Sąsiedzi

08.07.11, 21:39
No to zakładam. W robocie miałam Sajgon, więc dopiero teraz.

Chodzi o sąsiadów. Tych z góry, z dołu, przez płot. Najlepsi, najgorsi. Irytujący. Ciekawi. Tajemniczy. Dziwni. Każdy z nas miał, ma, posiada historie.

Moje historie będą osobno, a na razie zapraszam przede wszystkim Fedo i 100K do rozpoczęcia baśni z 1001 nocy... :-)
    • roseanne Re: Sąsiedzi 08.07.11, 21:47
      wynioslam sie z dzielnicy multimedialnej , gdzie sasiedzi mieli syf na okraglo (vietnam) z tylu, tak, ze nawet sie siasc przy grillu nie dalo - raz na rok zbierali puste butelki po piwie...
      z przodu i owszem, przycinali trawke

      no i co kurka wodna - miesiac nie minal od przeprowadzki i jakies tutejsze cwoki jasiowe zaczeli remont - z 3 pietra leca na trawnik belki, deski, kawalki scian z kafelkami, sprzet jakis zezlomowany - klima czy cus
      lomot, pyl , na balkonie sie wysiedziec nie da , wszystkie okna musza byc pozamykane, bo ukurzone wszystko dokladnie


      pomijajc juz ze byl 1 lipca, czyli kanada day, czyli dzien przeprowadzek, polamane pulki, porozbijane muszke klozetowe, porozpruwane kanapy i wory wszelkiego paskudztwa a dzien zbierania duzych smieci dopiero dzis...
      • maria421 Re: Sąsiedzi 08.07.11, 23:52
        W Lodzi mielismy zabawnych sasiadow. Zabawnych bo bardzo lubili balangi, ciagle u nich byla jakas impreza mocno zakrapiana i z glosnymi spiewami. Sasiadka, ktora poza imprezemi czesto chwalila sie ze miala studiowac spiew w konserwatorium ale nie wyszlo, zaczynala wtedy piac arie Jontka mezzosopranem a jej maz prowadzil glosne rozmowy z ktorych do naszego mieszkania dochodzilo najczejsciej "Czy ty mnie masz za frajera"?
        Rano po balandze sasiadl biegl do sauny kaca leczyc i na wieczor byl znow w formie na nastepna impreze.
        Sasiadka bardzo lubila sasiedzkie rozmowy w drzwiach i wtedy opowiadala jak to ona w czasie wojny pracowala w bogatym niemieckim domu i miala dwanascie par butow z wezowej skory, na co moj Tata dodawal szeptem "do wyczyszczenia", poza tem miala jeszcze szlafrok z prawdziwego jedwabiu, jezdzila z panstwem wolantem , wszyscy sie w niej kochali i chwalili ja ze jak odberala telefon to mowila z "prawdziwym berlinskim akcentem"...

        Juz tam nie mieszkaja, a jezeli jeszcze zyja to maja okolo 90 lat, wiec pewno juz nie balanguja :)
    • jutka1 Krzykacz 13.07.11, 22:32
      Zacznę od sąsiada z parteru po drugiej stronie ulicy. Widzę go kilka razy w tygodniu z balkonowego obserwatorium albo na ulicy, ale słyszę wrzaski co wieczór (a czasem, jak dzisiaj, wrzaski zaczęły się już po południu).
      Facet nijaki, mały chudy łysiejący w okularach, koło pięćdziesiątki może po. Niby nijaki. Ale pod koniec kolacji (wino?) zaczyna się na żonę wydzierać. Wrzask, krzyki, epitety, rzucanie przedmiotami. I tak codziennie. Żona znosi we względnym milczeniu. A w czasie dnia sobie z dzióbków wyjadają (no, nie dzisiaj...).

      Muszę przyznać, że nie jest to komfortowe, wysłuchiwać co wieczór. Ale z drugiej strony, najwyraźniej taki mają rytuał życiowy, nie?
      Pytałam sąsiadów zza ściany, tak jest od zawsze.
      • fedorczyk4 Studnia 14.07.11, 08:03
        Część moich okien, w tym taras i sypialnia wychodzi na podwórko. Przyzwoicie zbudowane przedwojennymi kamienicami (komunałki) i zamknięte moją. Akustyka jak w Metropolitanie. I o tym na poczatek, a nie o moch ulubionych sąsiadach z dołu. Ich jak i i pania pożal się Boże adwokat z parteru zostawiam sobie na koniec.
        Z typu zabudowy wynika współuczestnictwo w życiu balkonowym i podwórkowym. I tak z dziećmi dawię sie w chowanego, berka, gram w piłkę, kłócę i tłukę, z kotami marcuję, a z psami wyję i szczekam. Nie uskarżam się, odwrotnie lubię to bardzo. No może z wyjatkiem nocnych pijaczków ryków, ale te nie zdarzają się zbyt często. Męczące czasami natomiast bywa życie balkonowe sąsiadów, zresztą kiedy u mnie są goście, to pewnie sąsiedzi myślą to samo o moim. Nistety każde słowo nawet najciszej wyszeptane na tarasie u sąsiadów obok jest doskonale słyszalne w mojej sypialni. Dość jest to krępujace bo na ki gwizdek są mi zwierzenia pani Ambasadorowej kraju ościennego, albo opowieści jej męż?
        Na przeciwko (pod Maćmą) tarasuje od rana do wieczora rodzina francuska. Z młodą dorodna polska zoną i doma żywiołowymi chłopcami około 6/10 letnimi mieszka około 60 letni tatuś który wygląda i zachowuje się tak jakby jakis kataklizm się po nim przeczołgał. Półprzytomny z wyłysiałą kitką, nikogo nie rozpoznajac przemyka się korytarzami. Za to króluje u nich polski "teściu".
        Pewnie na emeryturze i pewnie śmiertelnie nudzący się, bo prowadzi u nich remont i sam różne prace wykonuje. Najchętniej w week endy oczywiście. Zwłaszcza jeśli ma coś do wywiercenia.
        I pewnie wyszłabym na dzikiego plociucha i podglądacza gdybym nie dodała, że moja wiedza o tej rodzinie wynika z niemożności wyłączenia "tarasowego" nasłuchu. Co ja mam zrobić jeśłi w ramach intymności tatuś wychodzi z telefonem na taras i w języku bla-bla opowiada komuś jak potwornie ma dość upierdliwego, wszechobecnego teścia?
        To oczywiście działa obusiecznie i jak mój le Mąż wychowywał któreś z dzieci, to Maćma dzwoniła do mnie z poleceniem zamknięcia okien i wykopania go na drugą stronę mieszkania żeby ryczał na park a nie do studni.
        • maria421 Re: Studnia 14.07.11, 09:13
          Nasze lodzkie mieszkanie tez znajdowalo sie w kamienicy ktora tworzyla studnie. Kamienica (wysokie 4 pietra) miala front i dwie tzw. oficyny do ktorych byly przybudowane jakies garaze laczace sie z tylem innej wysokiej kamienicy. W srodku bylo wybetonowane podworko i tylko pod sciana tej innej kamienicy rosla jakas brzozka, jakies krzaczki i to mialo sluzyc za ogrodek.
          Balkony byly od strony podworka i slychac bylo doslownie kazde otwarcie drzwi balkonowych, ale wtedy balkony sluzyly do wywieszania bielizny , do wystawiania kiszonej kapusty itp. a nie do relaksu, wiec cudzych rozmow raczej nie dalo sie podsluchac. Natomiast jak wracalam pozna pora do domu, to Mama zawsze poznawala moje kroki juz w bramie.
          Mieszkalam tam wiele, wiele lat i obserwowalam jak na moich oczach ta kiedys super elegancka kamienica niszczeje. Jak znikaja witraze z okien klatki schodowej i zastepowane sa zwyklymi szybkami. Jak znikaja krysztalowe lustra z drzwi do windy i drzwi obok windy gdzie byly rozne instalacje elektryczne i zastepowane sa drewnem. Jak po awarii wymieniono piekna, drewniana kabine windy na paskudna ,jak wszedzie w PRL, z paskudnymi metalowymi drzwiami. Jak pewnego dnia zniknela rzezbiona w drewnie glowa lwa konczaca porecz na parterze. Ot, ktos wzial i upilowal. Jak niszczeje chodnik na bialych marmurowych schodach i one same tez.
          Dopiero po moim wyjedzie zalozono tam domofony. Kiedy ostatnio, 2 lata temu tamtedy przechodzilam, widzialam ze teraz nawet cala brama jest zamknieta, a w naszym mieszkaniu znajduje sie jakas kancelaria adwokacka.

