Sens zycia post-nastolatkow :)

29.01.10, 15:04
Cytuje tutaj dwa wpisy z pierdulowego watku: Swiatla i Basi:

Swiatlo:
Fotografowanie to moja ostatnia przyjemność w tym życiu. Wszystkie
inne już odeszły do lamusa. Seks - wspomnienie młodości, jedzenie -
niestety muszę to drastycznie zredukować, więc co jeszcze? Niektórzy
mówią że władza jest dobrym hobby, ale ja nie mam do tego
ani kwalifikacji ani możliwości. Chociaż jakbym był władcą, to chyba
bym był
okrutnym i bezwględnym dyktatorem! )) Ertes sobie znalazł iluzję
drugiej młodości w młodej żonie. Good luck! Ale to nie dla mnie.
Żadna kobieta już nie ma u mnie najmmiejszych szans.
Tak więc co jeszcze zostało? Jaką motywację jeszcze można mieć aby
ciągnąć dzień
za dniem? Tak więc próbuję samorealizacji w hobby. W końcu musi być
coś
przyjemnego w życiu, prawda? A co jest przyjemnością w Twoim życiu
Mario? Co Ciebie ciągnie z dnia na dzień? Co Was wszystkich ciągnie?
Może temat na nowy wątek?

Odpowiedz Basi:
dzien w ktorym zapanuje tu atmosfera jak w cytacie:
"Tak więc co jeszcze zostało? Jaką motywację jeszcze można mieć aby
ciągnąć dzień za dniem? " to bedzie dzien kiedy to forum opuszcze.
Depresjom mowie zdecydowane
nie! Mam nadzieje ze poza szanownym Swiatlo nikt tu dnia za dniem
nie ciagnie, tylko zyje pelna piersia, cieszac sie tym co ma, nie
teskniac za tym co nieodwracalnie minelo, lecz wspominajac to mniej
lub bardziej radosnie.


Ja zycze z calego serca zarowno Basi jak i kazdemu innemu tak
optymistycznego i spelnionego zycia “post….” no wlasnie, post “co”?.
Dla kazdego ten prog, po ktorym cos zaczyna byc nieodwracalnie
inaczej jest pewnie inny, ale chyba dla kazdego istnieje ten moment,
w ktorym zdajemy sobie sprawe, ze okres, w ktorym wszystko bylo
(albo przynajmniej wydawalao nam sie) mozliwe badz osiagalne, minal.
Dla mnie zycie po przekroczeniu tego punktu wcale nie jest tak
optymisztynie jak dla Basi, ale nie jest rowniez tak pozbawione
sensu badz uroku jak dla Swiatla.

Przyznam szczerze, ze wcale nie jest mi latwo pogodzic sie z faktem,
ze nie jestem juz mloda. Ja osobiscie odczuwam proces starzenia sie
jako bardzo nieprzyjemne rozdwojenie jazni. Moje wewnetrzne wciaz
jeszcze sie nie zmienia, pozostaje takie, jakie bylo przez lata i
przestaje niejako pasowac do ciala, w ktormy mieszka. Fakt
zauwazenia tego dysonansu przyprawil mnie o rodzaj paniki
manifestujacej sie glownie przesadzona symptomatyka “by sie nie
wyglupic”, co pewien czas przerywana fazami buntu “a wlasnie ze
wyglupic sie nalezy”. Skrajnym objawem fazy 1 bywa niechec pojscia
na dyskoteke tylko dlatego, ze “nikt w moim wieku” juz na dyskoteki
nie chodzi, skrajnym objawem fazy dwa (dzieki Bogu bardzo rzadkiej)
kupienie sobie butow z kwiatuszkami w dzieciecym oddziale. A juz
zupelnie sparalizowala i powalila mnie na lopatki na dobre pare
tygodni mysl nagla, ze wg. sredniego wieku statystycznego to ja juz
przezylam wiecej niz polowe mojego zycia.

No I coraz czesciej pojawia sie w mej jazni zupelnie nieproszone
pytanie: po co my zyjemy? Jaki cel przyswieca tej egzystencji? Czy
aby czegos nie przeeoczylam, nie zrozumialam, mnie nie ominelo? Te
pytania wprowadzaja duzo negatywnego niepokoju do mojego zycia.

