jest dla niego kwintesencją tego miasta, wygrać z tym marazem za pomocą uratowania właśnie tej dziewczyny.

            W domu przygotowuje list pożegnalny, pakuje w środek pieniadze i adresuje go do Iris. "Kiedy dostaniesz ten list, ja juz nie będę żył", tak brzmi ostatnie zdanie.

            Pojawia się na spotkaniu wyborczym Palantine'a. Ma głowę wystrzyżoną na irokeza, czarne okulary, a na sobie obszerną wojskową kurtkę. Staje przy wysokim na 2 metry ochroniarzu w garniturze i również czarnych okularach i przez chwilę wygladają komicznie. tamten jak android jakiś lustrujący otoczenia jakby oglądał mecz tenisowy w zwolnionym tempie, a Travis o dwie głowy niższy, w takiej samej pozie, jakby sobie z niego kpił i go parodiował. Wreszcie Travis nawiązuje sympatyczną z nim rozmowę, zdradzając, ze chętnie by się zapisał na jakis kurs rekrutacyjny na specjalnego agenta ochrony. Tamten udziela mu informacji, nawet zapisuje dane Travisa [oczywiście, są one nieprawdziwe], obiecując, ze dostanie zaproszenie na taki kurs.

            Travis słucha i oklaskuje mowę Palantine'a, dzień jest ładny, ludzie przyszli gromadnie, Travis stoi na uboczu, i w momencie kiedy Palantine schodzi z podestu i przechodzi przez tłum do samochodu, Travis rusza w jego kierunku - wsuwa rękę pod kurtkę, ale ochroniarze spostrzegają go. Travis rzuca się do ucieczki, tamci go gonią, ale za wolno biegną, w dodatku najszybszy i tak wpada na jednego z przechodniów i przewraca się. Zamach nie udaje się.

            Wobec takiego dictum - Travis wraca do mieszkania, odczekuje do wieczora, a potem idzie uporządkować sprawy ze Sportem i całym tym interesem. Spotyka go w starym miejscu, Sport go nie poznaje, każe mu się odczepić, na co Travis ładuje mu kulkę w brzuch. Potem wchodzi do tej "agencji", odstrzeliwuje z magnum dloń portierowi. Wkracza do pokoju, gdzie Iris jest z jakims klientem. Rozwala klienta, ale sam zostaje ranny w rtamię. Sport przyłazi za nim, strzela do Travisa, ale odpowiedź jest śmiertelna, alfonso pada martwy. W ostatnim akcie desperacji portier skacze na Travisa ["skacze" to bardzo mocna przesada ;)], wtedy ten sięga po nóz i załatwia mu drugą rękę, a wykancza z pistoletu. Iris jest przerażona, a Travis wlecze się na kanapę, siada na niej, opiera głowę i w takiej pozie zastaje go policja. Na zewnątrz jest tłumek, auta, zbiegowisko, a w srodku krew na ścianach i podłodze oraz parę truposzczaków.

            A potem... no własnie - co jest potem... Jest list, jaki rodzice Iris napisali do Travisa, nazywając go "bohaterem, który ocalił ich dziecko", i że Iris wróciła do domu, prowadzi przykładne życie, uczy się itd. I że rodzice "dziękują Bogu za Travisa".

            I są wycinki z gazet, w których Travis jest "bohaterem".

            I informacja, że... Travis po zdarzeniach pamiętnej nocy zapadł w śpiączkę.

            A potem... Travis znów jeździ taksówką, jakby nigdy nic. Któregoś wieczoru podwozi Betsy i z uśmiechem nie pobiera od niej opłaty. a ona mowi, ze "słyszała o całej historii z gazet". Rozstają się tak, że on z uśmiechem odjeżdza, a ona patrzy za nim stojąc na chodniku pod swoim domem.

            Czy to jakaś projekcja imaginacji Travisa ? facet który zabił 3 ludzi nie mógłby wrócić do jeżdzenia taksówką, ot tak sobie. Poszedłby siedzieć, albo naweet dostałby czapę, nieważne kogo zabił.

            a moze ta zabijanka to był wytwór jego wyobraźni ? fantasmagoria. Załamanie nerwowe ? z drugiej strony - nakupił tej broni od jasnej ciasnej, a wszystko wyglądało realnie bardzo.