          Ale skoro mialo byc o sasiadach, to oprocz tych opisanych wyzej, inni niczym sie specjalnie nie wyrozniali.
    • xurek Re: Sąsiedzi 14.07.11, 14:38
      Fajny temat :)

      Jezeli chodzi o moich sasiadow, to w przytlaczajacej wiekszosci wypadkow jest tak, ze ja jestem dla nich waznym plotkowym tematem, czysta egoztyka tudziez podejrzanym alienem jakims, oni zas czesto umykaja mojej uwadze. Dlatego podejme pierwsza runde tematu niejako z drugiej strony.

      Nie pamietam, jak to bylo w moim najwczesniejszym dziecinstwie, ale podejrzewam, ze juz wtedy bylam w sasiedztwie (lacznie z moja rodzina) rodzajem ufoludka, bo mowilam do mamy po polsku miast po slasku (mama zabraniala mi mowienia gwara, ktora ja uwielbialam), jako jedyna w bloku nosilam okulary, bylam byc moze do dnia dzisiejszego jedynym przeszkolakiem w tamtej okolicy, ktory do przedszkola chadzal w plaszczyku w kratke z kolnierzem z norki tudziez kapeluszu w kratke i z piorkiem, potem jedyna w okolicy uczennica szkoly muzycznej.
      Moje sasiedzkie wspomnienia z tego czasu sa bardzo mgliste, ale pare sie uchowalo. Tak wiec dzieci wciaz nazywaly mnie „brylok“ badz „kobra“ a mnie to strasznie wkurzalo, wiec wciaz sie z nimi bilam, przewaznie przegrywajac walki i rozbijajac kolejne okulary, za co dostawalam dodatkowo od mamy. Z doroslych pamietam dobrze tylko pania K., ktora sie mna zajmowala zawsze wtedy, kiedy moja mama zajmowala sie swoim zyciem towarzyskim (czyli prawie codziennie) i z ktorej corka do dzisiaj sie przyjaznie. Bradzo lubilam tam byc, czulam sie rewelacyjnie wrecz, bo u nich w domu jadlo sie w kuchni, wolno czasem bylo lapa a niekoniecznie widelcem i nozem, rozmawialo sie po slasku, gralo w karty i bylo tam zawsze multum roznych krewnych i pociotkow. Pania K odwiedzalam za kazdym pobytem w Polsce az do konca jej zycia. Bedac u niej zawsze wracalo do mnie to uczucie blogiego dziecinstwa.

      Kiedy mialam 15 lat przeprowadzilismy sie do wsi, z ktorej pochodzil moj tato i moje weekendowo-wakacyjnie dziecinstwo stalo sie moim sasiedztwem. To byl dla mnie w kwestii sasiedztwa rewelacyjny czas, bo rozwijalam sie co prawda coraz bardziej w kierunku dziwolaga, ale bylam dziwolagiem swojskim, znanym niejako od pieluchy, wiec w pelni integrowalnym i przyswajalnym.
      Rodzice wybudowali na wsi „nowoczesny dom“ z gadzetami takimi jak bidet (cala wies wyla ze smiechu) tudziez centralne ogrzewanie (wzbudzajace ogolny podziw i zazdrosc). No i ja tez zdazylam sie bardziej „wyksztaltowac“ niz w tym przedszkolnym / wczesnoszkolnym czasie: wtedy to obcielam dlugie wlosy i stalam sie punkiem z irokezem na glowie, umundurowanym w moro, martensy, czarna skore, cwieki itp, mialam faceta 20 lat starszego, innostanca i z dlugimi wlosami, idac droga z tramwaju do domu (ok 2 km) rozmawialam sama ze soba w jezykach obcych (po co marnowac czas, skoro mozna cos cwiczyc) i inne takie.
      Wies plotkowala na okraglo, rownoczesnie uwzazajac mnie za naturalna czesc miejscowego folkloru. A ja jak za dawnych czasow zachodzilam do sasiadow na herbate, jezeli bylo mi po drodze zimno badz samotnie i siedzac za zelezniokiem prowadzilam nadal gwarowe konwersacje, tyle ze juz nie o tym, co znalazlam w lesie badz widzialam w chlewie, tylko o tym, ze moim zdaniem boga nie ma a religia to opium dla ludu, ze wychodzenie za maz bez posiadania odpowiedniego seksualnego doswiadczenia jest przeciewzieciem wysoce ryzykownym itp itd.
      NIkt nie bral mnie na powaznie, sasiedztwo zgodnym chorem wyrazalo nadzieje, ze „stychgupot wyrosne“ jak rowniez obawe, czy aby „jaki chop jom bydzie chciol“ badz glebokie zastanowienie „fto jom tak bauamuci i skond uona te herezyje biere“. Babcia przekazywala mi na biezaco krazace o mnie opowiesci ingerujac tylko wtedy, kiedy byly dla niej zupelnie nie do przyjecia. Tak na przyklad pewnego goracego lata, ktorego to odkrylam dla siebie nowa wygodna mode tzw. „sukienek – workow“ na cienkich ramiaczkach , babcia zjawila sie u nas w domu z paskiem w rece, ktorym to bez slowa opasala w talii mnie i sukienke mruczac pod nosem „mos to nosic az przestanom godac, ze chopa niy mo, pieszczonka niy nosi a przi nadziei jes“.
      Jedno powiedzonko z tamtych czasow szczegolnie utknelo mi w glowie. Na wsi mieszkal taki stary facet, ktory byl troche uposledzony i lubil ubierac sie w cala mase nalozonych jedno na drugie ubran, zakonczonych dlugim plaszem. Mial rower, ktory zawsze pchal i nigdy na nim nie jezdzil. Kiedys babcia powtorzyla mi najnowszys wiejski „wic“: „Jak uobejzis na wsi szmaciorza, to dej pozor, cy mo kolo. Jak je s kolym, to musi byc Kalyta, jak je bez kola, to musi byc H… (czyli ja)“.

      Mieszkalam w tym domu 10 lat, pozniej bywalam tylko okazyjnie, az ponad dekade pozniej zawiatalam z afrykanskim mezem i polafrykanskim dzieckiem, ktore teraz spedza na owej wsi coroczne wakacje i kontynuujac rodzinna tradycje staje sie powoli nowa swojsko-egzotyczna czescia miejscowego folkloru. Jak przyjechalismy po raz pierwszy sasiadka babci, Zofija, co miala juz chyba pod setke powiedziala “pacz dzioucha, za diobla musiala zes sie wydac, coby sie s tobom rada dou”.

