Dodaj do ulubionych

26.09.2010 [i]

26.09.10, 22:47
[i]
Obserwuj wątek
    • 33kk Re: 26.09.2010 [i] 28.09.10, 21:14
      Złocieniec płacze, Złocieniec nie może uwierzyćdzisiaj, 15:22
      Maciej Stańczyk / Onet.pl

      Fot. PAP/EPAW Złocieńcu nie słychać śmiechu, nie ma głośnych rozmów, targowania się na bazarze, nie ma rozbawionej gawiedzi wybiegającej ze szkół. Są spuszczone oczy, zamyślone spojrzenia przenikające pod powiewającymi na wietrze flagami przepasanymi kirem. I jest pytanie: czy pod Berlinem zginął ktoś znajomy. Ktoś, komu chociaż na ulicy mówiło się "dzień dobry".

      - Jeśli szuka pan "Super Expressu", to już nie ma, rozpłynął się dosłownie w kilkanaście minut - mówi do mnie sprzedawczyni z "Żabki" w Złocieńcu, kiedy stoję przed regałem z gazetami i czasopismami.

      Raport: wypadek polskiego autokaru pod Berlinem


      Rzeczywiście szukałem "Super Expressu". Nie tylko ja. Tabloid był we wtorek najbardziej pożądanym towarem w kilkunastotysięcznej miejscowości. Choć "pożądany" to złe słowo. Gazeta na pierwszej stronie raziła w oczy trzynastoma klepsydrami. Przy każdej krzyż, wiek ofiary, do tego długa litania imion i nazwisk - Zenon, Jerzy, Adam, Justyna, znów Zenon, Jarosław, Małgorzata, Dariusz, Marian, Urszula, Jolanta, Bogdan i najmłodsza, bo ledwie trzynastoletnia Karolina. Większość stąd, ze Złocieńca lub okolicznych miejscowości. Nic dziwnego, że ludzie chcieli przeczytać nazwiska, znaleźć może jakieś choćby najmniejsze zdjęcie. Rozpoznać na nim sąsiada, znajomego czy choćby kogoś, kogo znało się tylko z widzenia, kogo mijało się na ulicy, spotykało w sklepie. Cały Złocieniec szuka śladów, choćby strzępu informacji o tych, którzy zginęli w niedzielę w wypadku na niemieckiej autostradzie.

      - Wracam z delegacji, od soboty jestem w drodze. Jak usłyszałem w telewizji, że to autokar od nas ze Złocieńca miał wypadek, że tyle ludzi nie żyje, to aż zamarłem. To małe miasteczko, ludzie się znają, sam mam kilku kolegów pracujących w nadleśnictwie. Tyle że na razie to wciąż niewiele wiadomo. Żona dzwoniła, też roztrzęsiona, ale nie bardzo wiadomo, kto zginął. Czy ktoś bliski ucierpiał - zastanawia się Marian, który na stacji w Złocieńcu dosłownie wybiegł z pociągu jak poparzony, ledwo go dogoniłem na drodze.

      Złocieniec okryty żałobą

      W sprawie niedzielnego wypadku pod Berlinem każdego dnia przybywa jednak kolejnych informacji. Wiadomo, że zginęło trzynaście osób, kolejnych dwadzieścia dziewięć osób zostało rannych, niektórzy ciężko, wciąż w niemieckich szpitalach walczą o życie. Do Niemiec pojechały też rodziny osób poszkodowanych w wypadku. Niektórzy zabrać bliskich do domu, inni zidentyfikować ciała. Wszyscy z choćby z iskierką nadziei, że najgorsze ominie ich najbliższych. Wrócili już do kraju, razem z najmniej poszkodowanymi uczestnikami feralnej wycieczki. I jedni, i drudzy w traumie, zduszeni złymi wiadomościami. Niedostępni dla dziennikarzy.

      - Ludzie, my wszyscy w Złocieńcu jesteśmy psychicznie po prostu rozwaleni. Rozmawiałem ludźmi z nadleśnictwa. Tam pracowało najwięcej ofiar, znali się jak łyse konie. Teraz leśnikom robota w ogóle się nie klei, będą musiały przyjechać posiłki z zewnątrz, w takiej ludzie są traumie. A to przecież jeszcze nie koniec. Jeszcze nie wszystkie ciała udało się zidentyfikować, nie wszyscy wrócili do domów. Z tego, co wiem, potrzebne będą badania DNA. A potem czekają nas pogrzeby - mówi nam Piotr Antończak, zastępca burmistrza w Złocieńcu, który wczoraj wrócił z Berlina.

      Rzeczywiście Złocieniec płacze, Złocieniec wciąż nie może albo nie chce uwierzyć w to, co się stało. Miasto niby pulsuje jak każdego dnia, szuka swojego rytmu, swojej codzienności, ale przedziera się przez nią z mozołem, z trudem wraca do normalności.

      Nie ulicach nie słychać śmiechu, nie ma głośnych rozmów, targowania na bazarze, przekomarzania się gawiedzi wybiegającej ze szkół. Są spuszczone oczy, zamyślone spojrzenia przenikające pod powiewającymi na wietrze flagami przepasanymi kirem. Są ciche dyskusje, jest poszukiwanie na ulicy znajomych twarzy. Są pytania o to, czy coś wiedzą, coś więcej niż piszą gazety i mówi się w telewizji, czy mają po prostu jakieś dobre wieści. Wreszcie, czy nie stracili kogoś bliskiego, kogoś znajomego. Czasami pojawiają się łzy, wzruszenie. Jak u Krystyny Siwińskiej.

