Gość: Contagion
IP: *.chello.pl
14.07.03, 15:08
Dwa tygodnie temu w dodatku praca znalazlem interesujace mnie ogloszenie i
udalem sie na wyznaczona rozmowe kwalifikacyjna. Przez telefon dowiedzialem
sie tylko tyle, ze firma jest z branzy turystycznej. Pomyslalem: "co mi
szkodzi. Sprobuje!". Udalem sie pod wskazany adres i faktycznie : firma
istniala, a to juz dobry znak! Wszystkich chetnych przywitala mila mloda
pani, ktora przedstawila sie jako "ktos, kto sie zna i ma doswiadczenie".
Poprowadzila cala rozmowe, z ktorej wynikalo, ze osoby zatrudnione beda
odpowiedzialne za prowadzenie rozmow telefonicznych z potencjalnymi
klientami. Dodala, ze praca nie wymaga specjalnego wysilku, bo telefony sa
tylko przychodzace, wiec "bulka z maslem".
Bylem sklonny uwierzyc tej pieknej pani manager (tak sie tutulowala), ale
postanowilem zadac jedno pytanie: "na jakiej podstawie ma sie odbyc tutaj
rekrutacja?" Pytanie chyba ja zdziwilo, bo spojrzala na mnie jakos dziwnie i
podjerzliwie, po czym przelknela sline i powiedziala z wyzszoscia: "Ja tu,
prosze Panstwa, nie bede mowic: pan sie nadaje, a pan nie. To wszystko
wyjdzie w praniu. Panstwo wszyscy mozecie pracowac, a to wy zadecydujecie czy
chcecie zostac czy tez nie. Ja tu nie zamierzam wytykac nikogo palcem, bo ja
mam dobre serce". wierzylem w to dobre serce pani manager i schowalem do
torby przygotowane juz wczesniej CV z moim doswiadczeniem zawodowym i
wyksztalceniem. "Pal licho praktyke i doswiadczenie! Ta firma daje rowne
szanse wszystkim, wiec czemu nie" - pomyslalem.
Nastepnego dnia odbylo sie szkolenie. Wreczono mi kartke papieru, na ktorej
bylo napisane: co mam mowic, jak mam mowic, zeby sprzedac, co mam sprzedac.
Pierwsze zdanie to bylo przeslanie do mnie, ktore brzmialo: "Usmiechaj sie,
gdy rozmawiasz. Twoj usmiech slychac". Pod spodem umieszczono formulke, jaka
sie mial kazdy nowy rekrut poslugiwac: "Klub wakacyjny, z tej strony (imie i
nazwisko), w czym moge sluzyc."
Ponizej nastepowalo: "Dostal Pan/Pani SMS o wygranej wycieczce i numer kodu.
Prosze teraz mnie (nie mi) podac ten numer, to ja sprawdze w ksiazce kodow,
co dokladnie Pan/Pani wygrywa".
Ale, gdzie jest ta ksiazka kodow? rozgladam sie. Nic. Nie ma. Pytam wiec
kompetentna pani manager. Ona mi na to: "bo ksiazki kodow nie ma. w momencie
gdy klient poda kod, prosze mu powiedziec, ze Pan ten kod strawdzi, po czym,
prosze mu wlaczyc melodyjke w telefonie, a po chwili zaczac ponownie czytac z
kartki".
Wiec zaczalem: "Tak, gratuluje. Wygral pan certyfikat o wartosci 2500 tys.
zlotych (a miala byc wycieczka :-( ), ktory upowaznia Pana do wyjazdu do
jendego z naszych hoteli, ktorego jestesmy wspolwlascicielami. Takich hoteli
jest 3500 tysiaca! Musi Pan tylko pokryc koszt rezerwacji i serwisu (tytaj w
zaleznosci od klienta od 299 do 499 zlotych)."
Niesamowita oferta! niesamowita wygrana!
I juz wiadomo skad te telefony przychodzace.
Glupota. Bzdura. Klamstwo.
Wyszedlem stamtad czym predzej.
Dzis jednak sie znow zdenenerwowalem, bo ta firma ciagle sie oglasza w "GW".
Ku przestrodze podaje adres: Al. Solidarności 117 (6 pietro, pokoj 610) lub
Jagiellońska 15 (ten adres podany jest w ogłoszeniu w dzisiejszej "Wyborczej")
Czy znacie podobne przypadki?