            Jak sądzicie ? :]

            Cóz, De Niro gra znakomicie, jest nieprzerysowany, wiarygodny, szczery, Travis ma problemy z sobą, nie podoba mu sie świat, ale ta frustracja jest rozgrywana na nutach nie robiących z niego ponurego draba czy zgarbionego smutą nieszczęśnika. Cybill Sheperd, Betsy, ma uwodzicielski uśmiech, a przebojem jest Jodie Foster, w roli Iris - wg mnie, Iris wyglądała na więcej niż 12 lat, ale faktem jest, ze Foster miała wtedy lat 13. w scenie w barze, rozmowie z De Niro, jest rewelacyjna. jeśli mnie pamięc nie zawodzi, to jakiś gośc dostał takiego kręćka na punkcie Iris-Foster, że dla niej chciał zastrzelić prezydenta Ameryki :] co to się z ludźmi moze dziać ;]

            Doskonała jest muzyka, kapitalna, te "jazzy" w tle. Opowieśc zyskuje klimat dzięki nim. I dzięki zdjęciom, wspaniale pokazany Nowy Jork, ten surowy, brudny, zaśmiecony, brzydki, kawałek prawdziwej Ameryki, z daleka od pocztówek z nocna panoramą oświetlonych wieżowców NYC. tutaj nie ma żadnego lukru, jest twarde życie, prawda nonstop, ta bezlitosna twarz molocha, który wciąga i wyżyma w trrąbkę małego bezbronnego zagubionego bohatera. Ktoś napisał, ze "Travis jest jak człowiek z Dostojewskiego, który z bronią w ręku wychodzi z podziemia wymierzyć sprawiedliwość".

            sama historia jest mocna, stopniowe osuwanie się Travisa w gorączkę, ale jeszcze mocniejszy jest obraz miasta, nocnego ulicznego życia w tej 'stolicy świata' [owszem, lata 70-te, minęło sporo czasu, ale i dzisiaj zapewne dałoby się coś takiego ukręcić, słowem - obraz uniwersalny, zawsze mogący uchodzić za aktualny], obrazy, gesty, słowa, ludzie wytoczeni na ekran.

            trailer
            www.youtube.com/watch?v=bEJkjMkhJh0
            muzyka [główny motyw, ale tak naprawdę jest tego w filmie znacznie więcej]:
            <a href="
            • grek.grek "Taksówkarz" [linki] 07.07.13, 15:04
              link do muzyki sie nie zmieścił, wiec raz jeszcze :

              www.youtube.com/watch?v=Bx4aK-YsPeU
              diler, Travis, zabawki :
              www.youtube.com/watch?v=9SXq1yFrqsI
              a to, no cóż... :]

              www.youtube.com/watch?v=4e9CKhBb18E
              randka z Betsy :
              www.youtube.com/watch?v=c9RQBHTfR8I
              rozmowa Iris z Travisem w barze :
              www.youtube.com/watch?v=kxmPzFQe63w
              jedna ze scen początkowych z monologiem Travisa :
              www.youtube.com/watch?v=IsQypGlE7c8
            • pani_lovett Re: "Taksówkarz" [2] 10.07.13, 16:37
              Wracajac do Twego pytania o ostanią scenę -

              > Czy to jakaś projekcja imaginacji Travisa ? [...]
              > a moze ta zabijanka to był wytwór jego wyobraźni ? fantasmagoria. Załamanie ner
              > wowe ? z drugiej strony - nakupił tej broni od jasnej ciasnej, a wszystko wyglą
              > dało realnie bardzo.

              Skłaniałam się ku wersji o projkecji imaginacji Travisa.

              Ale nie dawało mi spokoju Twoje pytanie.

              Postanowiłam sprawdzić, co o zakończniu "Taksówkarza" sądzi (sądził) znany amerykański krytyk filmowy Roger Ebert i ku której wersi się skłania.