      - Taka tragedia, takie nieszczęście. Czytałam tę listę w gazecie, sąsiadka przyszła mi pokazać. Nazwiska nie kojarzę, ale bo to mało ludzi, których nawet nie kojarzyło się z nazwiska, a którym człowiek mówił "dzień dobry", pytał o zdrowie. Zresztą nazwiska nie są ważne, kiedy ginie tyle ludzi, kiedy ginie dziecko - mówi Siwińska, która pod krzyżem stojącym przed kościołem na tyłach ratusza zapaliła znicz. - Za wszystkich, ale najbardziej za tą najmłodszą, za Karolinkę - dodaje zapłakana kobieta.

      Tragedia w urodziny

      Karolinka pochodziła z pobliskiego Łobza. Na wycieczkę do Hiszpanii pojechała w nagrodę za bardzo dobre stopnie w szkole. Na wakacjach oko na wnuczkę miała pani Maria. Babcia musiała dopilnować, żeby Karolinka regularnie brała insulinę. Dziewczynka od czterech lat chorowała na cukrzycę. W niedzielę akurat kończyła trzynaście lat. W domu z tortem czekali na nią rodzice i rodzeństwo. Zamiast roześmianej i wypoczętej dziewczynki przyszła miażdżąca serca wiadomość. Karolinka nie żyje. Jest jedynym dzieckiem na liście ofiar.

      - To niesprawiedliwie, niesprawiedliwe - mówiła sama do siebie starsza kobieta, która z trudem wdrapywała się na schody prowadzące do złocieńskiego ratusza. Szła złożyć wpis do księgi kondolencyjnej wystawionej w urzędzie. Ludzie nie silili się na piękne słowa, kwieciste zdania. Po prostu współczuli. Dzielili żal, żałobę.

      Wtorek został ogłoszony żałobnym dniem w całym województwie zachodniopomorskim. W Złocieńcu żałoba potrwa dłużej, nawet do niedzieli. Powiewać będą opuszczone do połowy masztu narodowe flagi, przepasane kirem, nie będzie hucznych imprez, zabaw. Miasto będzie powoli budziło się z odrętwienia, z letargu.

      - Szybko tego, co się stało, na pewno nie zapomnimy – nie ma wątpliwości burmistrz Antończak.

      Mieszkańcy są podobnego zdania. - Znam rodzinę, która ucierpiała w wypadku. On nie żyje, jest na liście w gazecie. Ona jest ciężko ranna. Jak była ładna pogoda, jeździłyśmy razem na wycieczki rowerowe, a teraz ona walczy o życie - mówi mi sprzedawczyni z "Żabki" i szybko znika między regałami. Chyba dlatego, żebym nie zobaczył, jak szklą jej się oczy.
    • 33kk Re: 26.09.2010 [i] 28.09.10, 21:56

      Bp Dajczak: By ból nie stał się rozpaczą
      mpr2010-09-28, ostatnia aktualizacja 2010-09-28 21:15
      - Tu w Złocieńcu doświadczyliśmy, jak cienka jest granica pomiędzy radością, szczęściem i zabawą a śmiercią - mówił biskup koszalińsko-kołobrzeski podczas mszy w intencji wszystkich ofiar wypadku pod Berlinem


      Msza w intencji ofiar wypadku autokaru pod Berlinem więcej zdjęć
      W całym województwie zachodniopomorskim obowiązywała we wtorek żałoba narodowa. W samo południe w Złocieńcu zawyły syreny. Przedstawiciele władz miasta wyszli przed budynek urzędu, ludzie wychodzili ze sklepów i stali w milczeniu.

      Wieczorem w tamtejszym kościele pw. Nawiedzenia NMP mszę w intencji ofiar i rannych odprawił biskup diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej Edward Dajczak.

      Msza rozpoczęła się od procesji wokół kościoła. Na czele procesji szli leśnicy z zapalonymi 13 świecami.

      - Chcemy dziś zapalić te 13 świec, tak jak zapala się świece w Wigilię Zmartwychwstania Chrystusa. Niech to będzie światło naszej miłości, w której dziś żyją ci, którzy odeszli - mówił w homilii biskup Dajczak.

      Msza zgromadziła tłumy wiernych. Niewielki kościół ledwie mógł ich pomieścić. Ulice miasteczka opustoszały. W ciszy podczas nabożeństwa słychać było szloch. Płakali nie tylko członkowie rodzin zmarłych, ale także przyjaciele i znajomi. Bo, jak mówią mieszkańcy, tu w 13-tysięcznym miasteczku każdy lepiej lub mniej znał tych, którzy zginęli w katastrofie.

      - Tu w Złocieńcu doświadczyliśmy, jak cienka jest granica pomiędzy radością, szczęściem i zabawą a śmiercią - mówił biskup.

      Z Ewangelii odczytano historię wskrzeszenia Łazarza.

      - Pokazuje ona, jak przyjaciel zapłakał nad śmiercią Łazarza. Łzy towarzyszą śmierci i są też tu w Złocieńcu. Muszą być - mówił biskup. - Ale jest też nadzieja. Bóg pokazuje w Zmartwychwstaniu Chrystusa, że życie się nie kończy. Bo jeśli tak miałoby się skończyć, to byłby absurd. Teraz padają pytania, których na co dzień sobie nie zadajemy. Uciekamy od nich. Pytanie o to, jak dalej żyć. Potrzebny jest Bóg, byśmy mogli spojrzeć w przyszłość, by ból był bólem, a nie stał się rozpaczą, z którą nie da się żyć.




Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka