Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2014 - 1 (vol.39)

01.01.14, 10:40
Dzien dobry! Witam w Nowym 2014 Roku! Zycze wszystkim w Ojejkach piszacym, a takze tym, ktorzy czytaja i zagladaja wszystkiego dobrego, spelnienia marzen, samych radosnych chwil i zyczliwych ludzi wokol :)

Przygotowuje powoli podsumowanie roku na bloga, zrobilam juz sobie notatki, nie tylko ksiazkowo, ale i filmowo. Ten rok byl naprawde niezly - 19 (!!!) razy bylam w kinie, co prawda 8 to filmy animowane ;) , ale co tam - dawno juz takiego wyniku nie mialam, az mi sie przypomnialy stare dobre czasy ;) Pod koniec roku obejrzalam w kinie "Kraine lodu" (swietny klasyczny Disney), "Ratujmy Mikolaja" i "Porachunki" z Robertem de Niro i Michelle Pfeiffer (hmm, reklamowany jako najsmieszniejsza komedia gangsterska od czasu "Depresji gangstera" - dla mnie to w ogole nie byla komedia).
Pod koniec roku obejrzalam tez wreszcie "Argo" i jestem pod ogromnym wrazeniem tego filmu - jest absolutnie doskonaly pod kazdym wzgledem - Oscar zasluzony! - fabula, napiecie, dopracowanie w kazdym szczegole (scenografia, rekwizyty, charakteryzacja, dobor aktorow do poszczegolnych rol, odtworzenie tamtych realiow) - ech, no po prostu musicie to zobaczyc, jesli jeszcze nie widzieliscie :)
Obserwuj wątek
    • maniaczytania KK - styczen 01.01.14, 10:49
      no to, aby tradycji stalo sie zadosc, zaczynamy od programu KK na styczen.


      02.01. - "Prorok" - hm, czy mi sie zdaje, czy on juz byl wiecej niz raz?
      09.01. - "Essential Killing" - tez bylo ...
      16.01. - "Persepolis" - pewnie tez bylo, ale mi sie jeszcze nie udalo zobaczyc, komiks czytalam, jestem bardzo ciekawa, zwlaszcza w kontekscie "Argo" :)
      23.01. - "Delta" - film wegierski z 2008r. - to moze byc najciekawsza propozycja styczniowa
      30.01. - na razie brak informacji
      • pani_lovett Noworocznie cd. 01.01.14, 15:17
        Koncertowe powitanie! :)

        A propops, piękny był tegoroczny koncert z Wiednia , jak zawsze.

        W tym roku Orkiestrę Filharmoników Wiedeńskich poprowadził Daniel Barenboim, który po koncercie dziękował każdemu muzykowi z osobna, co jak zauważył, Bogusław Kaczyński, było ewenementem.
        Kostiumy dla tancerzy wiedeńskiego baletu zaprojektowała sama Vivienne Westwood, co odnotowuję, z kronikarskiego obowiązku.



        Wszystkiego najlepszego dla Ciebie, Gryfny i Twoich Bliskich!

    • pani_lovett Noworocznie Mani , Wszystkim 01.01.14, 15:05
      Maniu, dziękuję za piękne życzenia!
      Tobie , Nam Wszystkim tu raz jeszcze życzę wspaniałego Nowego Roku! Pomyślności, sukcesów, miłych niespodzianek.
      I życzliwych, kochających ludzi wokół! Koniecznie!!!


      Maniu, 19 filmów w kinie - Chapeau bas! Życzę Ci by nowy rok nie był gorszy pod tym względem kinowym. To ja nawet nie będę chwalić się 3 premierami kinowymi.

      Świetne te zwycięskie opowieści o miłości na Twoim blogu / polecam do czytania/.
      Wzruszyła mnie szczególnie ta bratersko-siostra miłość i poświęcenie brata.
        • pani_lovett Re: Noworocznie Mani , Wszystkim 02.01.14, 21:09
          He,he,he!

          Mówiłeś, Greku! :)
          3 dzień już sobie życzymy ;)
          Ale dobrych życzeń nigdy za wiele.
          Dziękuję Ci serdecznie! Niech taki właśnie będzie ten ROK! Niech się ten rok wyjątkowo odznaczy. Niech się dużo dobrego dzieje. Wspaniałych odmian losu!

          Wszystkiego najnajlepszego, Greku!!!


          /Ale po co zaraz wybiegać aż 25 lat na przód! 8/ )
          • pani_lovett Re: Noworocznie Mani , Wszystkim 04.01.14, 18:30
            >/Ale po co zaraz wybiegać aż 25 lat na przód! 8/ )

            Mam nadzieję, że nie gniewasz się, Greku, za ten komentarzyk; to był żart, nieudany.

            Upływ czasu zaczyna mnie trwożyć. ;)

            www.youtube.com/watch?v=t1TcDHrkQYg
            Wszystkiego dobrego!



            :)

    • grek.grek "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 01.01.14, 15:16
      Szampon był ruski, a kino polskie ;]

      Wszystkie 3 filmy w TVP Historia.

      2 dni temu "ZÓłty szalik" - koncert aktorski Janusza Gajosa, który maksymalnie wiarygodnie i momentami wstrząsająco [zwłaszcza długa samotna scena w mieszkaniu, tuż po powrocie z imprezy opłatkowej w firmie] zagrał alkoholika, który nie może dać sobie na wstrzymanie nawet 24 grudnia. Niby dzień tak samo dobry, jak każdy inny by przestać, więc może nie powinien być jakimś szczególnym w tym względzie, ale jednak w polskiej tradycji jest to wyjątkowy moment w roku. A Gajos daje w pallnik, aż się ruła grzeje. Nie jest to postać jakiegoś menela, przeciwnie - dyrektor firmy, z sukcesami i poważaniem. Zadbany, płaszcz, krawat, fryz - alles fertig. Jak zamawia u kelnera w restauracji, to z wdziękiem, jak kupuje kolczyki dla eks-żony, to z wdziękiem jeszcze większym. I wszędzie pije. A to z piersiówki gulnie, a to zajdzie do restauracji i strzeli dwie setki. Nie odmawia sobie nawet przy synu i jego narzeczonej, z którymi się spotyka w kawiarni - syn jest wściekły, a synowa zażenowana. Przy eks-żonie też gazuje. Przy aktualnej partnerce, czy raczej - kandydatce na partnerkę [Janda] - najpierw solidnie wypija, a potem ślubuje że to koniec. Nie na długo, na przyjęciu opłatkowym w firmie trzyma się jak może, ale już wychodząc wychyla dwa kielichy. Potem w domu wpada w panikę, że nie ma pokarmu. Zamawia więc 3 butle żołądkowej gorzkiej i w samym płaszczu wychodzi po nie przed blok. Drżącymi łapami odkorkowuje i doi już w windzie. Potem przechodzi gehennę, bełkocze i biadoli w zaciszu domowym, aż wreszcie traci przytomność. Znajduje go Janda, z która wcześniej umówił się, że go zawiezie do matki, za miasto. Janda i druga kobiecina targają więc Gajosa ledwie żywego do mamuśki [Szaflarska], gdzie spędza on wieczór wigilijny, rozmawiają, dają sobie prezenty. Matka wie o co chodzi, nie panikuje i nie płacze, przyjmuje syna ze zrozumieniem i otwartością, ale jednak wolałaby żeby chłop się ogarnął. Daje mu tytułowy żółty szalik. Symboliczny. Taki sam dostał Gajos od syna, ale zgubił. Od matki też już miewał i zawsze gdzieś musiał posiać. Zołty szalik, to takie memento - wezwanie do trzeźwości. I kiedy następnego dnia Gajos odjeżdza - zapomina o szaliku. Na moment. BO za chwilę kierowca wraca auto, Gajos wysiada i pędem biegnie do matki, żeby prezent zabrać ze sobą. Znów zgubi ? A może tym razem mu się powiedzie ?

      Doskonały, godzinny film.
      Świetny od A do Z, z takimi scenami-perełkami, jak ta, kiedy w restauracji Gajos pray barze zamawia dwie pięćdziesiątki i dostrzega kątem oka siedzącego przy stolku jegomościa. Rozpoznaje gościa na kacu. Nieznacznym ruchem zaprasza go do wychylenia jednego w kieliszków. "Lepiej ?", pyta. Poznał swój swego; brat co nieraz był w potrzebie, brata w potrzebie będącego. I ten skacowany gośc zaczyna swoją sytuację opisywać cytatami z "Hamleta". Klasyka :]

      Plus scena u Jandy - Gajos musi walnąc setke, bo go skręca. Janda cała zatroskana, przynosi flaszkę, Gajos wychyla and... ulga wielka jak słoń indyjski. I jak on zaczyna jej dziękować i ją wysławiać :] Tam jest wszystko : Biblia, Ewangelia, katechizm, podania ludowe :}], normalnie poezja taka że aż nie wiadomo, czy to komedia czy dramat. Kapitalna scena. I jak on opowiada o sobie, o swoim nałogu, o potrzebie, o chęci i o niemocy, napisał mu to Jerzy Pilch, ale Gajos fantastycznie to zinterpretował. Jesli ktoś chciałby dowiedzieć się na czym polega arcymistrzowstwo aktorskie Janusza Gajosa, to ten film jest najlepszą okazją.

      www.youtube.com/watch?v=zq2NXCbHVqY
      • pani_lovett Re: "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 01.01.14, 15:44
        grek.grek napisał:

        > Szampon był ruski, a kino polskie ;]
        Dobre! :))


        "Jeszcze płynę, ale kra nade mną zamarza" mówi fantastyczną, wszystko mówiącą o sytuacji alkoholika, frazą Pilcha, gość na kacu w barze, brat w potrzebie, którego Gajos częstuje setką.
        Świetna scena.


        W tle dramat kobiet. Przerażenie Aktualnej Kobiety (Janda), która dopiero wchodzi w świat uzależnionego mężczyzny. Ulga i spokój Byłej Żony, która nie musi już zadręczać się piciem byłego męża.




          • grek.grek Re: "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 01.01.14, 16:58
            dzięki.
            Ten film się zdecydowanie udał, "Zostawić Las Vegas" też jest niezły, a w styczniu "Pod mocnym aniołem" wchodzi do kin i pewnie Smarzowski dorzuci do pieca, a Więckiewicz spróbuje doskoczyć do poprzeczki zawieszonej wysoko przez Gajosa :]
            • pani_lovett Re: "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 02.01.14, 20:59
              grek.grek napisał:

              [...] a w styczniu "Pod mocnym aniołem" wchodzi do kin i pewnie Smarzowski dorzuci do >pieca, a Więckiewicz spróbuje doskoczyć do poprzeczki zawieszonej wysoko przez Gajosa :]

              A właśnie! "Pod mocnym Aniołem" wchodzi wkrótce do kin. W ostatniej sobotnio-niedzielnej Wyborczej starego roku (28-29.12.13) w związku ze zbliżającą się premierą filmu jest wywiad z Robertem Więckiewiczem i rozmowa z Jerzym Pilchem, autorem adaptowanej powieści / dopiero wczoraj wieczorem dorwałam te artykuły/.

              Pilch już widział film i jest zachwycony. :) Co więcej, jego zdaniem film Smarzowskiego bije te [deliryczne-ja] opowieści, w tym "Pod wulkanem", i "Zostawić Las Vegas". Czerń , fizjologia, krew - mówi dalej Pilch- i infernalna, konsekwentnie prawdziwie deliryczna wizja u Smarzowskiego zdystansowały, jakkolwiek by było, dzieła wybitne".

              Znając już trochę Smarzowskiego czułam, że będzie to mocne kino.

              Nasze miejskie Multikino pod koniec roku niestety zawiodło, nie pokazało kilku głośnych polskich premier ("Ida", "Papusza", "Płynące wieżowce") mam nadzieję, że pokaże choć ten film.