              I Ebert mówi, że nie jest pewien czy można jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie o interpretację tej ostaniej sceny. Według niego scena ta uzupełnia historię na poziomie, nie dosłownym, a emocjonalnym. Film kończy się zatem nie rzezią, a odkupieniem, które jest celem wielu bohaterów filmów Scorsese. Bohaterowie ci poragdzają sobą, żyją w grzechu, w nędznych dzielnicach, ale pragną przebaczenia i podziwu. Czy Travis osiąga ten upragniony stan rzeczy w rzeczywistości,czy tylko w imaginacji nie jest to najważniejszą kwestią; przez cały film jego jego stan umysłu kształtował rzeczywistość, i na końcu w jakiś sposób przyniósł mu coś w rodzaju ukojenia.

              To ja kulawo przetłumaczyłam na gorąco / w goacy dzień/ fragment tekstu Rogera Eberta , oryginalny tekst znajduje się pod tym linkiem:

              www.rogerebert.com/reviews/great-movie-taxi-driver-1976
              :)





              Muzyka znakomita!
              • grek.grek Re: "Taksówkarz" [2] 11.07.13, 15:52
                wspaniale przetłumaczyłaś, dzięki Barbasiu :]
                dzięki za link.

                pytanie jest naprawdę nurtujące.
                wiesz, myslę sobie, że po prostu musiałby za zabójstwo odpokutować, odsiedzieć.
                gazety pisałaby raczej o mordowaniu z zimną krwia, a nie o "bohaterze Travisie Bickle'u".
                ale pan krytyk ma dużo racji w stwierdzeniu, że to nie jest najważniejsze.
                kluczowa jest właśnie ta droga, którą w swoim umyśle i psychice przemierza Travis,
                próbujący jakoś się ustawić wobec świata, który go oburza i którego nie akceptuje.
      • maniaczytania Re: "Para na życie" w TVPKultura 20:20 08.07.13, 19:16
        Barbasiu - skorzystalam z Twojej podpowiedzi i odpuscilam sobie drugie obejrzenie "Centralnego biura uwodzenia" (tytul oryginalny "Nowy chlopak mojej matki"), bardzo zreszta fajnej komedii, w ktorej widac wyraznie, ze kobieta niekoniecznie jak wino (Meg Ryan), za to mezczyzna juz tak (Antonio Banderas - tam jest boski po prostu! :) ). Przerzucilam sie na Kulture i co prawda nie od poczatku, ale za to do konca ogladanelam sobie"Pare na zycie". Bardzo mi sie film spodobal, chociaz John Krasinsky do moich ulubionych aktorow raczej nalezec nie bedzie (a i fajtlapowaty byl okrutnie jako Burt - no nie jest to 'my hero'), ale ogolnie - fajne przeslanie, dobrze wywazone elementy smutne, wzruszajace (jak historia Marge, matki adoptowanej gromadki) i zabawne (jak sceny lotniskowe, z klotniami czy genialna wrecz sekwencja u matki - glosicielki teorii Continuum ;) - Maggie Gyllenhaal jak zwykle swietna - bardzo ja lubie :)
          • maniaczytania Re: "Para na życie" w TVPKultura 20:20 10.07.13, 20:58
            haha :), rozwine, rozwine - mowia, ze kobieta jak wino - im starsza tym lepsza (piekniejsza itp.).
            No i niestety po tym filmie widac, ze u Meg to nie dziala, chociaz cialo ma (ech!) cudowne!!! , to cos jej sie porobilo z twarza (jakies operacje czy cos) i wyglada okropnie, a ja nei moge tego przebolec, bo ona taka sliczna naturalna byla ... np. we "Francuskim pocalunku" - no, kwintesenscja jej uroku tam byla!

            Za to Antonio ..., ech!, on jak wino, jak wino ;)))
    • grek.grek "William Buroughs, na wylot" dokument via Kultura 09.07.13, 14:38
      bardzo dobry dokument biograficzny.

