Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2014 - 10 (vol. 48)

01.10.14, 20:46
Nowy miesiąc, nowy wątek - wrześniowy ładnie 'poszedł' - ponad 700 wpisów!
Obserwuj wątek
    • maniaczytania KK - październik 01.10.14, 21:13
      tradycyjnie :)

      02.10 - "Bez wstydu" - polski film z Mateuszem Kościukiewiczem i Agnieszką Grochowską o kazirodczej miłości - na czasie z aferą związaną z prof. Hartmanem ;)
      09.10 - "Agora" - hiszpański z Rachel Weisz, reż. Alejandro Amenabal
      16.10 - "Księstwo" - polski w reżyserii Jerzego Barańskiego z 2011r.
      23.10 - "Źródło" -oj, chyba trochę pop ;)
      na 30 jeszcze programu brak

      I jak?
    • angazetka Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 00:15
      Ponieważ jest późno, to powiem tylko dwa zdania.
      1. Reżyserowi udała się trudna sztuka. Nakręcił film o Powstaniu, który mnie nie wzrusza. A ja się wzruszam na świątecznych reklamach kawy, serio.
      2. I druga trudna sztuka mu się udała. Stworzył najbardziej nijakiego i wypranego z jakichkolwiek cech charakteru bohatera w dziejach kina.
      • grek.grek Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 13:58
        coś tak czułem, że wyjdzie z tego wszystkiego buła bez smaku :]

        w polskich współczesnych filmach o PW primo, secundo i tertio - muszą być malowane lale i malowani lalusiowie. nie rozumiem tego. ma to służyć uwypukleniu tragizmu śmierci poprzez fakt, że umierają ładne buzie ? zwłaszcza, ze tym ładnym buziom najczęsciej zapomina się dopisać w scenariuszu jakiś charakter - dokładnie tak jak napisałaś. czasami się blizny przykleja, co jest zabiegiem komicznym ["Czas honoru"].

        im bardziej próbuje się pokazywać "normalnych ludzi z ich normalnością szeroko pojętą", tym bardziej zawsze jest to sztuczne i źle zagrane.

        mam wrażenie, że za PW nie wziął się jeszcze żaden dobry reżyser, a przynajmniej średni, ale który miałby tę zalete, że w nosie by miał świętość powstania i nie traktowałby go jak relikwi, czyli nie próbował pokazać jego "straszności" za wszelką cenę : tu młodzież piękna ginie, tak miasto się wali, tutaj NIemiec w czołgu jedzie.

        wg mnie, jedyny dobry film o powstaniu można zrobić za pomocą pokazywania zaledwie migawek tych wszystkich okoliczności. zamiast pięknej młodzieży idącej z koktajlami na czołgi - rany, niech ktoś wymyśli wreszcie jakiś nowy obrazek, ile można pokazywać PW tylko w kontekście młodzieży ?

        Angazetko, mnie się wydaje, że młodzież ginąca w PW w ogole nie jest w stanie wzruszyć inteligentnego kinomana. bo młodzież ginąca w PW stała się na tyle pomnikowym, ikonograficznym obrazkiem w polskiej kulturze i współczesnej popkulturze, że nadaje się do wzruszania tak samo jak "Pan Tadeusz" - jak coś trafia na pomnik, to prędzej zostanie os.rane przez ptaki niż wywoła wzruszenie w człowieku.

        a ci młodzi aktorzy-powstańcy, to zwykle przerost formy nad treścią. efekt zapowietrzenia twórców. ten pan Komasa, reżyser, od początku, w wywiadach i nie tylko, wyglądał mi na gościa, który nie ma należytego dystansu do całego projektu. coś tak czułem, że wyjdzie z tego rzecz tyleż napompowana, co nieprzekonująca.

        w innych recenzjach widuję pewną prawidłowość : staranie by nie zdezauować tematu jakimś ostrzejszym tonem, a jednocześnie tak dalece idąca powściągliwość w wydawaniu sądów i ostrożne pochwały, że można sobie tylkko wyobrazić, co ci sami krytycy mówiliby, gdyby film nie gmerał przy narodowej tragedii alias narodowej chwale ;]
        • siostra_bronte Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 16:34
          Podpisuję się :)

          Greku, bohaterami muszą być piękni i młodzi, bo jak już pisaliśmy, to poprzez młodzież wciąga się PW do popkultury. I to przede wszystkim młodzież chodzi do kin.

          Może ktoś kiedyś zabierze się za ten temat w odważny sposób. Na razie nie ma na to szans. Już widzę oburzenie różnych polityków i ważnych gremiów. A bez finansowania z budżetu ani rusz.

          Tak, krytycy są nader ostrożni. Jakby krytyka filmu oznaczała krytykę samego powstania. A czytałeś tekst Bartosza Żurawieckiego? On nie ma oporów :)

          www.alekinoplus.pl/aleblog-biegnij-biedronko-biegnij_1599


          • grek.grek Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 17:26
            trafiłaś w dychę, Siostro :]

            może i starsi powstańcy kupują tę malowaną młodzież, bo sami byli wtedy młodzi, nie ? :] w rzeczywistości może nie tacy ładni jak aktorzy, ale jak tak patrzą w ekran, to przy zaawansowanej sklerozie wydaje się im, że wiele im nie brakowało ;]

            yes, wszyscy pchają się po kasę do PISFu, więc żaden odważny projekt nie przejdzie. za rok-dwa znów ktoś weźmie się za ten temat. mam wrażenie czasami, że najlepsze aktorstwo polega tutaj na próbach wciskania widowni, że to z miłości i w hołdzie dla bohaterów, choć faktycznie jest to po prostu ordynarny skok na kasę.

            dzięki za link, Siostro. pokrzepiający :]

            nic na to nie poradzę, ale już sam plakat do tego filmu jest jakiś dziwny. niby ma być narodowo-patriotyczna tromtadracja, a afisz zachęca do obejrzenia jakiejś wojennej kreskówki.
                • pani_lovett Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 18:30
                  Wiesz, Maniu, jak patrzę na zdjęcie tego uśmiechniętego chłopka z chusteczką w groszki pod szyją i z rozwichrzona burzą falistych włosów i na tych uśmiechniętych chłopców wywijających szablami to mi się płakać chce.
                  • maniaczytania Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 18:33
                    mam podobnie. I cały czas zastanawiam się dlatego nad zakupem tej książki:
                    kulturalnysklep.pl/PWK/pr/-powstanie-warszawskie--rozpoznani--iza-michalewicz--maciej-piwowarczuk.html?param=sklep_best_3
                    • pani_lovett Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 19:38
                      Maniu, to na pewno książka warta kupienia i przeczytania. Czytałam opowieść o Billu i Lili Biegach (parze która wzięła ślub w czasie Powstania), którzy są jednymi z bohaterów książki, ale nie wiem czy to akurat był fragment zaczerpnięty z tej książki czy nie. W każdym razie ich opowieść , ich historia życia była pasjonująca.
            • angazetka Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 22:19
              > nic na to nie poradzę, ale już sam plakat do tego filmu jest jakiś dziwny. niby
              > ma być narodowo-patriotyczna tromtadracja, a afisz zachęca do obejrzenia jakie
              > jś wojennej kreskówki.

              Bo to jest kreskówka albo raczej - gra komputerowa. Nie film o ludziach. Nie jest nawet szczególnie bogoojczyźniany, nie ma mowy o patriotyzmie, ba! jest za to mowa, że należy przy pierwszej okazji uciec z tego piekła, jakim jest Powstanie. Ale co z tego, kiedy film nie ma ani bohatera (bo nie jest nim Stefan, który jest totalnie żaden), ani fabuły (bo fabuła to nie jest to samo, co odhaczanie kolejnych punktów Powstania: rzeź Woli - kanały - wybuch czołgu - berlingowcy - klęska i ruiny).
              Ale co mnie szczególnie urzekło, to reklama przed filmem, która informuje, że wykorzystano w nim ileś ton gruzu i ileś godzin robiono efekty specjalne, więc z szacunku dla powstańców i dla pracy nad filmem NIE NAGRYWAJ FILMU W KINIE.
              • grek.grek Re: Kinowo - Miasto 44 03.10.14, 14:54
                te teksty rzekomo róznicujące postawy też są nieszczere, jak się je zestawi z ekranową rzeczywistością, gdzie dominuje bohaterszczyzna mimowolna. nie da się od tego uciec, dopóki perspektywą będzie tylko i wyłącznie los młodzieży powstańczej.
        • pani_lovett Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 18:26
          >czyli nie próbował pokazać jego "straszności" za wszelką cenę
          Wojna jest zawsze straszna.


          Jest doskonały, idealnie nadający się do sfilmowania materiał spoglądający na Powstanie Warszawskie z innej perspektywy. To "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" Mirona Białoszewskiego pokazujący zwykłych mieszkańców Warszawy, który nie brali bezpośredniego udziału w walce, nie należeli do zbrojnej konspiracji , ale chcąc nie chcąc doświadczali grozy powstania, ukrywając się w piwnicach, schronach, kanałach ogarniętej Powstaniem Warszawy , codziennie ciężko walczyli o przetrwanie. Białoszewski pokazuje całkowicie niebohaterskie postawy - przerażenie , bezradność, strach...
          • grek.grek Re: Kinowo - Miasto 44 03.10.14, 15:00
            owszem, jest. pytanie, czy każdy film o wojnie musi nas o tym przekonywać dobitnie, jakby reżyser nie wierzył, że my to już wiemy :]

            pełna zgoda, Barbasiu.
            niestety, dzisiaj w modzie są widowiska i skoki na kasę, a "Pamiętnik..." siłą rzeczy musiałby być niewidowiskowy i niespecjalnie nadający się do zbiorowego narodowobogoojczyźnianego murmurando.

            • pani_lovett Re: Kinowo - Miasto 44 05.10.14, 16:40
              grek.grek napisał:

              > owszem, jest. pytanie, czy każdy film o wojnie musi nas o tym przekonywać dobitnie, jakby >reżyser nie wierzył, że my to już wiemy :]

              Racja. Oczywiście, że nie musi.

              > pełna zgoda, Barbasiu.
              > niestety, dzisiaj w modzie są widowiska i skoki na kasę, a "Pamiętnik..." siłą
              > rzeczy musiałby być niewidowiskowy i niespecjalnie nadający się do zbiorowego >narodowobogoojczyźnianego murmurando.

              Racja, niestety. Jak napisał T. Sobolewski "Książka Białoszewskiego miała na przełomie lat 60. i 70. wywrotowy potencjał. Dziś też ma. Bo jest ostentacyjnie cywilna".


        • maniaczytania Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 18:31
          grek.grek napisał:

          > w polskich współczesnych filmach o PW

          zatrzymajmy się tu na chwilę - jakich współczesnych filmach? Ile ich jest?

          > wg mnie, jedyny dobry film o powstaniu można zrobić za pomocą pokazywania zaledwie migawek tych wszystkich okoliczności. zamiast pięknej młodzieży idącej z koktajlami na czołgi - rany, niech ktoś wymyśli wreszcie jakiś nowy obrazek, ile można pokazywać PW tylko w kontekście młodzieży ?

          Hmm, a w jakim kontekście byś chciał? Przecież to właśnie młodzież walczyła. Jak można by zrobić film o powstaniu nie w kontekście młodzieży?

          O straszności i piękności napisała już Barbasia, więc nie będę powtarzać :)
          • angazetka Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 22:20
            > zatrzymajmy się tu na chwilę - jakich współczesnych filmach? Ile ich jest?

            W zeszłym roku były dwa: "Sierpniowe niebo - 63 dni chwały" plus jeszcze jakiś z Rafałem Fudalejem w roli głównej. Plus film o Baczyńskim.
          • grek.grek Re: Kinowo - Miasto 44 03.10.14, 15:06
            dodałbym też seriale i filmy szeroko pojęte "wojenne" - "Czas honoru" czy "Jutro idziemy do kina". wszedzie młodziez, młodziez i jeszcze więcej młodzieży. nie mam nic do młodzieży, sam jestem młody ;]
            ale ile można i kiedy wreszcie okaże się, że w tej wojnie udział brali tylko młodzi w przedziałku 18-20 ?

            no patrz, a ja czytałem, ze w PW zginęło tylko kilka tys. tzw. powstańców, a ponad 200 tys. cywilów niezaangażowanych czynnie w walkę. póki co, tymi cywilami nikt się nie zajmuje, za to wszyscy którzy łapią się za PW albo wojnę jako taką - pokazują te samą śpiewkę pod tytułem "Jaka szkoda, że taka fajna i ładna młodzież zginęła !".

            że wojna to nic fajnego, to wiadomo. pytanie : dlaczego w polskich filmach wojennych i powstańczych ta straszność nakłada się na tę piękność ? bo mnie to zaczyna zalatywac "Chrystusem narodów" i "barankiem ofiarnym", a wydawało się, ze powoli wyrastamy z tej retoryki.
            • siostra_bronte Re: Kinowo - Miasto 44 03.10.14, 15:26
              Podpisuję się. No właśnie, podtrzymuje się mit młodych powstańców, a o bezbronnej, wymordowanej ludności cywilnej jakoś cicho. Bo to już nie byłoby takie piękne i romantyczne, niestety.
        • angazetka Re: Kinowo - Miasto 44 02.10.14, 22:51
          Ha! Co chcesz wiedzieć? ;)
          Bo tak - nie jest "Bitwa warszawska" czy "Stara baśń". Nie. Wizualnie film jest bardzo staranny, robi wrażenie, inscenizacyjny rozmach też w porządku. Co ciekawe, odpowiadała mi się też dość kontrowersyjna muzyka, a w zasadzie dobór piosenek. "Nie płacz, kiedy odjadę" na początek? "Dziwny jest ten świat" jako tło do pierwszej walki Stefana? Why not? Co mi natomiast przeszkadzało, to slow motion, wykorzystywane bez umiaru (np. kiedy matka rzuca w głównego bohatera filiżanką, bo nie wrócił na noc do domu i ta filiżanka tak leeeeeeeeeeeeci, a widz myśli: WTF?).

          I pisząc te słowa, zdałam sobie sprawę, co mi jeszcze przeszkadało. Film miał porozsiewane okruchy jakichś pomysłów fabularnych. Tu lekko edypalna relacja syna z matką. Tu bohater, który nie chce się w nic mieszać, tylko spokojnie dożyć do końca wojny. Tu dwie dziewczyny z różnych klas społecznych, jedna w samym środku piekła syczy do drugiej: "Wiem, że jak to się skończy, to takie jak ty będą z takimi jak Stefan, a ja wam będę podawać kawę". I nic z tego nie wynika. Nic nie ma konsekwencji w dalszej akcji. Jakby scenarzysta wystraszył się, że za cokolwiek bardziej wyrazistego odbiorą mu dotacje i tyle będzie z tego filmu.

          Co mi przeszkadzało jeszcze, to nieśmiertelność głównego bohatera. Owszem, ranny zostaje dość szybko i dość poważnie (na moje oko, przy poziomie opieki w powstańczym szpitalu i przy uwzględnieniu faktu, że z dość świeżą raną łaził po takim higienicznym przybytku jak kanał - nie miał prawa wyżyć przy tej ranie) - ale co z tego, skoro rana się goi cudownie, a Stefan może dalej śmigać jak kozica w slow motion i uprawiać seks przy doniczce spadającej w slow motion? Nawet jak Niemcy wrzucą granat do kanału, to kolega Stefan przeżyje.

          I nieśmiertelność to jego jedyna cecha jest. Stefan patrzy, niewiele mówi, dwie kobity a to go wciągają do konspiry, a to wyciągają ze zbombardowanego szpitala, a to uwodzą, a on daje się ciągać wszędzie za uszy jak bezwolne cielę. Dwie walczące (z nieznanych mi przyczyn) o niego panny są o niebo ciekawsze i w sumie chętnie zobaczyłabym film o nich.