              :)
        • grek.grek Re: "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 01.01.14, 16:54
          haha ;]

          tak mówi, a do tego cytuje wersety ze znanego monologu Hamleta.

          yes, nie wiadomo, która robi większe wrażenie, ta pierwsza - cała w niepokoju i niepewności, czy ta druga - otwarcie olewatorska i nawet dokuczliwa [świetna Joanna Sienkiewicz]. MOżna założyc, ze ta druga kiedyś była taka jak ta pierwsza, a ta pierwsza kiedyś będzie taka jak ta druga.
          • pani_lovett Re: "ZÓłty szalik" [via TVP HIstoria] 02.01.14, 20:37
            > yes, nie wiadomo, która robi większe wrażenie, ta pierwsza - cała w niepokoju i
            > niepewności, czy ta druga - otwarcie olewatorska i nawet dokuczliwa [świetna J
            > oanna Sienkiewicz]. MOżna założyc, ze ta druga kiedyś była taka jak ta pierwsza
            > , a ta pierwsza kiedyś będzie taka jak ta druga.

            :) Tak!
    • grek.grek "SZach i mat !" [POlski'67] 01.01.14, 15:52
      A wczoraj, a właściwie dzisiaj nad/ranem 2 krótkie formy z cyklu "Opowieści niezwykłe".
      Wspaniałe, dopracowane polskie nowelki z 67 i 68 roku.

      W obu punkt wyjścia jest ten sam : w mieszkaniu pewnego literata pojawiają się duchy, które opowiadają mu swoją historię. Literat przyjmuje je z pełnym zrozumieniem i galaneteria, a i one są nie mniej eleganckie.

      jesli macie ochotę obejrzeć :
      www.youtube.com/watch?v=gqCI_SGAuDw
      A w wersji do czytania [Relanium wskazane ze względu na autora] :

      W "Szach i mat !" pisarz gości niejakiego Bartolomeo, doskonałego szachistę włoskiego z okolic XIX wieku. Bartolomeo był szachistą tylez niedoścignionym w grze, udowadnia to ogrywając literata do gołej skóry, co nieodpowiedzialnym. JUż miał żenić sie z pewną panną z dobrego domu, kiedy zauważył, że partia szachów, którą właśnie rozgrywał przyszły teść - wbrew opinii obserwatorów wcale nie jest przesądzona na korzyśc teścia. Zastępuje więc przy szachownicy dotychczasowego rywala teścia i... wygrywa. I to w pięknym stylu. PO tej akcji traci wszelkie względy w tym domu :] A wystarczyłoby, że by się nie wtrącał :] Szachy wpędzają go więc w kłopoty oraz w nędzę - śpi na ławce w parku, popija z piersiówki, ale zawsze jest pełen gracji. I gotowości do gry.

      Przyjmuje propozycję swojego kolegi, który namawia go do zagrania z pewnym angielskim "sirem", który ogrywa jak chce swoich przeciwników w jednej z knajp. Bartlomeo przyjmuje wyzwanie i oczywiście zwycięża, ku uciesze towarzystwa.

      Sir nie jest na niego obrażony. Przeciwnie, komplementuje kunszt Bartolomea i składa mu nieoczekiwaną ofertę pracy. Bartolomeo miałby popłynąc z nim do Anglii, zamieszkać w pałacu i zając się tym, co umie najlepiej, czyli graniem w szachy. Reszta będzie na głowie jego bogatego protektora. Jest tylko jedna zasada : Bartolomeo ma grać wyłącznie przeciw rywalom, których wskaże sam sir. Propozycja jest na tyle kusząca, że Bartolomeo ulega.

      Sir bardzo dba o przestrzeganie warunków umowy. Nie pozwala Bartolomeo nawet na niewinną partyjkę z marynarzami na statku.

      Na miejscu, w zamku vel pałacu sira - Bartolomeo dostaje pełne wygody, wikt i opierdunek. Z zachwytem widzi na ścianie maski wielkich mistrzów szachowych, rozpoznaje ich nazwiska. Sir powiada, że byli oni jego gośćmi i pozwolili pobrać materiał do odlewów gipsowych ich facjat. O to samo sir prosi Bartlomea, na co ten przystaje, z radością i poczuciem wyróznienia. Z ciekawością zauważa także nasz mistrz, że we własnym pokoju ma coś w rodzaju wielkiej szachownicy, na której ruchy można wykonywac za pomocą naciskania odpowiednich klawiszy fortepianu, z którym jest ona zespolona.

      A potem... Bartlomeo zostaje zamknięty na cztery spusty w tymże pokoju, a zamek/pałac okazuje się pułapką, w której tkwi on jak mucha w smole.

      Sir jest bowiem wynalazcą, mechanikiem wizjonerem. Otóż organizuje on w swoim pałacu pokazy szachowe. Atrakcją jest... kukła, a ściślej : robot mający twarz Bartolomeo [odlew gipsowy taki miał właśnie cel], a takze jego imię. Robot rusza się jak robot, ale ubrany jest jak człowiek i jest nie do ogrania w szachy. Ludziska zachodzą w głowę : jakim cudem robot może wygrywac w szachy z rasowymi graczami ? Tajemnica polega na tym, że zamiast robota gra Bartolomeo. Widzi ruchy wykonywane przez przeciwników robota, dzięki temu że szachownica przy której toczą oni pojedynki ma połączenie z tą szachownicą w pokoju. Działa to w dwie strony - ruchy wykonywane przez Bartolomeo na szachownicy w pokoju aktywizują robota, który powtarza je na właściwej szachownicy. W ten sposób sir tworzy wrażenie, że robot myśli samodzielnie. Oczywiście, robot Bartolomeo jest sensacją. Smietanka towarzysko-elitarna przyjeżdza go oglądać, a wystawiani przez nich gracze dostają od niego sromotny łomot, zaś sir uchodzi za geniusza.

      Problem ma tylko prawdziwy Bartlomeo. Z oczywistych powodów nie może on nikomu się pokazywać. Dlatego też sir zabraniał mu jakichkolwiek gier w drodze do Anglii. Nikt nie może wiedzieć, że istnieje człowiek o twarzy Bartolomeo-robota. Słowem : mistrz jest uwięziony. I sir wcale się z tym nie kryje. Bardzo elegancko, kulturalnie i z wyczuciem objasnia Bartolomeo jego położenie.

      Mistrz próbuje oczywiście ucieczki. Za pierwszym razem zostaje ujęty przez lokaja sira. Za drugim - udaje mu się zbiec. Oczywiście robot od tego momentu przestaje wykonywać ruchy na szachownicy, co wprawia salę w zdumienie, a sira w panikę. LOkaj wysłany potajemnie do pokoju, co by sprawdzić, jak się sprawy mają - nie zastaje tam Bartolomea. A sam mistrz zamiast wiac, co sił w nogach, wiedziony ciekawością zagląda na salę. Jednocześnie dopada go lokaj, Bartolomeo szamoce się i wpada przez kotarę prosto na swoje zrobotyzowane alter ego. Sir zamyka oczy. Totalna klęska.

      I tak oto wyglądały los szachowego pasjonata :]

      Bartolomea zagrał Andrzej Łapicki, literatem był Kazimierz Rudzki, Anglikiem zaś Jan Kreczmar.
    • grek.grek "Mistrz tańca" [AD. 68] 01.01.14, 16:18
      2 film nosił tytuł "Mistrz tańca"

      www.youtube.com/watch?v=Dtq5e2SUnr4
      Ducha opowiadacza gra tutaj Bronisław Pawlik.
      A jego historia rozgrywa się w XX-wiecznej Warszawie.

      Pewnego dnia, a w zasadzie - wieczora, poznaje on niecodziennego... przybysza. Bladego, z podmalowanym okiem i twarzą niczym oblicze Janne Ahonena, w długim płaszczu i kapeluszu. Pawlik porusza się w wieczornym półmroku tak nieostrożnie, że omal nie zostaje przygnieciony przez stos cięzkich beczek, które osobiście do tego sprowokował. Życie ratuje mu właśnie facet o twarzy Ahonena [ponownie Andrzej Łapicki]. Szepcze "memento mori".

      A potem samym spojrzeniem, gestem zaprasza Pawlika do wspólnej wędrówki. I chodzą tam od Annasza do Kajfasza, a gdziekolwiek się nie zjawi blady facet : ktoś pada trupem. Kobieta w sklepie przymierza ciuchy - nagle widzi nieznajomego, ten ją hipnotyzuje wzrokiem, ona wpada w niemą panikę... i fik ! Pada trupem. W knajpie młody brodaty student wykrzykuje zuchwale, że zawojuje świat swoim piórem [chyba tym do pisania ;)] - reszta wtóruje mu radośnie przy dzbanie wina... pojawia się nieznajomy i student fik ! Trup. Młoda żona knuje z młodym kochankiem, przy łózku starego umierającego męża - pojawia się Blady... mąż odzyskuje siły, młoda żona z niedowierzaniem patrzy "jak to się stało", potem rzuca okiem na nieznajomego i.. fik. Trup. Na jakimś balu, młoda dziewczyna kokietuje starego pierdziela, a młody kochanek zwierza się przyjacielowi, że ta dziewczyna to była jego ukochana - porzuciła go w zamian za zaszczyty i pieniądze u boku spróchniałego dziadka. Wchodzi nieznajomy, patrzy jak Kaszpirowski na dziewczynę, ona na niego, nagle... fik - dziewczyna pada trupem. A po podłodze rozsypują sie perły z jej urwanego naszyjnika, który przed chwilą obdarował ją starzec.

      Pawlik domyśla się chyba kim jest Blady. Pan Śmierć. Próbuje dać sobie z nim spokój, mówi że się spieszy, ale kiedy patrzy na zegarek widzi, że... nie ma na nim wskazówek. Sama tarcza. I znienacka pęka z trzaskiem poręcz przy schodach, o którą sie oparł. Zegarek leci na sam dół, roztrzaskuje się. Pan Blady w ostatnej chwili przytrzymuje, z pełnym opanowaniem, poręcz chylącą się ku upadkowi i przywraca ją do pionu, razem z przerażonym Pawlikiem, ktoremu całe życie przeleciało przed oczami. "Jeszcze nie pora na pana", oznajmia.

      Śmierć nie wywołuje w ludziach refleksji, przy ciałąch zmarłych dochodzi do kłótni i swarów, ludzie nie są w stanie byc cicho i zdobyć się na zadumę. Z drwiąco-pobłazliwym uśmiechem nieznajomy obserwuje te sceny i wymownie patrzy na Pawlika "Już rozumiesz, drogi panie ?".

      Mówi ciekawą rzecz - przychodzi ze śmiercią do tych, którzy wcale o niej nie myślą, którzy sądzą że to ich nie dotyczy. "To ich zapraszam do zatańczenia ze mną, bo ja jestem tancerzem !", powiada i dumnie rozrzuca poły płaszcza. I tak zostawia zdumionego, przestraszonego śmiertelnie Pawlika, który literatowi zwierza się, że jeszcze wiele lat zył w zdrowiu i spokoju, zanim przyszedł koniec. Znika tak samo nagle jak się pojawił, z powrotem na moment - po zapomniany melonik.

      • pani_lovett Re: Ojej, co tu wybrac 2014 - 1 (vol.39) 02.01.14, 21:14
        (skojarzył mi się)
        ARTHUR RIMBAUD

        Statek pijany

        Prądem Rzek obojętnych niesion w ujścia stronę,
        Czułem, że już nie wiedzie mnie dłoń holowników;
        Dla strzał swych za cel wzięły ich Skóry Czerwone
        I nagich do pstrych słupów przybiły wśród krzyków.

        Nie dbałem o załogi po wszystkie me czasy,
        Ja, dźwigacz zbóż flamandzkich, angielskiej bawełny.
        Gdy się z holownikami skończyły hałasy,
        Gdzie chciałem, ponosiły mię rzek spienione wełny.

        Pośród wściekłych kołysań przypływów, odpływów,
        Ja, przeszłej zimy głuchszy nad mózgi dziecinne,
        Biegłem! Tryumfalniejszych nie zaznały dziwów
        Półwyspy wzięte lądom przez bezdroża płynne.

        Zbudzenie me na morzu święcił wir powietrzny.
        Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali,
        W której ludzie kołowrót widzą ofiar wieczny,
        Nie tęskniąc do mdłych latarń znikłych gdzieś w oddali.

        Słodsza niż ustom dzieci miazga jabłek kwaśnych,
        Wód zieleń w mą sosnową wdarła się łupinę,
        Uniosła ster, kotwicę, stosy lin zapaśnych
        I zmyła kały wstrętne i win plamy sine.