To pewnie jest to, co ludzie nazywaja midlife crisis. Czy wy tez cos
podobnego przezywacie czy tez nie nastapil w Waszym zyciu zaden
taki “przelom”?
    • ewa553 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 15:17
      ja nie twierdze, ze jestem na codzien pelna radosci i optymizmu. ale
      nie bylam taka tez majac 20 czy 30 lat. kazdy wiek ma swoje
      zmartwienia, wiec po prostu staram sie nie przejmowac zanadto tym,
      ze zdarzaja mi sie mniej ciekawe dni, mniej ciekawe flirty, czy co.
      Plakalam rozpaczliwie skonczywszy 40 lat. potem byl spokoj przez 10
      lat i na moje 50 urodziny niby bez powodu (fizycznego) dostalam na
      dwa dni tak wysokiej goraczki ze ani nie moglam isc na wlasne
      przyjecie urodzinowe, ani do pracy. Nie musze mowic ze w pracy nikt
      w chorobe nie uwierzyl, wszyscy byli pewni ze tak swietowalam dlugo..
      Kolejny szok zwiazany z wiekiem i zmienajaca sie figura przezylam
      z 10 lat temu jak w piekny, sloneczny dzien wchodzac do sklepu
      pomylilam szklane drzwi z lustrem i stanelam naprzeciw grubej,
      starszej pani. Smialam sie dopiero po godzinie. Przez godzine
      przezywalam traume. Ale zeby z tych wszystkich powodow zatruwac
      sobie tzw. codzien, zeby rezygnowac z radosci zycia? Nie! I nie
      przejmuje sie sasiadami stukajacymi sie w czolo i dalej wchodze na
      drzewa zbierajac gruszki czy wisnie. I stojac na wysokiej galezi
      podziwiam swiat i czesto (przepraszam za patetyzm) piekno swiata i
      zycia zapiera mi dech w piersiach. Nie tylko na drzewie, nie tylko
      na jakims gorskim szczycie. Mysle, ze ten moj naiwny chyba zachwyt
      natura powoduje ze jestem na zycie zachlanna,
      ze zycie doceniam jako wielki dar. Gadula jestem, wiec moglabym tak
      jeszcze pol godziny opowiadac, ale oszczedze Wam tego.
      • maria421 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 15:53
        Sens zycia kazdy musi znalezc sam dla siebie, choc wlasciwie to uwazam ze zycie
        jest sensem samo w sobie. Zycie jest warte zycia, jest warte przezycia do konca,
        do ostatniego tchu. Im wiecej zycia za mna, tym bardziej je cenie, tym bardziej
        chce czerpac z tego co jeszcze zostalo.

        Po smierci mojego meza mialam wrazenie ze wszystko co mialam w zyciu przezyc
        dobrego juz przezylam, ze teraz juz bedzie "z gorki". Ale jezeli nawet mialoby
        byc "z gorki" to niech bedzie milo, przyjemnie i w zgodzie z sama soba i ze o
        tym jak bedzie ja chce decydowac. Swiadomie i dla siebie samej. Tego oczywiscie
        nie da sie ustawic za pomoca guzika, to jest kolejny proces dojrzewania w zyciu
        i wydaje mi sie ze jestem w srodku tego procesu.

        Kazdy etap zycia ma swe pozytywne strony. Na moim etapie pozytywna strona jest
        to, ze spogladajac na to , co juz za mna, na to, czego dokonalam i czego nie
        zaluje, z czego jestem dumna, czuje duza pewnosc siebie a to z kolei pomaga
        pozytywnie podejsc do przyszlosci.

    • swiatlo Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 17:57
      Chyba intencja mojego wpisu została źle zrozumiana. A Basia to już zupełnie
      wyskoczyła z tym "pozytywnym" sloganem jak filip z konopii.

      Nic się nie dzieje. Midlife crisis? Zależy jak to nazwiemy.
      Przychodzi wiek, jak teraz, kiedy to człowiek po latach życia dla innych,
      poświęcania swojego czasu, energii, wszystkich środków dla innych, czyli dla
      dzieci i rodziny, chciałby wreszcie coś robić dla siebie samego.
      Nie ma w tym nic zdrożnego i filozofia Marii aby pomagać innym w sumie nie stoi
      w żadnej sprzeczności, bo można być otwartym i pomocnym, ale też mieć w tym też
      jakąś swoją własną przyjemność i własne cele.