          Przeszkadzało też, jakby to ująć, powstańcze bingo. Dobry Niemiec? Jest. Bardzo zły Niemiec? Jest. Żydowski chłopiec, uratowany przez powstańców, który chce walczyć? A jakże. Samo ratowanie Żydów? I owszem. Zły Polak? Też (chce zgwałcić bohaterkę, każe jej się rozbierać, ale sam rozpina guziki, stojąc tyłem do niej, więc ona go wazonem! i tyle ze złego Polaka). Śmiesznie zaciągający prowincjonalny Polak z armii Berlinga? Tyż. Jakby reżyserowi nikt nie powiedział, że nie musi w dwóch godzinach upchnąć absolutnie wszystkiego.

          Ale udało się w tym wszystkim kilka wyrazistych scen. Kiedy pierwszy raz widzimy oczami Stefana śmierć z bliska. Kiedy oglądamy szpital już raczej z września, pełen cierpiących i wściekłych na los ludzi i bezradnego personelu. Kiedy bohaterowie wychodzą z kanału w Śródmieściu i idą cali w szlamie przez ulicę, na której toczy się całkiem normalne życie. Ale to są okruchy. I ostatnia scena, będąca, oczywiście zagraniem na emocjach - pokazują nam, jak z gruzów wyrasta dzisiejsza Warszawa. Tanie, wiem. Ale ja tak strasznie kocham Warszawę, że mnie ujęło ;)

          Ciekawe, czy ktoś doczytał ten nagły przypływ grafomanii...
          • pani_lovett Re: Kinowo - Miasto 44 03.10.14, 16:15
            angazetka napisała:
            :)
            Angazetka! Świetna relacja kinowa!

            > Przeszkadzało też, jakby to ująć, powstańcze bingo. [...] Jakby reżyserowi nikt nie powiedział, >że nie musi w dwóch godzinach upchnąć absolutnie wszystkiego.

            To się nazywa, moja droga, polityczna poprawność.
            Panu bogu świeczkę i diabłu ogarek. ;)
            Pan reżyser był z siebie dumny, słyszałam w jakimś wywiadzie wywiadzie, że udało mu się wszystkich zadowolić.
          • pani_lovett Miasto 44 Wywiad z reżyserem 04.10.14, 20:16
            Jan Komasa, reżyser "Miasta 44": Wojna to wyrwane ręce i gałki oczne
            ''Są reżyserzy, którzy lubią bawić się z ogniem, i tacy, którzy lubią płynąć. Ja należę do pierwszej grupy''
            Łukasz Knap

            "Miasto 44" to jedna z najgłośniejszych, jeśli nie najgłośniejsza filmowa premiera tego roku. Długo oczekiwana pierwsza polska superprodukcja, która opowiada nowoczesnymi środkami o tragicznym fragmencie polskiej historii. Obraz nie został obsypany nagrodami na festiwalu w Gdyni, jak pierwotnie zakładano. I wzbudził wielkie kontrowersje, również ze względu na zastosowaną przez jego twórców popową stylistykę. Dodajmy, że zastosowaną bardzo świadomie. - Kicz to nie błąd, to środek artystyczny taki jak kontrastowe światło, szerokie obiektywy - tłumaczy nam reżyser "Miasta 44" Jan Komasa.

            Pracę nad „Miastem 44” zacząłeś osiem lat temu. Nie masz wrażenia, patrząc z perspektywy czasu, że ten film nie mógł wtedy powstać?

            - Rzeczywiście, nie mógł. Byłem za młody i za głupi. Wtedy jeszcze chyba nie wiedziałem, po co miałbym zrobić film o powstaniu warszawskim. Miałem 24 lata i chciałem zrobić film. Po prostu. Był we mnie ogień, przez osiem lat zdążyłem się nim wiele razy sparzyć, nabrałem dystansu, ale też odwagi.

            Nie chodzi tylko o ciebie. Myślę o polskich widzach, o tym, że nie byli gotowi na film, który opowiada o powstaniu warszawskim w konwencji melodramatu i slashera. Film, który nie pokazuje heroizmu powstańców, tylko rzeź...

            - ...w języku, który jest odpowiedni dla współczesnego widza. „Miasto 44” to obraz powstania, który znalazłem w wielu pamiętnikach. Sieczka i teledysk jest również w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego. Oczywiście w filmie historię przepuszczam przez moją wrażliwość, intuicję i widzenie świata i przekładam je na język kina, w tym wypadku język absurdu, przesady, czasem kiczu. Dlaczego tak? Bo uznałem, że w taki sposób dotrę do współczesnego widza w najbardziej gorący, nieobojętny dla niego sposób. W taki sposób ktoś dotarłby do mnie.

            Osiem lat temu polskie kino nie było w najlepszej formie.

            - To było kino debiutujących czterdziestolatków, kino superprodukcji, w których paliły się scenografie i nikt nie wiedział dlaczego.

            To było kino po aferze Rywina...

            - ...który był jednym z czołowych producentów w kraju. Gdy opuszczałem szkołę filmową, polski film był osierocony, pozbawiony stylu. Miałem szczęście, że na swojej drodze spotkałem Michała Kwiecińskiego, który wyprodukował mój debiut i zaproponował, żebym zrobił film o powstaniu. Zgodziłem się bez zastanowienia, chociaż prawie nic o powstaniu nie wiedziałem.

            Spotykają się kreatywny producent z ambitnym młodym reżyserem. Co dalej?

            - Film odbył długą drogę i właściwie cały czas przegrywaliśmy. Najpierw konkurs Lecha Kaczyńskiego. Potem uderzyliśmy do PISF, projekt trafił do komisji Ryszarda Bugajskiego, który zrealizował wspaniałe „Przesłuchanie”. Uwielbiam ten film, znam go na pamięć. Bugajski jednoznacznie odrzucił nasz projekt, pisząc w uzasadnieniu, że powstanie warszawskie zasługuje na inny rodzaj filmu, który uwzględni szerszą perspektywę historyczną. A ja chciałem opowiedzieć o wojnie z perspektywy mrówki. W pierwszej eksplikacji reżyserskiej napisałem, że zgodnie z prawdą nigdy za bardzo nie lubiłem historii - to też od razu stało się zarzutem w opiniach ekspertów z tamtej komisji PISF.

            Gdzieś w tej opowieści musi być zwrot akcji.

            - W „Miasto 44” uwierzyła Agnieszka Odorowicz, która wbrew oburzeniu wielu osób przyznała nam 6 milionów złotych. Zaraz potem zrobiłem „Salę samobójców”, dzięki której udało się przyciągnąć sponsorów.

            Budżet filmu rósł wraz z twoim wiekiem. Teraz masz 32 lata, zrobiłeś film za 25 milionów złotych. Nie gniotła cię odpowiedzialność, ciężar tematu, ryzyko?

            - Nigdy nie interesowało mnie kino, o którym się nie mówi, co oznacza konieczność podejmowania ryzyka. „Sala samobójców” podzieliła widownię, tak samo jest z „Miastem 44”, które zbiera tyle samo pochwał, ile krytyki. Tak już mam. Są reżyserzy, którzy lubią bawić się z ogniem, i tacy, którzy lubią płynąć. Ja należę do pierwszej grupy. Płacę za to cenę. Podczas rajdu ścinam zakręty i przecieram samochód. Ryzykuję. Trzeba ryzykować.

            Proszę o konkret. Za co płacisz cenę?

            - Gdy idziesz własną drogą i coś ci się udaje, możesz być pewny, że spotkasz się z zawiścią tych, którzy wybierają utarte ścieżki. Jest coś strasznie małostkowego w myśleniu, że trzeba utrzeć gó...arzowi nosa. Jest to o tyle przykre, że życie filmowca zależy od innych, a ja zawsze natrafiam na osoby, które we mnie wierzą, i na takich ludzi, którzy przed metą chcą mi podłożyć nogę.

            Sytuacja, o której mówisz, nie dotyczy chyba tylko środowiska filmowego.

            - Tak, ale zawód filmowca jest zawodem wysokiego ryzyka. Mam kolegę, który zastawił dom, żeby zrobić film, i znajomego aktora, którego uwielbiam, ma talent, ale nie dostaje ról, bo dostają je inni opatrzeni aktorzy. Żal mi straconych szans, które widzę wokół. Denerwuje mnie środowiskowa niesprawiedliwość, która dotyka wiele zdolnych osób. Dlatego nawet nie mam pretensji do kolegów zazdrośników. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie czuł zazdrości.

            Komu ty zazdrościsz?

            - Zazdroszczę twórcom polskiej szkoły filmowej, bo przeżyli czasy pionierskie. Gdyby debiutowali teraz, byliby w karbach. Na wielkich festiwalach filmowych walczyliby nie z siedemdziesięcioma twórcami, ale z siedmioma tysiącami. Kiedyś zawód reżysera był elitarny, dziś spowszedniał, każdy może nakręcić film komórką. Teraz reżyser musi być personą publiczną, musi świecić twarzą i mieć zdanie na każdy temat.

            I naprawdę chciałbyś być takim panem reżyserem, który chodzi tylko po czerwonym dywanie?

            - To byłby snobizm, gdybym odpowiedział, że nie, ale oczywiście chciałbym, żeby było nam trochę łatwiej! (śmiech) Co jak co, ale Roman Polański, Andrzej Wajda, Agnieszka Holland kiedyś nie musieli myśleć o targecie czy wynikach oglądalności, o pierwszym weekendzie w kinach, fanpage'u i obłaskawianiu selekcjonerów wielkich festiwali.

            Czy dobrze rozumiem, że chcesz powiedzieć, że nie mogłeś nakręcić wysokobudżetowego filmu, na który na przykład nie mogłyby pójść szkoły?

            - „Miasto 44” nie jest filmem bezpiecznym, a z tym kojarzy mi się kino szkolne. Ten film ma pazur, bywa ciężki, brutalny i budzi ogromne dyskusje, ale cieszę się, że uczniowie, oczywiście od pewnego wieku, chodzą na niego do kina. Szkoła powinna zmuszać do dyskusji, do wyrabiania poglądów i walki o swoje zdanie. „Miasto 44” nadaje się do takiej szkoły. Nigdy nie zgodziłbym się na film, na którym dzieciaki musiałyby się zachwycać, że poeta wielki był. Nie kierowałem się niczym innym niż wiernością sobie.

            I publiczności.

            - Oczywiście, ale w tym nie ma sprzeczności. Nie jest dla mnie żadną ujmą, że robiąc film, myślę, co zrobić, żeby widzowie zechcieli go zobaczyć. Wychowałem się na VHS-ach, w każdej historii naturalnie szukam najpierw czegoś, co zainteresuje widzów, a później wchodzę w głąb siebie. Od tego zaczyna się praca nad filmem. Lars von Trier robi tak samo. Robi wszystko, żeby widzowie chcieli zobaczyć obraz, nad którym pracuje. Tak robi filmy, tak je nazywa, dobiera tematykę i pod tym kątem robi kampanię reklamową.

            „Miasto 44” jest rzadkim w Polsce przykładem filmu producenckiego z autorskim sznytem. Są w nim sceny, które musiały w scenariuszu wyglądać bardzo ryzykownie. Jak na przykład scena pocałunku pary, obok której przelatują kule kreślące torem kształt serca. Kłóciłeś się o takie sceny?

            • pani_lovett Re: Miasto 44 Wywiad z reżyserem 04.10.14, 20:17
              - Michał Kwieciński (producent - przyp. red.) też jest reżyserem i podobnie jak ja lubi odpowiednio podaną estetykę przesady. Kicz to nie błąd, to środek artystyczny taki jak kontrastowe światło, szerokie obiektywy. Scena pocałunku była samobójcza. Kosztowała wiele tysięcy dolarów, specjalnie na jej potrzeby musieliśmy zbudować osobne pomieszczenie. Bohaterowie stoją w pomieszczeniu zasypanym cukrem. Doskonale wiedziałem, że tego typu sceny będą działać na widza. Czasem trzeba ubrać jedną osobę w tłumie na różowo, żeby pokazać, że tłum jest szary. Ktoś może pomyśleć: Boże, wkurza mnie ten róż, ale jak ten tłum jest szary! W każdym swoim filmie korzystam z tego typu rozwiązań. Widz nie znosi nudy i trzeba rozwalić jakiś schemat, żeby wydobyć emocje.


              A propos emocji - „Miasto 44” wpisuje się w hasło Muzeum Powstania Warszawskiego „Usłysz - zobacz - poczuj. Poczuj się częścią okupowanej Warszawy”. Niektórzy krytycy zarzucają ci, że zrobiłeś film, który pokazuje doświadczenie, ale nie ma przesłania i niczego nie uczy.

              - Czasem czyste doświadczenie daje więcej. Zgadzam się, że chciałem widza wsadzić do symulatora lotów, dać mu możliwość przelecenia kilka atmosfer w dół i dać się zabić kilka razy. Czy nie o to czasem chodzi w kinie? Żeby doświadczyć czegoś ekstremalnego? Czym innym jest „Idź i patrz” Elema Klimowa czy „Czas apokalipsy” Francisa Forda Coppoli, jeśli nie doświadczeniem? Poza tym uważam, że „Miasto 44” daje coś więcej. Doktor kłuje strzykawką, ale przecież ten zabieg czemuś służy.

              Czemu?

              - „Miasto 44” jest filmem antywojennym, pokazującym, że wojna to okropna operacja chirurgiczna na duszy. Snobka z dobrego domu zostaje ochrzczona szczątkami ludzkimi spadającymi z nieba i zamienia się w postać z obrazka ze świętymi. Odpowiedzialny Stefan zamienia się w zombie, tchórza i mordercę. Euforia młodości staje się orgią przemocy. Ktoś powiedział, że to porno. Ale ten rodzaj dosłowności znalazłem w źródłach. Wojna to wyrwane ręce i gałki oczne.

              Rozmawiałeś o tym z powstańcami?

              - Cenię relacje, które nie ukrywają okropieństw wojny. Jedną z najbardziej wstrząsających opowieści usłyszałem od śp. Jacka Domaradzkiego. Podczas powstania nosił pseudonim Alfa, jego dziewczyna Omega. Oboje mieli 19 lat. Alfa i Omega chodzili ze sobą przez całe powstanie, do momentu, gdy ona została ranna w głowę. Trafili do szpitala, który był cały wyłożony umierającymi i chorymi, krzyczącymi dziećmi bez matek, matkami bez dzieci. Lekarze się nie wyrabiali. W tym ferworze Alfa wyłączył się, przestał myśleć. Siedział obok niej na schodku, a ona półprzytomna rzęziła. Nie płakał, nic, czekał w szoku na pielęgniarkę, łudząc się, że zaraz przyjdzie i wszystko będzie dobrze. Gdy tak czekał, rozejrzał się i zobaczył dobrze ubranego faceta z melonikiem, odwróconego do niego plecami, który zachowywał się jak wariat, przesuwał się wzdłuż ściany, błądząc po niej rękami, jakby był pijany. W pewnym momencie facet doszedł do końca ściany, odwrócił się i wtedy okazało się, że pod tym melonikiem nie było twarzy, wystawał z niej tylko długi język, który wisiał z krwawej dziury jak krawat. Facet się poruszał, ale nie miał oczu, ust... Gdy usłyszałem tę historię, nie miałem wątpliwości, jak zrobić film o powstaniu warszawskim. Musiałem pokazać ładne osoby, którym wyrwało twarz.


              Co stało się z Omegą?

              - Miała pogruchotaną czaszkę, zmarła w szpitalu na Czerniakowie. Losy Alfy i Omegi zainspirowały końcówkę filmu.

              Z zakończenia filmu bije niepokój. Boisz się wojny?

              - Boję się. Strasznie się boję. I uważam, że warto się bać wojny, tak jak warto bać się skoków w przepaść i uzależnień. Wojna to jest zaprzeczenie naszego tu i teraz. Nie znam z historii ani jednego dobrego powodu do wojny.

              Jesteś pacyfistą?

              - Nie stuprocentowym, uważam, że nie wolno milczeć, kiedy cię biją. Wojny rodzą się z braku rozmowy, ignorancji i z tego, że ktoś kiedyś nie wpuścił kogoś do klubu. Myślę, że Hitler parę razy nie został wpuszczony do różnego rodzaju klubów. Źródła wojny rodzą się między ludźmi każdego dnia. Gdyby ich nie było, pewnie nie miałbym pracy, bo podskórnie robię filmy o różnego rodzaju wykluczeniach, agresji i autoagresji, o życiu, które samo się wystawia na śmierć. Człowiek jest niezgłębionym źródłem fascynacji i wstydu.

              Czy robienie filmów jest dla ciebie formą wojny z samym sobą lub światem? Wchodzeniem w ryzykowne sytuacje?

              - Niezupełnie, bo czym właściwie ryzykuję? Swoim dobrym imieniem? Reputacją? Nie jestem twarzą banku, nie mam nic do stracenia jako artysta. Szkoda mi czasu na nieryzykowanie.

              A nie szkoda ci, że „Miasto 44” zostało pominięte na festiwalu w Gdyni? To chyba największy przegrany tej imprezy.

              - Usłyszałem chichot historii, kiedy po tych ośmiu latach ciągłych przegranych dowiedziałem się w końcu, kto został powołany na szefa jury w Gdyni.

              Ryszard Bugajski.

              - Reszta może niech będzie milczeniem. Jestem pewnie teraz ostatnią osobą, która powinna oceniać wybory jury, ale tak naprawdę żałuję, że nie doceniono wielu naszych współpracowników. Uważam, że zrobili kapitalną robotę - zdjęcia, montaż, scenografię, kostiumy, fantastyczny soundtrack. Do tego świetny debiut Józka Pawłowskiego, który udźwignął bardzo trudną rolę - nieoczywistego bohatera, antybohatera, ofiary, sprawcy, świadka. Uważam, że wszystkim należą się laury.

              Spory wokół „Miasta 44” pewnie szybko nie ucichną, ale wiem, że pracujesz nad kolejnym filmem. Poniekąd również będzie to film historyczny...

              - Chcę cofnąć się do lat 90. To fascynujące czasy, w których się wychowałem. Czasy zachwytu i zachłyśnięcia się wolnością. Czasy podróbki i czasy, w których liczyły się tylko teraźniejszość i przyszłość. To dopiero będzie ryzykowny film (śmiech).

              Dlaczego?

              - Oboje z producentem Piotrkiem Woźniakiem-Starakiem nie mamy nic do stracenia i nie musimy nic nikomu udowadniać, bo już zdążyliśmy to zrobić. Pracuję nad scenariuszem, pomysłów jest mnóstwo. Dużo czytam, rozglądam się. Chcę opowiedzieć o czasach i ludziach, których jeszcze nikt w polskim kinie nie pokazał.

              Bohaterami też będą młodzi?

              - Tak, ale tym razem chciałbym skupić się na jednym bohaterze, a właściwie bohaterce - Miss Polski. Lata 90. miały w sobie rys szaleństwa. Dobrze pokazał to Martin Scorsese w „Wilku z Wall Street”. Nasza „Consuela”, bo taki tytuł będzie nosił film, też taka będzie. Opowie o ludziach idących po trupach do celu, owładniętych obsesją sukcesu, ale też pełnych kompleksów wobec świata Zachodu. Chciałbym pokazać moment przemiany, kiedy „my” stajemy się „wami”.
    • grek.grek na bis w Kulturze : "Wystrzał" z 65 roku [18:20] 02.10.14, 15:18
      rok temu zdarzyło mi się popełnić opis.
      najlepiej jesli poprzestaniecie na pierwszym akapicie ;]:

      forum.gazeta.pl/forum/w,14,146170439,146338370,_Wystrzal_PL_ad_65_via_TVP_KUltura_1_.html
      bardzo stylowa czarno-biała forma, świetni aktorzy, frapująca opowieść o ludzkich namiętnościach, ekranizacja opowiadania Aleksandra Puszkina. naprawdę warto spróbować, jeśli akuratnie macie wolny podwieczorek.
    • grek.grek KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 02.10.14, 15:36
      jako Mania rzekła :]

      22:30 w Dwójce.
      jutro powtórka, o... 3:50 - bardzo bezpieczna godzilla ;]

      trafione w punkt, zupełnym przypadkiem.
      profesor Hartman ma wiele racji - jesli dwoje ludzi się kocha, to niech sobie będą bratem i siostrą, pal licho. cytując klasyka, kim jesteśmy, żeby im zabraniać czy ich potępiać, karać ? co komu do tego ? jeśli żadna ze stron nie czuje się wykorzystywana, jesli obie mają świadomość sytuacji, a mimo to łączy ich coś co znosi wszelkie przepisy i zasady, to jak można uznawać to za przestępstwo ? mam wrażenie, że jedyne przestępstwo jakie popełniają, to zawstydzanie ludzi, którzy mają za małą głowę, zeby w niej zmieścić takie "bezeceństwa" :] kara za "kazirodztwo", potępienie nie sa wycelowane w rzekomych grzeszników, ale są wyłącznie po to, by umocnić przekonanie potępiających, że fałszywe normy, którym hołdują mają sens jako zasada stanowiąca świat i ślepo okreslająco co dobre, a co złe.

      pierwszorzędny temat filmowy.w tym kontekście, Agnieszka Grochowska i Mateusz Kościukiewicz to ciekawa para ekranowa. pan aktor ma rodzaj witalności, energii, która pasowałab/pasuje do do postaci jaką ma odgrywać [brata w erotycznym związku z siostrą], zaś pani aktorka dotąd bywała raczej niespecjalnie krwista, więc ma szansę zaskoczyć zupełnie nowym emploi.

      ciekawe też, czy będzie to opowieśc o miłości, w której romantyzm łączy się z seksualnym przyciąganiem, czy o seksualnym przyciąganiu stricte.

      i zdaje się jest tam w tle jeszcze jeden wątek uczuciowy. w bracie kochającym siostrę, zadurzona jest jakaś inna dziewczyna [romskiego pochodzenia], więc powstaje trójkąt, a może nawet czworokąt, bo z kolei siostra ma romans ["toksyczny"] z jakimś starszym od niej biznesmenem obracającym się w środowisku neofaszytowskim. wsszystko to pachnie jakimiś tragicznymi wydarzeniami w scenariuszu, nie sądzicie ?

      skaczemy ? :]
      • pani_lovett Re: KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 02.10.14, 16:48
        Wszytko pięknie ładnie, tylko trzeba pamiętać, że te zakazy nie biorą się tylko ciasnoty umysłowej, ale mają bardzo racjonalne podstawy, istnieje tu bowiem wysokie ryzyko urodzenia chorych dzieci albo przekazania zdegenrowanych genów, które ujawnią się w kolejnych pokoleniach.

        Oczywiście, że skaczemy, choć trochę późno film się zaczyna.
        • pani_lovett Re: KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 02.10.14, 16:49
          Wszytko pięknie ładnie, tylko trzeba pamiętać, że te zakazy nie biorą się tylko ciasnoty umysłowej, ale mają bardzo racjonalne podstawy. W przypadków związku kazirodczego istnieje wysokie ryzyko urodzenia chorych dzieci albo przekazania zdegenrowanych genów, które ujawnią się w kolejnych pokoleniach.

          Oczywiście, że skaczemy, choć trochę późno film się zaczyna.
          • pani_lovett Re: KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 02.10.14, 17:34
            Cześć GREKU! :)

            Oczywiście. Aczkolwiek wydaje mi się, że nie da się oddzielić od siebie tych kwestii.
            Profesorowi pewnie chodzi o zapoczątkowanie dyskusji rozmowy na temat kazirodczych relacji, co pewnie już jest przełamaniem tabu.

            Nie mów hop, póki nie nadeszła właściwa godzina - jak mówi przysłowie. ;) Nie tak prędko. ;) Jeszcze 4 godziny! Jeszcze muszę tu i tam swoje trzy grosze wtrącić.
          • pani_lovett Re: KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 03.10.14, 15:23
            Moim zdaniem nie udał się Marczewskiemu film o problemie kazirodczej miłość.
            Temat potraktowany został bardzo płytko, postaci głównych bohaterów są papierowe, powierzchownie potraktowane, nieciekawe psychologicznie. Cała kontrowersja relacji sprowadza się do jednorazowego seksu chłopka z dziewczyną, którzy, jak utrzymują, są rodzeństwem.

            Cała płycizna ma oczywiście związek także z tym, że reżyser i scenarzysta postanowili pożenić, nie wiedzieć czemu, kwestię kazirodczej relacji z tematyka społeczną (również potraktowaną schematycznie ogólnikowo) - atakami neonazistów na siedziby cygańskie.


            Nie czuje się chemii między bohaterami, choć aktorzy robią, co mogą.



            Bardzo mnie irytowały postacie kobiece w tym filmie uzależnione od facetów, ulegające facetom, działające wyłącznie ze względu na facetów i przez facetów - Anka , uzależniona od (seksu z?) żonatego faceta, neofaszysty, usiłującego robić karierę polityczną, potem oddająca się bratu; Cyganka - Irmina, ulegająca oczarowaniu już samym widokiem faceta wyskakującego z pociągu (do tego stopnia oczarowana, że chce porzucić środowisko z którego się wywodzi!? ;) Nawet epizodyczna asystentka, chuda, długonoga blondyna, pojawia się tylko po to, by dać d..., oddać się stereotypowo swojemu szefowi, absztyfikantowi Anki . A propos , czy scena z tą chudą blondyną, która ubierając się po seksie, sepleni coś pod nosem miała w zamierzeniu być komiczna?


            Młody debiutujący reżyser, wziąwszy na warsztat budzący kontrowersje temat, temat samograj , którego w dodatku nikt jeszcze w naszym kinie nie podejmował, miał szanse stworzyć mocne, kontrowersyjne dzieło, prowokujące do dyskusji, niestety nie skorzystał z tej szansy, zmarnował ją (jako że wyrastał w środowisku filmowców, trochę dziwi to zachowawcze potraktowanie do tematu, jakby się pan reżyser wystraszył przyszłych kontrowersji, konsekwencji a może obawiał się, że mocniejszy obraz nie dostanie dotacji na film? ). I wieka szkoda. Bo kiedy szokować, kiedy uderzać w "zatęchłą moralność mieszczańską", jak nie w młodym wieku? ;)

            Debiut Polańskiego zirytował najważniejsza osobę w państwie, I sekretarz Władysław Gomułka miał rzucić popielniczka w ekran po obejrzeniu "Noża w wodzie". A potem na XIII Plenum KC PZPR skrytykował do szczętu dzieło Polańskiego, które zostało potem zakwalifikowane jako kandydat do Oscara. Film Marczewskiego nikogo nie sprowokuje do reakcji, do dyskusji. Budzi najwyżej wzruszenie ramion.
            Drugim Polańskim młody Marczewski nie będzie.

            Uff! Tyle uwag na gorąco!
            • grek.grek Re: KOcham Kino : "Bez wstydu" PL'2012 03.10.14, 17:13
              tutaj mozna by rzucić najwyżej dziurawym kapciem z pomponem ;]

              świetna recenzja, Barbasiu.
              zgrabna i do rzeczy, same celne uwagi, pod którymi się z przyjemnością podpisuję.

              fakt !, Anka ostatecznie stawia się zarówno bratu jak i narzeczonemu", ale nie wygląda na spełnioną w tym dziele; Irmina musi podporządkować się woli rodziny; a ta szparka-sekretarka, istotnie - w celu jednym i jedynym się pojawia :]

              zgadzam się, ze jest to zachowawczy film, w dodatku rozmydlony wątkami społecznymi, nawet jesli postać Irminy jest chyba najciekawsza w całym filmie, a pani aktorka jest świetna.

              wiesz, mam wrażenie, że pan reżyser chciał i się bał.
              chciał opowiedzieć o czymś nowym i ciągle zakazanym, a jednoczesnie bał się zrobić to "bez wstydu", bo, próbując odtworzyć tok rozumowania młodego twórcy w Polandzie... co będzie jak za 2 lata przyjdzie mu do głowy by zrobić nowy film, zacznie szukać sponsorów i okaże się, że nikt nie da ani grosza reżyserowi, który już raz narobił "wstydu" ? PISF bankowo kasy nie da ;]

              myślę sobie, że w człowieku górę wzięła zaradność życiowa ;]

          • siostra_bronte Re: "Miłość" w Ale kino 03.10.14, 11:59
            Obejrzałam, dzięki wsparciu Barbasi i Greka :)

            Nie będę tak krytyczna jak Pepsic, ale film zrobił na mnie o wiele mniejsze wrażenie niż się tego spodziewałam, biorąc pod uwagę temat.

            Faktycznie, niewiele się dzieje, momentami jest nudno. Taki był zamysł reżysera, żeby pokazać monotonię i trud takiej codziennej opieki nad chorą bohaterką. To właściwie para-dokument. I moim zdaniem jest tutaj po prostu za mało treści. Jak słusznie napisała Angazetka, nie oglądamy tutaj niczego nowego, niczego czego już nie wiemy o takich dramatycznych sytuacjach.

            Na pewno widzowie, którzy mają podobne doświadczenie za sobą, poczują dreszcze przy niektórych scenach, ale to jednak za mało. Miałam wrażenie że oglądam bohaterów przez szybę, nie potrafiłam do końca wczuć się w ten dramat. Taki chłodny, beznamiętny obraz dramatu potrafi człowieka poruszyć bardziej niż histeryczne spazmy, ale w tym przypadku coś nie zagrało.

            Na pewno należą się gratulacje za podjęcie trudnego i niekomercyjnego tematu. No i Riva i Trintignant są znakomici. Żal serce ściska zwłaszcza kiedy się patrzy na Trintignanta, bo pamiętam go jako młodego i przystojnego aktora.