        I odtąd kąpałem się w wielkiej pieśni morza,
        Przesyconej gwiazdami, śpiewnej jak muzyka,
        Pożegnałem toń modrą, gdzie pośród bezdroża
        Zadumany topielec niekiedy przemyka.

        Gdzie barwiąc nagle szafir - pijanymi wiry
        Albo rytmem powolnym, pod słońc płomienie -
        Mocniejsze nad alkohol, olbrzymsze nad liry,
        Fermentują miłości żółciowe czerwienie.

        Znam nieba pękające w gromy i wichrzyce,
        Nawroty wściekłe wałów, prądy, znam wieczory,
        Znam jutrzenki srebrzyste jak gołębice,
        Widziałem to, co człowiek widzieć zawsze skory.

        Widziałem słońce nisko w plamach gróz mistycznych,
        Jak słało długie, zimne fioletów martwice,
        Podobne do aktorów w dramach praantycznych,
        Na fale w dal toczące swych drgań tajemnice.

        Marzyłem noc zieloną śród śniegów olśnienia,
        Całunki na mórz oczy kładnące się wolno,
        Żółtomodre fosforów śpiewnych przebudzenia
        I niesłychaną skoków pogoń dookolną.

        Miesiące całe z falą, równą histerycznym
        Oborom, szturmowałem ku raf skalnych ścianom,
        Nie śniąc że stopy Maryj na sierpie księżycznym
        Mogą łeb dychawicznym zetrzeć oceanom.

        Potrącałem, czy wiecie? Florydy bajeczne
        Z chaosem ócz panterzych i kwiatów urody
        Ludzkiej i tęcz, wiodących jak cugle powietrzne
        Pod mórz widnokręgami lazurowe trzody.

        Widziałem wrące bagnisk olbrzymich fermenty,
        Sieci, gdzie wśród trzcin gniją całe Lewiatany,
        Zapadania wód z nagła śród ciszy zaklętej,
        Katarakty oddalań ku bezdni nieznanej.

        Lodowce, słońca srebrne, opal fal, nieb żary,
        Przeokropne mielizny w zatok ciemnych toni,
        Gdzie żarte przez robactwo olbrzymie wężary
        Pieszczą drzewa skręcone jadem czarnych woni.

        Chciałbym dzieciom pokazać te dorady, gwiazdy
        Fal modrych, ryby złote, ryby śpiewające...
        Piany kwietne świeciły mi z golfów odjazdy,
        Niewysłowionych wichrów skrzydliły mnie gońce.

        Czasem gdy mnie znudziły bieguny, zwrotnik,
        Morze, słodko mię łkaniem kołysząc omdlałym,
        Wznosiło ku mnie ssawki flory mroków dzikiej,
        I - jak kobieta w modłach - wraz nieruchomiałem;

        Jak wysepka gościłem ptaków roje gwarne,
        Swarliwe i niechlujne, o źrenicy płowej,
        I żeglowałem dalej, gdy me więzy marne
        Zerwał na sen zstępując w głąb, topielec nowy.

        Otóż ja, łódź ginąca w golfach pod ziół brodą,
        Miotana przez orkany w eteru przestwory,
        Ja, którego kadłuba pijanego wodą,
        Nie wyłowią żaglowce Hanz ni Monitory,

        Wolny, rzeźwy, dymiący, odzian w mgły dziewicze,
        Ja, com zachodów mury dziurawił płomienne,
        W których dla dobrych piewców przednie są słodycze:
        Mchy słoneczne i strzępy lazurów bezcenne;

        Ja, co biegałem w płomykach elektrycznych cały,
        Szczątek płochy, śród morskich rumaków eskorty,
        Gdy skwarne lipce maczug ciosami strącały
        Ultramaryny niebios we wrzące retorty;

        Ja, co drżałem, o sto mil czując bekowiska
        Behemotów i wściekłe Maelstromów ukropy,
        Pielgrzym wieczny błękitów cichych rozlewiska,
        Ja tęsknię do wybrzeży odwiecznych Europy.

        Archipelagi gwiezdne widziałem! Wysp roje,
        Gdzie żeglarzom otwarte niebo szalejące.
        - W tychże to nocach bez dna ukrywasz sny swoje,
        Milionie złotych ptaków, przyszłej Mocy słońce?

        Lecz zbyt wiele płakałem! Jutrznie są bolesne,
        Srogie - wszystkie księżyce, gorzkie - wszystkie zorze.
        Cierpka miłość mi dała zdrętwienie przedwczesne.
        O, niechaj dno me pęknie! Niech pójdę pod morze !

        Jeżeli jakiej wody tam w Europie pragnę,
        To błotnistej kałuży, gdzie w zmrokowej chwili
        Dziecina pełna smutku, kucnąwszy nad bagnem,
        Puszcza statki wątlejsze od pierwszych motyli.

        Skąpanemu, o fale, w waszej omdlałości,
        Nie ubiec już dźwigaczy bawełnianych plonów,
        Nie mknąc w pysze sztandarów i ogni świętości!
        Nie pruć wód pod oczami strasznymi pontonów.
        tłumaczenie Zenon Miriam-Przesmycki
    • siostra_bronte "Czerwone pantofelki" (1) 01.01.14, 21:44
      W związku z fatalnym repertuarem w tv zaczęłam oglądać filmy na dvd, na co wcześniej nie miałam czasu :)

      Film duetu Powell i Pressburger z 1948 r. Chyba najbardziej znany w ich karierze. Ale mam wrażenie, że może zainteresować tylko maniaków kina, więc napiszę o nim w miarę krótko, omijając mniej ważne fragmenty.

      Bohaterką jest tancerka Vicky Page (Moira Shearer), która chce się dostać do słynnego baletu Borysa Lermontowa (kapitalny Anton Walbrook). Jej ciotka, bogata arystokratka zaprasza go na przyjęcie i chce, aby Vicky zatańczyła dla niego. Lermontow odmawia. Potem rozmawia z Vicky, nie wiedząc, że to ona. Mówi jej, że udało mu się uniknąć horroru w postaci tańca jakiegoś beztalencia. Vicky przyznaje się, że chodzi o nią :) Lermontow przeprasza, ale jest zaintrygowany. Pyta Vicky dlaczego chce tańczyć. Ta odpowiada pytaniem: „dlaczego chce Pan żyć?”. Lermontow waha się: „nie wiem…muszę”. Vicky mówi, że jej odpowiedź jest taka sama.

      Vicky dostaje się do grupy kandydatek do baletu i po kilku dniach prób zostaje przyjęta. Po jakimś czasie Lermontow zauważa w niej duży potencjał i chce z niej zrobić wielką tancerkę. Ale ostrzega Vicky, że wymaga ciężkiej pracy i całkowitego poświęcenia. Mówi jej, że życie mija, miłość przemija, a ich sztuka będzie trwać. Lermontow to najciekawsza postać filmu. Jest elegancki, ironiczny, czasem bezwzględny, ale kocha sztukę ponad wszystko.

      Lermontow proponuje Vicky główną rolę w balecie „Czerwone pantofelki”, opartej na baśni Andersena. Bohaterka zakłada magiczne pantofelki, dzięki którym może pięknie tańczyć. Ale kiedy jest już zmęczona nie może przestać, aż w końcu zdejmuje je i wtedy umiera. Vicky jest szczęśliwa i zabiera się do pracy.

      Balet odnosi wielki sukces w całej Europie. Ale Vicky w czasie pracy zakochała się w kompozytorze, Julianie (Marius Goring). Kiedy Lermontow dowiaduje się o tym jest wściekły. Stawia Vicky ultimatum: albo balet, albo miłość. Vicky decyduje się wyjechać z Julianem, wcześniej wyrzuconym za karę z zespołu. Lermontow żegna się z nią lodowato.

      Po jakimś czasie Vicky i Julian biorą ślub. Kiedy Lermontow dowiaduje się o tym rozbija lustro, świetna scena. Wciąż nie może się pogodzić z odejściem Vicky. Ta nie jest chyba zbyt szczęśliwa w małżeństwie. Nocą zagląda do szuflady, w której trzyma baletki. Z pewnością tęskni za tańcem.

      W wakacje Vicky wyjeżdża na południe Francji do rodziny. Lermontow dowiaduje się o tym i jedzie ją zobaczyć. Pyta ją, dlaczego przyjechała sama. Vicky odpowiada, że mąż pracuje nad nową operą. Lermontow trafia w czuły punkt: „ nie może zrezygnować z pracy, ale Ciebie zmusił do tego”. Vicky próbuje się bronić, ale przyznaje, że tęskni za tańcem. Lermontow proponuje jej powrót i udział w „Czerwonych pantofelkach”. Vicky zgadza się.

      Po jakimś czasie tuż przed przestawieniem, chyba w Monte Carlo, w garderobie Vicky pojawia się jej mąż. Zrezygnował z premiery swojej opery, żeby przyjechać do niej. Jest wściekły, żąda od Vicky, żeby z nim wyszła i to natychmiast. Vicky jest przerażona, próbuje się tłumaczyć, a w garderobie pojawia się Lermontow. I zaczyna się walka o „duszę” Vicky. Julian namawia ją, żeby do niego wróciła, a Lermontow krzyczy: „Chcesz takiego życia? Bandy płaczących dzieciaków? Dobrze, jedź!”. Vicky jest przerażona. Julian przekonuje, że przecież może tańczyć gdzie indziej. Na to Lermontow odpowiada, że jego balet jest najlepszy na świecie i Vicky jako artystka nie zadowoli się niczym innym…
      • siostra_bronte "Czerwone pantofelki" (2) 02.01.14, 01:00
        Lermontow mówi Vicky: "życie nie ma znaczenia". Vicky płacze, zapewnia Juliana, że go kocha. "Ale TO kochasz bardziej" stwierdza ze smutkiem Julian i wychodzi. Lermontow pociesza Vicky, że teraz może osiągnąć wszystko co chce...

        Zapłakana Vicky wychodzi z garderoby, przedstawienie zaraz się rozpocznie. Ale niespodziewanie wybiega na balkon teatru. Z dołu, z peronu stacji kolejowej widzi ją Julian. A Vicky rzuca się z góry wprost pod nadjeżdżający pociąg. Nie potrafi żyć ani bez baletu, ani bez miłości.

        Na scenę teatru wchodzi Lermontow. Oświadcza zdumionej publiczności, że Vicky nie może wystąpić tego wieczoru, ani żadnego innego. Ledwo utrzymuje spokój. Zapowiada, że balet zostanie wykonany (nie zarejestrowałam czy z dublerką, czy bez roli Vicky), bo tak pewnie chciałaby Vicky.

        Ostatnia scena. Umierająca Vicky prosi Juliana, żeby zdjął jej czerwone pantofelki. Koniec.

        Ten film to kolorowa, baśniowa fantazja. To nie jest typowy melodramat czy film muzyczny, ale oryginalna mieszanka tematów i stylów. Motyw miłosny jest chyba najmniej ciekawy i trochę nadgryziony zębem czasu. Uczucie Vicky i Juliana pokazane jest bardzo konwencjonalnie. Również aktorstwo zwłaszcza na drugim planie, jest trochę nierówne i z perspektywy czasu zbyt teatralne, no, ale film ma swoje lata.

        Ciekawy jest za temat, czy dla sztuki warto poświęcić "normalne" życie. I odwrotnie. Dla Lermontowa sztuka jest ważniejsza niż życie. I chociaż wydaje się "czarnym charakterem", próbującym odciągnąć Vicky od miłości, to mimo wszystko rozumiem Lermontowa, a wręcz czuję pewną fascynację jego osobą :)

        To co robi największe wrażenie to strona wizualna. Orgia dla oczu w Technicolorze. Nawet teraz, z całą nowoczesną techniką i komputerami filmowcy nie są w stanie osiągnąć takiego bogactwa kolorów. Jeden z najpiękniej sfilmowanych filmów jaki widziałam. Film dostał Oscary za muzykę i scenografię.

        Jest tu kilka sekwencji tanecznych, wspaniale sfilmowanych. Na szczęście nie trwają zbyt długo, więc widzowie którzy nie są fanami tańca, tacy jak ja, zbytnio nie ucierpią. Nie jestem znawczynią tematu, ale zdaje się, że ten film miał duży wpływ na filmowe musicale.