      Burroughs miał swój kluczowy udział w rewolucji bitnikowskiej, obok Ginsberga i Kerouaca. zarówno jako ideolog, jak i twórca - napisał "Nagi lunch", który obok "Skowytu" i "W drodze" stał się literackim manifestem całego środowiska, niebagatelnie przyczynił się do tego proces jaki "Lunchowi" wytoczyli obrońcy moralności w Ameryce lat 60-tych - ostatecznie zwyciężyło prawo do twórczej ekspresji, "Nagi lunch" można było wydawać bez przeszkód, a zyskana dzięki sądowej procedurze reklama uczyniła go dziełem kultowym. określenia i zwroty z książek WB inspirowały nazwy zespolów muzycznych, okreslenia całych gatunków muzyki [np. heavy metal], a czerpane z nich idee buntu przeciw konsumpcyjnej kulturze i kanonom wartości i piękna nakręcały innych pisarzy, muzyków, malarzy i w ogole kogo popadnie.

      tak naprawdę, Burroughs inspirował jednak najbardziej swoim stylem życia - bezkompromisowym, otwartym, nie uznającym ram. Był gejem, ale gejem dalekim od środowiska, w dodatku... miał żonę :] I ją kochał. była również artystką, wykształconą,
      ale i uzależnioną od prochów i popijania. któregoś dnia postanowili się zabawić na całego - również będący na haju WB położył na jej głowie jakis przedmiot [kurdesz, zapomniałem już co to było...] i próbował odegrać Wilhelma Tella. Odegrał tak, że zabił ja pakując jej kulę
      w skroń. Nigdy nie mógł zapomnieć o niej i nigdy sobie nie wybaczył tej lekkomyślności, zresztą podjętej za jej aprobatą. zdaje się, potem wyjechał do Tangeru. Sytuacja tragiczna, ale
      tak naprawdę przyczyniła się ona do tego, że jego ksiązki i cała osoba zyskały wiarygodnośc.
      hej, ten facet żyje tak, jak pisze. on nie zmyśla, on pisze o sobie, a jesli to co pisze - jest O NIM, to... o kurde balans :]

      Co ciekawe, do końca życia był zwolennikiem posiadania broni, lubił ją, spał zawsze z nabitym karabinem "nabitym, żeby nie musieć się w razie konieczności martwić o to". W jego przypadku miało to osobisty podtekst : Burroughs nie stronił od narkotyków, heroiny, momentami mocno dawał w żyłę - kiedy postanowił z tym zerwać i udało mu się, potrzebował czegoś ciekawego, co wynagrodzi mu brak heroiny w życiu, i tym czymś stało się strzelanie, nie tyle polowania, bo Burroughs był bardzo wrażliwy na punkcie krzywdy zwierząt, ale strzelanie do róznych sztucznych celów : np pruł do zawieszonych na sznurkach butelek atramentu. Jedna z nich trafiona pociskiem rozprysła sie i ciapnęła go czarnym kleksem w czoło. Akuratnie przebywający tam jego znajomi od strzelectwa - w pierwszym momencie uznali, że chłop sie postrzelił, bo z daleka widzieli tylko ciemną plamę na facjacie, po chwili z ulga skonstatowali, że to kałamarz, a nie krew.

      Miał w ogole obsesję, że ktoś może na niego napaść na ulicy. Dlatego uczy się walki "bele czym", choćby zwykłym kijem; miał także specjalną laskę a'la Gregory House, tyle że u Burroughsa z tej laski można było zrobić... szablę. wystarczyło nacisnąć specjalny guzik i wyskakiwało ostrze :] Znajomi wspominaja, że nieustannie układał plany obrony przed niespodziewanym atakiem na ulicy, miał na tym punkcie obsesję i był ponoć bardzo pomysłowy, nawet to rozrysowywał.

      Generalnie, widać w tym dokumencie dązność do tego, by naszkicować osobowość Burroughsa. Jakim był człowiekiem. A był trudny. Niezbyt wylewny, raczej w sobie, jednocześnie wrażliwy, cały czas domagający się zniesienia granic w swoich dążeniach i wokół siebie. To dlatego pisał tak szokująco wówczas, odkrywał świat jaki wg wielu ludzi nie miał prawa istnieć - świat narkotyków, homoseksualizmu, ateizmu, do tego szyderstw z american dream i kultury pieniądza.