      Przychodzi wiek kiedy człowiek sobie zdaje sprawę że zostało jeszcze może co
      najwyżej 25 lat aktywnego życia, a to już bardzo mało.
      Więc przychodzi ogromna potrzeba aby coś dokonać. Aby gdzieś zaistnieć. Może to
      być sztuka, może to być działalność społeczna, mogą to być podróże, może to być
      hobby. Otwartość na innych o czym mówi Maria może iść równolegle, jedno nie
      wyklucza drugiego.
      Ale przychodzi taki okres kiedy człowiek sobie uświadamia że albo teraz, albo
      nigdy.
      I o tym pisałem. O niczym więcej.

      Czasami, jak w moim przypadku, akurat się to nakłada dokładnie z takim samym
      okresem u partnerki. Partnerka mówi dokładnie to samo. Po latach siedzenia w
      domu i zajmowania się dziećmi jej potrzeba zajęcia się sobą jest nawet większa
      niż u mnie. U niej to już nawet kwestia życia lub śmierci. Bo jeśli kobieta
      zajmuje się rodziną przez 25 lat, i nagle dzieci wyrastają, to co kobieta ma
      zrobić? Zwiędnać?
      I dochodzi do konfliktów. Obie strony nie mogą nagle każde pójść każde w swoim
      kierunku, rzucić się we własne wiry samorealizacji, bo jednak rodzina jeszcze
      musi funkcjonować. Dzieci niby dorosłe, ale dalej potrzebują rodziców. Dom jest
      dalej ważny, dalej jest potrzeba bycia razem, potrzeba ciepła rodzinnego. Jak
      każde się rzuci w całkowitą samorealizację, to to wszystko upadnie. To po to się
      żyje razem 25 lat, razem się poświęca, dąży w jakimś celu, aby to po 25 latach
      ot po prostu zabić, zakończyć?

      Tak więc pomimo nagłej żądzy samorealizacji, kompromisy dalej są tak samo ważne
      jak i przedtem. Dalej ważne są zobowiązania, dalej trzeba się liczyć z innymi,
      skomplikowana pajęczyna współzależności dalej krępuje ruchy.

      OK, spójrzmy się na inną możliwość. Nie zakładamy rodziny, całe nasze życie to
      jedna wielka wolność i samorealizacja.
      Ale czy taki scenariusz nie jest jeszcze gorszy?
      Dla mnie wolność i samorealizacja ma sens tylko wtedy gdy ma fundament rodziny.
      Bez tego fudnamentu ta samorealizacja po prostu tonie.
      Tak, jest to sprzeczność. Rodzina daje fundament, bez tego fundamentu człowiek
      tonie, po prostu ginie, ale jak ten fundament jest, to jednocześnie już do końca
      życia trzyma mocno za nogi.

      Inna możliwość to żona-niewolnica. Niech ona trzyma rodzinę, a ja sobie
      pofruwam. Bardzo częste są takie przypadki.
      Ale jak tak nie potrafiłbym. To nie jest sprawiedliwe.
      Chyba są gdzieś kobiety które są szczęśliwe jako niewolnice. Ja takiej nie mam,
      i w sumie dobrze.

      No niestety. Nie można jednego i drugiego. Nie znam takiego modelu aby jedno i
      drugie funkcjonowało. Bez tej pajęczyny współżalezności, poświęceń i kompromisów
      życie chyba nie jest możliwe.