        Tutaj świetna scena, kiedy Lermontow obserwuje Vicky na scenie małego teatru:

        www.youtube.com/watch?v=ocubuUxJx24&list=FLQ2Oq7WfOSxDLBwqKY8CF1A&index=4

        I krótki zwiastun:

        www.youtube.com/watch?v=T6Hoaol-ykM







        • grek.grek Re: "Czerwone pantofelki" (2) 02.01.14, 13:40
          dzięki, Siostro.
          świetny opis, jak zawsze :]

          temat rzeczywiście atrakcyjny : bezwzględny wybór między sztuką, a miłością, który staje się
          matnią.

          jeśli piszesz, że motyw miłosny nie jest zarysowany w sposób dostatecznie wyrazisty, to
          mogłoby znaczyć, że film jest nierówny ?
          jeśli bowiem istota rzeczy dotyczy powyższego wyboru-bez-możliwości-wyboru, to
          zarówno sztuka, jak i miłość powinny zostać pokazane równie uwodzicielsko, co by
          przekonać widza, że bohaterka ma powody by nie móc żyć bez obu jednocześnie.

          ale tak by się można zastanowić, na ile Vicky kocha męża ? bo sztukę kocha na pewno, tutaj
          nie ma żadnych wątpliwości. wg mnie, o ile możemy dywagować o uczuciach fikcyjnych postac - ona nie tyle kocha męża, ile ma poczucie winy, że musiałaby go opuścić dla realizacji własnych marzeń. poczucie winy, litość, to nie miłość. to nawet gorsze niż nienawiść.

          powiedziałbym więc, że to mąz jest cholernym egoistą :]
          tak po prawdzie, to on ją wpycha pod pociąg.
          gdyby stanął ramię w ramię z Lermontowem i ją wsparł, powiedział, że zgadza się
          jej marzenia - niczego nikt by nie stracił
          kariera baletnicy trwa krótko, Vicky mogłaby zostać jego wymarzoną kurą domową na pełny etat
          już za jakieś 7-8 lat, albo i prędzej.

          Lermontow jest dobrym duchem, mąz - tym mniej dobrym, chce mieć ją dla siebie, jest zazdrosny o jej pasję życiową, samemu realizując się w najlepsze. dzisiaj już chyba trudno
          by było nakręcić film z takim zakończeniem :]

          rzeczywście, natężenie barw rewelacyjne :] aż szkoda, że na codzień trudno takie
          filmy zobaczyć w TV.



          • siostra_bronte Re: "Czerwone pantofelki" (2) 02.01.14, 14:20
            Dzięki, Greku :)

            Tak właśnie jest. Świat sztuki jest tutaj znacznie bardziej atrakcyjny, łącznie z Lermontowem :) Wątek miłosny jest pokazany dosyć powierzchownie, jakby zabrakło na niego czasu, chociaż film trwa ponad dwie godziny. I aktor grający Juliana wypada dosyć blado.

            Wiedziałam, że nie polubisz męża Vicky :) On co prawda mówi Vicky w scenie konfrontacji, że mogłaby tańczyć gdzie zechce. Ale Vicky chce pracować w najlepszym balecie na świecie. Lermontow miał być chyba szwarccharakterem, ale ma w sobie taką pasję, takie oddanie sztuce, że zaskakująco budzi sympatię.

            Tak, przepiękne zdjęcia. Technicolor był bardzo drogą techniką, ale efekty są powalające.
        • grek.grek Re: "Czerwone pantofelki" (2) 02.01.14, 14:03
          PS : wiesz, myślałem o tym, co by tu dodać do tego, co napisałem o "Nocnym kowboju"
          komentując Twoją znakomitą opowieść. I wiesz co ? doszedłem do wniosku, że niewiele
          jestem w stanie dodać a'propos wymowy filmu i jego scenariusza. Opisałaś ten film doskonale - nie można naprawdę nic dopisać. Główne wątki w zasadzie omówiliśmy i także po obejrzeniu wychodzi mi na to, że musiałbym dublować to, co już Ty zauważyłaś, a także własne próby spostrzeżeń :

          do tego mojego posta niewiele mógłbym dodać :
          forum.gazeta.pl/forum/w,14,142900311,143440258,Re_Nocny_kowboj_1_.html
          napisałem parę slów a'propos formy, bazując na podanych przez ciebie linkach.
          teraz dodać mogę tylko to, że oglądając w pełnym czasowo zakresie : ten film uderza
          tzw.prawdą zycia. Ameryka, Nowy Jork, jest po prostu brzydki. Obskurny, obdarty,
          przepełniony i przeżarty. Doskonała zasługa autora zdjęć i reżysera, którzy wybrali
          świetne lokalizacje [te brudne mieszkanka czynszowe, restauracje które nie widziały
          Sanepidu od lat, brudne zaułki, zwłaszcza wieczorne, juz nie wspominając o łazienkach,
          o ile normalne legalne klopy, kible i szalety można tym zaszczytnym mianem okreslić].

          i dzięki temu mocnemu przedstawieniu - mityczna wymarzona Floryda, ze słońcem,
          plaża, palmami, staje się tak zrozumiała, tak bliska. tak łatwo zrozumieć Ratso'a i
          Joe'ego. tak łatwo się z nimi zżyć i utożsamić. bo przecież przeciwstawienie
          brudny Nowy Jork vs piękna kolorowa Floryda, to aż i tylko nośna metafora poszukiwania
          jakiejś lepszej strony świata, intensywnego koloru nadziei. Piekna kompozycja i
          doskonała realizacja.

          pod tym względem "Nocny kowboj" pasuje do twardego miejskiego realizmu
          w kinie tamtego czasu, razem z "Serpico" czy "Taksówkarzem", a także oryginalnym
          "Rocky'm", który tylko w swojej mniej istotnej warstwie był filmem sportowym,
          a potem częściowo został "zagadany" przez kolejne kontynuacje, mające juz
          coraz mniej wspólnego z pierwotnym sensem i skupiały się już całkowicie
          na bohaterze, a nie na jego trudnym surowym otoczeniu.




        • grek.grek "Gilda" by POlsat. 02.01.14, 14:07
          POlsat puszcza dziś "Gildę" :]
          23:45.
          późno, ale czy nazbyt późno ? :]

          brawo dla nich, że w powodzi zupełnej komercji, a nawet wulgarnej komercji
          udaje im się, co jakiś czas zaskoczyć takim zupełnie niepasujacym do
          praktykowanej zasady filmem ["BUlwar Zachodzącego Słońca",
          "Słodkie życie" i parę innych tytułów w ostatnich latach].

          szkoda tylko, że zawsze w godzinach dośc dyskusyjnych.
          • siostra_bronte Re: "Gilda" by POlsat. 02.01.14, 14:26
            Też wypatrzyłam :) Ale w moim programie jest o 00.05.
            Brawo dla Polsatu, ale godzina skandaliczna. Kto to obejrzy?? W dodatku zanosi się na jakieś stałe pasmo, bo za tydzień pokażą "Nagle, ostatniego lata" Mankiewicza!

            Widziałam "Gildę" bardzo dawno. Melodramat w stylu noir, choć trzeba przyznać, że nie tak niewinny jak inne filmy z tego okresu, jak choćby "Casablanca" (zresztą zbliżona tematycznie). Chętnie obejrzałabym ponownie, ale nie wiem, czy dam radę.
            • grek.grek Re: "Gilda" by POlsat. 02.01.14, 16:11
              I ja miałem okazję obejrzeć, i również w czasach, których już okiem sokolim nie zmierzę ;]
              szykowałem się dziś na francuska "Zbrodnię z miłości", z Kristin Scott Thomas [w CTV1, 22:50], ale teraz zaczynam się skłaniać ku odświeżeniu klasyki.

              miło by było, jakby Polsatowi weszły w krew starsze filmy, chociaż doświadczenie uczy, że
              są to sensacyjne incydenty, które nie tworzą zasady :]

                • grek.grek "Gilda" by POlsat [1] 03.01.14, 13:06
                  Wybrałem "Gildę" ofk :]

                  można zobaczyć w jutubie :
                  www.youtube.com/watch?v=vs5TVQo3suQ
                  A jakby spróbować napisać, o co tam chodzi...
                  Akcja dzieje się w Buenos Aires, a ściślej : w kasynie prowadzonym przez niejakiego Mundsona. Narratorem jest Johnny Farrell, który pewnego wieczora zostaje przyłapany przez ochroniarzy kasynowych na oszukiwaniu podczas gry w kości. Powinien dostać kopa i dożywotni zakaz wstępu do lokalu, a może nawet zostać odzianym w betonowe kalosze, ale szczęsliwym trafem udaje mu się zaimponować [hardością i twardą pięścią wymierzoną w nos jednego z goryli] Mundsonowi i w ten przedziwny sposób zostać jego współpracownikiem.

                  PO pewnym czasie, JOhnny jest już kim w rodzaju prawej ręki Mundsona. To on czuwa nad tym, by kasyno działało sprawnie.

                  Życie Johnny'ego odmienia pojawienie się u boku Mundsona nowej dziewczyny, tytułowej Gildy. Nie żeby dostał kręćka z powodu jej niezaprzeczalnej urody. Raczej nos Johnny'ego doznaje potęznych wibracji, bo wietrzy duże kłopoty. Farrell zna Gildę. Lepiej : kiedyś byli w związku. Jeszcze lepiej : ten związek musiał zakończyć się w sposób wyjątkowo cięzko strawny dla Farrella. Został zdradzony przez Gildę. Ewentualnie tak go dręczyła, że uwierzył w jej zdradę [wniosek wynikajacy z rozwoju akcji] Oczywiście, ani jemu ani jej nie zalezy na tym, by MUndsone się o tym dowiedział. O ile więc boss jest wpatrzony w nowe znalezisko, o tyle Johnny traktuje Gildę z tak lodowatą niechęcią, że rok w chłodni byłby dla niej wakacjami pod palmami. Gilda rewanżuje się Johnny'emu zjadliwą ironią i oczywiście olśniewającym uśmiechem, przez co denerwuje go jeszcze bardziej. Podczas wspólnej kolacji w klubie, Mundsone zastanawia się "Jaka kobieta zraniła Johnny'ego tak bardzo, że zaczął nienawidzić wszystkie ?". I proponuje "Wypijmy za to, by przydarzyło się jej jakieś nieszczęscie". Johnny podejmuje toast, patrząc ukradkiem na Gilde, ona na chwilę tumanieje, ale zaraz odzyskuje wigor i wypija ze swojego kielicha aż do dna. Tej nocy jednak płacze w swoim pokoju; jest bardzo przesądna.

                  Najlepiej rozmawia się jej z małym starszym barmanem, który lubi ją pasjami, puentuje rózne sytuacje jakim mądrym banałem albo zabawnym prychnięciem. Barman nie lubi za to Johnny'ego, nazywa go "wieśniakiem" i kiedy Johnny probuje go wyrzucić, barman w ogole się go nie boi - "Ja tu zostanę i będę tutaj, kiedy pan ostatecznie upadnie".

                  Mundsone nie wie zatem, że Gilda i Johnny mieli kiedyś okoliczność. A że do Johnny'ego ma bezgraniczne zaufanie - prosi go, żeby cały czas miał Gildę na oku i dbał o jej bezpieczeństwo. Ofk, chodzi jednak przede wszystkim o to, żeby go nie zdradzała.

                  Kiedy tylko Gilda dowiaduje się o tym, że JOhnny ma ją nadzorować, zaczyna zachowywać się tak, by faceta nonstop bolała głowa z jej powodu. Uwodzi kolejnych mężczyzn, a że ulegają jej wszyscy - Johnny nieźle musi się uwijać, żeby Mundsone nie zorientował się jaką sobie panienkę sprowadził. Ona uwodzi, facet ulega, Johnny interweniuje - taki schemat. Najgorsze są te momenty, kiedy Mundsone poleca Johnny'emu przyprowadzić Gildę, a jej akurat nie ma w klubie/kasynie ani w mieszkaniu [które jest na piętrze, nad salą klubową], bo grając mu na nosie pojechała gdzieś ze zwerbowanym amantem. Czasami wystarcza perswazja, czasami amant jest na tyle bezczelny, że nie robi na nim wrażenia, ze dziewczyna jest zajęta - i wtedy Johnny musi użyć przymusu bezpośredniego, czyli po ludzku dać facetowi w dziób :] Amant kruszeje i odchodzi z nosem zwieszonym na kwintę. Bywa też tak, że Gilda wymyśla usprawiawiedliwienia swojej nieobecności, które Johnny musi naprędce potwierdzać [np. wspólne pływanie]. Przeciąganie liny, ona chce dowieść że ma nad nim kontrolę, a on czegoś zupełnie przeciwnego. Kolejne krótkie spięcia i konfrontacje potęguję nienawiść między nimi. W którymś momencie Gilda mówi, że "Tak ciebie nienawidzę, że jestem gotowa zniszczyć samą siebie, jesli dzięki temu pociągnę cię za sobą na dno". Jednocześnie, Mundsone mówi do Johnny'ego "TAKA nienawiść jest druzgocąca, ale i... bardzo podniecająca" - nie wiadomo, czy ich o coś podejrzewa, chyba raczej nie, ale tak czy siak ma sporo racji. Nienawiśc między Gildą, a Johnnym jest tak naprawdę grą miłosną.

                  W kasynie zjawiają się podejrzani ludzie. PO sali kręci się facet z wąsikiem, który nie pije i nie gra. Johnny pyta go, czego można szukać w takim miejscu, poza alkoholem i hazardem ? Gośc odpowiada filozoficznie, że chłonie atmosferę, bardzo mu ona odpowiada.

                  Potem ma miejsce dziwne zajście z małym typkiem z bródką, który najpierw odwiedza biuro Mundsone'a i robi mu awanturę, a potem zaczyna strzelać w kasynie i omal nie zabija bossa. Wybucha panika, małego ścigają ochroniarze, ten wpada do łazienki i tam popełnia samobójstwo. Zaciekawionym gościom Johnny tłumaczy, że "Niektórzy nie umieją znieść porażki przy stole do ruletki". Ale prawda jest inna, Mundsone'a zaczynają nachodzić wspólnicy w jego szemarnych interesach.

                  Mundsone stoi bowiem na czele przestępczego kartelu, który kontroluje m.in wydobycie i dystrybucję wolframu. PO strzelaninie w klubie, świadom że jego życie jest zagrożone, Mundsone zdradza Johnny'emu wszystkie sekrety swoich biznesów, a także szyfr do sejfu, w którym trzyma dokumenty, "za pomocą których można rządzić światem", jak powiada. Johnny czuje, że będą problemy. I istotnie, problemy pączkują. Po samobójcy z wąsikiem, który był wystawionym rufą do wiatru spólnikiem MUndsone'a, zjawia się dwóch następnych. Są to Niemcy. I jak to Niemcy - przychodzą niespodziewanie i z bronią w ręku. Terroryzują Johnny'ego i każą mu powiadomić Mundsone'a o swoim przybyciu. I nie chodzi tu o polubowne załatwienie sprawy. Jednocześnie, ten facet co to nie gra i nie pije - przedstawia się Johnny'emu jako tajny agent policji, nazwiskiem Obregon. Jego misja polega na zdemaskowaniu zarówno Mundsone'a jak i Niemców i posadzeniu do paku wszystkich, z racji ich nielegalnych biznesów. MUndsone jest szybszy, zabija obu Niemców, ale wie że kwestią czasu jest, kiedy Obregon i jego ludzie dowiedzą się o tym i przyjdą go aresztować.

                  Kiedy w klubie trwa huczna zabawa z powodu ostatków karanawałowych, sypie się konfetti i kłębią się ludziska - Gilda znów gdzieś znika. Mundsone wysyła Johnny'ego, żeby ją sprowadził. Johnny powiada, ze to potrwa, na co MUndsone, że "Cierpliwość, to moja największa zaleta". Johnny wie, gdzie jest Gilda, sama go bezczelnie poinformowała, że wychodzi, a nawet z kim, dokąd i kiedy będzie mógł ją odebrać [od kiedy Johnny'emu wyrwało się, że jest ona jak "pranie, które trzeba ciągle odbierać" - Gilda mówi o sobie właśnie per "pranie do odebrania"]. Johnny na nią czeka pod lokalem, a potem jadą z powrotem do klubu. Po powrocie Johnny przyprowadza ją na góre, do Mundsone'a, ale tego nie ma w środku. Wybucha znów awantura pomiędzy Gildą, a Johnnym, zakończona... namiętnym łataniem opony :] I w jego trakcie słyszą nagle trzask drzwi. To MUndsone wrócił. Zaraz jednak wychodzi.

                  Johnny biegnie za nim. Jest świadkiem jak MUndsone wskakuje do samochodu i odjeżdza spod klubu. Johnny jedzie za nim, a za Johnnym pędzi policja. Okazuje sie, ze Mundsone po prostu daje dyla. Policja własnie miała go aresztować. Oczywiście, ścigają się jak szaleni, chyba nawet prują 50 na godzinę. MUndsone jedzie w miejsce, gdzie czeka na niego awionetka. Wsiada do niej i odlatuje. Policja i Johnny bezsilnie obserwują samolot. Obregon wątpi, czy Mundsone doleci gdziekolwiek, bo taki pierdołek nie ma za wiele benzyny, a najbliższa cywilizacja za daleko, żeby paliwa starczyło. Johnny przypomina sobie, jak kiedyś Mundsone mówił "Albo gram o cała pulę albo odpuszczam", i poprawia Obregona "On nie zamierza nigdzie dolatywać". I faktycznie, po chwili - na morzu czy oceanie, czy do czegokolwiek Argentyna ma dostęp - widać eksplozję. Wszyscy są pewni, że to awionetka Mundsone'a.


                  • grek.grek "Gilda" by POlsat [2] 03.01.14, 14:05
                    Oczywiście, jest to plan chytrego Mundsone'a. Tak naprawde wyskoczył on z wody wcześniej, zanim samolot padł. Widac, jak w kapoku jest wyciągany z wody na czekającą już na niego łódź.
                    Patrzy na pozostawiony brzeg i mówi " TEraz troche odczekam, a potem wrócę po to, co należy do mnie".

                    MUndsone zostaje uznany za martwego. Johnny otwiera jego sejf, przegląda papierzyska i olśniewa go : kurdebalans, to naprawdę są informacje i akty własności i nadzoru, za pomocą których można sprawować władzę nad powaznym biznesem i zyć jak pączek w maśle. Zaprasza na spotkanie wspólników z kartelu. Oznajmia im, że po śmierci Mundsone'a - on przejmuje szefostwo w ich biznesie. Uspokaja ich, że nic się nie zmieni i mogą spać spokojnie. Ot, facjata szefa będzie trochę inna.

                    Za chwilę JOhnny żeni się z Gildą, która nie rozpacza za Mundsone'em, wiadomo od początku że była z nim tylko dla pieniędzy i statusu. Za Johnny'ego wychodzi z miłości. A jaki on ma powód ?

                    Jako szef i mąz, Johnny postępuje wobec Gildy dokładnie tak samo, jak robił to Mundsone. Każe ją śledzić swojemu zaufanemu człowiekowi. I schemat się powtarza, zawiedziona jego brakiem zaufania i próbą zdominowania jej, Gilda ucieka co i rusz od Johnny'ego, a jego ochroniarz za nią biega i wyciąga z lokali, gdzie lubi ona wypić, potańczyć, a nawet zaśpiewać na scenie. "Buenos Aires stało się moim więzieniem", powiada zrozpaczona, zrezygnowana Gilda. Wydaje sie, że Johnny popadł w chęć jej posiadania, po prostu, odbiło mu z racji nowego położenia i bycia wielkim bossem. Barman, który ofk nadal pracuje w kasynie, powiada Johnny'emu "MOże i z pana szycha, ale przy okazji burak nie z tej ziemi". Wreszcie Gilda składa wniosek o rozwód.

                    Ucieka albo wyjeżdza. Przyznam, że nie dosłyszałem, jak było. Tak czy owak, odchodzi od JOhnny'ego. Jedzie do Urugwaju. Zostaje tam tancerką i wokalistką, cieszącą się ogromna poppularnością wśród gości, zwłaszcza rodzaju męskiego. Poznaje poczciwego prawnika. PLanują ślub, ale najpierw trzeba by przeprowadzić jakoś sprawę rozwodową, a to nie takie proste, jak powiada Gilda. Prawnik ożywia się i twierdzi, że jest w stanie załatwić to w jeden dzień. Wraz z Gildą decydują się pojechac do Buenos Aires.

                    Zatrzymują się w kasynie Johnny'ego. Gilda próbuje z nim rozmawiać w cztery oczy, a właściwie rozpaczliwym płaczem skłonić go by "pozwolił jej odejść !". Ale Johnny jest niewzruszony. Ona go kocha, ale jednocześnie ta nienawiść, która towarzyszy jego miłości do niej jest zabójcza. Johny ignoruje jej spazmy i wyznania. Zostawia ją i wychodzi. Niedługo potem odwiedza go Obregon, powiada że prowadzi śledztwo w sprawie biznesów MUndsone'a, a przy okazji zwierza mu się, że nigdy w życiu nie widział takiej zadziwiającej relacji jak między Johnnym, a Gildą "Wasza miłośc splątana z tak potęzną nienawiścią, jest czymś niezwykłym".

                    Aby zamanifestować swoją wolnośc, aby zadrwić z Johnny'ego i aby zatriumfować jako niezależna kobieta, Gilda daje występ na scenie, ktory porywa całą widownię. Śpiewa piosenkę, w której ironicznie i zmysłowo namawia kochanka do tego, by "za wszystko obwinił ją" [to ten występ z legendarną sceną ściągania rękawiczki w taki sposób, że mężczyznom trzeba było podawać tlen]. Pojawia się Johnny i jest wściekły, że ciągle prawowita żona robi mu obciach przy wszystkich. Bierze ją za rękę, cały wściekły i robi scysję zaledwie parę kroków obok przed chwila wiwatującego tłumu gości. Gilda wykrzykuje "Co jest ? Boisz się, ze dowiedzą się tego, co ty i MUndsone powinniście zawsze wiedzieć ?, że wzięliście sobie zwykłą..." - chce powiedzieć "dziwkę", ale nie zdąża - Johnny uderza ją w twarz.

                    Kiedy Johnny siedzi na pokojach i topi żale w kieliszku, odwiedza go OBregon, ciągle przyglądający się biznesom Mundsone'a. Johnny nie chce o tym rozmawiać, jest chyba gotów na poniesienie ewentualnych konsekwencji przejęcia interesu, aczkolwiek sam nie zdązył jeszcze zrobić niczego niezgodnego z prawem, nie jest podejrzany o cokolwiek. Nawet zdradza Obregonowi szyfr do sejfu z dokumentami. W pewnym momencie Obregon mówi "Zapewne jedyne, co ma pan teraz przed oczami, to jej spojrzenie, po tym jak pan ją spoliczkował". I mówi Johnny'emu, że Gilda nigdy nie zdradziła ani jego ani Mundsone'a. Zapewne policja prowadząc śledztwo w sprawie szemranych kontaktów MUndsone'a, śledziła także osoby z otoczenia, stąd Obregon ma informacje.

                    Z powodu śledztwa kasyno zostaje zamknięte. Krzesła stoją poskładane, pusto jest, a Gilda siedzi przy barze i rozmawia z barmanem. Johnny osiągnąwszy masę krytyczną w swojej złości, po rozmowie i informacjach od Obregona, schodzi na dół, aby przeprosić Gildę. Wie że ona zaraz wyjeżdza, i znienacka prosi ją "Zabierz mnie ze sobą". Ona mu wybacza, barman gratuluje mu "pierwszy raz zachował się pan z klasą", Johnyy i Gilda już padają sobie w objęcia, kiedy Johnny zauważa charakterystyczny ruch rolet w oknie pokoju, w ktorym biuro miał Mundsone.

                    Yes. MUndsone powrócił. Schodzi schodkami w dół, w czarnym płaszczu, jak mściciel. OBwinia Johnny'ego o to, że zabrał mu jego własność, nie tylko kasyno i interesy, ale i Gildę. Zapowiada, że zabije ich oboje. Wyciąga swoją laskę, która po złamaniu zamienia się w dzidę. Idzie wolno w ich kierunku, ale wtedy do akcji włącza się barman i strzela Mundsone'owi w plecy. Dodatkowo oferma przebija sie swoim własnym oszczepem.

