pierdoklecja_prutka
02.11.11, 21:20
Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych byłam młodą laską zamarzyły mi się skórzane rock-and-rollowe spodnie. Owe zamarzenie odkryła jakoś moja Mama, będąca orędowniczką ubierania się przeze mnie atrakcyjnie. Tyle, że często się niestety te nasze pojęcia atrakcyjnego ubierania mijały i Mamine prezenty bywały kulą w płot. Nie wszystkie oczywiście, do tej pory pamiętam boską skórzaną kurtkę noszoną dziesięcioleciami, oraz zupełnie odjechane kloszowe futro z norek.
Mieszkaliśmy w owym czasie w Nowym Jorku, rodzice wynajmowali duże mieszkanie na drugim piętrze, na parterze mieszkał Ziggy-kontraktor, a w suterenie złodziej-filozof. Złodziej-filozof zajmował się mistrzowskim podpierdalaniem ciuchów z Macy's, Bloomingdale's i innych dużych sklepów. Sprzedawał je potem za dużo mniejszą cenę wśród rodaków zmierzających na gościnne występy do Polski, lub jakimś innym ludziom o portfelach wagi powiedzmy - koguciej. Nazywał to wprowadzaniem harmonii społecznej i balansowaniem rozporwadzania dóbr. Moi rodzice, starzy anarchiści, radośnie nabywali u niego koszule jedwabne cudownej miękkości, kiece, swetry i inne dobra. Ja, uczciwa i praworządna oraz sążniście w owym czasie wierząca w kapitalizm, demorkację oraz amerykański sen, patrzyłam na to odrobinę krzywo - no ale kto się może oprzeć koszulce nocnej z mięsistej jedwabnej satyny w kolorze Adriatyku? Po cenie bynajmniej nie wygórowanej...
W wielkiej więc tajemnicy przede mną Mama zamówiła u złodzieja-filozofa kradzież spodni skórzanych - najzajebisciejszych jakie mogą być. Po czym takie spodnie na urodziny, czyteż bez okazji w ogóle - dostałam. Matkoboska. Zajebiste to one z pewnością były, i pewnie były też sprzedawane w tym sklepie za drastyczną cenę. Tyle, że całkowicie nie były TYMI rock-and-rollowymi spodniami o kroju dżinsów, o których marzyłam. MOJE spodnie były czarne, z mięsistej grubej skóry mające od razu wygląd lekko znoszony, zdecydowanie matowe, rozporek koniecznie na guziki, z obciskiem dupy, bioder oraz ud. A dostałam spodnie z cieniutkiej delikatnej skóki brązowej tłoczonej (!) w czarne cętki, z lekkim połyskiem, krój zaszewkami w talii, zwężane do dołu lecz nie obcisłe. Krój powiedzmy spodni garniturowych. No piękne, niesamowite, zajzajebiściejsze z pewnością - tyle że kompletnie nie TE. Hm, powiem, że kilka lat mi zajęło oswojenie się z odlotowością owych spodni, które zdecydowanie były bardzo oryginalne - ale potem pokochałam je miłością namiętną. Nosiłam je z owym kloszowym futrem z norek, butami glanami oraz zupełnie bezpodstawnym uśmiechem do ponurej redakcji pewnego tygodnika ekonomicznego w Polsce, gdzie chyba strój ów prawie doprowadził do mordu na mojej osobie, o czym się nie zdążyłam przekonać bo się zwolniłam i poszłam pracować w biznesie.
Kilka dni temu myślałam właśnie o tych spodniach, oraz o mojej Mamie, o tym że już od niej nie dostanę żadnego ekstrawaganckiego prezentu, oraz o TYCH skórzanych dżinsach których w końcu nigdy nie miałam. I już pewnie mieć nie będę, bo jako stara baba na pewno ich sama sobie nie kupię, a nie ma nikogo kto by się domyślił że trzeba je kupić dla mnie.
Tak więc na fali zaduszkowej zadumy, ale też i przyjemności zakończenia maratonu szkoleniowego, postanowiłam się udać do lumpeksu Humany i coś tam sobie wyszperać. I tam na wieszaku między parą fioletowych worowatych szturksów a całkiem niezłą, tyle że nie w moim rozmiarze parą Levis'ów 501 - wisiała sobie para skórzanych spodni. Wzięłam je do przymierzalni i okazały się być dokładnie w moim rozmiarze. Szyte trochę po dawnemu, nie biodrówki, tylko z wyższą talią. Czarne. Mięsiste. Rozporek na guziki. Gruba skóra, wyglądająca na lekko znoszoną, chociaż spodnie w ogóle chyba nowe. Cena całe 25 złotych. Przy kasie - okazuje się, że 12!. I wiecie co, jestem chyba kompletnym wałem, ale dopiero dzsiaj jak je pierwszy raz założyłam to do mnie dotarło. To są TE spodnie! Dokładnie takie, dokładnie tak jak sobie myślałam o nich w tych wczesnych latach '90! I po prostu wiem, że to jest prezent od mojej Mamy.
--
wasza pierdo