      Jeszcze o dyskotece o której mówiła Xurek. Ona tam nie idzie, bo nie przystoi w
      tym wieku. Ja zupełnie nie mam tego dylematu. Dla mnie nie ma problemu że "nie
      wypada". Do dyskoteki nie idę tylko dlatego bo to nie jest przyjemność siedzenia
      w tym ogłuszającym łomocie, w zapoconym tłumie, przy okropnej muzyce, w dymie,
      bez prywatności. I tylko dlatego dyskoteka mnie nie pociąga. Hałas mnie męczy,
      tłum mnie męczy.
      Do klubu albo cichej kawiarni, przy delikatnej muzyce, w dobrym i
      wyselekcjonowanym towarzystwie, przy dobrym jedzeniu i dobrych drinkach, to
      zdecydowanie tak!
      Potrzeba wygłupu o jakim pisze Xurek u mnie nie istnieje. Ja nie mówię o
      wygłupach. Ja mówię o możliwości czy jej braku robienia rzeczy na które się po
      prostu ma ochotę.
      I to jest ten dylemat. Człowiek żyje w łańcuchach przez całe życie. I kwestia
      jest tylko aby się jakoś z tymi łańcuchami pogodzić...
      • ewa553 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 18:08
        przyznaje z niejakim wstydem, ze Twoj pierwszy wpis swiatlo, zle
        zrozumialam. ale tez mowiles tam o braku motywacji, aby ciagnac
        dzien za dniem. I to zdanie nie znalazlo zadnego odbicia w Twoim
        obecnym tekscie, ktory znalazlam bardzo ciekawym.
      • pierdoklecja_prutka Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 19:44
        Bardzo mnie się swiatło Twój wpis i całe przedstawione przez Ciebie
        zagadnienie podoba.
        Przedewszystkim chciałam oprotestować stwierdzenie, iż życie osób,
        które się nie zdecydowały na założenie rodziny to jedna wielka
        wolność i samorealizacja. Nic bardziej mylnego. Tak jak wszystkich
        obowiązują nas różne ograniczenia, a to na przykład potrzeba
        wykonywania płatnej pracy, uiszczania podatków, rachunków,
        przestrzegania prawa, różne normy i oczekiwania społeczne, czasem
        stan zdrowia na przykład, lub obowiązki względem jakiejś innej
        rodziny niż dzieci i żona/mąż. Wolność generalnie w naszym
        społeczeństwie do dosyć fikcyjne pojęcie. Więcej jest rzeczy,
        których nam robić nie wolno niż tych które można. Ponadto istnieją
        bariery wewnętrzne, na przykład skrupuły, kompleksy, strach.

        Nie uważam aby chęć rzucenia się w wir samorealizacji była sprzeczna
        z funkcjonowaniem rodziny, natomiast sposób tego funkcjonowania
        będzie musiał ulec przekształceniu. I tu myślę jest główny problem.
        Bo trzeba od podstaw przenegocjować taki podstawowy kontrakt
        familijny. Co ciekawe, zauważyłam u znajomych, iż przeważnie
        najtrudniej to idzie nie z partnerem/współmałżonkiem lecz z tymi
        prawie dorosłymi dziećmi. To one najgłośniej protestują, i szczerze
        mówiąc nie mają żadnych skrupułów. Podam przykład. Mąż koleżanki
        doznał właśnie takiej potrzeby samorealizacji, wiatru we włosach i
        wolności i zdecydował że tę potrzebę spełni mu posiadanie motycykla.
        Szczerze mówiąc, nic zdrożnego, moim zdaniem. Otóż reakcja rodziny
        była piorunująca. Koleżanka dostała histerii pt. będzie miał wypadek
        i zostanie sparaliżowany. Mimo, że mąż prowadzi auto, jeździ dość
        szybko i jakoś do tej pory na wózku nie jeździ. Tak zwane dzieci, a
        tak naprawdę stare konie na studiach, dostały też jakiejś manii, że
        tata jest nieodpowiedzialny bo puszcza (!) pieniądze na głupoty. Bo
        wygłąda (sic!) głupio na tym motorze. Bo do czego to podobne. Wstyd.
        Egoizm. Atakowano go indywidualnie, w podgrupach i en masse.
        Wzbudzano poczucie winy, strach, szykanowano i wyśmiewano. Hahaha! W
        końcu, facet, aby się oddzielić od zmasowanego potępienia, i też w
        proteście cały weekend chodził po domu w motycyklowym kasku! Rodzina
        zaś sfilmowała go i zawiesiła filmik na youtube z szyderczym
        komentarzem pt. "Tata - Batman".
        A tak naprawdę, to o co chodziło? Serio?
        Zapytałam kumpeli, czy zamiast się z niego wyśmiewać nie lepiej by
        było dać mu się na tym motorze przewieźć. Mogło się jej spodobać,
        kto wie. A jeśli nie, to miałaby otwartą drogę by zrealizować sobie
        jakieś swoje małe marzenie, na które do tej pory się nie mogła
        odważyć. Na przykład iść z kumpelami na striptiz męski.

        --
        wasza pierdo
      • maria421 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 21:09
        Nie wiem czy zostalam dobrze zrozumiana z tym "otwarciem na innych".
        Oczywiscie ze otwarcie na innych i pomaganie innym nie wykulcza dbania o siebie.
        Wiecej- bez zadbania o siebie nie mozna pomoc innym. Zebym mogla pomoc komus
        innemu najpierw musze byc w stanie pomoc sama sobie.