                    Johnny chce uciekać z Gildą, ale pojawia się zaalarmowany wystrzałem Obregon. Stwierdza śmierć Mundsone'a. JOhnny chce wziąć winę na siebie, mówi ze to on strzelił. Wyszlachetniał w trymiga. Ale Obregon nie ma zamiaru żadnego postępowania wytaczać. Powiada, że formalnie MUndsone zginął w wypadku lotniczym i nie ma potrzeby zmieniać tej wersji. Ma już wszystkie papiery, dokumenty... sprawa jest więc zakończona. Johnny o nic nie jest formalnie oskarżony, zatem...

                    ... w ostatnim akcie JOhnny i Gilda oppuszczają kasyno "aby zacząć od nowa, w innym miejscu".

                    Siostrze nie dorównam, nie to serce do tej epoki w dziejach kina :} - no i ten mój styl pijanego mistrza... -, ale mam nadzieję, że dało się przebrnąć.

                    Muzyka wspaniała, Rita Hayworth już legendarna, no i ten wdzięk, styl i charm ekranowy, którego nie sposób słowami uchwycić. Mistrzostwo :]




                    • siostra_bronte Re: "Gilda" by POlsat [2] 03.01.14, 14:27
                      Dzięki, Greku. Znakomity opis, naprawdę nie zrobiłabym tego lepiej :)

                      Obejrzałam tylko początek, film jednak kończył się za późno jak dla mnie.

                      Ciekawy jest ten trójkąt: Mundsone, Johnny i Gilda, wcale nie taki oczywisty :) No i Rita Hayworth, sama klasyka.

                      Co do zakończenia, to chyba trochę happy end na siłę. Chociaż przyszłość tej pary nie zapowiada się optymistycznie.

                      Jeszcze raz dzięki :)
                      • grek.grek Re: "Gilda" by POlsat [2] 03.01.14, 16:15
                        no i co ja mam powiedzieć... :]
                        dzięki !

                        fakt, skończył się przed trzecią.
                        3 albo 4 duże przerwy reklamowe były.

                        yes, ciekawa relacja, ile wariantów motywacji do pozostawiania w
                        związku; interesowało mnie, czy Mundsone wyczuwał jakąs chemię między
                        Gildą, a Johnnym, na co wskazywałoby jego stwierdzenie, że "nienawiść w
                        takim natężeniu jest niezwykle podniecająca", z drugiej strony - jakoś tego
                        wątku nie drążył.

                        miłosno-nienawistna akcja między Gildą i Johnnym, to już w ogóle psychologia
                        pokręcona, a jednocześnie all natural ;]

                        ja myślę, że jednak finał dobrze wróży.
                        oni oboje doszli już do ściany w tej wojnie i jesli się nie pozabijali, to znaczy że
                        będą żyli :]
                        • siostra_bronte Re: "Gilda" by POlsat [2] 03.01.14, 16:20
                          Nie ma za co :)

                          No właśnie, bez bloków reklamowych dałoby się jeszcze obejrzeć.

                          Zgadza się. Powiem więcej, między wierszami to ja czuję chemię także między Mundsonem i Johnnym :)

                          Hehe, może i masz rację :)
                          • grek.grek Re: "Gilda" by POlsat [2] 04.01.14, 17:09
                            o, wątek gejowski zakamuflowany ? :]
                            ciekawa uwaga.
                            przyznam, że chyba za bardzo skupiłem się na głównej relacji damsko-męskiej,
                            ale kto wie, może jakieś prowokacyjne nuty rzeczywiście były poukrywane tu i ówdzie.
                    • pepsic Re: "Gilda" by POlsat [2] 04.01.14, 19:36
                      Zanim zabiorę się do czytania podzielę się ciekawostką, a mianowicie impreza sylwestrowa, w której uczestniczyłam została zainaugurowana słynną sceną z "Gildy" z Ritą Hayworth i rękawiczką w roli głównej.
                      • pani_lovett Re: "Gilda" by POlsat [2] 04.01.14, 19:57
                        pepsic napisała:

                        > Zanim zabiorę się do czytania podzielę się ciekawostką, a mianowicie impreza sy
                        > lwestrowa, w której uczestniczyłam została zainaugurowana słynną sceną z "Gildy
                        > " z Ritą Hayworth i rękawiczką w roli głównej.

                        Oooooo! Gdzie/ kto tak pięknie i oryginalnie rozpoczął imprezę? Zazdroszczę okrutnie udziału takiej imprezy sylwestrowej! (czy to było teraz, w tym roku, który właśnie minął?)
                          • pani_lovett Re: "Gilda" by POlsat [2] 06.01.14, 16:10
                            O! Fantastycznie! :) A w tym klubie muzycznym mieliście jeszcze jakieś inne atrakcje w postaci np. koncertu, występów czy była to sama zabawa sylwestrowa? A gdzieś Ty wypatrzyła taki fajny pomysł sylwestrowy?
                            • pepsic Re: "Gilda" by POlsat [2] 06.01.14, 17:26
                              Tamtejsi bywalcy nas ściągnęli. Atrakcją była pani baronowa, kobieta 80+ w czarnych szyfonach, pod którymi prześwitywała obcisła mini spódniczka i czerwony stanik! Na parkiecie brylowała do samego rana. Poza tym proza życia, znaczy sylwestra., muzyka do 12 nudnawa, same Suzanny etc, udobruchano mnie dopiero po północy 2 kawałkami Led Zeppelin.
        • pepsic Re: "Czerwone pantofelki" (2) 04.01.14, 18:36
          A nie jest czasem tak, że wina leży pośrodku, a współmałżonkowie nie chcą pójść na kompromis i każdy chce postawić na swoim ? Julian stawia ultimatum. Vicky upiera się na super balet.

          Śliczny tytuł, dzieki Siostro:))
            • pepsic Re: "Czerwone pantofelki" (2) 04.01.14, 18:58
              Julian nie kazał jej rzucać kariery, tylko zmianę teatru na mniej renomowany, aby mieć żonę przy sobie. Chyba po to ludzie sie pobierają i składają przysięgę przed ołtarzem, żeby razem żyć.

              Moim zdaniem wszystko zależy od charakteru, od chęci dogadania się bądź postawienia na swoim niezależnie od zawodu.
              • grek.grek Re: "Czerwone pantofelki" (2) 05.01.14, 16:17
                hehe, jego powody ważniejsze by miałby być od jej powodów ? :]

                a dlaczego to on miałby sie nie poświęcić dla niej ?

                "jedność", bycie-razem, można realizować w rózny sposób.
                o ile Vicky podąża za marzeniem i pasją, o tyle pobudki męża są wysoce
                przyziemne i egoistyczne.

                czy miłość ma polegać na ucinaniu czyjegoś marzenia, czy na schlebianiu
                czyjejś potrzebie posiadania ? :]
                • pepsic Re: "Czerwone pantofelki" (2) 05.01.14, 19:00
                  Chyba tak sie dogadali podejmując decyzję o ślubie i wspólnym wyjeździe. Jadą tam, gdzie Julian ma pracę, jednocześnie Vicky rezygnuje z wielkiej kariery na rzecz mniejszej za to u jego boku. To ona zmieniła reguły gry w jej trakcie. Jasne, ze jej wolno, jednak zauważ, żadne z nich nie poszło na kompromis, nawet nikt nie próbował, czyli wina leży pośrodku.

                  Co jest egoistycznego w tym, że ktoś chce mieć bliską osobę przy sobie, tak zwyczajnie fizycznie, i chce na nią móc spoglądać i chwalić się otoczeniu?

                  Oczywiście można, tylko że rozłąka nie sprzyja żadnemu związkowi na dłuższą metę, co widać na przykładnie wyjazdów młodych do Wlk. Brytanii.
                  • grek.grek Re: "Czerwone pantofelki" (2) 06.01.14, 14:33
                    ja, po prostu, stawiam wyżej jej marzenia od jego prozaicznej pretensji :]

                    wiesz, trwałośc związku leży w głowach ludzi.
                    tęsknota może go spajać, a nawet ożywiać, w sposób równie dobry jak
                    stała współobecność, której niebezpieczeństwem jest rutynizacja związku,
                    wpędzenie w koleiny codziennej szarości i mdłego przyzwyczajenia, w którym
                    zaczyna to przypominać już relację siostrzano-braterską, ze smutną dziurą po
                    dawnej namiętności.
              • pani_lovett Re: "Czerwone pantofelki" (2) 06.01.14, 14:08
                Pepsic napisała:

                > Julian nie kazał jej rzucać kariery, tylko zmianę teatru na mniej renomowany
                > , aby mieć żonę przy sobie.

                Tylko, że wybór tej drogi w praktyce oznaczałby dla tancerki koniec wielkiej kariery, możliwości rozwoju, osiągnięcia wyżyn artyzmu i zmarnowanie wielkiego talentu. Czyż nie powiedziano w Piśmie św., że jest grzechem marnowanie talentu danego od Boga?

                Grek napisał:

                >o ile Vicky podąża za marzeniem i pasją, o tyle pobudki męża są wysoce
                >przyziemne i egoistyczne.

                To nie tak. Mąż, sam artysta i kompozytor, wie, że sztuka, zwłaszcza tego rodzaju jak balet, wymaga całkowitego oddania. Trzeba poświęcić cały czas na ćwiczenie, próby, przygotowania, potem w końcu występy, wielomiesięczne tournee po świecie i tak przez wiele lat. Gdzie tu miejsce na życie rodzinne, codzienne przyziemne sprawy, kłopoty, trud zajmowania się dzieci? To małżeństwo w praktyce by nie istniało.

                Mąż zostawia więc Vicky, by sama, nie naciskana podjęła decyzję, jaką podpowiada jej serce.

                Vicky, kochając taniec, kochając męża, pragnąc rodziny, stoi przed wyborem jak w tragedii antycznej.


                • grek.grek Re: "Czerwone pantofelki" (2) 06.01.14, 14:40
                  ja myślę, że jest tego miejsca aż nadto :]

                  codzienne bycie razem z jednej strony : buduje relację, ale z drugiej... prowadzi do
                  zmęczenia, do odarcia drugiej osoby z tajemnicy, która jest atrakcyjna. nie ma
                  tęsknoty budującej uczucie. nie ma namiętności spotkania po okresie niewidzenia się.

                  nawet największy frykas jedzony codziennie powszednieje i pospolityzuje się.

                  mąz jest krótkowzroczny.
                  nie analizuje sytuacji i nie przykłada do tego miarki Vicky.
                  dowodzi to, że jej nie zna, nie docenia jej wrażliwości.

                  jak to jest, że my, czytając - widzimy tragedię i dramat w jakim miota się
                  bohaterka, a [ofk, mówimy o fikcyjnych postaciach, ale jednak] mąż tego nie
                  dostrzega i nie przewiduje do czego może to doprowadzić ?
                  • pani_lovett Re: "Czerwone pantofelki" (2) 06.01.14, 15:57
                    grek.grek napisał:

                    > ja myślę, że jest tego miejsca aż nadto :]

                    A ja jestem zdania, że w tym szczególnym przypadku nie ma miejsca na jedno i drugie, zwłaszcza w czasach, w których żyła Vicky , kiedy artyści zupełnie inaczej pojmowali wielką sztukę (jako powołanie itd.).

                    Wchodzimy w świat filmu jak w prawdziwy, traktujemy osoby bohaterów jakby były prawdziwymi osobami...

                    Gdyby mąż narzucił się, został z Vicky i Borysem, zadręczyłby dziewczynę pretensjami o to, że za mało z nim przebywa, że zaniedbuje jego i jego potrzeby, że odebrała mu pasje. Albo to raczej ona by się dręczyła wyrzutami sumienia, że zaniedbuje męża i jego potrzeby, że odebrała mu pasje, a to mogło by zniszczyć wrażliwą psychikę artystki.

                    Gdyby z kolei Julian zmusił ją do wyjazdu ze sobą i do przyjęcia pracy w prowincjonalnym teatrze, Vicky z wielkim prawdopodobieństwem obwiniałaby potem męża o zmarnowanie swojego daru, wielkiego talentu, o poczucie niespełnienia.

                    Mąż doskonale zdaje sobie z tego wsztskiego sprawę , dlatego odchodzi i zostawia Vicky, by sama podjęła decyzję, co jest dla niej najważniejsze. A może po prostu jest przekonanay, że Vicky już zdecydowała, że wybrała sztukę, karierę.


                    > codzienne bycie razem z jednej strony : buduje relację, ale z drugiej... prowa
                    > dzi do zmęczenia, do odarcia drugiej osoby z tajemnicy, która jest atrakcyjna. nie ma
                    > tęsknoty budującej uczucie. nie ma namiętności spotkania po okresie niewidzenia się.

                    Zgadzam się poniekąd. :)
                    • pani_lovett Re: "Czerwone pantofelki" (2) 06.01.14, 16:33
                      A może po pr
                      > ostu jest przekonanay, że Vicky już zdecydowała, że wybrała sztukę, karierę.


                      W takim razie nie doceniałby wrażliwości Vicky, tak, poniekąd masz rację.
                      Aczkolwiek myślę, że Julian musi pozostawić ostateczną decyzję w rękach Vicky. A tu nie ma dobrego wyboru.
      • pani_lovett Re: Mad Man V sezon startuje w TVPKultura dziś o 03.01.14, 00:15
        Ten Don to jednak skurczybyk.

        Nowa żona, świetna dziewczyna inteligentna, mądra, wykształcona i co najważniejsze śliczna i dobra Megan, postanowiła w tajemnicy przed Donem urządzić przyjęcie-niespodziankę z okazji jego 40 urodzin. Zaprosiła więc znajomych głównie z agencji, zorganizowała kapelę, która przygrywała podczas przyjęcia, wodzireja - czarnoskórego geja! I inne tam potrzebne rzeczy. Niespodziankę popsuł w ostatniej chwili Roger z żoną, którzy spóźnili się na imprezę.
        Don widząc ich stojących przed drzwiami, domyślił się, co się święci.

        W trakcie imprezy dogryzł mu jeden z młodszych kolegów, rzucając aluzją do wieku. Don cały czas był lekko skwaszony, choć nie dał tego po sobie poznać. No może raz , kiedy powiedział wszystkim dobranoc, co ludzie uznali za żart. Bo w momencie , kiedy się on mówił gościom "dobranoc", Megan oznajmiła, że nadeszła pora na prezent dla Dona! I posadziła solenizanta na krześle na samym środku wielkiego salonu. Wszyscy z zaciekawieniem spoglądali, co się będzie działo. A Megan, w krótkiej czarnej sukieneczce wzięła do ręki mikrofon i zaczęła śpiewać po francusku (zazizzaziza ...) , dodając bardzo udaną, zalotną choreografię.

        Roger wpatrzony w śpiewającą Megan szepnął do swojej ślicznej żony: "Dlaczego ty tak nie śpiewasz?" Śliczna żona zaraz mu odpaliła: "A dlaczego ty nie wyglądasz jak Don?"

        Po imprezie Don zmęczony padł na łóżko. Po chwili do sypialni przyszła do niego uśmiechnięta Megan , usiadła koło niego na łóżku. Don otworzył oczy i surowym głosem oznajmił jej, że "nie powinna marnować pieniędzy na takie przyjęcia". Megan na to z uśmiechem odpowiedziała, że przecież ma swoje pieniądze, więc może wydawać, na co chce. Don ciągnął dalej, lodowatym tonem zarzucił Megan, że urodziny prawdziwe miał pół roku wcześniej, i że on nie lubi być w sytuacji, kiedy stawia się go w centrum, że go upokorzyła. Na koniec oznajmił, ze idzie spać, a ona może sobie robić, co chce.
        Te słowa zabolały mocno Megan, uśmiech zniknął jej z ust. Wyszła z sypialni i udała się na wielki taras , tam stanęła w zamyśleniu ...

        A jeszcze dwa dni, dzień wcześniej szczebiotali jak dwa gołąbki ...
    • siostra_bronte "Sherlock" s.3 02.01.14, 21:02
      Widziałam w internecie pierwszy odcinek. Co prawda nie zrozumiałam połowy dialogów, ale to co zobaczyłam mi wystarczyło. Niestety, duuże rozczarowanie. Aż się boję co będzie dalej. Angazetko, widziałaś?
      • grek.grek Re: "Sherlock" s.3 03.01.14, 16:08
        może za pierwszym razem wyszło słabiej, a za drugim okaże się, że jednak
        nie jest tak źle ? :] nie ma co ukrywac, że ostrzę sobie zęby na Twoje kolejne
        odciniki "Sherlocka" :] I pewnie nie tylko ja, jest nas spora zgraja, hehe.
            • siostra_bronte Re: "Sherlock" s.3 03.01.14, 17:39
              Barbasiu, spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Ten odcinek jest przeładowany, akcja pędzi na łeb na szyję, sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, aż trudno nadążyć. W efekcie brak jest napięcia, fabuła się rozłazi się w różnych kierunkach. Niepotrzebnie ogrywa się temat jak Sherlock upozorował swoją śmierć. Widzimy kilka kolejnych wersji, na początku jest to zabawne, potem denerwuje: "wiemy, ale nie powiemy". W ogóle za dużo tu gry z oczekiwaniami fanów. Do tego brak głębszych emocji, co kontekście dramatycznego zakończenia drugiej serii jest po prostu psychologicznie niewiarygodne. Twórcy serialu to co się stało przed dwoma laty obracają w żarty (różnych lotów), jakby nic się nie stało. Nie oczekiwałam dramatu psychologicznego, ale naprawdę to nie działa. Jakbym oglądała jakiś inny serial. Wielka szkoda. Uff, ulżyło mi...
      • pepsic Siostro, piszą o Twoim Sherlocku! 10.01.14, 19:46
        W dzisiejszym dodatku telewizyjnym do GW zamieszczony jest tekst poświęcony nowej serii "Sherlocka", tudzież rozmowa (nota bene nic nie wnosząca) z odtwórcą słynnego detektywa. Zarówno pani recenzentka niejaka Kamila Mróz oraz Benedict Cumberbatch zachwycają się niepomiernie nowym dokonaniem filmowym, w tym rozwiązaniem zagadki śmierci Holmesa. Nie wiem dlaczego, że jakoś Tobie bardziej wierzę:)
    • grek.grek "Goniec [Kuryer]" [rosyjski'86] via Kultura 04.01.14, 13:38
      Odczytałem ten film, jako próbe sportretowania pokolenia rosyjskich nastolatków,
      kończących szkoły średnie i próbujących okreslić swoje cele w dorosłym życiu.
      Portet mało budujący, pokazujący ludzi zagubionych i mało kreatywnych.

      Bohaterem jest Iwan, chłopak w tym własnie momencie zawieszenia życiowego :
      skończył liceum [czy jakąs inną średnią szkołę] i staje przed pytaniem : a teraz CO ?

      W jego życiu zachodzi wazna zmiana : rozwodzą się rodzice. Ojciec, z młodą laską,
      wyjeżdza do Afryki, a Iwan zostaje z matką [nauczycielką] w dotyczasowym mieszkaniu.
      Trzeba przyznać, że cała akcja odbywa się z klasą, żadnych wojen, żadnego tłuczenia
      zastawy stołowej na głowach. Ojciec spieszy nawet z chusteczką do nosa dla matki, której
      się zrobiło zbyt gorąco na sercu z okazji rozejścia. Potem przedstawia Iwanowi swoją
      nową kobietę, oboje są mili, Iwan też. Ot, cywilizowani ludzie.

      Iwan nie jest głupkiem, jest wręcz błyskotliwie inteligentny, ale jednocześnie nie
      roi sobie planów życiowych, które by dorastały do jego możliwości. Całymi dniami włóczy się
      z kolegami po ogromnym wyrobisku [klimatyczne !] za miastem, a posadę dla siebie
      widzi w warzywniaku osiedlowym. Dlaczego tam ? Bo blisko domu. A poza tym, " i tak go wezmą do woja", więc po co się zbytecznie rozwijać z jakimiś wielkimi zamierzeniami. Czy łatwo polubić Iwana ? Z jednej strony tak, bo się nie napina i zyje niczym Jamajczyk z wiecznie dymiącym cybuchem w twarzy, a z drugiej - jest jakiś taki rozlazły, wszystkomuwisi, i tak naprawdę nie ma w nim energii, a i spontaniczności jest niewiele.

      Matka - początkowo, wieczorami przeżywająca rozstanie z ojcem Iwana; Iwan próbuje ją stawiac do pionu grożąc podpaleniem domu [kończy się na nieudolnym podpalenu paru gazet], ale i zdarza im się w końcu śpiewać razem, przy akompaniamancie gitary Iwana - załatwia mu
      posadę gońca w redakcji jakiejś gazety. Iwan wypełnia CV przy jakimś starszym faceciku. KUrde, co on tam wypisuje, to głowa mała. Tworzy jakąs własną powieść science fiction, poczynając od tego, ze "Urodził się w w 1446 roku...", poprzez szereg imion i nazwisk łamiących język i destruujących grdykę, aż po załamkę tego, który to musi czytać. Kolejny rys charakterologiczny pokolenia : jajcarstwo i oczywista ściema a'la Wiktor Pielewin, tyle że u niego czemuś to służy, a u nich służy samemu sobie.

      Musi to być gazeta o niewielkim nakładzie, bo jej redakcję stanowi dwoje ludzi : szef z wąsami i sekretarka bez wąsów. Luzacy. A siedziba tejże gazety, to jeden duzy pokój zawalony ksiązkami, ułozonymi byle jak pod oknami i na starej szafie oraz wystrojony plakatami. Iwan głównie siedzi w wyliniałym fotelu i przerzuca jakieś czasopisma albo ksiazki. Sekretarka ględzi, szef też ględzi, rozmawiają sobie o d,pie Maryni, a od czasu do czasu jest jakaś robota dla Iwana. Gazeta ta zajmuje się drukowaniem artykułów zaprzyjaźnionych autorów, m.in profesora Kuzniecowa, do którego pewnego popołudnia zostaje wysłany Iwan. Po jakiś materiał do publikacji.

      U profesora Iwan poznaje Katję, jego córkę. Zaczyna tam bywać. Najpierw z przyczyn zawodowych. Już przy pierwszej okazji lekko irytuje profesora swoją bezczelnościa. Przy drugiej - przegina.

      Zona profesora zaprasza go do stołu. Akurat mają obiad. No i przy tym stole profesor zaczyna go wypytywac, co Iwan zamierza robić w życiu. Ot, profesor dopadł młodziaka, więc protrekcjonalnie go próbuje wykorzystać do popisania się wykładem o 'współczesnym pokoleniu nieudaczników". Iwan daje się wpuścić, powiada, w swoim czilautowym stylu, że tak naprawdę chciałby "mieć fajne auto, willę, pieniądze i malo pracować". Profesor łapie piłkę podaną na piękny smecz i dawaj perorować o "pokoleniu nieudaczników". Strofuje, przy żonie córce i matce, Iwana wyładając mu, że powinien mieć marzenia, iśc na studia, zdobywać zaszczyty. Iwan słucha tego w spokoju, a potem odpowiada mu mniej więcej tak : "Już wiem, co zrobię... Oczaruję pańską córkę, ożenię się z nia, a potem : studia ? teśc załatwi, przecież nie chce pan źle dla swojej córki, prawda ? Potem załatwi pan swojemu zięciowi jakąś pracę na uniwersytecie ? Wykorzysta pan swoje układy i układziki, żeby ustawić mnie w naszym wspólnym z pańską córką życiu". Profesor dostaje szajby i wyrzuca Iwana za drzwi [scena zabawna]. Za Iwanem wychodzi Katja, cała roześmiana, i powiada że zaimponował jej sposobem w jaki utarł nosa przemądrzałemu ojczulkowi. Lepiej - akcja Iwana spodobała się innym członkom familiji. Katja przez telefon mówi mu "Uznali, że jesteś prawdziwym oryginałem".

