ertes
21.03.06, 22:12
Problem zasadniczy tego, co przywykło się u nas szumnie nazywać "debatą
publiczną", polega na tym, że jej uczestnicy ciągle nie potrafią znaleźć
klucza do polskiej mentalności. Kiedy mówią o typowym Polaku, to nikt, z nimi
samymi na czele, nie wie, kogo właściwie mają na myśli. Szwoleżera?
Sienkiewiczowskiego Polaka - katolika? Bronowickiego chłopa - Piasta, co
"potęgą jest i basta"? Bohatera walk o wolność? Rzutkiego handlarza, który w
czasach socu krążył pomiędzy poszczególnymi krajami "obozu" z walizką ciuchów,
konserw, złotych obrączek albo radiomagnetofonów?
Które z licznych historycznych wcieleń Polaka patronuje czasom dzisiejszym?
Moim zdaniem odpowiedź jest prosta: pańszczyźniany chłop. To z niego właśnie,
z tej formy, w jakiej przetrwał dziejowy kataklizm, wyhodowała komuna
podstawowy model obywatela Peerelu, przejęty potem z dobrodziejstwem
inwentarza przez Trzecią RP.
Dobrzy państwo
Uświadomiłem to sobie podczas lektury świetnej skądinąd reporterskiej książki
Joanny Siedleckiej o "jaśnie paniczu" Gombrowiczu. Większość czytelników zna
jej metodę reportażu literackiego, ale dla porządku przypomnę: autorka notuje
swe rozmowy z ludźmi, którzy stykali się z pisarzem, szkicuje obrazy, jakie
pozostały w ich pamięci i z rozmaitych subiektywnych relacji kleci obraz
świata, który bohaterów jej książek kształtował. Przy okazji można w tych
książkach znaleźć sporo pozaliterackich, nie mniej ciekawych spraw.
Snują więc u Siedleckiej wspomnienia fornale, w chwili zbierania materiałów do
reportażu już staruszkowie, którzy byli zatrudnieni w majątku Gombrowiczów.
Kucharka, ogrodnik, chłopina, który czyścił przyszłemu pisarzowi motor. Rysuje
się w tych wspomnieniach, jakby w tle, na marginesie, niezwykle cenny obraz
stosunków panujących na folwarku. Wzajemnych relacji między państwem a
czeladzią, widzianych oczyma tej drugiej - i zresztą przywoływanych zupełnie
bezrefleksyjnie, jako coś najzupełniej oczywistego.
Państwo w tych opowieściach jawią się przede wszystkim jako opiekunowie,
odpowiedzialni z natury rzeczy za swych chłopów, tak jak pasterz odpowiada za
powierzoną mu trzodę. Państwo chłopa utrzymują (i to na wcale niezłym
poziomie, zaskakującym dla kogoś, kto brałby za dobrą monetę opowiastki
peerelowskiej propagandy o tym, jak to za sanacji lud z biedy dzielił każdą
zapałkę na czworo; wymienia się tu dokładnie, jakie zobowiązania miał pan
wobec służby w gotówce i w rozmaitych, jak to potem nazywano, deputatach),
posyłają dzieci do szkół, a dorosłych do doktora, no, praktycznie rzecz
biorąc, myślą za nich. Oczywiście, jedni panowie wywiązywali się z tych
obowiązków lepiej, inni gorzej. Ojciec pisarza był akurat dobrym panem, bo
założył dla dzieci ochronkę, a dla dziadów "bandosiarnię", inni dziedzice z
okolicy dbali o poddanych mniej.