            • grek.grek Re: "Miłość" w Ale kino 03.10.14, 17:20
              brawo, Siostro :] za odwagę.

              ciekawa recenzja, zauważasz że bohaterowie są oddaleni od widza, trudno się z nimi spotkać.

              nie oglądałem tego filmu, więc się wypowiem ;]]
              tak sobie myślę, że może panu rezyserowi chodziło własnie o to - o zabranie widza do
              takiej sali z lustrem weneckim, postawienie go i zaproszenie "a teraz patrz" - z tego, co czytałem, chodzi o to, że tych dwoje seniorów zajmuje się sobą z oddaniem do końca, to znaczy pan panią ?

              może tutaj jest zagwozdka ? w obserwowaniu tego oddania i poświęcenia, które wypełnia owa beznamiętność pozorną, gloryfikuje codzienność, maluje dramat ? zaangażowanie reżysera, wyjście poza ten "chłód" burzyłoby autentyczność tej historii ?
      • pepsic Re: "Miłość" w Ale kino 02.10.14, 19:03
        Sorki, ale nie. Miałam wątpliwą przyjemność oglądania w kinie. Tu moje wrażenia spisane na gorąco.Przy okazji dostaje się "Miodowi". Teraz już na pewno mnie rozstrzelacie;)
    • grek.grek "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 14:41
      Oglądaliście ?
      Co sądzicie ?

      ja się zastanawiałem ciągle, czego mi tu brakuje :]
      niby Agnieszka Grochowska gra dobrze, pan Kościukiewicz stara się jak może by nie róznić się specjalnie od siebie samego z "Wszystko co kocham", miasto polskie ma atmosferę miasta polskiego, zdjęcia są bardzo plastyczne, no i wreszcie : niby jest wątek zakazanej miłości, a nawet jest lepiej, bo są i dwa inne wątki miłosno-erotyczne, z udziałem utalentowanych młodychb aktorów [pp. Próchnik i Marczewski].

      wreszcie dotarło do mnie, że brakuje mi rozwinięcia tego wątku kazirodczego. po pierwsze, to się dzieje w ukryciu, między dwojgiem zainteresowanych. brat, owładnięty rosnącą żądzą, czyni podchody do siostry, która zrozumiawszy, co jest grane - stara się go zdecydowanie odpychać. tak go odpycha, że az... w końcu mu ulega. a potem znów go odpycha.

      jest jakaś mglista sugestia, że coś się między nimi zdarzyło w przeszłości, co mogłoby tłumaczyć zupełnie niekompatybilne zachowania Anki, która przerobiła lekcję i wyciągneła wniosek, że to co się wtedy stało było nie do przyjęcia i nie może się powtórzyć. to by oznaczało jednak, że kiedyś i w niej jakiś żar się tlił, więc i ona walczy z pożądaniem i raz jeden potyka się i upada. tyle że nie widać aby ona z czymkolwiek walczyła. jesli zatem nie walczy, ale instynktownie odpycha, a potem równie instynktownie ulega, powstaje wrażenie niespójności.

      Tadek uważa, że nie robi nic złego. zostaje nazwany przez Ankę "zboczeńcem", ale nie zaprzestaje swojej kreciej roboty. w bardzo dobrej scenie, kiedy ona mu tłumaczy "to nie jest normalne, to nie jest naturalne", on jej odpowiada "A co jest ?" - bardzo celna odpowiedź.
      tyle że mnie brakuje konfliktu w Tadku. on już jest poza tabu, a ja nie wiem, jak on tego dokonał. moim zdaniem, film by zyskał, gdyby i on musiał się z sobą samym zmierzyć. wszyscy nasiąkamy społecznymi, środowiskowymi poglądami i normami, socjalizacja nas dopada i zostawia ślad - Tadek chyba też kiedyś jej podlegał. jesli podlegał, to musiał zostać jakiś osad. a tutaj ani cienia starcia wewnętrznego, jakiegoś wyrzutu sumienia, jakiejś winy. w którymś momencie, oczywiście !, powinien to pokonywać, odrzucac, namiętność powinna zwycięzać, ale po walce, kurde balans :]

      te postaci są po prostu... płytkie.
      może dlatego i cała ich relacja, cała ta zakazana miłość, jest płytka. wydaje się, ze scenariusz nie dopracowuje ich charakterów i psychologii, bo wystarczyć ma sam fakt, że brat i siostra idą do łózka ze sobą. wg mnie, aby wsadzić kij w mrowisko i oburzyć moherowych - starczy. aby wzbudzić dyskusję kulturową - też. filmowi to jednak nie służy. obie postaci są potraktowano przedmiotowo. one, wg mnie, nie przekraczają barier w sobie. namiętność nie wygrywa z narzuconym społecznym zestawem wierzeń i zasad. nie widać tego w nich obojgu.

      świetna jest ta Cyganka, Irmina. ze swobodą, śmiało i ekspresją werbalną zagrana przez Anne Próchniak. wszystkie sceny z jej udziałem są świetne. ona się mierzy ze swoją społecznością. i przegrywa, nie ma odwagi zaprotestować, wyłamać się z porządku, z reguł które każą jej żyć wbrew własnym pragnieniom.

      orajt - Irmina wiąże swoją przyszłośc z Tadkiem, ale Tadek nie wie, że za chwilę ona ma wyjść za mąż za ustawionego Cygana z zagranicy, ktorego przeznaczyli jej rodzice, nie pytając ją o zgodę. a jednak ona mu nic nie mówi, on nie wie o niczym, więc niezbyt poważnie traktuje te jej napomknienia o tym, że "kiedyś się ze mną ożenisz". dlaczego miałby ? ona przychodzi do niego wieczorem, w przeddzień swojego ślubu, ale on nie ma czasu by z nią porozmawiać. następnego dnia Irmina zostaje żoną innego. Tadek, odrzucony przez Ankę, która wybacza zdradę swojemu chłopakowi [obiecującemu politykowi z kręgów ultraprawicowych], próbuje przeprosić się z Irminą, ale jest za późno.

      chodzi o to,że Tadek zmarnował szansę na pomoc Irminie w skutecznym buncie wobec zaplanowanej przyszłości, bo sam się w swoim buncie nieskutecznym zapamiętał ? próbuję to dopasowac do wątku głównego i ciągle mam wrażenie, że te dwie historie się nie spinają ze sobą. też tak macie ? :]

      gach Anki okazuje się kompletną świnią i gotów jest wcisnąć ją do łózka swojemu podpitemu politycznemu protektorowi, w zamian za wysokie miejsce na liście wyborczej [swoją drogą, świetna epizodyczna rola Pawła Królikowskiego - ten polityk jest tak komicznie rozbawiony, zupełnie nie widzi problemów w tym, że ma ochotę na dziewczynę swojego młodego kolegi, a kiedy zostaje przez nią wyrzucony z taksówki i słyszy "wyp...!" rzuca z podziwem "Cóż za temperament !" i zwierza się ze śmiechem, że "od 20 lat nik nie kazał mi wyp..ać" - i idzie dalej się bawić]. tutaj też klapa.

      słowem, wszyscy dostają kosza od losu. Może to ma być puenta ? szkopuł w tym, że te historie nie są połączone niczym więcej, rozjeżdzają się w rózne strony i w ostateczności ten wątek kazirodczy zupełnie nie ma znaczenia w finałowych rozstrzygnięciach. a nawet - schodzi na plan dalszy, zajmuje miejsce w szeregu i efekt jest taki, że - przynajmniej w moim przypadku, nie wiem jak u Was ?? - kiedy wypełzają na ekran napisy końcowe : nie miałem wrażenia, że obejrzałem właśnie film, który mierzył się z kulturowym tematem zakazanym. obejrzałem raczej kilka opowiastek z życia wziętych.

      słowem : dużej chmury mały deszcz.
      nawet jeśli realizacja jest na wysokim poziomie :]

      soli i pieprzu chyba też zabrakło, nie sądzicie ? nie mówię o scenach erotycznych, ale w ogóle w tych podchodach. bo to one powinny być najciekawsze, a są takie jakieś niewydarzone. brak tam może należycie podnoszącej temperaturę muzyki ? brak zmysłowości należytej zdjęć [poza wszystkim, samych w sobie bardzo profesjonalnych] ? a może chemia między aktorami nie zadziałała ? może postać Anki nie powinna być taka chropowata, może nalezało jej dodać więcej kobiecości ? Grochowska dzielnie pokazuje nogi i dekoltem świeci po oczach [i brawo, bo zarówno nogi jak i dekolt są apetyczne], ale Anka jest prosto ciosana, niestety nie ma w niej odpowiedniej dozy, powtórzę to słowo, zmysłowości. aktorka gra jak chce reżyser, więc możliwe że to wada scenariusza i koncepcji ogólnej.

      swoją drogą, tak jak w "Jesteś Bogiem" ulubionym przekleństwem w ustach bohaterów była staropolska "ku...", tak w "Bez wstydu" bezapelacyjnie prym wiedzie "wyp..alaj !" :]
      • siostra_bronte Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 15:04
        Generalnie zgadzam się z Twoją recenzją :)

        Za dużo wątków, które się ze sobą nie splatają. Sam główny temat by wystarczył, a tu jeszcze Cyganie i neonaziści. Po co?

        Celna uwaga. Tadek nie ma żadnych wątpliwości ani wyrzutów sumienia. I trudno w to uwierzyć. A Anka jest jak słusznie zauważyłeś mało zmysłowa, mimo ogrywania zgrabnych nóg i dekoltu. Na dokładkę brak jej wrażliwości, do tego jej wulgarny język. Co Tadek w niej widzi? To zdecydowanie odbiera urok tej miłosnej historii.

        Przyznam, że po fragmentach filmu jakie widziałam spodziewałam się czegoś znacznie głębszego, prawdziwego dramatu. Niestety, to się nie udało.

        Ale od dawna nie widziałam żadnego polskiego filmu i było to ciekawe doświadczenie :)

        • grek.grek Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 17:27
          dzięki, Siostro :]

          to prawda. jak przeczytałem w opisie o tych Cyganach i neonazistach, to wyświetliło mi się, że tu musi ktoś kogoś zabić albo wysłać na wózek inwalidzki ;], ale już wtedy głowiłem się, co to ma wspólnego z kazirodztwem w głównym wątku.

          ano właśnie.
          tak sobie myślę, że byłoby jakoś może poręczniej, gdyby to Anka uwodziła Tadka. ona ma w sobie rys drapieżności, a on jest nieśmiały i na męski sposob zmysłowy [choć na męskiej zmysłowości znam się jak krowa na fizyce kwantowej]. i to, wg mnie, byłoby autentyczniejsze. tymczasem, na ekranie ten nieśmiały przystawia się do tej drapieżnej :]

          ja też :]

          zdecydowanie się z Tobą zgadzam. zawsze to nowe doświadczenie, nowy film, premiera, koniec końców... przynajmniej mozemy pokrytykować ;]] konstruktywnie ! ;]
      • pani_lovett Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 15:51
        > jest jakaś mglista sugestia, że coś się między nimi zdarzyło w przeszłości, co
        > mogłoby tłumaczyć zupełnie niekompatybilne zachowania Anki, która przerobiła le
        > kcję i wyciągneła wniosek, że to co się wtedy stało było nie do przyjęcia i nie
        > może się powtórzyć. to by oznaczało jednak, że kiedyś i w niej jakiś żar się t
        > lił, więc i ona walczy z pożądaniem i raz jeden potyka się i upada.

        Mglista sugestia, że między rodzeństwem było coś wcześniej, zostaje rozwiana w momencie, kiedy Anka, uświadamia Tadkowi, że "on chce się z nią pieprzyć", a "to nie jest normalne, to nie jest naturalne"!?
        • pani_lovett Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 16:19
          Brakowało mi szczegółów na temat wcześniejszego życia Anki i Tadka.

          PS
          Wkleję tu mu komentarz, żeby nie trzeba było szukać dopisywać w innym miejscu.

          Moim zdaniem nie udał się Marczewskiemu film o problemie kazirodczej miłość.
          Temat potraktowany został bardzo płytko, postaci głównych bohaterów są papierowe, powierzchownie potraktowane, nieciekawe psychologicznie. Cała kontrowersja relacji sprowadza się do jednorazowego seksu chłopka z dziewczyną, którzy, jak utrzymują, są rodzeństwem.

          Cała płycizna ma oczywiście związek także z tym, że reżyser i scenarzysta postanowili pożenić, nie wiedzieć czemu, kwestię kazirodczej relacji z tematyka społeczną (również potraktowaną schematycznie ogólnikowo) - atakami neonazistów na siedziby cygańskie.


          Nie czuje się chemii między bohaterami, choć aktorzy robią, co mogą.



          Bardzo mnie irytowały postacie kobiece w tym filmie uzależnione od facetów, ulegające facetom, działające wyłącznie ze względu na facetów i przez facetów - Anka , uzależniona od (seksu z?) żonatego faceta, neofaszysty, usiłującego robić karierę polityczną, potem oddająca się bratu; Cyganka - Irmina, ulegająca oczarowaniu już samym widokiem faceta wyskakującego z pociągu (do tego stopnia oczarowana, że chce porzucić środowisko z którego się wywodzi!? ;) Nawet epizodyczna asystentka, chuda, długonoga blondyna, pojawia się tylko po to, by dać d..., oddać się stereotypowo swojemu szefowi, absztyfikantowi Anki . A propos , czy scena z tą chudą blondyną, która ubierając się po seksie, sepleni coś pod nosem miała w zamierzeniu być komiczna?


          Młody debiutujący reżyser, wziąwszy na warsztat budzący kontrowersje temat, temat samograj , którego w dodatku nikt jeszcze w naszym kinie nie podejmował, miał szanse stworzyć mocne, kontrowersyjne dzieło, prowokujące do dyskusji, niestety nie skorzystał z tej szansy, zmarnował ją (jako że wyrastał w środowisku filmowców, trochę dziwi to zachowawcze potraktowanie do tematu, jakby się pan reżyser wystraszył przyszłych kontrowersji, konsekwencji a może obawiał się, że mocniejszy obraz nie dostanie dotacji na film? ). I wieka szkoda. Bo kiedy szokować, kiedy uderzać w "zatęchłą moralność mieszczańską", jak nie w młodym wieku? ;)

          Debiut Polańskiego zirytował najważniejsza osobę w państwie, I sekretarz Władysław Gomułka miał rzucić popielniczka w ekran po obejrzeniu "Noża w wodzie". A potem na XIII Plenum KC PZPR skrytykował do szczętu dzieło Polańskiego, które zostało potem zakwalifikowane jako kandydat do Oscara. Film Marczewskiego nikogo nie sprowokuje do reakcji, do dyskusji. Budzi najwyżej wzruszenie ramion.
          Drugim Polańskim młody Marczewski nie będzie.

          Uff! Tyle uwag na gorąco!
      • pani_lovett Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 15:59
        grek.grek napisał:

        tyle że mnie brakuje konfliktu w Tadku. on już jest poza tabu, a ja nie wiem, jak on tego dokonał. moim zdaniem, film by zyskał, gdyby i on musiał się z sobą samym zmierzyć. wszyscy nasiąkamy społecznymi, środowiskowymi poglądami i normami, socjalizacja nas dopada i zostawia ślad - Tadek chyba też kiedyś jej podlegał. jesli podlegał, to musiał zostać jakiś osad. a tutaj ani cienia starcia wewnętrznego, jakiegoś wyrzutu sumienia, jakiejś winy. w którymś momencie, oczywiście !, powinien to pokonywać, odrzucac, namiętność powinna zwycięzać, ale po walce, kurde balans :]

        Otóż to!!! Tylko, że w miejsce mierzenia się Tadka ze sobą samym / jakież to byłoby ciekawe!/ dostajemy wątek neonazistów napadających na domostwa cygańskie oraz wątek zauroczenia Irminy Tadkiem!?

      • pani_lovett Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 16:04
        > soli i pieprzu chyba też zabrakło, nie sądzicie ? nie mówię o scenach erotyczny
        > ch, ale w ogóle w tych podchodach. bo to one powinny być najciekawsze, a są tak
        > ie jakieś niewydarzone. brak tam może należycie podnoszącej temperaturę muzyki
        > ? brak zmysłowości należytej zdjęć [poza wszystkim, samych w sobie bardzo profe
        > sjonalnych] ?

        Zgadzam się. Tematyka zobowiązuje do pokazania odważnych scen.
      • limonka-2 Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 03.10.14, 21:32
        "Bez wstydu" jest pełnometrażową wersją krótkometrażowego debiutu Marczewskiego pt "Melodramat". Ten krótki film był obsypywany nagrodami na całym świecie, był najczęściej nagradzanym polskim filmem w 2006 roku (m.in. nominacja do studenckiego Oscara). Niestety "Bez wstydu" nie powtórzyło sukcesu, na co zapewne liczył reżyser. Jest w krótkim filmie kilka przejmujących scen, a ta w której 15 letni Tadek zlizuje pot z brzucha siostry (Agnieszka Krukówna) bije na głowę erotykę z "Bez wstydu". Myślę, że Marczewski, po dużym sukcesie "Melodramatu", przeżył rozczarowanie związane ze swoim debiutem fabularnym dlatego na razie nie słychać, żeby pracował nad czymś nowym.
          • limonka-2 Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opini 04.10.14, 21:30
            grek.grek napisał:

            > a to jest ciekawa informacja, dzięki Ci.
            >
            > wygląda więc na to, ze "Bez wstydu" jest... sztukowany do "Melodramatu", co by
            > dociągnąc do pełnego metrażu.

