Gość: ola_c
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
29.07.04, 21:58
Niby wszystko jest pięknie - mam pracę. Znana agencja PR, stałe pieniądze co
miesiąc, dużo się uczę (stanowisko asytentki) etc. Ale po pół roku tam połowa
moich włosów jest już siwa (mam 25 lat), wracam do domu ok. 21, trzęsą mi się
ręce, mąż powoli zapomina jak wyglądam, schudłam parę kilo (nie ma przerwy na
lunch, do sklepu też raczej wyjść nie wolno). Ludzie wiecznie podminowani i
zajechani na śmierć. Co chwila ktoś odchodzi i ktoś przychodzi. Szef burak,
mało ludzi do pracy, a mnóstwo roboty, debilny podział obowiązków (robię, to
co accounci za dwa razy mniejsze pieniądze), niesamowita presja i ciągłe
opierd..nie. Mam już za sobą staże i praktyki w super miejscach (więc mam
porównanie, plus pracowałam przez całe studia). Wiem, że to wygląda na
dylematy zblazowanej panienki, ale poradźcie: czy w dobie galopującego
bezrobocia można pozwolić sobie na rzucenie pracy? Pracy, która codziennie
wieczorem doprowadza do płaczu i która zabiera pół życia? Cenić się i szukać
czegoś nowego czy zacisnąć zęby i jeszcze wytrzymać? Nie mogę liczyć na
zmniejszenie obowiązków czy na przeniesienie do innych, może trochę lżejszych
projektów.
Jak oceniacie taką sytuację?