      Niebawem Iwan umawia się z Katją. Ona przychodzi, on czeka. Ona : co robimy ? On : nie wiem... pocałujmy się. Ona : po co się ze mną umawiałes ? On : żeby się całować. [przecież to jest kapitalne w swojej prostocie, że też ja nigdy na taki tekst nie wpadłem, hahaha ;)]. Ona próbuje odejśc, ale Iwan ja zatrzymuje. Włóczą się po okolicy, aż wreszcie trafiają do kawairni, gdzie siedzą znajomi Iwana. Ot, siedzą, palą, sączą, ktoś opowie kiepski kawał... siedzą... Potem Katja i Iwan przenoszą się do mieszkania, gdzie czas spędzają jej znajomi. I tak samo nic się nie dzieje, bo wszyscy oglądają jakiś film karate i palą papierosy, jakby oglądali conajmniej Nową Falę. Iwan próbuje się przed nimi popisywać swoim sznytem ulicznym, którego nie posiada - wypija dwa flakony perfum i resztę wieczora spędza w łazience. Matka pyta o to, czy spotyka się z dziewczyną jakąś. Iwan odpowiada, że owszem, jest bogata, "z rodu Rothshildów". Kolejna bajka, i matka to wie, ale jest to po prostu komiczne.

      Iwan, jako "zajmujący oryginał", jest zapraszany do Kuzniecowów, na kolacje przy których odbywają się dyskusje śmietanki towarzyskiej miasta na temat "jakie to młode pokolenie jest głupie". Jeden facet rwie resztki włosów z głowy, bo "jego syn pije mleko zagęszczone, zamiast normalnego, i to przez dziurę w puszce !". To tylko pretekst do rozmowy o niezdolności porozumienia młodych ze starymi, w której ostatni głos będzie nalezał do Katji, manifestującej swoją niechęc zarówno do jednych jak i do drugich, a najbardziej do samego dyskutowania, ktore nie prowadzi do żadnych wniosków i jest wyłącznie biciem towarzyskiej piany.

      Któregoś razu, Katja zaprasza go do domu, pod nieobecnośc rodziców. Grają jakieś wariackie improwizacje na dwie ręce na pianinie, kiedy jednak rodzice się pojawiają. Przyglądają się im w milczeniu. Profesor prosi Iwana na cztery oczy do swojego gabinetu. Wykłada mu, że Katja i on to nie jest najlepsze połączenie, że ona ma ambicje, studia, no a Iwan... wiecie... na to Iwan niespodziewanie mówi mu, że "już za późno na pańskie uwagi, bo będziemy mieli dziecko" :]] Oczywiście jest to żart, bo nawet się palcem nawzajem nie dotknęli. Ciąg dalszy zgrywy Iwana. Co najśmieszniejsze, profesor to kupuje. "JUż ? Kiedy ? Aha, no tak...". Iwan wychodzi od Kuzniecowów niemal ze wsparciem duchowym profesora :]

      Katja mówi Iwanowi, że rodzice kupili jego bajkę i już myslą o tym, jak im zorganizować życie. Ale i więcej : "skoro myślą, że mam mieć dziecko, to musimy to dziecko zrobić", powiada Iwanowi, który wyciąga ją z wykładów na uczelni. Tylko jak, skoro oboje przyznają przed sobą szczerze, że nie bardzo wiedzą, co i jak w tej dziedzinie sztuki. I w ogole - gdzie ? :] Na łonie natury - nie bardzo, bo ciągle ktoś przeszkadza, mimo że Katja prowokacyjnie proponuje "zróbmy to tutaj [przy budynku szkoły] i teraz". Mieszkanie kolegi Iwana ? Nie, bo "przyjechała rodzina, stary, jak ja cięzko znoszę tych prowincjuszy" ;]. No to moze... piwnica pod blokiem ? Idą tam. Stoją i patrzą na siebie, jakby tu zacząć... Pojawia się jakiś starszy krzykacz i wymyślając Katji od "wycieruchów !" wypłasza ich stamtąd. Katja zapłakana ma dośc i krzyczy do Iwana, żeby dał jej spokój.

      Rozstają się, zatem, a potem sprawa się wyjaśnia - nie mająca ochoty dłużej sekundować Iwanowi w tej zabawie, Katja wyznaje rodzicom, że Iwan zrobił im kawał i nie ma żadnej ciązy, a i wspólne życie nie wchodzi w rachubę.

      • grek.grek Re: "Goniec [Kuryer]" [rosyjski'86] via Kultura 04.01.14, 14:00
        W finałowej scenie, Iwan wędruje wieczorową porą po placu obok blokowiska.
        Tutaj młodzi hip hopowcy kręcą brekdensy, tam grają w piłkę, gdzie indziej słuchają
        muzyki, a gdzie indziej stoją i palą papierosy...

        Spotyka swojego przyjaciela. Pyta go "Czegoś byś chciał w życiu ?", na co tamten "Kurtkę. Chciałbym nową kurtkę, bo chłody idą". Iwan ściąga więc własną
        kurtkę z grzbietu i daje mu ją w prezencie "Załóż ją sobie. I zacznij myślec o czymś...
        bardziej wzniosłym". Naprawdę tak uważa ? Czy to tylko kolejny żart dowcipnisia ?
        A potem widzi niewiele starszego od siebie chłopaka w mundurze wojskowym. Prawą
        stronę twarzy ma w bliznach [nie jakichś strasznych, ale widocznych]. Może jakiś weteran
        z Afganistanu albo z Kaukazu ? Wymieniają długie spojrzenie.

        I taka to historia :]

        Rocznik 86.
        MOże więc nie tylko diagnozuje sytuację młodziezy rosyjskiej w tamtym momencie, ale
        antycypuje to, co nastąpi w jej świadomości za parę lat. A może jeszcze inaczej, pokazuje
        społeczeństwo rosyjskie w momencie zmiany ustrojowej, wyuczona latami komunizmu
        bezradność i brak aspiracji maskujące się młodzieńczą kpiną i łagodnym cynizmem. Gdzieś
        indziej powstają fortuny zdobyte na złodziejskiej prywatyzacji narodowego majątku i wywłaszczeniach, a tutaj młodziez powiada : ja nie mamz tą rzeczywistością nic wspólnego.

        Zapomniałem uzupełnić : w tej kolacyjnej dyspucie u Kuzniecowów, na pytanie faceta panikującego, ze "jego syn pije mleko prosto z puszki, robiąc w niej dziury palcem" -i wreszcie zadaje pytanie "czego chcecie, wy młodzi ?", Katja odpowiada "Wie pan, czego ja chcę ? Chc ę być piękna i podobac się wszystkim mężczyznom, i chcę mieć czerwone drogie auto, a na siedzeniu obok torebkę i pieska". I wstaje od stołu. Oni są zmęczeni tym nagabywaniem, nie wiedzą czego "MAJĄ chcieć", więc podają na tzw. odwal się takie "marzenia", które zirytują pytających, sprowokują ich, zaszokują niskim poziomem i powtarzalnością. To bunt, ale bunt z którego nic nie wynika. "dajcie mi spokój, bo sam nie wie, co dalej" - to jest imię tego buntu.

        trailera nie widzę, więc kilka scen, żebyście mogli się zorientować w estetyce :
        www.youtube.com/watch?v=Lj-vhNSo6MI
        www.youtube.com/watch?v=tOEns66PG-k
        www.youtube.com/watch?v=PbSKoXujvc
        • pani_lovett Re: "Goniec [Kuryer]" / "Amerykański gangster" 04.01.14, 16:40
          Rozterki u progu dojrzałości, dylematy jaką obrać drogę życiową to uniwersalny temat .

          Katja odpowia
          > da "Wie pan, czego ja chcę ? Chc ę być piękna i podobac się wszystkim mężczyzno
          > m, i chcę mieć czerwone drogie auto, a na siedzeniu obok torebkę i pieska".

          To marzenie, tu pewnie z ironia wypowiedziane, w dzisiejszych czasach stało się bardzo powszechne. ;)

          A ja zatęskniłam za dobrym filmem kryminalnym i oglądałam trochę "Amerykańskiego gangstera" w reż. Ridleya Scotta. To autentyczna historia narkotykowego króla Harlemu z lat 70. Franka Lukasa (w tej roli świetny Denzel Washington), niebezpieczny typ, na którego tropie jest policjant Riche Roberts (Russel Crowe), na wskroś uczciwy i nie biorący łapówek (oddał nawet milion dolców w nieznaczonych banknotach, które ), aczkolwiek mający słabość do kobiet ("dziwek, striptizerek i innych, w tym gronie jest też pani prawnik, którą zatrudnił do prowadzenia sprawy), co wypomina mu wściekła żona podczas rozprawy o odebranie Richemu praw do opieki nad synem.
          Obejrzałabym całość , gdyby nie późna pora.
    • grek.grek "Ludzkie dzieci" i inne premiery weekendowe 04.01.14, 14:32
      może najpierw o tych premierach :]
      dzisiaj 22:20 w TVP1 [i jutro/w poniedziałek o 1:00] polski "Chrzest", bardzo dobrze przyjęty w Gdyni. z opisu : moralitet w oprawie polskiego przaśnego gangsteryzmu.

      a w niedzielę w Kulturze "Wymyk" [20:20] z Więckiewiczem, również zbierający świetne
      recenzje - historyja faceta, który stchórzył i nie pomógł bratu, który interweniował przeciw chuliganom i został przez nich wyrzucony z pędzącego pociągu, a teraz targaja nim wyrzuty sumienia.

      "Ludzkie dzieci [Children of Men]" dziabnąłem nocą i wydaje mi się, że coś tu zawiodło, ale na razie nie wiem CO :] Reżyserem jest Alfonso Cuaron [pan od "GRawitacji"], scenariusz pisało siedem osób :}, na ekranie śmigają Clive Owen, JUlianne Moore [przez pewien czas, ale za to z poświęceniem], na krotki, ale ciekawy epizod z postacia starszego jegomościa-ekscentryka [jak najbardziej pozytywna zbitka słów] dał się namówić nawet Michael Caine [ciekawe, czy od razu go poznacie, hehe]. Akcja osadzona jest w Wielkiej Brytanii przyszłości, gdzie krajem wstrząsają podziały społeczne i rewolty, władza chce zrobić porządzek z imigrantami, a oni się buntują, co sprawia ze cały kraj tańczy na beczce prochu, a lont juz się kopci i za chwilę odpali. Na dodatek, coś się porobiło i przestały się rodzić dzieci. Światem wstrząsa informacja, ze zmarł najmłodszy człowiek, 18-latek, który dzięki swojej metrykalnej wyjątkowości dorobił się statusu celebryty.

      Faron [Owen] jest rozwiedziony, pracuje dla administracji państwowej. Pewnego dnia kontaktuje się z nim [w sposób wysoce oryginalny :)] jego była żona [Julianne], od paru lat terrorystka walcząca przeciw rządowi. Prosi go o pomoc w zdobyciu wizy wyjazdowej z Anglii dla pewnej kobiety. Jest to kobieta szczegolnego znaczenia, o czym później się Faron przekona i osobiście zadba o nią, co nie będzie łatwe, bo czyha na nią [z okazji jej niezwyczajności] organizacja, która widzi w jej wyjątkowości szansę na porwanie ludzi do walki przeciw władzy.

      Akcja niby jest. Przesłanie jest. Aktorzy są. Doskonale odmalowana Wielka Brytfania czasów apokalipsy, przez którą peregrynują dzielni bohaterowie. Są momenty ciekawe, a i nawet patetyczne : np. scena, kiedy pani Wyjątkowa schodzi schodami, a walczący rebelianci i wojska rządowe w zdumieniu odkładają broń, a zaraz potem, gdy znika, naparzają się dalej. Jest facet imieniem Syd, menda pierwszej klasy, sprzedajna hiena - , mówiący o sobie w trzeciej osobie :] Jest świetna postać Caine'a. Jest świetna scena, kiedy Faron odkrywa tajemnicę eskortowanej kobiety. Jest cała ta przemiana jaka w nim zachodzi, od sceptyka i cynika, który robi swoje i generalnie wisi mu reszta, az do gościa zaangażowanego w ratowanie świata. Jest to dobrze nakręcone.

      A jednak jakoś mi czegoś brakowało.Moze jakiejś szczypty błyskotliwości ?

      MOże mi powiecie kiedy obejrzycie sami ? :] [TVP1, 20:20 dzisiaj]
      ewentualnie, przekonacie mnie, że wszystko jest należy :]