        Ja stwierdzam tylko ze ludziom otwartym na innych jest o wiele latwiej niz tym
        ktorzy sa skoncentrowani tylko na sobie. Czyli- altruistom jest w zyciu latwiej
        niz egoistom. Sa bardziej pozytywni, radosni i jakos ... bardziej silni.
        • xurek Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 29.01.10, 23:46
          No rzeczywiscie, Swiatlo, zupelnie zle zrozumialam Twoj problem,
          moze czesciowo dlatego, iz podwiadomie skojarzyl mi sie z moim
          problemem.

          Przestawiajac sie teraz na tor wlasciwy stwierdzam, ze problemu
          takiego jak Ty nigdy nie mialam, nie mam i z duzym
          prawdopodobienstwem miec nie bede. Od kiedy siegne pamiecia, zawsze
          zylam w zwiazkach, mam dziecko i samorealizuje sie na tyle, na ile w
          okreslonych ramach spoleczno-prawno-moralnych jest to mozliwe. Moja
          wolnosc ogranicza wiele rzeczy, ale z pewnoscia nie moja rodzina.

          Ani maz ani dziecko mi w tym nie przeszkadzaja. Rodzina i owszem,
          wprowadza ograniczenia czasowe i finansowe, ale jest to swiadomy
          wybor i czesc mojej samorealizacji. Poza tym robie, co mnie akurat
          sie podoba, tak samo maz i w zakresie odpowiednim do wieku syn. Tak
          bylo rowniez w moim domu rodzinnym: wyroslam w takim modelu i
          kontynuuje nadal. Podswiadomie wybieram pewnie takich partnerow, z
          ktorymi taki model jest mozliwy, wiec ani oni mnie ani ja im w
          robieniu czegos dla siebie nie przeszkadzamy.

          Ja nigdy nie zylam ani “tylko dla siebie” ani “tylko dla innych”.
          Zawsze istniala rownowaga i przeplatanie sie tych postaw: w tym
          aspekcie mojego zycia nie widze na przestrzeni czasu zadnych zmian.

          PS: ja tez nie lubie halasu ani tlumow, ale uwielbiam tanczyc i w
          tym celu chodze do dyskotek. Jeszcze rok temu zupelnie nie
          przeszkadzala mi roznica wieku miedzy mna a srednia przecietnego
          bywalca, az tu nagle cos mi sie przestawilo i nagle poczulam
          sie “niemloda” i nie wiem jak sobie z tym uczuciem poradzic.
          • swiatlo Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 00:04
            xurek napisała:


            > PS: ja tez nie lubie halasu ani tlumow, ale uwielbiam tanczyc i w
            > tym celu chodze do dyskotek. Jeszcze rok temu zupelnie nie
            > przeszkadzala mi roznica wieku miedzy mna a srednia przecietnego
            > bywalca, az tu nagle cos mi sie przestawilo i nagle poczulam
            > sie “niemloda” i nie wiem jak sobie z tym uczuciem poradzic.

            To pewnie dużo też zależy z kim idziesz i czego od takiej dyskoteki się
            spodziewasz. Jak idziesz z partnerem i on z Tobą przez cały czas się bawi, to
            wtedy nie obchodzi Ciebie reszta, bo po prostu się bawisz z partnerem. Jeśli
            jednak idziesz w nadziei na nawiązanie jakiegoś kontaktu towarzystkiego z
            ludźmi, to wtedy rzeczywiście lepiej się obracać we własnym kręgu wiekowym.
            Ja mam podobne dylematy z moim synem w wieku uniwersyteckim. Czasami z różnych
            okazji jestem zapraszany na jego imprezy. Na przykład na uniwerku mają specjalne
            dnie kiedy studenci zapraszają ojców i wszyscy się wspólnie bawią. Wtedy jest
            ok, gadam sobie z innymi ojcami, a i młodzież wie że to dla ojców więc jest
            bardziej otwarta.
            Jeśli jednak się znajdę wśród nich z innej okazji, to już separacja jest
            ogromna. I to z ich winy. Ja jestem otwarty na kontakty z nimi, ale oni już się
            ode mnie separują. Bo nie jestem jednym z nich.
            I wtedy się czuję wyobcowany.

            Ale to naturalne. Jak ja byłem studentem to i ja traktowałem ludzi w średnim
            wieku, jak na przykład docentów albo innych pracowników uniwerku którzy się
            próbowali wkręcić towarzysko w nasze grono, z dużym dystansem i wolałem się
            obracać we własnym kręgu wiekowym.
            Ale to tak jest już wszędzie.

            Na rejsach karaibskich też jak przydzielają stoliki, to przydzielają wiekowo. My
            byliśmy przy stoliki z dwoma innymi parami w naszym wieku. Nowożeńcy też są
            sadzani razem, emeryci też. Naturalne.

            Śmieszne jest wspomnienie z imprez rodzinnych. Jak tylko pamiętam to zawsze w
            Polsce było dużo tych wielorodzinnych biesiad. I zawsze zasada ta sama: dzieci
            przy osobnym stoliku, młodzież na lewym końću, średni wiek, czyli ci decydenci,
            na środku, a bacie i dziadki na prawym końcu.
            I tak to się przesuwało.
            Jeszcze nie dawno pamiętam że my siedzieliśmy na lewym końcu. Teraz o zgrozo
            siadam w środku, a ci po lewej to już młodzież do której już niestety przestałem
            należeć. A ci to siedzieli na środku w czasach mojej młodości, siedzą teraz na
            prawym końcu. A ci co wtedy siedzieli na prawym końcu to już ich nie ma.

            I tak ten stół się przesuwa. Dochodzą nowi z lewej strony, a ci z prawej spadają
            ze stołu aby zrobić miejsce nowym. Taki recykling....
            • pierdoklecja_prutka Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 12:55
              Ostatnio byłam na babskim sabacie. Bawiłyśmy się szampańsko, co
              prawda nie doszło do tańców na stole, ale było blisko. Pod koniec
              się pojawiła jakaś kobieta, smutna, spięta i drętwa. Nie za bardzo
              zwróciłam na nią uwagi, może ją brzuch bolał?

              Potem dokonując przemyśleń stwierdziłam, że nasze rozkoszne grono
              było w wieku zdecydowanie średnim, a jak się spotkamy za 10 lat to
              będą już o nas mówić, że "babcie szumią". A kobieta co przyszła była
              młoda, bo była córką jednej z uczestniczek. I pewnie się czuła, tak
              jak ja bym się czuła gdybym w jej wieku się znalazła w gromadzie
              rajcujących starych bab. Ja ze swojej strony, zdecydowanie bym nie
              chciała uczestniczyć w jakiejś bibce 20-latków bo uważam takie bibki
              za nudne jak flaki z olejem i przewidywalne do bólu. Gdyż w wieku
              lat 20 już to przerobiłam. Hahaha!

              Sądzę, że obecność starszych krępuje młodych ludzi. Jednak jakoś tak
              po 30-stce ta bariera stopniowo zanika.


              --
              wasza pierdo
              • maria421 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 14:43
                Moja mama, w wieku lat 75 czy 77 zmienila czesc mebli. Powiedziala "Moze pozyje
                jeszcze z rok-dwa, a moze jeszcze dwadziescia lat i jak teraz nie zmienie to
                pozniej nie bedzie mi sie chcialo". Do konca zycia, czyli jeszcze w wieku lat 88
                miala plany na przyszlosc. Ja wiedzialam ze ona tych planow nie zrealizuje, ale
                przeciez nie o ich realizacje chodzilo tylko o same plany. W planach miala np.
                jechac jesienia na grzyby . Oczywiscie sama by na te grzyby nie poszla tylko z
                kims mlodszym, bo ona sie zgniac nie moze, wiec tylko by laska pokazywala, a ten
                ktos mlodszy by zbieral...

                I o to wlasnie chodzi. O to zeby nie tracic pasji, nie tracic checi do zycia,
                nie przestawac planowac, nie mowic ze juz sie cos nie oplaci, ze po co, ze nie
                warto.

                • kan_z_oz Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 16:27
                  Mialam swoj egzystencjonalny kryzys jakis czas temu. Ciesze sie tez,
                  ze moge napisac 'mialam'.
                  Obecnie otwieram rano oczki i sie ciesze z zycia. Oczywiscie, gdy
                  sie jakos w miedzyczasie 'sponiewieram' ta radosc jakos przygasa na
                  dzien lub dwa.
                  Niemniej jest i to taka jaka tylko mgliscie pamietam z dni bardzo
                  mlodzienczych.