            Dokładnie tak było, mówił o tym Marczewski w jakimś wywiadzie, do sztukowania "Melodramatu" namówił go jakiś dobry reżyser na jednym z zagranicznych festiwali, niestety sztukowanie się nie udało, a szkoda, bo jak już ktoś wcześniej napisał temat miał potencjał.
        • pani_lovett Re: "Bez wstydu" - jakie wrażenia i opinie ? 04.10.14, 20:13
          limonka-2 napisała:

          Dzięki! Czytałam o tym.

          Jest w krótkim filmie kilka przejmujących scen, a ta w której 15 l
          > etni Tadek zlizuje pot z brzucha siostry (Agnieszka Krukówna) bije na głowę ero
          > tykę z "Bez wstydu".

          No proszę!
          Bardzo dziwi zatem decyzja reżysera o rezygnacji w długometrażowym debiucie z pogłębienia tematu (relacji kazirodczej) i dołożeniu niejako w zamian wątku Cyganów i neofaszystów.
    • grek.grek "Mroczny Rycerz powstaje" TVN 20:00 [dziś] 03.10.14, 17:36
      no to mamy tego "nowego, lepszego, psychologicznie głębszego" Batmana w rezyserii Nolana :]

      TVN szarżuje z hitem AD 2012.

      skaczemy ?
      może rzeczywiście jest to bardziej "szekspirowskie" niż czysto komiksowe ?

      Siostro, w obsadzie jest Gary Oldman :]

      oraz Christian Bale, Morgan FReeman, Michael Caine, Joseph Gordon-Levitt, Tom Hardy, no i dwie gracje : Anne Hathaway i Marion Cotillard. budżet musiał być niekiepski.
        • grek.grek Re: "Mroczny Rycerz powstaje" TVN 20:00 [dziś] 04.10.14, 16:15
          jakże bym miał zapomnieć :]

          zaryzykowałem i obejrzałem.
          wciągnąłem się nawet :]
          cięzko było się przebić przez te komiksowe stroje głównych bohaterów, ale poza stylizacją -
          wychodzi z tego interesująca całkiem opowieść.

          jak na kino rozrywkowe, to nawet ambitna.
          wątek odkupienia niepopełnionej winy, wątek cierpienia za niepopełnione winy, poświęcenie
          w imię odbudowania dobrego imienia; zemsta za śmierć ojca na kimś, kto go nie popełnił [ale wziął winę na siebie], ale także na całym mieście; powrót z niebyt w celu "ratowania świata" i koniecznośc przejścia duchowej przemiany; cała sekwencja przejęcia władzy przez juntę, a w istocie zwyczajnych terrorystów, na czele których stoi zamaskowany gość zakochany w kobiecie pragnącej zemsty na Gotham City za śmierć ojca; cała sekwencja przejęcia rządów przez terror, pod płaszczykiem rewolucji, pojawienie się publicznych sądów sprawiedliwości, przed którymi "skorumpowana klika" dotychczas rządząca miastem staje przed wyborem "śmierć czy wygnanie ?", przy czym wygnanie równa się śmierci, bo delikwent zostaje wysłany w drogę po kruchym lodzie dopiero co zamarzniętego rzeki, więc po minucie wpada do lodowatej wody i ginie marnie; wątki lojalności, zdrady itd. pod otoczką sensacyjnego, efektownego widowiska - naprawde można szukać owych "szekspirowskich" odniesień. dobre dialogi, czasami nawet filozoficzne; niejednoznaczne postaci; oczywiście, świetnie rozbudowana warstwa... komputerowa :]

          aktorstwo wysokiej próby, chociaż ofk przefiltrowane przez pewien rodzaj minimalnego przerysowania charakterystycznego dla tego rodzaju kina; poza tym, trudno mówić poważnie głębokie kwestie jak się ma na twarzy jakiś metalowy zatrzask, albo strój imitujący nietoperza i te komiczne uszka na głowie :]; mnie do gustu przypadła Anne Hathaway w lateksowym stroju Kobiety-Kota, w kapitalnych okularach, zawsze w pozie ironicznej i gotowej sprzedać jakiegoś one linera, przy okazji likwidacji kolejnego frajera, który jej wszedł w drogę; a scena w której zsiada ze swojego fikuśnego motocykla długą lateksową, zgrabną nogą robiąc zamach do boku i w przód - pozostanie moją ulubioną ;]]

          yes, prawie 3 godzina ma ta zabawka, ale tak jakoś nie czułem specjalnie tej wagi. to jest naprawdę klasowe, doskonale zrobione ofk i zaskakująco niegłupie kino komiksowo-sensacyjne. nie dziwią mnie te wysokie noty w róznych miejscach wyrażane.

          wiesz, ja pamiętam kino akcji z Arnoldem S., ze Stallonem, Chuckiem Norrisem co to kopał z półobrotu legendarnie, czy Van Dammem - i powiedziałbym, że od tamtych czasów do "Mrocznego rycerza" ten gatunek filmowy zmienił się na tyle nie do poznania, że to już nie jest ten sam gatunek :}
    • grek.grek "Klimaty" [2007] Kultura 20:20 i 1:30 03.10.14, 17:44
      film Nuri Ceylana [Złota Palma w tym roku, za "Winter Sleep"].

      mam tutaj skąpy opis, wedle którego jest to kameralna opowieśc o kryzysie, dotąd całkiem udanego, związku małżeńskiego.

      w piątki Kultura zwykle daje dobre filmy autorskie, festiwalowe.
      "Klimaty" zbierały ponoć wspaniałe recenzje :

      swiatowid.katowice.pl/index.php?id=klimaty
      3 godzinny "Mroczny..." [z reklamami w TVN, to tak jakoś do północy zejdzie chyba ? :)], a potem kino arthouse'owe do wpół do 4 ?

      aż się boje spytać, czy skaczemy... ;]
    • maniaczytania Bond, Indiana Jones, Hudson Hawk 04.10.14, 14:52
      na Jedynce "Casino Royale" 21.20, na TVN "Indiana Jones i ostatnia krucjata" 21.40, na Stopklatce "Hudson Hawk" 20.00, a po nim "Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi". Na TVP Kultura o 20.20 hiszpańska produkcja "Życie to jest to".

      Co wybieracie? U mnie Indy - ciąg dalszy poznawania przygód sławnego archeologa ;)
      • grek.grek ... a w TVN7 "Incepcja", w Stopkl."Somewhere..." 04.10.14, 16:28
        "Incepcja' o 23:35, jutro powt. o 20:00.
        [może wreszcie zajarzę o co tam dokładnie chodziło]

        "Somewhere, między miejscami" jest w reż. Sophie Coppoli.
        dostał Złotego Lwa.
        nie bez powodu tytuł nawiązuje do "Między słowam" tejże samej pani.
        tam chodziło samotność i tutaj też o nią chodzi - tam był aktor i młoda dziewczyna spotykający się w Tokio i przełamujący wyobcowanie.
        tutaj [nie widziałem, ale nieźle czytam ;)] jest aktor z Hollywoodu - modny, z kasą i znajomościami, ale tak samo wyalienowany i zagubiony. na szczęście dla siebie ma
        córkę [chyba z pozamałżeńskiego eks-związku], 11-latkę która pomoże mu coś z tym
        fantem począć.

        szkoda, że zaczyna się o 0:35.
        a do tego powtórki nie widać na horyzoncie [przejrzałem najbliższe 2 tygodnie i głucho].
    • grek.grek "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [1] 05.10.14, 12:46
      Rocznik 1980. Reżyseria Martin Scorsese, Oscarowa-Złotoglobowa ponadczasowa główna rola De Niro. świetni Joe Pesci i Cathy Moriarty. Bardzo dobry, treściwy i czytelny, scenariusz [Mardik Martin i Paul Schrader], no i całośc skleiła perfekcyjnie etatowa montażystka Scorsesego - Thelma Schoonmaker. Wszystko działa jak w najlepszym zegarku, stara ekipa w komplecie, efekt - znakomite kino.

      Tytułowy "Wściekły byk", to Jake La Motta, amerykański bokser wagi średniej, występujący w latach 40-tych. W roku 1949 sięgnął po mistrzostwo świata.

      Scorsesego boks Las Motty obchodzi o tyle, o ile jest przyczynkiem do sportretowania go jako człowieka. O ile wielu sportowców, zwłaszcza w sportach walki, znajduje świetny balans między agresją sportową i luzem, kulturą i opanowaniem poza ringiem - u La Motty obie rzeczywistości rzutowały na siebie i zazębiały się. W walce był taki jak w życiu, a w życiu - jak w walce. Mike Tyson poza ringiem hodował i kochał gołębie. Jake La Motta hodował kompleksy i psychozy.

      Ofk, Scorsese jest uczciwy - bokser popełnia w życiu błędy, nie jest aniołem, ale jest też człowiekiem ambitnym i oddanym swojemu marzeniu o zdobyciu mistrzowskiego pasa.

      Robert De Niro gra rewelacyjnie, jest doskonały. Do historii kina przeszły także jego fizyczne metamorfozy do tej roli, czy może - W ! tej roli. Scenariusz obejmuje Jake'a La Mottę w róznych momentach życia, zarówno jako czynnego sportowca, jak i emeryta - do tego drugiego wcielenia De Niro musiał przytyć 30 kg. Scorsese uznał widocznie, że łatwiej - a na pewno przyjemniej ;) - będzie jego ulubionemu aktorowi wrzucić na "ramę" 30 kilogramów niż je zrzucać. Rozsądne. Rzecz w tym, że zdaje się De Niro miał bardzo niewiele czasu na ten manewr i ponoć jadł tyle makaronu, że ludzie w Ameryce zaczeli robić zapasy, bo w sklepach brakowało, jakby jakaś wojna się zbliżała ;]

      Tak czy owak, jest to film perfekcyjny pod każdym względem. Świetnie oprawiony muzyką, dzięki której w odpowiednio wydzielonych sekwencjach można poczuć sentymentalno-sielski klimat włoskiej dzielnicy Bronxu lat 40 -tych.

      Gdybyście mieli ochotę spróbowac/przypomnieć sobie :
      www.efilmy.net/film,3787,Wsciekly-byk-Raging-Bull-1980-Lektor-PL.html
      Jako się rzekło...

      W pierwszej scenie La Motta zjawia się w swoim emerytalnym wcieleniu. Mocno utyty, siedzi w garderobie i ćwiczy rymowany tekst, który za chwilę wygłosi na scenie rozrywkowej knajpy jaką zawiaduje. To jego pomysł na życie poza ringiem, po skończeniu kariery :
      www.youtube.com/watch?v=poR4EO2u2rk
      Ale zanim tutaj dotarł, sporo się wydarzyło.
      Lata 40-te, Bronx, Nowy Jork.
      Jake La Motta [De Niro] jest obiecującym bokserem w wadze średniej. Własnie toczy kolejny pojedynek. Przegrywa go na punkty, mimo że w ostatniej rundzie rzuca się do odrabiania strat i powala przeciwnika raz za razem na matę. Po ostatnim knockdownie rywal już nie wstajee, ale w trakcie odliczania do "10" ratuje go gong na zakończenie walki. Jake nie wygra więc przez nokaut, a przegra na punkty. Jego prawdziwie "bycza" szarża była zbyt późno przeprowadzona. Wspaniała scena-symbol całego życia La Motty, w którym zawsze jest on o krok spóźniony w jakiejś istotnej sprawie. I oczywiście, Jake nie rozumie "dlaczego ?". Mówi do swojego trenera "Przecież go powaliłem, to o co chodzi ?". Wspiera go publika - latają krzesła, wyzwiska w stronę sędziów... Joey [świetny Joe Pesci], brat i menadżer Jake'a, namawia go : "nie schodź z ringu, przechadzaj się po nim w pozie zwycięzcy, pokaż kto tu naprawdę wygrał" - i tak też Jake robi. Gdyby zawsze słuchał brata...

      A potem scena domowa, kiedy La Motta i jego żona wywołują karczemną awanturę, której zarzewiem staje się... stek. On uważa, że ona smaży go za wolno, a ona, że wprost przeciwnie. I biorą się za łby. Słucha tego cała kamienica, a i na chodnik dociera. Sąsiedzi się pultają, a Jake im odpyskowuje. Pandemonium ;] :
      www.yotube.com/watch?v=cFgAORdRUf4
      Trzy pierwsze sceny kreślą trójkąt, w którym porusza się cały film - zarówno jak chodzi o wątki biograficzne, ale również psychologię głównego bohatera.

      Jake ma marzenie - chce być mistrzem. Problem w tym, że w zawodowym boksie o tym, kto ma szansę walczyć o mistrzostwo nie decyduje jakiś obiektywny ranking, ale wpływy promotorskie. A La Motta nie chce współpracować. Tomy, miejscowy wpływowy promotor, a przy okazji ojciec chrzestny, docenia oczywiście Jake'a. Chce mu pomóc w karierze. La Motta jednak odmawia. Chce wygrać SAM. Bez pomocy. I upiera się przy tym tak bardzo, że powstaje pytanie, na ile jest to utopista, który nie rozumie rzeczywistości i boksuje ze ścianą, a na ile idealista i człowiek uczciwy aż do przesady.

      W pewnym momencie zamyśla się i mówi do brata "Wiesz na czym polega kłopot ? Mam małe dłonie... Takie małe... A chciałbym walczyć z Joe Louisem. I wiem, że mógłbym go znokautować. Tyllko te małe dłonie... Nie mogę przestać o tym myśleć...o tym, ze nie będzie mi dane zmierzyć się z najlepszym". Joey słucha go ze zdumieniem. Joe Louis walczy przecież z wadze cięzkiej. Jake jest zaledwie w średniej. "Jake, obudź się, boksujecie w dwóch skrajnie róznych wagach", tłumaczy mu. Ale Jake nie przestaje wyglądać na rozczarowanego.

      La Motta ma opinię czarnej owcy. Nikomu się nie kłania, z nikim nie rozmawia... We włoskiej dzielnicy panuje familiaryzm. Wszyscy są razem, powiązani siatką interesów i zależności. On jest poza tym układem. Tomy, a także mniejsze rybki w stawie, na czele z Salvim - mają chrapkę na poprowadzenie kariery ringowej Jake'a. To on ich nie chce. Zawsze sam. Albo z bratem, który próbuje mu realia oświetlić, trafiając jednak ciągle w próżnię. Efekt jest taki, że waga średnia staje się areną pojedynków dwóch bokserów - La Motty i Sugara Raya Robinsona, czarnoskórego błyskotliwego technicznie czempiona. Ich walki [łącznie było ich bodaj 7] są zderzeniem całkowicie róznych od siebie stylów i osobowości ringowych, niezwykle intensywne, dostarczające wrażeń widowni. Ciekawostka jest taka, że bodaj tylko jedna z ich bitew toczyła się o pas mistrzowski.

      La Motta nie rozumiał zasad działania tego biznesu. Odmawiając promotorom - skazywał się na bycie bokserem tyleż cenionym i wygrywającym walki, co nie dostającym szansy na to by stanąc do pojedynku o tytuł.

      POdczas jednego z treningów halę odwiedza Salvi z kolegami - Joey przerywa na moment sparing, aby namówić Jake'a by z nimi porozmawiał. Ten odmawia. Bracia wdają się w ringową bójkę [oczywiście mają na sobie kaski i ochraniacze na tułów], która rozbawia otoczenie, a i Jake w końcu cały uśmiany porzuca rękawice i "ucieka". Jeden człowiek nie śmieje się ani trochę, mimo że jest komiczny do bólu - Joey. Wygląda na to, jakby on jeden rozumiał rzeczywistość i bardziej mu zalezało na sukcesie brata niż jemu samemu. Bezsilnośc wywołuje wściekłość i tak też reaguje JOey, gdy do brata nie dociera jaki błąd popełnia.

      Jest lato. Na basenie Jake zauważa urodziwą dziewczynę, wersja blond. Zaintrygowany jej urodą dowiaduje się, że Vicky [Cathy Moriarty, trochę "dojrzale" wygląda jak na nastolatkę, ale gra za to znakomicie] ma ledwie 15 lat. Wszystko chce o niej wiedzieć, z kim się prowadza i tak dalej, Joey wie niewiele, a Jake od razu pyta "Sypiałeś z nią ?". Siedzi i wgapia się z w nią, a ona przesiaduje z Salviem i jego znajomymi - to jej "paczka". W małżeństwie mu się nie układa, żona ma tyleż temperamentu, co wulgarności i napada na niego za każdym razem, gdy Jake wychodzi z domu. Wyzywa jego i Joeya od najgorszych, awanturuje się wprost niemożliwie.

      Ten związek nie ma szans na przetrwanie. A jego klapa następuje w momencie, gdy Jake poznaje Vicky. Przez siatkę, ona jest po stronie basenu, a on chodnika - i on ją zdobywa
      • grek.grek "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [2] 05.10.14, 13:35
        Zdobywa ją jednym gestem : nie mogą sobie podać dłoni, Vicky trzyma siatkę dłonią, a Jake wita się z nią ściskając lekko kostkę jej zgiętego małego palca. Ona mówi, że Jake ma fajne auto, więc on ją zaprasza na przejażdzkę, bawią się w mini-golfa, a potem Jake zabiera ją do mieszkania swojego ojca, którtego akurat nie ma w chałupie. Oprowadza ją po domu, kulturalnie zabawia rozmową, a potem całują się i kamera sugeruje ciąg dalszy poza kadrem :
        www.youtube.com/watch?v=OXUwwQV6q6M
        Vicky zostaje dziewczyną Jake'a. Co z żoną ? Tego film nie wyjaśnia, zapewne doszło do rozwodu.

        Jake jest w niej zakochany po uszy. I zauroczony jej seksapilem. Znów jest kłopot, bo przez ostatnie 2 tygodnie przed walką Jake nie uprawia z nią seksu. W sytuacji podbramkowej wlewa sobie w galoty dzban wody z lodem. Profesjonalista :] KIedy Vicky kusi go nadal - zamyka się przed nią w łazience.

        Kolejna porażka z Robinsonem, mimo że znów Jake rzucił go na matę, wywołuje tępą frustrację. La Motta zaczyna się zastanawiać, czy przegrywa i pozostaje na peryferiach wielkiego boksu, z powodu... karmy ? "Zrobiłem tyle złych rzeczy, że może za to właśnie ponoszę karę ?", zastanawia się w szatni po walce.

        JOey ma prostsze wyjaśnienie : "OKradli cię ! Nas okradli ! Złodzieje !". Nie, kochani. Nie złodzieje. Robinson miał promotora i współpracował, więc dostawał walki o tytuł, a La Motta bił się najwyżej o uznanie widowni.

        Mija kilka lat, Jake wygrywa kolejne walki, żeni się z Vicky, JOey tez się żeni i ma dzieci, bracia z rodzinami trzymają sie razem. Fantastycznie zrealizowana sekwencja stylizowana na archiwalia :
        www.youtube.com/watch?v=L2xD-HYTPPI
        W 1947 roku marazm z wadze średniej przełamuje pojawienie się młodego ambitnego Janiro. Jake ma z nim walczyć. Został miesiąc, a tutaj Wściekły paraduje po chałupie z wyraźną oponką na brzuchu. Waży 84 kg, a ustalony limit wynosi 77. Joey upomina go, zeby wziął się za siebie i przestał objadać bez pamięci. I wiecie co ? Jake ma do niego pretensje, ze ustawił mu walkę w limicie 77, a nie wyższym, i on teraz biedak musi zrzucać wagę :] TO są momenty, które pokazują, że albo La Motta jest kapryśnym dzieciakiem albo ma niskie Iq ;]

        Podczas rozmowy w kuchni Vicky mówi do Jake'a, ze "Zwycięstwo nad Janiro podbije ci notowania, bo on jest popularny i PRZYSTOJNY...". To kluczowy moment, bo od niego datuje się chorobliwa zazdrość LaMotty o żonę. Patologiczna. Wystarcza moment, jedno zdanie. Jake od razu, z całym natężeniem swojej paranoi, wsiada na nią : "ZARAZ... jaki PRZYSTOJNY ?". Ona to powiedziała ot tak, a on to uznał za sygnał alarmowy.

        Od razu bierze na spytki Joeya i pyta, czy Vicky przypadkiem nie przyprawia mu rogów, kiedy Jake wyjeżdza na treningi i walki. JOey na to, ze nic nie zauważył, i żeby Jake przestał się czepiać, ale La Motta już jest po drugiej stronie. Każe bratu śledzić Vicky i donosić mu o wszystkim, co tylko zauwazy. Joey go strofuje i każe przeprosić żonę, zaprosić ją gdzieś przed wyjazdem, dać jej rozrywkę, wtedy na pewno nie będzie jej sama szukała. No i Jake przeprasza obsypując ją setkami pocałunków.

        To jednak dopiero początek.
        Podczas jakiegoś wieczoru towarzyskiego w klubie Jake jak zawsze siedzi z daleka od Tomy'ego, Salvio i reszty towarzystwa. I zjada słoną żabę obserwujac jak Vicky się z nimi wita, jak ją całują w policzek jakieś bogate dziadki. Jake rejestruje każdy gest, najmniejszy nawet. Jest potwornie zazdrosny. Kiedy Vicky wraca do stolika od razu na nią wsiada z pretensjami.

        Oni do niego kiwają, wysyłają drinki, zapraszają, ale Jake dziękuje i pozdrawia na odległość i ani kroku w ich robi. Potem idzie do nich Joey. Wreszzcie sam Jake się przełamuje. Na sztywno, siląc się na towarzyską ogładę, siedzi jak na szpilkach, a Tomy pyta go - co z walką przeciw Janiro, bo chodzą słuchy, że Jake jest bez formy. I dodaje znów, ze "Janiro podoba się dziewczynom, bo ma taką gładką twarz". Reszta przytakuje. Jake jest maksymalnie wnerwiony, chociaż siedzi spokojnie, idzie w wulgarność "Skoro jest taki ładny, to nie wiem czy mam mu przy-pieprzyć czy go wy-pieprzyć". Ktoś odpowiada "Żeby on ciebie nie wy,pieprzył". Gdy wreszcie Tommy pyta : "NO to - jak mam obstawić tę walkę ?", Jake żywiołowo odpowiada "POstaw na mnie. Wszystko co masz".

        W efekcie tych wydarzeń - Jake ma taką motywację przed walką, że nie tylko zrzucanie wagi wychodzi mu doskonale, ale i sam pojedynek. Znęca się nad Janiro. Nie tylko pokonuje go przez nokaut, ale i oszpeca paskudnie. Kiedy Janiro pada, komentatorzy stwierdzają "JUż nie będzie taki ładny". A Joey barwnie określa to, co zrobił mu La Motta "Przestawił mu nos w zupełnie drugą stronę, musieli mu go przyszywać".

        Zaniedbywana przez coraz bardziej zazdrosnego, sfrustrowanego sportowo męża, Vicky zaczyna wychodzić sama z domu. W klubie spotyka się ze swoimi dawnymi znajomymi, z Salvio na czele.

        Któregoś razu przypadkiem widzi ich Joey. Podchodzi do stolika i próbuje zabrać stamtąd Vicky. Na stronie robi jej wymówwki, ale ona odpowiada, że ma dość tej kontroli, a do tego nie zamierza gnić w domu mając 20 lat. MÓwi swoje i wraca do przyjaciół. JOey za nią chcąc ją fizycznie wyprowadzić z klubu do domu. Wtedy wtrąca się Salvio i próbuje załagodzić sytuację, mówiąc że nic przecież się nie dzieje, siedzą sobie i gadają, więc w czym problem. Joey dostaje małpiego rozumu... wszczyna awanturę, bijatykę która przenosi sie na chodnik, gdzie Joey naparza Salvia najpierw popielniczką na wysokiej nózce, a potem dzwiami od samochodu [w scenach bójek mały, histerycznie agresywny Joe Pesci jest "i straszny i śmieszny": :} :
        www.youtube.com/watch?v=WRSTDKgUG-j8
        Walka o tytuł, która mogłaby nieco wyluzować Jake'a, jest niedaleko. Kłopot jest ten sam co zawsze - najpierw Jake musiałby się podłożyć. Przegrać walkę, aby Tommy i mafia mogli na niej zarobić korzystając z odpowiednio wysokich kursów bukmacherskich. Najpierw Jake da zarobić mafii, a potem dostanie swoją walkę o tytuł.

        La Motta ma dość, kapituluje. POdkłada się w walce z niejakim Foxem. Najpierw sam wywraca go jak kukłę, ale potem realizuje nakreślony plan i daje się pokonac. Jednego tylko nie robi zgodnie z umową - nie pada na deski. Daje się okładać, nie odpowiada ciosami, ale nie chce upaść. Publika szaleje. Wszyscy widzą, ze to ustawiona walka. Sędzia nie ma wyjścia - przerywa mecz i wylicza Jake'a na stojąco. La Motta schodzi z ringu przy huraganowych protestach widowni.

        W szatni... płacze. Płacze ze wstydu. MOżna sobie tylko wyobrażać jak bolesne dla człowieka o takiej ambicji i dumie mogła być taka plama na honorze. Płacze on, płaczą trenerzy. Doskonała scena. Aby dostać swoją szansę La Motta płaci nie potem, nie krwią, nawet nie tymi łzami. Płaci zdradą własnych ideałów.

        Komisja Boksu zawiesza go po tej walce. Policja wszczyna dochodzenie w sprawie przekrętu. A wynagrodzenia za ten pojedynek również zawieszone do czasu zakończenia dochodzenia. JOey ma do Jake'a pretensje, że nie upadł - "Gdybyś upadł wszystko byłoby w porządku, nie wiesz jak to się robi ? pokaże ci... [i kładzie się na podłodze]. Widzisz ? TO takie proste". Jake jednak nie umiał upaść. Joey jest racjonalistą, ale nie rozumie, że Jake dostatecznie się splamił dając się pokonać, nie podejmując walki. Odmowa upadku była ostatnim azylem godności, jaki mógł zachować w tym momencie.





      • grek.grek "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [3] 05.10.14, 14:21
        Tommy spełnia swoje obietnice. Jake dostaje walkę o tytuł. Rywalem jest Francuz Marcel Cerdan [prywatnie, kochanek i przyjaciel Edith Piaf].

        Przed walką Jake, Joey i ich rodziny spędzają czas w hotelu. Kłotnia i sprzeczka goni sprzeczkę i kótnię. Najpierw Joey pyta Vicky, co jej zamówić z bufetu hotelowego, a kiedy ta chce ciastko, Joey próbuje jej wcisnąc burgera, więc Jake się wtrąca i każe Joeyowi przestać dyktować jego własnej żonie, co ma jeść. Potem odwiedza ich Tommy z jakimś drugim dziadkiem - całują Vicky w policzek, dotykają jej biodra... niby delikatnie i bez podtekstów, ale Jake aż chodzi cały z nerwów. Po ich wyjściu bierze Vicky na stronę i robi jej awanturę, włącznie z policzkowaniem. Musztra jak w wojsku. A jak już powie swoje, to każe jej odejśc, jak niepołusznemu uczniakowi. Nerwy przed walką to jedno, ale Jake po prostu dostaje szajby z zazdrości o nią.

        W ringu La Motta zwycięża bezapelacyjnie. W 1949 roku zostaje mistrzem świata w wadze średniej. Przepełnia go duma, kiedy zakładają mu na biodra wymarzony pas.

        Mimo tego sukcesu, dopięcia swego, nic nie zmienia w jego prywatnym życiu. Przeciwnie. Zazdrośc o żoną przybiera u La Motty formę psychicznej choroby. Vicky nie może wyjść z domu i wrócić bez tłumaczenia się przed sierżantem Mężem, który stale podejrzewa ją o schadzki z innymi mężczyznami. Wie, że jego zwyczaje [absytencja seksualna przed walkami] nie wpływają dobrze na nią, że może szukać przygód. Nie ma jednak żadnych podstaw w jej zachowaniach, by posądzać ją o niewierność. KIedy Joey całuje bratową w usta, na powitanie, Jake ma do niego pretensje, że tak robi. I węszy w tym drugie dno...

        Po bójce w knajpie - Tommy zaprosił do siebie Joeya i Salvio, prosząc żeby się pogodzili. Jak Capo di tutti capi prosi, to się nie ma co opierać.

        Potem te informacje docierają do Jake'a - jest ciekaw, o co Joey się pobił z Salvio. JOey nie chce mu powiedzieć prawdy, boi się że Jake mógłby zrobić krzywdę żonie, gdyby się dowiedział, że poszło o nią. Odmawia więc odpowiedzi, mówiąc że to było coś "między nimi, bez związku z Jake'em". Ale Jake jest tak czujny i tak szurnięty na punkcie cnoty swojej żony, że nie wierzy. Namolnie wypytuje, Joey cierpliwie odpowiada, a Jake nie wierzy. Nie mówi tego, ale nie wierzy. TO widać.

        Za miesiąc Jake ma bronić pasa mistrza. Forma jest w lesie. La Motta paraduje po chacie z dumnie wywalonym brzuszyskiem, Joey go ochrzania "Pracowałeś na ten tytuł całe życie, a teraz chcesz to stracić, bo nie umiesz powstrzymać się przed obżeraniem ?".

        Wreszcie paranoja Jake sięga szczytu. Vicky wraca z miasta. Joey całuje ją w usta, jak bratową we włoskich rodzinach... ale Jake tak tego nie odczytuje. Włącza mu się korba. VIcky idzie na góre, a on bierze w tryby Joeya.

        Najpierw wypytuje brata o innych facetów, czy nie widział Vicky z jakimś gachem, a kiedy Joey zaprzecza Jake kieruje się w jego stronę... pyta brata wprost : "POsuwasz moją zonę ?". I świdruje go oczami, żeby odszukać w najmniejszym jego geście czy mrugnięciu powiek potwierdzenie swoich podejrzeń. Uwierzycie w tę szajbę ? JOey nie może uwierzyć w to co słyszy. Odmawia odpowiedzi - "To jest chore pytanie, ty jesteś chory, spróbuj się leczyć", odpowiada i idzie do domu.

        Jake'owi mało jest tej amunicji. PO wyjściu brata idzie na górę i robi zadymę Vicky. Podpytuje, ciągnie za włosy, domaga się odpowiedzi, nie zadowala go prawda... nie wiadomo czego chce - żeby potwierdziła i mógł jej wlać, czy żeby zaprzeczyła, żeby mógł jej wlać za to, że go okłamuje. Nonsens. Vicky próbuje przed nim uciekać, ale Jake wyłamuje drzwi do łazienki i bije ją w twarz. Doprowadzona do ostateczności Vicky wykrzykuje z płaczem "Tak, pie,przę się ze wszystkimi ! Wszystkim robię loda ! Twojemuy bratu też ! I wiesz co - ma większego niż ty !".

        Jest coraz lepiej, bo Jake te ironiczne "wyznania"... bierze na serio. Jak stoi tak idzie do brata. Vicky za nim, próbując go zatrzymać. Na nic - Jake wpada prosto w rodzinny obiad u Joeya i bije go przy żonie i dzieciach. Vicky z żoną JOeya próbują go odciągać, za co Vicky zostaje znokautowana przez Jake'a. Pandemonium :
        www.youtube.com/watch?v=1tAyGbD_Y6Q
        Vcky wraca w nocy. Zastaje Jake'a gapiącego się tępo w śnieżący telewizor. Idzie na górę i zaczyna się pakować. Jake przychodzi za nią i próbuje ją przepraszać. Po chwili Vicky odkłada kolejne ciuchy i wybacza mu, obejmują się. Ale jasne jest, że sytuacja zaszła już pod samą granicę wytrzymałości obojga, zwłaszcza jej.

        Jake broni pasa mistrzowskiego - przegrywa walkę na punkty, ale zwycięża nokautując swojego rywala 13 sekund przed końcowym gongiem. Po walce Vicky namawia go, zeby przeprosił Joeya. Jake się waha, ale w końcu ona wykręca numer telefonu i daje mu słuchawkę. Jake zamyka się w budce. Kiedy po drugiej stronie odzywa się Joey - Jake milczy. Joey sądzi, że to Salvio do niego wydzwania, więc rzuca w słuchawkę stek wulgaryzmów opisujący... życie seksualne matki Salvia ;] Jake się nie odzywa, nie wyprowadza brata z błędu, ale i ostatecznie nie godzi się z nim. Kiedy wychodzi z budku, mówi do Vicky, że Joeya nie było w domu.

        Wkrótce Jake traci swój tytuł mistrza. Pokonuje go Sugar Ray Robinson, odwieczny rywal. MOcno obija Jake'a, pękają łuki brwiowe, nos puchnie... Ale jedno się nie zmienia - Jake nie pada na matę. Mimo nawałnicy ciosów. Kiedy Robinson odchodzi do swojego narożnika i jasne jest, ze wygrał walkę - Jake idzie za nim, zataczając się, staje i mówi "Ray, nie powaliłeś mnie ! Pamiętaj o tym, nie powaliłeś mnie" - ostatni bastion dumy :
        www.youtube.com/watch?v=5wwItkoapuA
        Pstyk. Mija kilka lat. Jest 56 rok. Jake wycofał się z boksu. WReszcie moze jeść ile chce. "Całe życie dbałem o wagę, wykańczałem się dbając o wagę. Teraz wreszcie wiem, ze są w życiu także inne rzeczy", mówi dziennikarzowi, który przeprowadza z nim wywiad w jego posiadłości. Floryda, dom z basenem, żona Vicky, dzieci... Jake może i przytył, ale za to wydaje się nareszcie przestał wariować.

        Ma klub rozrywkowy, gdzie sam występuje na scenie zabawiając gości żarcikami [ot choćby "Cieszę się, ze stoję przed taką cudowną publicznością... cieszę się, ze w ogóle stoję [śmiech, brawa]... Czyżbyście uwierzyli, że jesteście "cudowną publicznością" [śmiech i brawa]", ale także rymowanymi wierszykami z motywami z Szekspira.

        Przy stolikach miejscowa elita, z prokuratorami i ich żonami na czele. Wszyscy bawią się świetnie, przyklaskują mistrzowi, a jak nawet mistrzunio przypadkiem wyleje drinka na sukienkę pani prokuratorowej, to nikt nie robi z tego kłopotu.

        Przy barze stoją młode dziewczyny. Barman nie wie, czy je obsłużyć. MÓwią, że mają 21 lat, ale nie mają dowodów osobistych. Jake jest luźny facet - proponuje, że sam oceni ich wiek i proponuje, zeby po pocałowały. Całują go chętnie, a on na to "TAK ! całować mogą tylko dziewczyny, które mają 21 lat". I jest fajnie. Jake bezbłędnie nalewa alkohol do piętrowo ustawianych kieliszków, ludzie mu klaszczą, zabawa przednia.

        Do czasu.
        Rankiem Jake wychodzi z klubu, a na parkingu czeka Vicky w aucie. Oznajmia mu, że ma dośc jego eskapad i odchodzi. Złożyła papiery rozwodowe, zabiera dzieci i odchodzi. Jake próbuje z nią rozmawiac, ale ona mu nie chce otworzyć drzwi auta, odjeżdza z piskiem opon.

        Jake nocuje w jakimś innym domu. Tam znajduje go policja. Mają nakaz prokuratorski. POkazują mu fotografię dziewczyny, którą całował w klubie "okreslając jej wiek na 21 lat" - okazuje się, że jest poszukiwana i ma nie 21, ale... 14 lat. Na fotce wygląda na 30 i Jake zwraca na to uwagę. Fakt jest jednak faktem, w dodatku - w klubie Jake przedstawiał ją swoim znajomym mężczyznom, więc może być oskarżony o sutenerstwo.

        Przed rozprawę LaMotta potrzebuje 10 tys dolarów na wpłacenie kaucji. Nie ma tyle. Próbuje sprzedać kamienie szlachetne z pasa mistrzo
      • grek.grek "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [4] 05.10.14, 14:42
        Próbuje sprzedać kamienie szlachetne z mistrzowskiego pasa, które własnoręcznie odłupuje młotkiem. Jubilet chętnie by kupił raczej cały pas, a za kamienie chce dać jakąś lichą cenę. Jake nie jest w stanie zebrać kasy, więć wędruje za kraty.

        Zachowuje się na tyle niegrzecznie, że ląduje w izolatce. I tam doznaje jakiejś refleksji na temat własnego losu, monolguje, krzyczy, wyrzuca sobie własną głupotę, czyżby doznawał nawrócenia i ekspiacji ? - dopada go żal, rozgorycznie ["Nazywają mnie zwierzęciem, ale przecież nie jestem nim !"], poczucie niesprawiedliwości i poczucie winy. Bardzo mocna emocjonalnie scena, kapitalnie zagrana przez De Niro :
        www.youtube.com/watch?v=IJFz2LZjTGk
        Sprawa sądowa najpewniej kończy się pomyślnie dla La Motty. Oto kontynuuje swoją karierę barowego pierdoły, ale w mało wypasionym, brzydkim lokalu, gdzie sprzedaje sobie kawały paru chamskim klientom, zbywając ich zaczepki celnymi ripostami. Nie jest nawet "gwiazdą wieczoru", bo jedynie zapowiada panią striptizerkę lat 50.

        Po wyjściu z baru Jake zamawia jej taksówkę. Sam nie wsiada, bo zauważa na ulicy Joeya.

        On też się zmienił, ma zakola i wąsik. Idzie szybko. Nie reaguje na wołanie Jake'a. Nie chce z nim rozmawiać. Zmierza do samochodu. Jake nie odpuszcza. Dopada go wreszcie - obejmuje, całuje, pyta o rodzinę, przytula... a JOey stoi jak kołek, sztywno, nie odwzajemnia niczego. Wreszcie Jake powiada "Zadzwonię, spotkamy się", na co Joey odpowiada zgryźliwie ironicznie : "Serio ? Nie zapominisz ?"
        www.youtube.com/watch?v=FW37QV14LQo
        Paradoksalnie, a może wcale nie ?, Jake najbardziej dokopał dwojgu ludziom, którzy jako jedyni wspierali go, byli mu wierni, którym zależało na nim bardziej niż jemu samemu na sobie - Vicky i Joey naprawdę go kochali. I on to osobiście sp,ieprzył.

        Ale nie upadł. Jego zachowania w walkach z Foxem i Robinsonem były metaforą jego losu. Może przegrany, może nawet zdołowany, ale nigdy na kolanach.

        W ostatniej scenie przygotowuje się do wyjścia na scenę, gdzie znów ma zabawiać dowipasami. Tym razem już w znacznie lepszym lokalu niż ten ostatni. Szykuje się jak do wyjścia na ring. Młynki rękoma, powtarzanie do siebie motywującego "Ja jestem szefem ! Jestem szefem !", a do lustra ćwiczenie rymowanki z porównywaniem własnej drogi do postaci z dramatów Szekspira :
        www.youtube.com/watch?v=KLNft6cO0I4
        A w ostatnim akcie leci na ekran cytat z Biblii, z Ewangelii św. Jana [14-26], o uzdrowieniu ślepca, przejrzeniu na oczy. Jakby opisujące i symbolizujące przemianę, która dokonała się w głownym bohaterze w ostatnim akcie.

        trailer :
        www.youtube.com/watch?v=YiVOwxsa4OM
        Dzięki wielkie wszystkim, którzy weszli mimo swiadomości, co ich czeka w moim wykonaniu, i mało tego - dotarli aż do końca :] Jeśli nawet coś tam nagrzeszyliście ostatnio, to jest Wam wybaczone z uwagi na Wasz trud podjęty i zrealizowany :]]

      • siostra_bronte Re: "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [1] 05.10.14, 16:16
        Dzięki, Greku :)

        Widziałam dosyć dawno. Świetnie wszystko opisałeś. Ciekawa historia upadku mistrza boksu, chociaż trzeba przyznać, że bohater budzi mieszane uczucia (zwłaszcza za agresję wobec najbliższych ). I znakomita realizacja (sceny walk!).

        Jak wiesz nie jestem fanką de Niro, ale na pewno to jedna z jego najlepszych ról.

        Legenda głosi, że czarno-białe zdjęcia zasugerował Scorsese jego przyjaciel Michael Powell (którego wielbię za "Sprawę życia i śmierci"). A dzięki Scorsese Powell poznał jego znakomitą montażystkę Thelmę Shoonmaker, o której wspomniałeś. Para pobrała się w na początku lat 80-tych, Thelma miała 44 lata, pan młody 80-tkę :)
        • grek.grek Re: "Wściekły byk [Raging Bull]" 1980 [1] 05.10.14, 16:59
          dzięki, Siostro, czuję się wyrózniony :]

          to prawda, sceny walki są świetne, krótkie ale wycyzelowane do maksimum.

          yes, bohater niejednoznaczny.
          to co odpowiada za jego sukcesy w ringu, czyli gen złości, gniewu, jednocześnie wpływa na
          całkowitą klapę jego relacji z bratem i żoną. coś za coś.

          De Niro, w jakimś wywiadzie czytałem, mówił że jego metoda aktorska polega raczej na
          pracy nad mową ciała, wyglądem postaci, mimiką itd. upodobania się zewnętrznie. wewnętrznie
          szuka wymowy raczej w sobie samym, nie "staje się postacią". dlatego m.in nie ma problemów z
          tzw. wychodzeniem w ról.
          ale tutaj, te ataki wściekłości [zarówno te czerwone jak i te "niebieskie" - jak on patrzy na Joeya, kiedy go pyta "spałeś z moją żoną ?", w tym czujnym wzroku jest gotowość, żeby mu przysolić za samo tylko mrugnięcie, ktore Jake odbierze jako formę ukrywania czegoś albo wręcz przyznania się do winy] są na tyle sugestywne, że wobec takich wypowiedzi, powstaje pytanie o osobowość samego aktora, sposób w jaki szukał tego we własnym życiu, o czym wtedy myślał i kogo sobie "malował", żeby rozbudzić ten gniew :]

          wspaniały pomysł z tymi czano-białymi zdjęciami. do tego muzyka a'la 'wczesny Sinatra" i pomimo całej psychodramy - film aż zionie sentymentalizmem.
    • grek.grek "Somewhere" [relacja spec-wysłanniika ;]] 05.10.14, 16:47
      coś mi się wydaje, że część z nas nie dałaby się wciągnąć w te maliny ;]

      Sofia Coppola stawia na długie ujęcia, momenty bezruchu, cierpliwe wpatrywanie się w twarze albo zastygłe gesty bohaterów, a jak auto jedzie ulicami Los Angeles, to jedzie bez przerwy i bardzo długo jedzie ;] akcji jak na lekarstwo. jeśli ktoś nie przepada za takim kinem, znajdzie w "Somewhere" głównie torturę :]

      ja akurat lubię takie podejście i w ogole tematykę, więc się wkręciłem. po nocy, hehe.

      kręci się wszystko wokół Johnny'ego Marco, modnego i popularnego aktora z Hollywood. ludzie widzą głównie pieniądze, które zarabia, gigantyczne afisze filmowe na których gości jego dziób, czarne ferrari którym jeździ i 78-gwiazdkowy hotel, w którym mieszka.

      jak zaś wygląda to od strony kulis ? zupełnie inaczej.
      pan aktor nie robi nic wyjątkowego, czasami jakaś dziewczyna wskoczy mu do łóżka [niekiedy on zaśnie w trakcie gry wstępnej...], innym razem dwie płatne striptizerki się uwijają na własnoręcznie przyniesionej składanej rurce przy jego łózku, ludzie mu czapkują, odbiera jakieś nagrody i honory na festiwalu we Włoszech [konferansjerzy nawijają nieustannie, a on nic z tego nie kuma, tak jak Bill Murray nic nie kumał z japońszczyzny z "Między słowami"], spotyka się wierchuszką producencką, leży, śpi, coś tam zje czasami, gapi sie w tiwi, bierze prysznic, uważając by nie zamoczyć gipsu, w który ma zakneblowaną rękę. widownia czytająca z wypiekami Vivę podejrzewa go o wonderful life, a tymczasem pan Marco prowadzi życie cholernie nijakie i wyzute z czegokolwiek niecodziennego.

      zmienia się to nieco, gdy pojawia się córka. Cleo ma 11 lat i do tej pory Johnny nie miał z nią specjalnego kontaktu. w sumie, fajnie - dziecko machnąć, zniknąć na 10 lat, ominąć kupki i wstawanie po nocach, i móc zajmować się już w miarę świadomym człowiekiem.

      Cleo jest bystra i jest z innego świata, z zewnątrz, zza "żelaznej kurtyny". matka wyjechała gdzieś, nie wiadomo kiedy wróci, Cleo martwi się o to. za chwilę sama wyjedzie na jakiś młodzieżowy obóz, nie będzie jej kilka tygodni, ale potem wróci... i co wtedy ? czy ojciec zechce z nią zostać, zająć się nią ? w sumie, wesoło to wygląda, bo tata bardziej pasuje na jej starszego brata niż ojczula. dogadują się idealnie - pływają w basenie, ona kucharzy, grają w gry komputerowe [Tytani Gitary, tenis itd], jeżdzą ferrari, które się czasami psuje i wołać trzeba obsługę; ona ćwiczy łyżwiarstwo figurowe, a tatusiowi łza w oku się kręci; opalają się na hotelowym basenie; czasami Cleo zastaje rankiem w kuchni jakąś przypadkową kochankę Johnny'ego i potem musi jeść śniadanie w jej towarzystwie - wtedy Cleo daje ojcu znać, za pomocą wymownych spojrzeń, że nie powinien tak się bawić. i ojciec przyjmuje lekcję z pokorą i zrozumieniem.

      wydaje się, że to własnie czas spędzony z Cleo coś porusza w Johnnym. przedtem zdarzało mu się zasnąć z głową między nogami przypadkowej kochanki, był po prostu jak gośc, który za dużo zjadł i zamiast się wzmocnić - osłabił. po wyjeździe Cleo na obóz - dociera do niego niespodziewanie jakaś smutna refleksja o własnym życiu.

      stoi na balkonie hotelowym, wpatruje się w ciemny pejzaż miasta, upstrzony światłami - coś go dopada. może świadomośc, ze poza całym swoim powodzeniem : jest sam jak palec. przez telefon dzwoni do kogoś i dusząc rozpacz bełkocze do słuchawki "Jestem zerem... nikim... ja nawet osobą nie jestem". w odpowiedzi słyszy zakłopotane "Może spróbuj zadzwonić do wolontariatu ?".

      aż wreszcie w ostatniej scenie znów jedzie swoim ferrari. i jedzie. i jeszcze bardziej jedzie ;]
      aż zajeżdza za miasto, w pustynne niemalże krajobrazy. wysiada z samochodu. zostawia go na poboczu i lezie przed siebie szosą. poszedł na spacer ? postanowił poodychać światem ? a może to metafora dotycząca zmiany priorytetów w życiu ? dziób ma optymistyczny, więc może to trzecie ;]

      generalnie, kino specyficzne, dla amatorów takich właśnie niespiesznych, snujskich klimatów, nie tak dobre jak "MIędzy słowami" - raz - bo nie ma tam Billa Murraya, dwa - nie ma tak wielu zabawnych epizodów, trzy - bo tamto było oryginalne, a to jednak jest troszkę epigońskie. ale i tak jest ciekawe, jeśli ofk kogoś zajmują podobne rzeczy.

      duży plus za zdjęcia, doskonałe lokacje, no i prawdopodobieństwo autentyzmu przedstawionej relacji - pani Coppola jest w tym światku od dawna, naoglądała się już za czasów dziecięcych, wie co w trawie piszczy i jak to wygląda "po drugiej stronie lustra". i ma stonowaną wrażliwość twórczą, dzięki czemu można wierzyć, iż nie koloryzuje i nie histeryzuje.

      www.youtube.com/watch?v=E3cPbxCBGVo
      • pani_lovett Re: "Somewhere" [relacja spec-wysłanniika ;]] 05.10.14, 16:56
        grek.grek napisał:

        > coś mi się wydaje, że część z nas nie dałaby się wciągnąć w te maliny ;]
        >
        > Sofia Coppola stawia na długie ujęcia, momenty bezruchu, cierpliwe wpatrywanie
        > się w twarze albo zastygłe gesty bohaterów, a jak auto jedzie ulicami Los Angel
        > es, to jedzie bez przerwy i bardzo długo jedzie ;] akcji jak na lekarstwo. jeśl
        > i ktoś nie przepada za takim kinem, znajdzie w "Somewhere" głównie torturę :]
        > ja akurat lubię takie podejście i w ogole tematykę, więc się wkręciłem. po nocy.


        Ja też! W podobny sposób opowiadana jest historia w "Klimatach", które bardzo mi się podobały...

        /Dwie opowieści machnął od ręki, wyczarował? Ze wstydu płonę!/
    • grek.grek "Życie to jest to" - oglądaliście ? 05.10.14, 17:44
      Mania zapowiedziała, Pepsic zapowiedziała SIĘ na seansie... NO I ? :]

      ja się wpisałem na listę.
      zwłaszcza, że zobaczyłem jako reżysera nazwiska Alexa de La Iglesia, którego "Hiszpański cyrk" Kultura pokazywała, a ja nawet nieudolnie próbowałem Wam zdać raport z obejrzenia. Film był groteskowy, mądry i dynamiczny. Talent reżysera ujawniony w pełnej krasie.

      uwaga : mogą być spoilery, ale nie będą bolesne ;]
      w "Cyrku" Iglesia błyskotliwie portretował ideologiczno-kulturowo-społeczne konflikty narodowe; w "Życiu..." zawiesił się na naturze medialnego cyrku początku XXI wieku.

      Roberto ma 40 lat, kiedyś wpadł na reklamowy slogan "Coca cola to jest to !", trochę zarobił, ale potem branża menadżerów kreatywnych go wypluła. dzisiaj jest bezrobotnym, jak sam o sobie mówi z goryczą, "nieudacznikiem". żona [Salma Hayek] wspiera go dzielnie. syn jest wokalistą zespołu gotyckiego rocka, a córka obiecującą studentką z perspektywą stypendium w Ameryce. Roberto jest goły jak święty turecki, dom ma hopotekę, jakieś kredyty, jakieś coś, dla dzieci nic nie odłożył... Pracy potrzebuje na gwałt.

      idzie po prośbie do znajomych i kolegów, ale odsyłają go z kwitkiem. pokonany i zrozpaczony jedzie nocną porą do innego miasta, aby odwiedzić hotel, w którym poznał swoją ukochaną żonę. taka sentymentalna depresja go dopada. na miejscu okazuje się, że hotel nie istnieje. na terenie, gdzie był, znaleziono jakieś ruiny starych cywilizacji i postawiono muzeum. trwa tam właśnie jakaś prezentacja dla pismaków, bo następnego dnia ma się odbyć uroczyste otwarcie.

      Roberto błąka się po tym muzeum, wędruje na dach, a tam zauważa go strażnik. Roberto doznaje konfuzji, chce uciekać i pechowo potrąca jakąś ustawioną figurę bożka czy bogini, która jest przyczepiona na linie. razem z tym pomnikiem wisi w powietrzu, a potem lina pęka i Roberto spada na konstrukcję pod dachem. chciałby się ruszyć, ale nie może - strażnik przybiega i zauważa makabryczną rzecz : leżący na wznak Roberto ma w tył głowy wbity metalowy pręt.

      informacja dociera do dyrektorki muzeum i jakiegś ważniaka-urzędasa, który zawiaduje całym interesem. za chwilę wiedzą o tym pismaki - facet z prętem w głowie staje się sensacją dnia, wszyscy biegną go zobaczyć...

      a jak na miejscu jest 20 dziennikarzy, to wiecie co dalej - telewizja jedna, druga i piętnasta, kamery, relacje Live... co ciekawe, Roberto leży tuż obok czegoś, co przypomina rzymski/grecki teatr, a więc okrąg z trybunami... i na tych tryubunach gromadzą się ludzie :] siedzą, patrzą, czekają co dalej.

      pojawia się karetka i młody lekarz, który ma dylemat, co zrobić z pacjentem, bo ani tu pręta wyjąć ani go operować z prętem w głowie. zależy mu bardzo na życiu Roberta i dobry z niego człowiek, ale nawet on w pewnym momencie dzwoni ukradkiem do żony i pyta "Jak wypadam w telewizji ?". nikt nie jest obojętny, choćby niewinnie, ale jednak. media ! szkiełko !

      pani dyrektor [Blanca Portillo, jedna z ulubionych aktorek Almodovara] chce swojej inauguracji, więc zależy jej na tym,, żeby sensację usunąć, co by muzeum ruszyło. będszie więc kombinować jak tu usunąc Roberta, choćby nawet kosztem jego życia. ale jest wrażliwa, więc do czasu... urzędas popędzany telefonicznie kierownikiem, naciska na dyrektorkę, bo jakaś kasa została władowana w to otwarcie i jak się nie odbędzie, to przepadnie. urzędas nie ma skrupułów, w przeciwieństwie do pani dyrektor. rozgrywka bezpardonowa na skrzyżowaniu przeróżnych celów i motywacji bohaterów. a wszystko wśród nieustannego oblężenia przez gapiów, kamery, szalejących dziennikarzy, służby medyczne i bozia wie kogo jeszcze. w jednej z najlepszych scen Roberto doznaje zadziwienia widząc nad sobą helikopter z logo największej telewizji w kraju, filmujący go kamerą. jego twarz jest w dziennikach. o facecie z prętem w głowie piszą na pierwszej stronie El Pais i Vanguardii... pod bramą muzeum ludzie składają kiwaty, jak pod Pałacem Buckingham po śmierci Diany. wyrazy wsparcia. Ludzie z transparentami. wywiady z gapiami. w telewizji eksperci tłumaczący sytuację... w ciągiu kilku godzin, wokół tragicznego ale jednak błahego zdarzenia, zostaje rozpętana niesamowita machina
      medialna.

      pojawia się istny mefisto : adwokat Roberta, i sprzedaje mu pomysł : stary, pokazują cię we wszystkich mediach, masz szansę zrobić na tym fortunę. i Roberto o tym wie :] teraz może dostać pracę, teraz może nawet stawiać warunki, trzeba tylko nie dać się usunąć, żeby telewizje jechały z tematem i pokazywały jego twarz przez następne 24 godziny. inna rzecz, że z takim prętem w głowie, wbitym blisko mózgu, za długo nie da się żyć... Roberto wchodzi w tę grę, a stawki niebezpiecznie rosną. adwokat gra nie tylko o jego zysk, ale i o swój, a w którymś momencie na szali zostanie położone to co najcenniejsze - wybór stanie między wartościami najwyższymi. przestanie byś śmiesznie.

      zjawia się żona, dzieci Roberta. młoda ambitna dziennikarka, która koniecznie chce wywiadu, bo na nim może zrobić decydujący krok w swojej karierze. zdradziecki adwokat odkrywa, że można zarobić na tym interesie... 2 miliony euro. tyle że - uwaga spoiler poważny -... Roberto musiałby umrzeć. wtedy jego rodzina dostanie kasę od magnata medialnego, który ofk ogląda wszystko w tiwi i jest zainteresowany tematem.

      rodzinne dramaty Roberta, zony i dzieci, co chwila mieszają się z małymi interesami i intersikami jeszcze mniejszymi, które rozmaici ludzie próbują zbijać na tej dramatycznej sytyuacji.

      ludzie z domów obok stoją na balkonach, jakaś kobiecina pyta Roberta, czy chce świeżej tortilli, bo jak chce, to ona mu tam przyniesie. Roberto dziękuje, a zamiast tego pyta, czy zaczął się już w telewizji popularny program Ploteczki - ona mówi, że leci czołówka, na co Roberto reaguje rozczarowaniem, bo liczył, że go tam pokażą, a telewizja jak dotąd nie przybyła z prośbą o wywiad i zdjęcia, więc i już nie przyjadą, skoro odcinek się zaczął. Roberto nie jest tutaj biedną ofiarą. jest zdesperowanym facetem, który w swoim tragicznym położeniu dostrzega życiową szansę na zarobek i ustawienie rodziny na nowej drodze życia. to jest kapiotalne w tym przedstawieniu.

      jak się kończy, jak się rozsupłują kolejne węzełki, jaka jest puenta ?
      jesli nie widzieliście, musicie nadrobić :]
      przepraszam, ze się tak wyrwałem ze streszczeniem części fabuły, ale nie mogłem się powstrzymać ;] dzień szakala, rozumiecie mnie ;]

      świetnie się ogląda, jednośc miejsca, czasu i akcji zachowana, żadnych przeskoków, świetnie napisany scenariusz, chociaż w jednym miejscu lekko mi zazgrzytało [o tym, przy jakiejś okazji].

      i temat jakże interesujący - wpływ mediów i siła mediów współczesnych. ich cynizm, moc przebicia i kreacji, sztuka przegrywa tutaj z tanią sensacją - nikogo nie obchodzi otwarcie muzeum na gruzach starorzymskiej cywilizacji, nagle ważniejszy jest gość z prętem w głowie. a ten łapie się tego i gotów jest udawać i rżnąc głupa, zeby tylko wytrwac w tym położeniu jak najdłużej, narażając swoje życie dla zysku.

      groteskowe, inteligentne, momentami zabawne w kolorze czarno-burym kino. bardzo dobre.
      • pepsic Re: "Życie to jest to" - oglądaliście ? 05.10.14, 18:41
        No i ... nie mam odwagi napisać, że ten film bardzo mi nie przypadł do gustu z racji pokręconego gatunku, tudzież głupkowatego scenariusza, bez którego i tak wiem, czym jest chory show biznes. Jedyne co mi sie podobało, to właśnie pani Blanka Portillo w odmiennym emploi.
        • grek.grek Re: "Życie to jest to" - oglądaliście ? 06.10.14, 13:27
          teraz to ja nie wiem, co napisać ;']

          może i scenariusz "głupkowaty", może [a nawet - na pewno] mówi coś, co jest tajemnicą
          poliszynszyla, ALE wydaje mi się, że fakt, iż sam zainteresowany zaczyna prowadzić swoją
          własną grę, jego własny cynizm, postawienie na szali własnego życia, z czego jakby nie do
          końca zdawał sobie sprawę, plus świetny montaż i lokacja aka lokalizacja całej akcji - moim zdaniem
          jednak wyprowadzają ten film na plusową prostą :]

          dokładniej : 3+'ową ;]
          • pepsic Re: "Życie to jest to" - oglądaliście ? 06.10.14, 19:43
            Eee, to akurat zawsze wiesz;)
            Moja krytyka odnosi sie do fatalnego pomysłu na film, nie przesłania, ani nie wykonania. A rację przyznaję, co do uwodzącego starożytnością miejsca akcji.
            Spojler!
            A co powiesz na wbijaną topornie do głowy sielankę małżeńską w sytuacji, gdy oboje małżonkowie są bezrobotni od dwóch lat, dom jest obciążony hipoteka, a dzieci na wylocie do wyższych uczelni. Albo dlaczego nikt jegomościowi z prętem w głowie nie zdejmie w końcu krawata, ani nie okryje go folią ratunkową, rzecz jasna małżonka sama okryta płaszczem nie zapomina, aby małżonka bezustanne zapewniać o miłości, co tam, że noc i zimno;)

            • grek.grek Re: "Życie to jest to" - oglądaliście ? 07.10.14, 14:10
              dzięki ! ;]

              starożytny amfiteatr nocną porą - o yes.

              o, mówiąc o "pomyśle" masz na uwadze ten pręt w głowie czy tak generalnie - że
              sensacja brukowa przyćmiewa premierę wyższej sztuki ?

              a to ciekawą rzecz zauważyłaś.
              rzeczywiście coś w tej sielance jest fałszywego.

              jak tak przeczytałem to, co napisałaś, to zaraz mi się wyświetliło, co by było, gdyby
              oni żyli jak pies z kotem - i po tym wypadku żona stopniowo odkrywała na nowo uczucie
              do mężulka. to by miało zdecydowanie więcej prawdy w sobie.

              albo w drugą stronę - żona [spoiler !]...
              dowiaduje się o tym 2 melonach za jego życie i nagle jej uczucie do niego się zaczyna chwiać w posadach ?
              a tutaj [spoiler znów !] nawet po jego śmierci odrzuca ona walizkę z okrągłą sumkę, efektownym kopniakiem pokazując jak należy zachowywać się wobec 'brzydkich i podłych brukowców".

              a oni od samego początku ustawili relację małżeńską na takim diapazonie porozumienia, zgody i miłości, że nic nie szło wykoncypować w trakcie.

              ale wiesz co - w finale znów naszło mnie pytanie : kurde balans, dlaczego takiego filmu [choćby takiego] nie robi się u nas ? niechby nawet z oczywistą i nieoryginalną tezą, ale zgrabnego i efektownego ? czemu widzę setki dobrych pomysłow na seriale czy filmy i jakimś cudem żaden, albo prawie żaden, nie pochodzi z Polski ? :]
              jak na Oscara to "Katyń" albo "Wałęsa".
              Cannesy, Wenecje, Berliny, Toronta... NIC :]

              • pani_lovett Re: "Życie to jest to" - oglądaliście ? 07.10.14, 17:09
                Bardzo mi się podobał film, scenariusz. film, jak zauważyła Pepsic, nie odkrywa Ameryki, aczkolwiek, w sposób zgrabny i efektowny przekazuje treści.
                Dobrze, że go nam tu dołożyłeś do kolekcji.

                I właśnie ta sama myśl mi przyszłą do głowy...

                [...] w finale znów naszło mnie pytanie : kurde balans, dlaczego takiego filmu [choćby takiego] nie robi się u nas ? niechby nawet z oczywistą i nieoryginalną tezą, ale zgrabnego i efektownego ? czemu widzę setki dobrych pomysłow na seriale czy filmy i jakimś cudem żaden, albo prawie żaden, nie pochodzi z Polski ? :]

                To już jakaś telepatia!? ;)