      Reszta kiedy indziej, bo za pol godziny przychodzi facet na rozmowe o prace a ja nie przeczytalam jeszcze jego dossier.
      • fedorczyk4 Re: Sąsiedzi 14.07.11, 16:57
        Xurek, mało nie umarłam z radości czytając Twoja opowieść. Ja chcę jeszcze!!!!
        Tylko mi wyłumacz dlaczego Ty miałaś być ta bez koła????
        • ewa553 Re: Sąsiedzi 14.07.11, 17:11
          i ja sie posmialam po pachy. I tez prosze o c.d.

          Fedo, tylko ten facet-szmaciarz chodzil z kolem (rowerem), Xurek roweru najwyrazniej nie mial.

          Xur, czy Ty przez te wszystkie lata choc od czasu do czasu drukowalas swoje wpisy?
          Nam byloby wesolo, a Ty mialabys Kronike Rozwoju Piranii:))))
      • chris-joe Re: Sąsiedzi 14.07.11, 19:09
        Boskosci, xurze! Kce wiency!
        • xurek chcielista to mata :) - czesc 2 14.07.11, 23:09
          Nastepnym, a scislej mowiac paralelnym sasiedzkim etapem w moim zyciu byl akademik. Znazalzam sie w nim na trzecim roku studiow, w ramach zaleconej przez rodzinnie zaprzyjaznionego chirurga psychoterapii (nie bede sie wdawac w szczegoly, bo mialo byc o sasiadach).

          Akademik kojarzyl mi sie wtedy z pieklem, a pielko kojarzylo mi sie ze miejscem, w ktorym zdecydowanie nie ma ani babc, ani cioc, ani nie jest ladnie, ani grzecznie, ani przyzwoicie, tylko piekielnie podniecajaco i ekscytujaco i rownie piekielnie odstraszajaco. Rodzicom tez kojarzyl sie on z pieklem, z ktorym to jednak mieli zupelnie inne skojarzenia. Mojemu chlopakowi tez kojarzyl sie z pieklem a owo z koncem swiata. Naszego swiata.

          Tak naprawde to nikomu oprocz owego chirurga nie przyszloby do glowy, bym zamieszkala w akademiku. Mnie rowniez nie. Chirurg jednak uparl sie jak osiol i w koncu postawil na swoim. Zameldowalam sie, dostalam przydzielone miejsce w pokoju dwuosobowym i 1 pazdziernika tatus i mamusia zawiezli mnie samochodem zaladowanym wszystkimi niezbednymi do zycia przedmiotami takimi jak porcelanowa zastawa, platerowe sztucce, eleganckie szklanki, wyszywana posciel, pasujace do siebie narzuta na tapczan, obrus na stol tudziez dekoracyjne poduszki, wazon, dekoracyjna misa itp itd.

          Wejscie do budynku bylo powanzym szokiem, wejscie do pokoju doznaniem graniczacym z trauma. Tata zaciskal szczeki, ja oslupialam a mama rzucala na przemian kurwami i matkoboskami na temat syfu, sodomy, gomory, braku estetyki, kultury, sfery intymnej, higieny, przestrzeni i przytulnosci wszelkiej. Mama zawsze byla action-(wo)man, wiec szybko otrzasnawszy sie z doznanego szoku nakazala nam zwalic te dobra w jeden kat i zarzadzila odwrot do domu mowiac, iz zanim sie tutaj wprowadze musi zostac wyszorowane, pomalowane a czesc mebli zastapiona czyms, w czym da sie zyc. Jako iz procedura owa odpowiadala w pelni znanemu mi porzadkowi swiata uznalam ja za jedynie sluszna i z ulga wsiadlam do czystego i estetycznego samochodu.

          Pokoj zostal przemalowany, przemeblowany, wyszorowany i doprowadzony do stanu zdaniem rodzicielki nadajacemu sie do uzytku. Akcja owa nie umknela oczywiscie uwadze pozostalych mieszkancow akademika. To “grand entree” nie zaskarbilo mi bynajmniej przyjaciol a ksywa “ksiezniczka” dosc dlugo sie do mnie kleila zas stanie sie soba pochlonelo duzo lez, energii , czasu, walowy upichconej przez acion-mum i przywiezionej przez tate tudzie kasy moich rodzicieli finansujacej niezliczone imprezy :).

          Akademik, a raczej jego mieszkancy okazali sie byc dokladnie tym, czego oczekiwalismy:
          Dla mnie wielka metamorfoza, w oczach moich rodzicow niekoniecznie pozytywna, dla mojego chlopaka koncem naszego zwiazku i poczatkiem jego wlasnej “akademikowej drogi” .

          Moim sasiadom w akademiku zawdzieczam wiele, za co niniejszym, rownoczesnie krotko ich opisujac, dziekuje:

          Kolezance A, studentce statystyki i niedoscignionej leaderce w moim osobistym rankingu pt “horror” dziekuje za lekcje pokazowa w temacie “falszywosc i zlo ludzkie nie maja granic”.

          Kolezane N, studentce handlu wewnetrznego marzacej o wlasnym butiku z ciuchami, doswiadczonej znawczyni meskiego ciala i ducha dziekuje za niezliczone odlotowe imprezy, prawdziwie babskie rozmowy pozbawione wszelkiej klasy jak rowniez za wciagniecie mnie w jedna z najciekawszych analiz rynkowych pt. “korelacja miedzy kolorem i forma meskich gatek a seksualnym profilem nosiciela”.

          Kolezance M., studentce ksiegowosci marzacej o zostaniu nauczycielka w podsatwowce, zona bogatego Amerykanina i matka dwojga dzieci plci obojga dziekuje za zorganizowanie niezapomnianej podrozy autostopem przez pol Europy zakonczonej poznaniem mojego zyciowego kamienia milowego. Kolezanka M nauczyla mnie podrozowania za nic, zywienia sie niczym i spania nigdzie jak rowniez przede wszystkim odwagi, ktore to umiejetnosci umozliwily moja odyseje “z Polski w siwat”.

          Koledze S, studentowi finansow marzacemu o karierze popstara albo co najmniej rezysera, tak pieknemu ze az strach, dziekuje za burze czarnych lokow nad moja twarza, za niebotyczne wzloty w perfekcyjnie uformowanych ramionach i rownie niebotyczny lot w proznie, kiedy to ujrzalam owe ramiona obejmujace kolezanke M w haftowanej poscieli upranej przez action-mum.

          Koledze C, najlepszemu przyjacielowi kolegi S, synowi dwoch wysoko postawionych partyjnych bonzow studiujacemu nauki polityczne i marzacemu o politycznej, bynajmniej nie lokalnej karierze dziekuje za nieoczekiwane braterstwo dusz, przepiekny zwiazek bez przyszlosci w roli kochanki zameznego i dzieciatego faceta, przepyszne darmowe obiady w partyjnej stolowce, darmowy udzial w festiwalu sopockim jak rowniez pomoc w rozpoczeciu emigracyjnej odysei.

          Koledze B, studentowi statystyki marzacemu o tym, ze w koncu kurwa ktos zrozumie o co mu w tym popierdolonym zyciu chodzi majacemu zone (cytuje) z supercycem i bezduszy wierzacemu w to, ze za pomoca szokoterapii typu sfingowanie wlasnego samobojstwa z powodu braku intelektualnego partnera rozumiejacego kurwa itd zone uduchowic sie uda dziekuje za pokazanie mi, ze swirostwo tudziez inne dziwolagostwo nie jest choroba smiertelna i nawet po najwiekszym odlocie swiat dalej sie kreci w ta sama strone a opuszczone na moment totalnego joba krzeslo wciaz stoi w tym samym miejscu i czeka. Wiedza ta nieraz bardzo mi sie przydala.