                  Kupilam sobie narty w Japonii - hahaha - odpowiednik chyba motoru
                  dla Pani w srednim wieku...i mam zamiar uprawiac ile sie tylko da na
                  przemian z innymi.
                  Nie jest to kryzysowy zakup, tylko kontynuowanie przerwanej w
                  ktoryms momencie pasji zyciowej do sportu.
                  Z radosci buzia sie wygladzila, dupka i brzusio zmalaly. Czuje sie
                  zdrowo jak nigdy - czego Wszystkim zycze. Wyglad przestal mnie
                  martwic zupelnie, kwestia wieku natomiast istniec.

                  I jak wyzej napisalam...dopoki sie czlek nie sponiewiera lub da
                  wciagnac w to co wypada, kto Nas lubi. Pilnuje aby czuc sie dobrze i
                  w zwiazku z tym moge sama tanczyc w dyskotece z malolatami - nie
                  zeby bylo to moim ulubionym zajeciem - ale jesli trzeba?
                  Ciesze sie tez z obcowania z sama z soba - co oznacza, ze moge isc
                  na impreze i zupelnie sie nie odzywac. i wciaz posiadac zadowolenie
                  z odbycia takowej...
                  Bycie z samym z soba jest tez najlepszym wyznacznikiem. Balansu
                  glownie. Kazdy powinien miec. Jesli ktos nie czuje oznacza tylko, ze
                  jest poza balansem, bo nie ma zadnego na swiecie powodu aby
                  ktokolwiek powinien czuc sie inaczej.

                  Kan
                  • fedorczyk4 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 17:53
                    kan_z_oz napisała:

                    > Bycie z samym z soba jest tez najlepszym wyznacznikiem. Balansu
                    > glownie. Kazdy powinien miec. Jesli ktos nie czuje oznacza tylko,
                    ze
                    > jest poza balansem, bo nie ma zadnego na swiecie powodu aby
                    > ktokolwiek powinien czuc sie inaczej.
                    >
                    > Kan

                    Bardzo mi odpowiada to co Kanie napisałaś. Nie mam kryzysów żadnych,
                    bo zawsze wszystko miałam pomerdane. Jako dziecko byłam stara-
                    malutka, jako nastolatka kompletnie wyobcowana z przynależnego mi
                    środowiska, za to znakomicie funkcjąca jako outsiderka, jako młoda
                    osoba nieprzystawałam nigdzie, bo byłam 21 letnią studentką rozwódka
                    z dzieckiem, potem emigrantką walczacą o zycie i status. Przez
                    pewien czas byłam stereotypową drobnomieszczanką prasujacą męzowi
                    gacie i dziecionm skarpetki.
                    W kazdym okresie zycia znajdowałam "wentyle" na to co we mnie
                    buzowało, albo płakało, czy grało (z przewaga buzowania).
                    Teraz mam dzieci "odchowane", ale nadal nieustalone sytuacje
                    zawodową i finansową, nie mówiąc już o społecznej. Ciągle coś się
                    dzieje, ciagle wszystko sie zmienia. Jedyne co dla mnie w tym jest
                    istotne dla mnie samej, to właśnie moja własna wewnętrzna równowaga.
                    Nie zadaje sobie pytań o sens istnienia. Dla mnie on jest sam w
                    sobie. Jestem hedonistką. Zawsze byłam. Nie mam żadnych innych
                    ambicji niż bycie zadowoloną ze wszystkiego i wkładanie wysiłku w to
                    zeby ludzie którzy mnie otaczają też mogli korzystać z radości
                    życia.
                    Uwielbiam raz na jakis czas dać czadu, jeśli przy okazji wychodzę na
                    kretynkę, to niech sie wstydzi ten kto widzi. To nie jest mój
                    problem.
                    Nie pcham sie do młodzieży, chyba ze mnie sama gdzieś wlecze, bo jak
                    napisała Pierdoklecja, moje 20 lat przeżyłam już jakiś czas temu i
                    wcale do tego nie tęsknię.
                    Jakiś czas temu zgłosiła sie do mnie mailowo redaktorka z T.S
                    (chyba) że chciałaby ze mna powywiadować bo pisze artykuł o 50
                    letnich kobietach które nie uwazaja że ich zycie się skończyło. Nie
                    odpowiedziałam na to wezwanie, bo całkiem całkowicie, nic nie mam do
                    powiedzenia w temacie. Ja poprostu sobie jestem i żyję. Bardzo to
                    lubię, ale nie potrafiłabym nic na ten temat powiedzieć, poradzić.
                    Moje, Światła, Xurka, Ewy, Pierdoklecji, Marii i innych życie do nas
                    należy i kazdy musi sam się "zbalansować".
                    Kocham zaszaleć, ubrać sie jak dziki dzik i wstrząsnąć widownią
                    tańcząc jak wicher. Ale to lubię ja, a inni nie muszą.

                    W starzeniu się najbardziej lubię to co zawsze lubiłam w życiu, że
                    mogę, ale wcale nie muszę. Lubię wiedzę o innych którą nabywam i to
                    że coraz mniej rzeczy w ludziach nie lubię. Zrobiłam sie
                    tolerancyjna, a nie byłam za grosz!
                    Konkludując: po prostu lubię:-)
                    • maria421 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 18:53
                      Fedoro, "nieustalone sytuacje" to jest jeden ze skladnikow recepty na mlodosc.
                      To jest najlepszy zyciowy moblizator:)

    • ewa553 Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 30.01.10, 19:24
      Moi wspolwedrowicze:)) na dzisiejszej wedrowce wsiedli na mnie
      dzisiaj strasznie, zebym przestala chodzic do solarium. Ja na to,
      ze czuje sie cudownie jak jestem opalona. A oni, ze dostane raka
      skory. No to ja, ze mam 65 lat, wiec na cos kiedys musze przeciez
      umrzec! a oni na to, ze jak bede miec pecha, to bede jeszcze 20 lat
      zyc z tym rakiem, meczyc sie i opisali szczegolowo co beda ze mna
      robic. Speszylam sie, bo liczylam sie z dosc szybka smiercia z tym
      rakiem skory, a tu taka marna perspektywa..... No i czym sie
      skonczylo? Niczym! rozumu mnie nie nauczyli, optymizmu nie odebrali,
      mam zamiar dalej cieszyc sie zyciem i sztucznym sloncem:)))
      Niezupelnie to na temat, ale tak jakos mialam ochote tutaj t
      opowiedziec.
    • luiza-w-ogrodzie Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 01.02.10, 02:40
      Chyba tylko w rozdyskutowanych latach uniwersyteckich zastanawialam sie nad
      sensem zycia racjonalnie i rozumowo. Ale instynktownie po prostu zylam, bez
      zastanawiania sie po co i dlaczego, i komu to sie podoba a komu nie. Lubie zyc,
      doswiadczac, tworzyc albo dawac sie unosic pradom istnienia i na szczescie ze
      wzgledu na paskudnie indywidualistyczny charakter jestem odporna na to, co
      ludzie powiedza. Nie mialam zadnego kryzysu zwiazanego z wiekiem. Nie moglabym
      jak Swiatlo powiedziec "to moja ostatnia przyjemność w tym życiu", bo nie wiem
      co mnie jeszcze czeka (poza smiercia, no ale wszyscy podlegamy prawu entropii).
      Owszem, nie przetancze juz calej nocy ale seks w kopce siana - czemu nie? ;oP

      Luiza-w-Ogrodzie
      Forum AUSTRALIA
      • swiatlo Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 01.02.10, 05:29
        Zanim zaczniesz mnie cytować przeczytaj cały wątek żeby poznać kontekst tego cytatu.
        • luiza-w-ogrodzie Re: Sens zycia post-nastolatkow :) 01.02.10, 06:13
          swiatlo napisał:

          > Zanim zaczniesz mnie cytować przeczytaj cały wątek żeby poznać kontekst tego
          cytatu.
          >

          Mam zwyczaj czytac caly watek, zanim sie wypowiem. Zdanie jakie cytowalam padlo
          spod Twojej klawiatury i zabrzmialo strasznie nieodwolalnie, az sie wzdrygnelam.
          Pozniejsze tlumaczenia ze chodzilo Tobie o cos innego przeczytalam, ale
          pozostalo pierwsze wrazenie.

          Luiza-w-Ogrodzie
          .¸¸><((((º>¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>¸¸.
          Australia-uzyteczne linki
Pełna wersja