Gość: Robal
IP: *.pl
06.09.02, 00:46
Nie wiem, czy regularnie oglądacie tę rozparzoną babę. Mnie wystarczy z nią
okazjonalny kontakt wizyjny by dostać mdłości. Od 10 lat to babsko tłucze
programy na jedno kopyto. Jedzie w Polskę wszędzie tam, gdzie zaiskrzyło po
jakimś przekręcie, stawia wkurzonych ludzi na świeżym powietrzu i tonem
damessy, która wyszła z przyjęcia u ambasadora stawia "odkrywcze" pytania
(typu: "To nie wiedzieliście Państwo, że jest wolny rynek?"). Najbardziej
uwielbia folklor (jakichś dziadów kalwaryjskich, bezrobotnych z 20-sto letnim
stażem, działaczy związkowych trzeciego sortu), których z lubością ustawia do
kamery i pozwala im się wypowiadać w glorii przedstawicieli
prawdziwego "ludu". Nieważne, co kto merytorycznie mówi, ważne żeby była
napięta i gorąca atmosfera ("wizyjna" znaczy się...).
No, a potem druga odsłona spektaklu w studio. Po jednej stronie pokrzywdzeni,
po drugiej decydenci. A w środku mizdrząca się do kamery, robiąca z ust ryjek
i wygięta w kuszącej pozie Pani Redaktor. Cały program nagrywany wcześniej i
szatkowany jak kotlet mielony w montażowni. Cięcia głupie i bezsensowne
(przerywanie w pół zdania, urywanie wątków). No ale musi wystarczyć czasu na
rzecz najważniejszą: nie kończące się tyrady do kamery głównej bohaterki
programu. Krynicy wiedzy o gospodarce i nie tylko. Jeszcze tylko obowiązkowy
przemarsz po studiu (trzeba pokazać widzom seksowne nogi, no i kreację w
całej okazałości), uściski dłoni dla obu stron konfliktu i KONIEC. A za
tydzień to samo, tylko temat jakby inny (choć odróżnić raczej trudno bo
zestaw scenek ten sam).
OHYDA! OBRZYDLISTWO! ŻENADA!