          No i przede wszystkim dziekuje mojemu Ex za to, ze sie ze mna na poczatku mojej akademikowej kariery rozstal i dzieki temu owa umozliwil. Kolega D, student politechniki i ekonomii, nie majacy zadnych zawodowych marzen a bedacy dzisiaj derektorem wielgasnej firmy, zamieszkal zreszta po owym rozstaniu w tym samym akademiku stajac sie moim sasiadem i przyjacielem na cale zycie, za co rowniez bardzo mu dziekuje, gdyz taka ciaglosc w zycu “od liceum do grobowej deski” dobrze robi. I tutaj jeszcze anegdota na nasz temat:
          Mielismy chyba z 17 lat jak wrozka bedaca na uslugach mojej ciotki wywrozyla nam, ze spedzimy ze soba cale zycie w wielkiej harmonii majac czworke dzeci. Jego przepowiednia przybila chyba znacznie bardziej niz mnie . Po naszym rozstaniu czesto smialismy sie z wrozki z bozej laski az kiedys przy kolejnym przypomnieniu sobie owej stwierdzilismy nagle, ze rzeczywiscie mamy czworo dzieci (on troje ze swoja zona i ja jedno z moim mezem) i ze spotykamy sie corocznie badz nawet czesciej w gronie naszych obu rodzin i w wielkiej harmonii od ponad 20 lat .......
          • ewa553 Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 06:54
            Xurku, badz (bondz) Szeherezada, ktora to przez tysiac i jedna noc snula opowiesci....
            Mozna Cie czytac bez konca.....
            • fedorczyk4 Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 08:25
              Oj tak, tak. Budze sie otwieram, czytam i wpadam w zachwyt. Jeszcze, jeszcze, jeszcze!!!
              • pierdoklecja_prutka Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 11:04
                Łomatko, Nobel za opis kolegi B :) .... i innych.


                --
                wasza pierdo
                • maria421 Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 13:15
                  Oprocz stylu podoba mi sie dystans Xurka do samej siebie, to opisywanie siebie poprzez komentarze innych ludzi i poznawanie siebie poprzez kontakty z innymi ludzmi.

                  Bedzie ciag dalszy?
                  • ewa553 Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 13:42
                    Oprocz tego co wymienilas Mario, podoba mi sie obraz slaskiej wsi. Ci ludzie, ktorzy z taka jakby czuloscia odnosili sie do cudoka-Xurka. Nie bylo wyklinania z ambony, anonimow, rzucania kamieniami. Bylo pozwolenie na to, zeby jeszcze jeden "cudok" nalezal do wsi.
                    I matka-Slazaczka. Pisalas chyba ze byla nauczycielka? A tu wchodzi do akademika i jak przystalo na Slazaczke, zabiera sie do pucowania:))))
                    W obliczu tych wszystkich informacji Xurku jest rzecza jasna, ze musialas wyjsc za maz za Afrykanina. Nikt inny nie wchodzil w rachube, chyba zeby sie zjawil Marsjanin. Kazdy inny maz rozczarowal by wies:)))
                    • maria421 Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 15:29
                      ewa553 napisała:

                      > W obliczu tych wszystkich informacji Xurku jest rzecza jasna, ze musialas wyjsc
                      > za maz za Afrykanina. Nikt inny nie wchodzil w rachube, chyba zeby sie zjawil
                      > Marsjanin. Kazdy inny maz rozczarowal by wies:)))

                      Dokladnie tak :)
                      • xurek Re: chcielista to mata :) - czesc 2 15.07.11, 15:41
                        Dziekuje bardzo za rozliczne komplementy, az sie cala zaczerwienilam. Temat jakos ta wyjatkowo mi podszedl, przypomniala sie masa twarzy i wydarzen :).

                        Fedoro, Ewa ma racje, kolo to rower, Kalyta zawsze chodzil z rowerem, ja nie.

                        Basiu, moja mama nie jest Slazaczka: tata jest Slazakiem z tej wlasnie wsi. Mama tez (prawie) nigdy niczego nie pucowala, ale prawda jest, ze bardzo lubi czystoc i lad, tyle ze pucowanie to ona raczej zleca innym :). Mama byla nauczycielka w liceum i przez pewien czas prowadzila rowniez jakies kursy na uczelni, na wsi znana jest pod xywa „profesurka“. No i dziekuje bardzo za przypomnienie mi slowa „cudok“, ktore bylo towarzyszem mojej mlodosci – jakze moglo mi uledziec z glowy. Ah, i „sowizdzol“ bylam tez :).

                        Mario, czesc dalsza bedzie, jak sie wyrobie z milionem najrzniejszych czekajacych na mnie raportingow. Wolalabym pisac, bo temat naprawde mnie wciagnal, mysle ze wieczorem skrobne nastepna czesc.
          • xurek czesc 3 15.07.11, 17:56
            Rownolegle mieszkanie w akademiku i wiejskim domu rodzicow przerwala na rok praktyka w Portugalii polaczona z mieszkaniem w meskiej komunie.

            Wypelniajac tony ankiet i skladajac walizy papierow, w celu zwiekszenia szans na otrzymanie owej wkleilam zdjecie z czasow przed-punkowskich z dlugim wlosem. Rownoczesnie przestalam golic boki glowy na prawielyso dedukujac slusznie, ze w ciagu pozostalego polrocza wlosy podrosna i nikt nic nie zauwazy.

            W pracy teroria sie sprawdzila i nikomu nie wadzilo, ze wlos miast dlugiego mialam krotki, pelne owlosienie calej czaszki zupelnie zadowolilo pracodawce. Inaczej rzecz miala sie z moimi wspolmieszkancami, czyli sasiadami, o ktorych bedzie mowa.

            Otorz jak dowiedzialam sie wiele tygodni i jointow pozniej, chlopaki juz od lat brali praktykantki kierujac sie tylko i wylacznie szczuploscia sytwetki, symetria twarzy i first and over all dlugoscia i jasnoscia wlosa. W zamian za plowe co najmniej 30 cm liczac od czubka glowy gotowi byli przyjac do swej ekskluzywnej komuny, oddac najlepszy pokoj i pokazac sie od najlepszej strony. Pokoj nalezal normalnie do Topé, ktory jako pierwszy przeprowadzal sie do takiej malej komory z dziura w dachu miast okna w scianie zamieszkujac tam 1/3 czasu praktyki i zamieniajac sie kolejno pokojami z pozostalymi dwoma mieszkancami.

            Ja rowniez znalam ich ze zdjecia, wiec latwo odnalazlam stojacych na koncu peronu w napietym oczekiwaniu. Oni jednak nie poznali mnie: w miare jak im wyluszczalam ze ja to ja a oni przyjmowali do wiadomosci te okropna wiadomosc, widac bylo rozprzestrzeniajace sie po twarzach niczym trad jakis rozczarowanie i wnerwienie. Miast serdecznego uscisku uslyszalam jedynie, ze mam za nimi isc. Mialam dwie wielkie walizy i plecak (byla zima, mialy byc 3 miesiace, martensy zajmuja kupe miejsca a ja bardzo lubie miec ze soba wszystko, co sie przydac moze), w drodze do samochodu zaden nawe sie nie odwrocil by sprawdzic, czy aby nadazam. Pomoc w zaladowaniu bagazu ograniczyla sie do otwaracia bagaznika.
            W mieszkaniu musialam stac pol godziny w przedpokoju patrzac, jak Topé pakuje swoje rzeczy z komory z dziura w dachu do pieknego pokoju z balkonem i powoli czajac, ze nastepuje tutaj jakas zmiana szykow i ze ta komora stanie sie moim domostwem przez najblizsze trzy miesiace.

