chris-joe
23.01.04, 19:40
ja mam taki stary zwyczaj, ktoremu skwapliwie holduje, ze wpadam na lotnisko
15 minut przed odlotem i ZAWSZE udaje mi sie wepchnac na poklad. Chocby w
biegu i przez plotki (bieg ten w USA musi byc teraz sprintem, w
kontekscie „wzmozonej czujnosci na lotniskach”).
Tym razem na lotnisku w Atlancie wyladowalem az 3 godziny przed lotem do
Montrealu. A wiec lunchyk, kawusia jedna i druga, papierosow paczka, no i
jeszcze ostatni papieros przed spacerkiem do bramki. Tam buty przepisowo
zdjalem, pasek z portek na zyczenie wyciaglem, dalem sie przeswietlic do
najwstydliwszych czesci mej intymnosci i spokojnie do samolotu sie udalem.
I wszystko byloby milo i uprzejmie, gdyby ten samolot tam jeszcze byl- bo
okazalo sie, ze go tam nie bylo juz od jakichs 15 minut... "Wzywalismy pana
nawet przez megafony, nie slyszal pan?"- ano nie slyszalem, thank you very
much.
Zostalem wiec przebookowany na kolejny samolot za 2 godziny.
Kurcze, gdybym wiedzial, ze sie spoznie i przyjdzie mi mieszkac na lotnisku
przez 5 godzin to bym do srodmiescia Atlanty wyskoczyl i napil sie choc ich
lokalnego i wielce egzotycznego wynalazku o nazwie coca-cola i przgapil pare
kolejnych samolotow.
Ale wreszcie znalazlem sie w Montrealu, gdzie juz na lotnisku stwierdzilem,
ze klucz do domu zagubiony zostal.
Dalej dzwonic do lubego, ktory w pracy na dalekim koncu miasta az do 2am. Z
walizka w metro sie zapakowalem, miasto wzdluz przemierzylem, lubego
odnalazlem, klucz dostalem, metrem miasto znow przemierzylem, tym razem w
kierunku przeciwnym, ze stacji taksowka do domu dotarlem.
Wreszcie po powitaniu z kotem i szybkim umyciu podlogi (kot mial sraczke, jak
sie okazalo) rozbierajac sie do kapieli kieszenie w spodniach oproznilem- a
tam, wsrod walutowej drobnicy znalazl sie zagubiony klucz...
Luby wkrotce powrocil do domu- zdazylismy jeszcze na kilka saznistych piw
wyskoczyc.
Poza tym uwazam, ze ze wzgledu na dbalosc o psychiczne zdrowie obywateli
rzady krajow podbiegunowych, takich jak Kanada, powinien wydac dekret
zakazujacy swym obywatelom podrozy do tropikow w miesiacach zimowych.
Sandaly i krotkie majtki we lzach zwrocilem szafie, z walizki wymiotlem
okruchy plazowego piasku zanoszac sie szlochem.
Zaczynam odliczac 60 dni dzielacych mnie od podrozy do Brazylii...
Zaduzony w Miami i ze swierzym przeziebieniem,
cj
Ps. W Montrealu juz prawie przedwiosnie- ledwie –15 stopni.