chris-joe
10.01.04, 17:11
Polska lezaca za wschodnimi rubiezami Niemiec, a wiec i "cywilizacyjnego
jadra Europy", bedaca preludium do "barbarzynskich stepow Wschodu", zawsze
byla przez Niemcow postrzegana jako z lekka (czy tylko "z lekka"?)
nieokrzesany dzikus wymagajacy nawracania czy cywilizowania.
W oczach Niemcow (choc nie tylko...) naszej kulturze zawsze braklo
zachodniego wyrafinowania, naszej gospodarce- nowoczesnosci, naszym ulicom-
czystosci, naszemu sposobowi zycia- ladu i organizacji, naszym wspolziomkom-
kultury bycia i oglady.
"Polski bajzel" jest w Niemczech przyslowiowy, Polak- zlodziejaszek,
pijaczyna i kombinator to stereotyp, ktory do dzis pewnie w Niemczech jest
zywy i ma sie dobrze.
Pamietamy legendarne juz wywieszki po polsku w enerdowskich
restauracjach: "nie wynosic sztuccow".
W ramach mej wlasnej edukacji polsko-niemieckiej pamietam mlodziezowe obozy
FDJ'otu w enerdowie, gdzie to nasi niemieccy koledzy przekonywali nas na
migi, ze Polska (tu dlon wskazywala na poziom kolana) a Niemcy (dlon ponad
glowa) to dwa rozne swiaty. (W ramach rozejmu po krotkiej sprzecce obie
dlonie lodowaly na tym samym poziomie, jednakze obie strony swietnie zdawaly
sobie sprawe, ze rozejm ten zawarty byl tylko po to, by rozmowa "na dlonie"
nie przeistoczyla sie w rozmowe na piesci).
Byl tam takze pewien Uwe (wszyscy mielismy wtedy po 14 lat), pupil "strony
niemieckiej", ktory slynal z zartobliwego plucia na nas. Ale Uwe byl lekko
pieprzniety i pozostali Niemcy radzili nam go lekcewazyc. Stosunki miedzy
obu grupami byly poprawne, a wlasciwie... ich nie bylo. Obie grupy nie
wykazywaly entuzjazmu do "integrowania sie" i zyly obok siebie, z osobna.
(Uczestniczylem w dwoch takich obozach.)
Po latach wyjechalem z Polski i przesliznalem sie przez Niemcy Zachodnie.
Napotkani tam Niemcy (Berlin Zachodni i Monachium) byli szalenie uprzejmi,
moi rowiesnicy wykazywali nami wielkie i przyjazne zainteresowanie.
Jednakze "rownouprawnieniu" w naszych przelotnych kontaktach nie sprzyjal
fakt, ze bylismy biednymi turystami z PRL'u z kilkudziesiecioma dolarami
przemyconymi w majtkach. Oni byli na luzie i stawiali piwo, my zas bylismy
spieci, niepewni siebie, oniesmieleni ich bogactwem, ciuchami i
nowoczesnoscia.
Pozniej bylem juz w Kanadzie. W trakcie procesu asymilowania sie tutaj o
kompleksie polsko-niemieckim zapomnialem. Stalem sie Kanadyjczykiem i
wszelkie europejskie kompleksy byly juz dla mnie odlegla abstrakcja.
Fastforward: moja kolejna podroz do Polski, tym razem -po raz pierwszy- przez
Niemcy. W samolocie Lufthansy z Vancouveru "zaprzyjaznia" sie ze mna starsza
Niemka. Bardzo elegancka, kulturalna. Czuje, ze sie jej podobam jako facet,
jej angielski jest kiepski, mowie wiec powoli i wyraznie; ona sie przymila i
duka, ja zas wykazuje cierpliwosc i zrozumienie- jakby automatycznie jestem
strona dominujaca. Wie juz, ze jestem Polakiem. Opowiada o wczesnej
mlodosci w Hitlerjugend, jako dziewcze „stacjonowala” w Wielkopolsce. („Ja,
prosze pana, uwielbialam Hitlera”). Rozmowa toczy sie milo, wkrotce zapadam
w sen pod wplywem mego standartowego nasennego procha transoceanicznego.
Budze sie juz w Europie, gdzies nad Szkocja. Witamy sie jak starzy
przyjaciele, przy sniadaniu wracamy do pogaduszek. Dobijamy do Frankfurtu,
zbieramy swoje smieci do toreb, pakujemy swe dziesieciogodzinne gniazda.
Wsrod osobistych dupereli pakuje tez wraz z mym discman’em samolotowe
sluchawki. Glos z glosnika przypomina, by oddac sluchawki stewardesie.
Zorientowawszy sie w swej pomylce, wyjmuje je z podrecznej torby. Jestesmy
gotowi do ladowania. Usiluje kontynuowac przyjazny „small talk”, lecz
starsza pani jest schlodzona. Rozmowa sie nie klei. Po wyladowaniu ledwie
wymienia ze mna standartowe slowa pozegnania i juz jej nie ma.
W sytucji nie ma nic wyjatkowego. Transoceaniczne „przyjaznie” nawiazuja sie
i obumieraja rownie szybko. Zdaje sobie nagle sprawe, ze oto rozbudzilo sie
we mnie stare, gdzies ukryte przez te wszystkie lata, ziarno kompleksu Polaka
w Niemczech.
„Ona widziala ma pomylke ze sluchawkami- mysle sobie- uznala, ze chcialem je
ukrasc. No tak, moge byc do szczetu skanadyzowany, dla niej jednak jestem na
zawsze Polakiem, ktory zlodziejaszkostwo ma we krwi”.
Nie jest istotne, czy to ona cierpiala na ow kompleks myslac tak o mnie, czy
tez cierpialem nan ja- interpretujac sobie w taki a nie inny sposob jej
zachowanie. Faktem jest, ze kompleks ten jakos sie pojawil miedzy tamta
Niemka a tym Polakiem.
W Niemczech bylem –jako Kanadyjczyk- dwukrotnie. Nie zebym robil to
swiadomie, bron boze, ale kiedykolwiek musze tam okazac dokumenty reka zawsze
dziwnym przypadkiem trafia w kieszeni na moj paszport kanadyjski, nie polski.
Lubie Niemcy. Uwielbiam Berlin. Stara architektura europejska sprawia, ze
czuje sie tam jak u siebie. Niemcy, Holandia, Anglia- bez roznicy- z mojej
polnocnoamerykanskiej perspektywy to po prostu Europa. A z perspektywy
polnocnoamerakanskiego Polaka- to rodzinny dom.
Niekiedy wyobrazam sobie mieszkanie w Europie. Mysle wowczas o Hiszpanii,
Wloszech, moze Francji. Ale nie o Niemczech. Wydaje mi sie bowiem, ze tam
musialbym zyc z kompleksem. Domyslam sie, ze jest to myslenie bledne. Czy
rzeczywiscie?
Wielu z was mieszka, lub mieszkalo, w Niemczech od lat. Czy mieliscie
polsko-niemiecki kompleks? Czy macie jeszcze? Jak to dziala?
Prosze o komentarze.
cj