            W komorze pozostawiona zostalam sama sobie, w nieznanym mi mieszkaniu z pozamykanymi pokojami, z ktorych dochodzily dzwieki muzyki, telewizji badz rozmow i otwarta kuchnia, lazienka tudziez patio. Wyladowalam walizy i ulozylam z nich piramide w jedynym dostepnym kacie i wzielam kapiel po podrozy. Wlozylam szorty i t-shirta i postanowilam stanac do boju otwierajac drzwi do pomieszczenia, ktore ocenilam jako salon i rownoczesnie biorac oddech do dlugiego monologu na temat, ze tak sie nie traktuje gosci, nawet jezeli ich wyglad nie spelnia oczekiwan i ze jestem glodna, nie wiem czym dostac sie nastepnego dnia do pracy i gdzie jest jakakolwiek posciel. Nie wydalam z siebie jednak zadnego dzwieku, bo oslupienie na twarzach moich wspolmieszkaczy wywolalo u mnie oslupienie wtorne. Wiele tygodni i jointow pozniej dowiedzialam sie, ze w moim plaszczu z cwiekowym pasem, martensach, plecaku, opasce na czole i pozostalych czesciach rynsztunku wygladalam tak nieforemnie, ze znow wydawalo im sie, ze stoi przed nimi ktos inny, niz oczekiwali – tym razem na plus.

            Chlopaki nigdy nie wybaczyli mi tych krotkich wlosow, ale moj tylek i biust wystarczyly na to, by zostac wciagnieta na rotacyjna liste zamieszkiwania komory z dziura w dachu ¼ czasu trwania praktyki.

            W Portugalii wszyscy maja cala mase imion. Tak wiec Topé nazywal sie Marco Antonio Pedro, Maxim nazywal sie Massimiliano Aurelio Jesus a Vitaliano…. nazywal sie Vitaliano. Wszyscy trzej pochodzili z dobrze sytuowanych rodzin mieszkajacych w jakichs hacjendach w okolicach Porto, oni zas studiowali w miescie i wynajmowali bardzo piekne, stare 5-pokojowe mieszkanie (plus komora) z pania od sprzatania, prania, prasowania, gotowania i robienia zakupow na stanie. Znali sie z klubu wioslarskiego i stanowili czesc osmio- badz dzieweicioosobowej (nie pamietam) zalogi spotykajacej sie czesto w owym mieszkaniu.

            Topé juz chyba urodzil sie w pulundrze, tweedowych spodniach i koszuli zapietej na ostatni guzik, zapytany jako przedszkolak, kim zamierza zostac miast strazaka tudziez innego mistrza yedi musi odpowiadal « bankierem » a jego ulubiona zabawa bylo z cala pewnoscia porzadkowanie zabawek na polce.

            Vitaliano wygladal jak blizniak Sylwestra Stallone i mial rownie duzo przeblyskow intelektualnych co ow w filmach Rambo.

            Maxim zas byl w pewien sposob podobny do Woody Allena, tylko ladniejszy, sniady, wyzszy i z pelniejsza czupryna.

            Na poczatku schodzilismy sobie z drogi, ja chodzilam do pracy, chlopaki na uczelnie i na trening, potem oni z kumplami siedzieli w salonie a ja jezeli nie padalo na patio, ktore zdaniem chlopakow nadawalo sie zima co najwyzej do podziwiania przez szybe drzwi a dla mnie z panujacymi na nim 18-toma stopniami wymagalo co najwyzej swetra.

            PIerwszy z szyku wylamal sie Maxim, zapraszajac mnie na herbate przy kominku, przy ktorym siedzial nieodmiennie w welnianych rekawiczkach, czapce i szaliku. Po pewnym czasie doszlusowal Vitaliano, Topé chyba do samego konca tak naprawde mnie nie polubil.

            A koniec nie nastapil, jak w planie, po trzech miesiacach, tylko po roku, gdyz w pracy sie okazalo, ze ja naprawde jestem analitykiem rynkowym i naprawde potrafie pisac programy komputerowe i naprawde do czegos moge sie przydac, wiec podwyzszono mi pensje i zaproponowano przedluzenie.

            Chlopaki niechetnie, ale zgodzili sie na moj dlugi pobyt w ich mieszkaniu, jednakze ostatni z trzech turnusow pokojowych musialam przemieszkac caly w komorze z dziura.

            Dosc szybko odkrylam, ze te papierosy, ktore pali Maxim to jointy, jak rowniez dowiedzialam sie, iz coponiektorym nieslychanie pomagaja w koncentracji i rozszerzaja horyzonty, po czym przekonalam sie, ze podobnie jak Maxim ja tez naleze do tej kategorii. Z czasem zastapilismy sniadania przygotowywane przez Marie Oraide przedpracowym jointem wypalanym nad rzeka, skad to pelni szczesliwosci udawalismy sie ja do pracy a Maxim na uczelnie. Maxim byl najlepszym studentem roku i to kazdego roku, na ktorym sie znajdowal I niewyczerpana kopalnia najprzedziwniejszych mysli. Szczegolnie utkwil mi w pamieci wieczor, kiedy to w ramach eksperymentu kupilismy sobie w dyskotece drazetki pod tytulem « speed crystal », zezarli owe po czym przemierzyli szybkim truchtem dzielace nas od domu 8 kilometrow a w owmy zelarli wszystko, co tej nocy bylo do dyspozycji czyli potwornie twardy ser, prawie rownie twarda marmolade, musztarde i cukier.

            Topé sam zwierzyl mi sie przy jakiejs alkoholowej badz jointowej okazji ze swojego hobby : otoz przysiagl on sobie, ze przenigdy nie zakupi zadnego sportowego ciucha potrzebnego do wioslowania, tylko zawsze bedzie je kradl na cotygodniowym targu. Chlopaki potwierdzily, ze Topé trzyma sie swego przyzeczenia od lat i ze jest mu ono swiete. Biorac pod uwage caloksztalt Topé, zwierzenie owo wstrzasnelo mnia rownie doglebnie, jak uczynilaby to wiesc o tym, ze np. zjada noworodki badz gwalci dzdzownice. Topé nie musial niczego krasc, ale twierdzil, ze wtedy czuje sie « naprawde zywy ». Bardzo namawial mnie do sporobowania tego eliskiru zycia i w koncu musialam sie zgodzic, gdyz Topé byl obrazony, ze dziele hobby Maxima a jego nie. W przeciwienstwie do Topé nie poczulam sie zywa, tylko wrecz przeciwnie : omal nie umarlam ze strachu. Pamietam jakby to bylo wczoraj, ze ukradlam rozowy sweatshirt z napisem « pamplemousse ».