      Bał się zobowiązań, zakochiwał sie łatwo, stąd wolał przelotne związki z męskimi prostytutkami niż regularne relacje. bał się że nie uniesie ciężaru miłości', ktoś wspomina.

      Kamera zagląda do jego domu, a tam... koty. Dokładnie 6 kotów, wsszystkie upasione dobrobytem :] I ktoś przypomina, że Burroughs z niepokojem myślał o tym, że może wybuchnąc wojna nuklearna [lata 60-te jak wiecie, w Ameryce były nafaszerowane tym
      lękiem, zwłaszzca w kontrkulturze, wówczas wizja konfliktu atomowego ZSRR vs USA była dla tych społeczeństw zupełnie naturalna i możliwa, nawet jesli z obu stron była tylko napinaniem muskułów, podczas gdy w gruncie rzeczy broń atomowa w rękach mocarstw-konkurentów, to
      najlepszy gwarant światowego pokoju] i co ciekawe nie myślał o tym, że świat może zostać zmieciony z powierzchni, że zginie mnóstwo ludzi, że choroby popromienne itd; on się martwił... "co będzie z moimi kotami ?".

      Miłosnik stuffu jakoś skończył Harvard :]
      a potem zajął się głównie atakowaniem utartych poglądów, mód, stylów i szokowaniem mieszczaństwa.

      Skoro tak chaotycznie mi idzie, to dorzucę z głupia fant, ze WB lękał się ogromnie węży :] Opiowiada jest z jego dawnych przyjaciół, który zawodowo zajmuje się tymi gadami, że
      Burroughs odwiedział go przy pracy i zawsze miał stracha. A jednocześnie dochodziło do sytuacji zupełnie paradoksalnych : np. podczas karmienia węzy martwymi gryzoniami Burroughs chciał podrzucić kawałek mięsa bliżej węza i ten go ciachnął. ot, chciał pomóc, a ten nie docenił ;] zatem, Burroughs bał się, a zarazem ciekawość i implus motywowały go do niezwykle odważnych zachowań. I ten przyjaciel wspomina, ze kiedyś złożył Burroughsowi propozycje zakupu węża, tak dla zabawy, wiedząc jak William reaguje na te stworzenia. Napisał mu "William, chciałem spytać, czy mam ci wysłać węza czy nie ? musisz odpowiedzieć natychmiast, jak nie odpowiesz, to wysyłam bez pytania". I podobno Burroughs napisał 3 listy w ciągu 2 dni :] z błaganiem żeby nie wysyłał mu żadnych węzy. wizja paczki do odbioru z wężem w srodku zmroziła go absolutnie.

      na ekranie widać kostycznego z wyglądu faceta, szczupłego, zimnego na pierwszy rzut oka.
      zaskakujące zatem, kontrastowe, jest jego wnętrze, aktywnośc, zachowania świadczącego o tym, że był to gość naprawdę fajnie stuknięty ;]

      Rzecz jest świetnie zrealizowana. Są zdjęcia i wypowiedzi samego Burroughsa, kilka cytatów z jego książek, recytowany przez niego wiersz-litania na okolicznośc święta 4 lipca, w którym wylicza za co "dziękuje Ameryce", są jego rozmowy [zabawne, siedzi sobie dwóch starszych panów nie patrząc na siebie i rozmawia półsłówkami, widać że się lubią ale tylko jeden próbuje nawiązać kontakt wzrokowy - wyglada to jak scena z komedii] z Ginsbergiem i to Ginsberg jest tutaj postacią starającą się jakoś ocieplić dialog. Cały czas wchodzą wypowiedzi i wspominiki jego znajomych, z Patti Smith, Iggy Popem, Johnem Watersem i iks innymi których nie rozpoznałem z racji swej ignorancji środowiskowej. Film jest podzielony na rozdziały, każdy ilustruje jakby inny segment świata przedstawionego, beat-culture, Nagi Lunch, tragiczny strzał w głowe żony, narkotyki, homoseksualizm... itd., a każdy jest anonsowany w formie króciutkiej animacji.

      trailer :
      www.youtube.com/watch?v=CinbatWVCZ4
      • pani_lovett Re: "William Buroughs, na wylot" dokument via Kul 10.07.13, 00:50
        Podobno “Ćpun” – autobiografia Burroughsa z czasów, kiedy był uzależniony od heroiny - mogłaby być świętnym podręcznikiem szkolnym skutecznie odstraszającym od narkotyków .


        Czy wiadomo z tego dokumentu, czy Burroughs poniósł jakieś konsekwencje za przypadkowe zabójstwo żony?



        > Kamera zagląda do jego domu, a tam... koty.
        ! :)

        Dobrej nocy!
        • grek.grek Re: "William Buroughs, na wylot" dokument via Kul 10.07.13, 14:11
          musiał nieźle grzać :]

          otóż... chyba nie, a piszę "chyba", bo rzuciłoby mi się na uszy, gdyby jednak dokładnie
          opisano, czy wlepiono mu jakąś karę.

          jeśli moja nędzna angielszczyzna jest w ogóle na chodzie, to z Wiki wynika, że proces
          został anulowany - Burroughs bronił się tym, że wprawdzie zamiar był podjęty, a więc
          miało istotnie dojśc do "zabawy w Wilhelma Tella", ale nie zdązył w ogóle wycelowac, bo
          broń wypaliła, kiedy wstępnie sprawdzał czy jest nabita. miał na to świadków, a i balistycy
          sądowi/policyjni jego wersję podtrzymywali i to zdaje się niekoniecznie za "Bóg zapłać" ;]

          hehe, no tak, 6 kotów, same dobrze odżywione.
          • pani_lovett Re: "William A mino to na wylot" dokument via Kul 10.07.13, 15:36
            > musiał nieźle grzać :]

            O tak, mówiono (za tekstem Chacińskiego*), że William S. Burroughs jest dowodem na to, jak można spróbować wszystkich znanych narkotyków i przeżyć.
            A mimo to dożył sędziwego wieku - 83 lat - niezwykłego dla kogoś, kto brał narkotyki przez dwadzieścia pięć lat.

            Rozumiem, dzięki za wyjaśnienia.


            *
            chacinski.wordpress.com/wrzutnia/william-s-burroughs-i-okolice/william-s-burroughs-konserwatysta-na-heroinie/
            :)
            • grek.grek Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 10.07.13, 16:11
              dzięki za link, jesteś nieoceniona oraz bezcenna :]

              a to ciekawe jest, istotnie.
              gośc pożył, mimo tej narkotykowej balangi.
              kiedyś czytałem, jak jeden ze Stonesów - a oni tez koksu róznorakiego
              nabrali co niemara - że "dawno by nie żyli, po takiej ilości narkotyków,
              gdyby nie fakt, że zawsze mieli czysty najlepszy towar".

              zatem, jesli wierzyć znawcom ;], możliwe, że narkotyki nieźle konserwują, hehe,
              ofk pod ww. warunkami.

              kolejny argument, tak mi się wydaje, dla zwolenników legalizacji.
                • grek.grek Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 11.07.13, 13:55
                  i my się dziwimy, że nie mamy 20 plusów ;]]

                  to prawda.
                  z drugiej strony, ktoż policzy, ilu zeszło z powodu zanieczyszczonych strzykawek,
                  zakażeń, fatalnego stanu zażywanych narkotyków ?

                  hehe, wiesz - gdyby narkotyki były legalne, w sklepach, to przynajmniej w dużej
                  części zniknęłyby z ulic, z zaułków i w ogole z podziemia - mafia przestała by na nich
                  zarabiać takie krocie, a przede wszystkim : gdyby były w [specjalnych] sklepach, legalnie, to
                  kupujący mieliby pewność, że kupują właśnie ów czysty towar, a nie jakieś brudy, korkociągi
                  najpodlejszego sortu i inne wynalazki, gdzie czystego koksu jest 10 %, a reszta to jakieś
                  dodatki i wypełniacze, tak jak w tych rzekomo "100 % naturalnych sokach owocowych" ;]
                  • pani_lovett Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 11.07.13, 15:32
                    Plusów jest tyle, ile potrzeba. :)

                    Wiesz, zalegalizowanie prostytucji w Grecji wcale nie wyeliminowało szarej strefy i istnienia nielegalnych domów publicznych oraz całej rzeszy prostytutek działających nielegalnie, czytałam o tym w ubiegłym roku, w zwiazku z jakąś aferą, w którą zamieszane były prostytutki pochodzące z Polski, więc obawiam się, że podobnie byłoby z legalizacją narkotyków, byłoby z tego więcej strat niż pożytku; podziemie, nielegalny hande, ze złej jakości narkotykami za to z konkurencjnymi cenami, i tak by funkcjonował i cieszył się popularnością pośród najbiedniejszych, za to legalność narkotyków, łatwy do nich dostęp spowodowałby wzrost liczby uzależnionych.

                    :)
                    • grek.grek Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 11.07.13, 15:46
                      niech i tak będzie :]

                      wiesz, w społeczeństwie jest zawsze jakaś grupa ludzi o skłonnościach do uzależnienia.
                      jedni uzależnią się od jedzenia pączków, inni od prasy plotkarskiej, a jeszcze inni od
                      heroiny.
                      wg mnie, problemu uzależnienia nie da się w ogole wyeliminować.

                      tak samo, jak nie da się zlikwidować samych narkotyków.
                      zawsze będą.

                      pozostaje więc tworzenie takich uregulowań, żeby jak największą część tego rynku
                      móc kontrolować, żeby ludzie mogli kupować legalne i czyste [droższe, owszem]
                      narkotyki, a także przestać penalizować te rzeczy. to niepojęte, że za parę gram
                      haszyszu można iśc w Polsce do więzienia, to nienormalne.

                      poza tym, wiesz - narkotyki są fajne, bo są zakazane.
                      tak kombinują ci, którzy w nie wchodzą.
                      wielu z nich.
                      zatem - trzeba je odrzeć z fajności.
                      a] edukacją, b] właśnie : legalizacją.

                      masz rację, podziemie rzuci na szalę wszystkie argumenty, żeby stworzyć
                      konkurencyjną ofertę. ale do podziemia często trafiają ludzie, którzy chętnie
                      by kupili narkotyki w sklepie, legalne, zapalili sobie w kofiszopie, ale nie mają
                      na to szans. idą więc do jakiegoś dilera i kupują brudne toksyczne badziewie.

                      btw, wiesz- heroina taka tania nie jest, za bardzo z cenami zejśc się nie da, bo
                      przestanie sie to opłacać, zatem : wg mnie, byłaby 10-20 % róznica cen, to
                      maksimum do którego podziemie by mogło zejść. dla ludzi którzy żyją na marginesie
                      i w sumie wszystko im jedno - bez róznicy, ale cała reszta wolałaby mieć za te
                      +20 % naprawdę pierwszej jakości towar. może mniej, moze rzadziej, ale za to
                      w wyższej rozdzielczości :]
                      • pani_lovett Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 14.07.13, 15:42
                        Oczywiście, mam tego świadomość, niemniej uważam , że legalizacja i powszechny dostęp spowoduje tylko wzrost liczby uzależnionych, zwłaszcza wśród młodych podatnych na wpływy i presję rówieśników. Kolega częstuje na imprezie, nie wypada nie spróbować, nie można przecież okazać się mięczkiem przed towarzystem. Jak potem zareaguje na prochy młody organizm, nie wiadomo.

                        Dziś właśnie utrudnienia w zakupie , strach przed karą oraz oraz wyraźny, radykalny przekaz od państwa 'to jest bardzo złe' (pamiętam, jak była afera z dopalaczami, w którymś z programów informacyjnch, jakaś gó...ara przekownywała do kamery, że skoro dopalacze są sprzedawane w sklepie mogą być złe!!!) powstrzymują wiele osób przed ekeperymentowaniem, uchroniły przed uzależnieniem, może przed tragedią.

                        Narkotyki, imo są fajne nie dlatego, że są zakazane, ale przede wszytskim dlatego, że obiecują możliwość doświadczenia jakoby niezykłych stanów umysłowych, niektórych pociąga ryzyko z nimi zwiazane, dla innych są formą ucieczki od rzeczywistości, problemów , dla Katki z dokumnetu Trestikowej miały być sposobem na wyróżnienie się z tłumu, bycie kims niezykłym, a i też pewnie w jakimś stopniu były ucieczką od szarej, banalnej, nieciekawej rzeczywistości.

                        Daltego edukacja tak, legalizacja nie.
                        • grek.grek Re: "William A mino to na wylot" dokument via Ku 14.07.13, 16:11
                          wiesz, dzisiaj są nielegalne i to nie chroni przed ich obecnością na róznych imprezach :
                          ba, są tam obecne obowiązkowo, są wszędzie.
                          wg mnie, zatem - legalizacja tutaj sytuacji nie poprawi ani nie zaostrzy.
                          jak były - tak będą, a to kto sie uzależni, zalezne jest i będzie od stopnia podatności.

                          ja myślę, że kto jeszcze nie sięgnął po narkotyki, nie zrobił tego dlatego, że nie chciał
                          i nie są mu one do życia potrzebne.

                          kto chciał - sięgnął.
                          kto zechce - sięgnie.
                          bez względu na widmo zagrożenia karą.
                          w Polsce jest tego towaru od diaska :]
                          mimo że kary, odsiadki za minimalną ilośc posiadaną, groźby i nawet jakaś tam edukacja.
                          ogromna większość sie nie uzależnia, narkotyki pozwalają raczej uprzyjemnić sobie czas.

                          uzależniają się ci, którzy mają skłonności do tego. nie umieją powiedzieć sobie "wystarczy".
                          tylko, wiesz - skoro są uzależnieni w momencie, gdy narkotyki są nielegalne, to o czym to świadczy ? penalizacja nie zdaje egzaminu.

                          legalizacja i depenalizacja posłuży temu, żeby ta ogromna większość, której narkotyki nie szkodzą, bo wie, że z nimi należy spokojnie i ostrożnie, nie trafiała za kratki.

                          legalizacja i depenalizacja nie zmniejszy ilości uzależnionych. ona będzie constans.
                          ci którzy chcą I TAK znajdą sposób, by się do prochów dostać. to walka z wiatrakami.
                          można edukować, można delegalizować, straszyć karą - a ich to nie powstrzyma.
                          jaki sens ma więc cała ta polityka ? służy ona tylko szkodzeniu ludziom, a nie
                          rozwiązuje żadnego z problemów wokół narkotyków powstających.

                          legalizacja zaś sama w sobie posłuży, żeby ludzie, którzy TAK CZY OWAK sięgną po
                          narkotyki mieli możliwość skorzystania z czystego towaru i nie zakazili się jakąs chorobą,
                          nie dziabnęli jakiegoś brudu. depenalizacja pozwoli nie zamykać w więzieniach ludzi
                          za gram marihuany. kto wie, może nawet dojdziemy do przełomu - możliwości podawania
                          marihuany leczniczo, ludziom w zaawansowanym stadium raka, celem uśmierzenia bólu -
                          taka właściwość marihuany jest potwierdzona. potwierdzone są [ofk :)] antydepresyjne
                          właściwości tych ziółek.

                          dlaczego nie zakazujemy alkoholu czy tytoniu ? przecież to są daleko gorsze rzeczy od
                          gandzi czy kokainy.

                          wiesz, ja myślę, ze ciekawość ludzka jest mocniejszym impulsem od każdego
                          rodzaju edukacji :] wszystko rozstrzyga się w ludzkiej osobowości - jeden sobie
                          wstrzyknie czy zapali raz w tygodniu czy miesiącu i starczy; drugi - wpadnie w cug
                          i po nim. kwestia indywidualnej odporności. tego sie nie da przewidzieć. jedno jest
                          pewne : ogromna większośc używających - nie uzależnia się, a z uzależnionych
                          część potrafi kontrolować nałóg, np. bierze regularnie, ale na tyle rzadko i
                          w dawkach na tyle nie rujnujących zdrowia, ze suma summarum nie powoduje to
                          skutków negatywnych.

                          myślę, ze tej uzależnionej ciężko i tragicznie mniejszości nie uchronimy utrzymywaniem
                          nielegalności narkotyków, a za to ciągle będziemy w sposób irracjonalny prześladować
                          większo