            Biorac pod uwage caloksztalt mojego jestestwa i tego, co spotykam na mojej drodze najdziwniejszym z nich wszystkich byl jednak Vitaliano. Vitaliano, ktory posiadal tylko jedno imie, nie posiadal zadnego drugiego dna ani zadej tajemnicy. Nawet jointow
            • xurek Re: czesc 3 15.07.11, 18:03
              Vitaliano nie palil.
              • chris-joe Re: czesc 3 16.07.11, 07:46
                Szalenie wciagajaca lektura, xur.
                I podziwiam pamiec. A raczej poczucie ciaglosci, z ktorego chyba ta pamiec wynika. Bo mi sie zdaje, ze pogubilem juz ciaglosc ze soba z innych epok, jakby to byly rozne wcielenia, inne niemal osoby. Paru mnie jeszcze w Polsce bym wyszukal, pozniej cj z epoki greckiej, wczesno brytyjsko-kolumbijskiej, poznej b-k, montrealskiej. Moja ciaglosc jest porwana, a z nia i pamiec stala sie wyrywkowa.
                Ostatnio w PL spotkalem po raz pierwszy od lat grupe mych bardzo dawnych i waznych przyjaciol i oni wspominali mnostwo detali, ktore stracilem zupelnie z pamieci. Niemal wstyd mi bylo, gdy musialem odpowiadac, ze tego, i tego, i tamtego zupelnie nie pamietam.

                Podobnie z moja epoka grecka, tak bardzo wazna- a jakbym wspominal opowiadania z zycia kogos innego kiedys mi przekazane.
                A ty pamietasz pelne imiona, wydarzenia, slowa niemal... W Grecji bylem w latach 85-87. Kiedy ty bylas np. w Portugalii? Jestesmy chyba niemal rowiesnikami- ja z 1962.
                • chris-joe Re: czesc 3 16.07.11, 08:32
                  O, cos takiego:
                  www.youtube.com/watch?v=XTEYQ339a68
                  • ewa553 no wiesz, Xurek! 16.07.11, 09:09

                    siadam wygodnie z kawa do czytania, a Ty sie wieczorem lenilas! Co za rozczarowanie....
                    I tez chcialam spytac za ce-jotem, kiedy mialy miejsce, te wydarzenia? Wyjechalam z Polski w styczniu 1975 i ta "Twoja" Polska, z roznymi mozliwosciami jest dla mnie zupelnie obca, nieznana. Martensy nosilas? Ja w tym wieku nosilam szpileczki i spodnice na sztywnej halce:)))
                    Ale tez pewnie jestem o jedno pokolenie starsza od Ciebie.
                    • ewa553 Re: no wiesz, Xurek! 16.07.11, 09:10
                      i jeszcze jedno pytanie, a raczej podwojne: czy praktyke w Portugalii zalatwialas na wlasna reke? I czy znalas portugalski czy tez porozumiewalas sie po angielsku?
                  • maria421 Dla wspomnien 16.07.11, 09:41
                    zalozylam "Watek retro"

                    forum.gazeta.pl/forum/w,14420,126762020,126762020,Watek_retro.html
                    tu jest watek o sasiadach.
                    • ewa553 Re: Dla wspomnien 16.07.11, 09:57
                      Ty, Maryska! Nie waz sie Xurka zniechecac! Jest to bowiem najpiekniejsze skurwienie watku jakie sobie mozna wyobrazic. A ze watki sie zawsze juz skurwialo, to tradycja forumowa.
    • swiatlo Re: Sąsiedzi 27.07.11, 20:44
      Witam po latach.
      Moi sąsiedzi. Ci po lewo (jak się patrzeć z domu na ulicę) - para w wieku 55+, ale seks mają taki że cała ulica wie. A że sypialnie mają od ulicy, to są koncerty!
      Ci po prawo - przez lata myśleliśmy że to wampiry. Kobieta w wieku naszym, czyli gdzieś 50+, z mężem w wieku podobnym i bratem. Rzadko się pojawiają, zazwyczaj w nocy. Dom jakby opuszczony.
      Ostatnio jednak pojawił się ambulans w środku nocy przed ich domem. Okazało się że ona się ześlizgnęła ze schodów i uszkodziła sobie kręgosłup. Poszliśmy do nich z ofertą pomocy. Okazało się że to nie wampiry ale bardzo sympatyczni ludzie. Nazajutrz wysłali do nas bombonierkę. Jak to pierwsze wrażenia mogą być mylne!
      O, jeszcze sąsiedzi z tyłu. Nie wiemy nic o nich. Kiedyś jacyś młodzi którzy co wieczór urządzali sobie libacje przy których nie mogliśmy spać, ale ostatnio jest cicho. Poza tym zbudowali sobie wysoką komórkę która nas od nich oddziela. Komórka zarosła od naszej strony bluszczem, więc jest teraz u nas ładnie i tajemniczo.

      Ciekaw jestem co oni myślą o nas....
      • chris-joe Re: Sąsiedzi 27.07.11, 21:13
        Dzis, sasiadka w metrze. Tzn. na przeciwko. Czytam kindla, a ta twarz w dloniach i szlocha. Dyskretnie popatruje. Szloch intensywny, widac ze ukryc nie moze. Zaczynam sie martwic i wspolczuc, mysle, czy moze nie zaczepic, pocieszyc jesli trzeba. Lzy same cisna mi sie do oczu, gdy mysle, jakiz to dramat mogl ja doprowadzic do takiej rozpaczy.

        Po kilku minutach opuszcza dlonie, wyciaga chustke, by otrzec oczy. I wtedy widze, ze nie szloch to wcale, ale rechot, chichotem szalonym jest opetana! Ach, juz mi lepiej. A jej, widze, glupio, lecz rechot zaraz wraca, znow ukrywa twarz i cala sie trzesie. Usmiecham sie lekko, niby wracam do lektury. Ale smiech zarazliwy i przypominam sobie podobne w miejscach publicznych, w pojedynke. Smiechy co same sie napedzaja, zwlaszcza, ze glupio tak do siebie rechotac przed obcymi i chocby nie wiem jak bysmy sie starali nad soba zapanowac, to nie tyle juz mysl zabawna, co absurdalnosc i niezrecznosc takiego rechotu rechot wzmaga.
        Usmiecham sie coraz bardziej nad smiechem sasiadki, juz ramiona zaczynaja mi sie kolysac, juz lekkie prychniecia sam musze tuszowac.
        Wreszcie ona wysiada na ktorejs stacji i samego mnie tak zostawia z tym smiechem mi podrzuconym, coraz silniejszym, ktory w coraz intensywniejsze drgawki mnie popycha.
        • akawill Re: Sąsiedzi 28.07.11, 00:40
          Ależ wionęło tajemniczością i innymi barwami, które trudno mi szybko określić. A teraz przez Twoje zaniedbanie bedę bezskutecznie dedukował źródło tegoż rechotu. Z drugiej strony, ciekawiej chyba nie wiedzieć, bo ciekawie.

          I siedzę właśnie w fastfudzie zwanym Panera Bread i czekam żeby sąsiedzi coś zrobili. A oni nic, tylko jedzą i gadają.
          • ewa553 Re: Sąsiedzi 28.07.11, 08:30
            jakby nie bylo: sasiad-Akawill sie odezwal! Z sasiedniego forum doczlapal sie tu. Bardzo sie za Toba stesknilam, i pewnie nie ja jedna, Drwalu....
          • chris-joe Re: Sąsiedzi 29.07.11, 03:02
            Zrodla rechotu nigdy juz nie poznam i nie doniose. Byl to jedynie, jak sie chyba okazalo, podstawowy tescik podstawowej empatii :)

            Ciebie zas pozdrawiam i re-witam, akawil.
            • akawill Re: Sąsiedzi 29.07.11, 04:39
              No więc ująłeś mnie własnie tym że Twój wpis był o kontakcie ...jakkolwiek bezkontaktowym.
      • ertes Re: Sąsiedzi 28.07.11, 23:28
        Sasiedzi wypuszczaja psa do ogrodu przed 6-sta rano i to bydle jak sie zalatwi to piszczy i podszczekuje.
        • kan_z_oz Re: Sąsiedzi 29.07.11, 01:46
          Po prawej stronie domu mam sasiadow od psa. Kilka lat temu kupili sobie malego szczeniaka i wpuscili go na stale do ogrodka. Szczeniak rosl i z nudow skomlal, jak sasiedzi byli w pracy. Po jakims czasie pies wyrobil sobie nawyk siadania rano przy plocie, w odleglosci paru metrow od okna naszej sypialni i wycia rozpaczliwego.

          Wrzucilam wiec sasiadom kartke do skrzynki na listy z info., ze ich pies wyje przerazliwie cale ranki sobotnio-niedzielne oraz przez reszta tygodnia praktycznie caly dzien.
          Efekt byl taki, ze szybko przybiegli z butelka wina i przeprosili. Aby sprawe zalatwic i kwestie psia rozwiazac kupili mu do towarzystwa...drugiego...hahaha

          Wyly wiec dwa...jakby jeden niewystarczal.
          Zaczelam sie wiec rano zrywac lub chlop; jak zaczynaly, polewalismy je woda z weza. Wytrenowaly sie na tyle, ze obecnie wystarczy krzyknac 'shut up' i jest cisza...haha

          Sami sasiedzi - bardzo sympatyczni i w sumie bezproblemowi ludzie, zreszta.
          Z reszta nie mialam zadnych wiekszych przejsc.

          Kan

    • ewa553 Re: Sąsiedzi 29.07.11, 09:25
      mam taka sasiadke pode mna, czyli na 3-cim pietrze. O tej to moglabym godzinami, ale boje sie, ze mi cisnienie podskoczy:)))) Poza jej numerami, to ona sama jest niesamowita: olbrzymie babsko z dupa tak wielka, jak fortepian. Lubi w lecie nosic szorty:))) Moj maz, ktory byl tez kawal chlopa, zdradzil mi kiedys, ze idac za nia po schodach, bal sie, po prostu bal sie jej rozmiarow. Pamietacie taka pare, ktora probowala adoptowac dziecko (glownego bohatera, Homera) w Regulaminie tloczni win? Irving napisal tam, ze sobie wyobraza
      dlaczego ona nie ma dzieci: jak plemniki z jej meza wyskocza miedzy jej potezne uda, to z krzykiem uciekaja przerazone. No to taka jest moja sasiadka. Jej najciekawszy numer byl pare lat temu: Dom nasz otoczony jest drzewami i rozne ptaki i ptaszyska w drzewach urzeduja.
      Raz spiewaja pieknie - np. po deszczu lub rankiem (jesli juz dostatecznie wczesnie zwloke sie z lozka). Czasami kracza tak, ze zamykam okna i drzwi bojac sie ze to te od Hichcoka.
      A pare lat temu to byl jeden wyjatkowo upierdliwy. Myslalam ze dostane szalu, bo wydawal dziwne dzwieki przez caly dzien. No, zyc sie nie chcialo. Po wielu tygodniach meczarni sasiedzi zdradzili mi tajemnice, ze to wlasnie moja sasiadka trzyma na balkonie...papuge!!! Bo w mieszkaniu za bardzo smiecila. Jesli myslicie ze mnie za halasy przeprosila i postanowila ptaka wziasc do mieszkania, to sie mylicie. Musialam interweniowac przez firme do ktorej nasz dom nalezy. No, taka jest moja sasiadka. U reszty sasiadow na szczescie nie zauwazylam zadnych anomalii: ani wesolych ani upierdliwych.
      PS Ostatnio wracala z basenu i jechalysmy razem winda. Byla w szortach i potezne, wiszace cyce bez stanika. Te monstrualne cyce mialam na wprost twarzy, bom niewielka....Bueeeee!
      • fedorczyk4 Re: Sąsiedzi 29.07.11, 23:49
        Jeszcze kilka lat temu mieszkałam w "zwyczajnym" bloku. I własnie tam spotkalam jeden z najładniejszych przykładów "sąsiedztwa". W klatce wejściowej stała skrzynka z owocami. Nad nią przyklejona "anonimowa" kartka "Prosto z działki, prosimy częstować się do woli"
        W moim "apartamentowcu" większość sąsiadów jest sobie wroga, lub anonimowa, niemniej są sympatyczne wyjatki które wliczam do "puebla". Mówimy sobie oczywiście serdeczne "dzieńdobry", podlewamy kwiatki, dokarmiamy koty, wyprowadzamy psy. To znaczy ja wyprowadzam cudze, bo moja jest niewyprowadzalna dla "obcych" i ważących poniżej 80 kilo.
        Ostatnio dostaliśmy wszyscy jakiś niebotyczny rachunek za podgrzewanie wody w roku 2010. Niewyobrażalny poprostu. Jeden pan z "puebla" przysiadł nad nim, sprawdził, policzył i doniósł wszystkim na czym polega "błąd" spółdzielni ( taki malutki na kilka tysięcy). Niestety ostatnio nie miewam zabawnych "stosunków" z sąsiadami, bo albo sie lubimy i nie ma problemów, albo wytaczaja przciwko nam sprawy sądowe, co z lekka stępia moje poczucie humoru!
        Choć może jednak? Ostatnio spotkalam sąsiada z komunałki do ktorej nasz "apartamentowiec" jest przyklejony, sąsiad stal przy pomniczku Jana Nowaka Jeziorańskiego i pieklił się nad posadzoną roślinnością. Twierdził, że ich, obywateli i mieszkańców nikt nie spytał czy chcą mieć pod nosem roślinki. Biorąc pod uwagę, że nasze budynki są na granicy parku, że nic go nie kosztuje ta roślinność, że jest ładna i że i tak jest przed naszym a nie jego budynkiem było to dość abstrakcyjne. Ot taki objaw polskiego społeczeństwa obywatelskiego.
        Zresztą niektórzy mieszkańcy tej komunalnej kamienicy są zupełnie niesamowici. Od szóstej rano już siedzą sobie na murku i popijają. Ale mają niezwykle wyrobiony zmysł estetyczny i posiadaczy. Maja ten swój murek. Co roku na wiosnę wykładają go lekko nadgryzionymi poduszeczkami, które potem w miarę upływu sezonu gniją radośnie. Z tyłu, za murkiem mają śliczny ogródek o który bardzo dbają. Sadzą, pielą, czyszczą, ale to co jest przed murkiem już nie jest ich (nie wiem na jakiej zasadzie to określili, bo zasadniczo nic nie jest "ich") i 40 cm poza murkiem sieją butelki, pety, torby ze śmieciami, czasem nawet walą kupy (widziałam na własne oczy). Nami, mieszkańcami wrażego "apartamentowca" pomiatają. Nie odpowiadają na dzieńdobry, pluja pod nogi (moje raczej nie, ale to tylko ze względu na rozmiary i nieobliczalność Krowisi). A jedna tam mieszkająca pani odpowiada mi na powitanie tylko w głębi parku bo "pani wie jakby sąsiedzi zobaczyli". Jest tylko jedna pani Mirka, która żadnego się nie boi. 150 cm wzrostu, lat na oko z 70, nogi na beczce prostowane, ale we świecie bywała, jej żaden menel nie podskoczy, bo ona wszystkich opiernicza i wszystkim pomaga, ona mówi - a co tam, ja to nawet i pani pani Joasiu mogę powiedzieć dzieńdobry, bo ja to cie pamietam jak byłaś taka o mała, a inni co ciebie pamiętali to już się poprzekręcali:-)))
        I fakt, jak się wprowadziłam, a nowy dom powstał jakieś 300 metrów od tego w którym dzieciowałam, dorastałam etc... to większość meneli to byli moi kumple z podstawówki, albo kumple kumpli, ale marskość wątroby ich dosięgła w międzyczasie.
        • ewa553 Re: Sąsiedzi 30.07.11, 09:39
          A propos Twojej skrzynki owocowej: ja na furtce mojej dzialki zawiesilam pojemnik do ktorego wkladam codziennie gruszki, bo mam ich o wiele za duzo. Nad tym powiesilam
          w folii karteczke, ze kto ma ochoze, moze je zabrac. Codziennie zabieraja. Niestety, sa jednak tacy, co wrzucaja mi tam smieci. No coz, lepiej to, niz jak mi wrzucaja do ogrodu....
          • fedorczyk4 Re: Sąsiedzi 23.09.11, 22:04
            Dzielnica, czyli Mojamać, władze miasta, Muzeum Powstania Warszawskiego i spółdzielnia mieszkaniowa do której należy nasz budynek, zorganizowały event. Odsłonięcie gigantycznej mapy Górnego Czerniakowa z końca września 1944 roku widzianego oczyma 8 letniego dziecka czyli (dzisiaj stareńkiego) profesora Jacka Damięckiego. Odbyło sie uczciwie. Przyszła młodzież z pobliskiego liceum im. Stefana Batorego, byli oficjele i cała reszta. Wm trakcie impresy pojawiła się pani Mirka. Pani Mirka jest sąsiadką z komunałki obok naszego szalenie "eleganckiego apartamentowca". Pani Mirka ma ok. 145 cm wzrostu, a jak by miała proste nogi to miałaby 170. Przyjaźni się ze wszystkimi menelami i mówi "naszym" językiem czerniakowskim. Ale pani Mirka jest bywała w świecie. Regularnie jeździ do przyjaciółki do Sztokholmu i ma ciuchy z najwyższej półki połączone z dodatkami z najniższej:-) Pani Mirka rozmawia z moją Mamą i ze mną w literackiej polszczyźnie i tylko zamiast przecinków używa słowa na k. Pani Mirka jest dobrą wróżką wszystkich menelskich psów. Ichni właściciele spią snem etylicznym a pani Mirka wyprowadza, dokarmia i szczotkuje zwierza.
            Pani Mirka dostala specjalne zaproszenie od mojej Maćmy na event. Event już od jakiegoś czasu trwał kiedy się pojawiła. Oczywiście miała ze sobą ze trzy albo cztery wyjatkowo paskudne psy na smyczy. Pani Mirka zna sawuar wiwr, więc przez końcówkę eventu dyskretnie stała sobie poza rozentuzjazmowanym tłumkiem. Ale kiedy wszystko oficjalne się skończyło i tylko uczestnicy sobie nawzajem gratulowali udanej imprezy pani Mirka postanowiła dać wyraz. Podeszła do gównych bohaterów którymi byli generał Ścibor-Rylski, pułkownik Barński i dyr. Oładakowski, odsuneła pewnym ruchem drobnej dłoni prezesa spółdzielni i kamery 3 różnych stacji TV. Dobiła się do weteranów (z całą grupą naprawdę śmierdzących i paskudnych psów na smyczy) i wygłosiła spicz oraz uścisneła prawice .Byłam pod wrażeniem, a oficjele po prostu odpadli tak z wrażenia jak i ze smrodu psiego:-))))
            To było przepiękne! Kocham panią Mirkę!!!
            • jutka1 Re: Sąsiedzi 24.09.11, 11:09
              Cudna historia. :-)

              A ja mam ciekawostkę sąsiedzką, którą opiszę trochę później, osobno. :-)
            • ewa553 Re: Sąsiedzi 25.09.11, 08:41
              rany, ale Ty masz fantastyczne otoczenie:)))) Bravo pani Mirka!!
              • fedorczyk4 Re: Sąsiedzi 02.10.11, 18:42
                ewa553 napisała:

                > rany, ale Ty masz fantastyczne otoczenie:)))) Bravo pani Mirka!!

                A żebyś wiedziała:-) Kocham ten mój kawałek Powiśla który niektórzy zwą Górnym Czerniakowem. To jest dzielnica z duszą. Nie przedwojenną, nie powojenną, z własną! I pani Mirka i pani Bogusia i Anka Kowalska(św pamięci) i Maćma i ja jesteśmy jej częścią i menelia też. Nogami do przodu (tylko) mnie wyprowadzą z mojej dzielnicy!
                • fedorczyk4 Pani Mirka i jej psy 04.10.11, 09:03
                  Tyłem stoi brutalnie odsunięty prezes;-)
                  https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/dd/wi/7ita/P4CE4aaDY9mcepYipB.jpg
                  https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/dd/wi/7ita/jBUGAbip05Ki1ojPOB.jpg
                  • ewa553 Re: Pani Mirka i jej psy 04.10.11, 09:11
                    na pierwszym zdjeciu rzucilo mi sie piekne, zadbane futerko psa:))) Na drugim: gleboki sklon Weterana przed pania Mirka, co podkresla jej stanowisko w tym towarzystwie. Nono, pani Mirka to jest ktos!
    • jutka1 Nowi sąsiedzi 24.09.11, 11:21
      Mamy po drugiej stronie nowych sąsiadów. Oczywiście obie strony ulicy się bacznie obserwują, no bo jak inaczej. Najpierw moja sąsiadka widziała jak się, za przeproszeniem, dupcą. Potem ja się zorientowałam, że męska połówka tej pary to nasz pobratymiec. Jasna cholera, już nawet zakląć sobie na balkonie nie będzie można. :-)
      • ewa553 Re: Nowi sąsiedzi 25.09.11, 08:45
        tak, ze "slowami" trzeba uwazac, bo pobratymcy wszedzie czyhaja. Wczoraj pojechalysmy sobie dla urozmaicenia zycia do Mainz. Wszystko ladnie, pieknie, ale siadlysmy na pieknym placyku na laweczce, a na lawce obok usiadlo dwoch "panow". Menele, ze hej! Jeden nie mial na pewno wiecej jak 35 lat, drugiego alkohol tak zmienil, ze wiek trudno bylo spod zarostu i warstwy brudu ocenic. Belkotali tak, ze trudno bylo zrozumiec, Ale w ferworze opowiadania przeszli na wyzszy ton i wtedy juz slowa na j i na k lecialy nad nami jak pociski.....
        Dobrze ze bylam w niemieckim towarzystwie, wiec sie nie zdradzilam pochodzeniem.....
    • jutka1 Re: Sąsiedzi 11.10.11, 17:24
      Z sąsiadami tutaj mam szczęście. Robimy sobie wzajemnie ;-) następujące rzeczy:
      - pożyczamy sól;
      - dzielimy się strawą jeśli "wyszło" za dużo;
      - kupujemy w warzywniaku przysłowiową marchewkę (czyt.: bagietkę) jeśli jednej ze stron nie chce się wyskakiwać z pidżamy a druga strona akurat idzie;
      - wymieniamy się filmami/książkami;

      etc etc etc

      A jak mamy siebie trochę po kokardkę, to sobie mówimy "mam dziś dzień wsobny", i po sprawie. :-)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja