Uliczna suka

18.05.08, 07:06
To zwykle sie zaczyna od wspomnienia, ktore jak koszmar wlecze sie za mna od
dziecinstwa. Zaprzyjaznila sie ze mna uliczna suka, przemieszkiwala u nas na
pol etatu, nigdy do konca nie przygarnieta przez mojego ojca. Ugryzla kiedys
jakiegos przechodnia, trzeba bylo ja zawiezc niby na zbadanie, czy nie ma
wscieklizny. Pojechalismy z ojcem i suka taksowka. Sam ja wkladalem do
klatki u chycla- drzala strasznie ze strachu wsrod rozszczekanej bezdomnej
sfory, zupelnie mi spolegliwa, bo ufajaca. Mielismy ja niby odebrac za kilka
dni, ktorych bylo coraz wiecej. Az –zgodnie z kalkulacjami taty- zapomnialem
o niej w mej dziecinnej niepamietliwosci. Choc tak naprawde, zdalem sobie
polswiadomie sprawe, ze jej juz nie ma.

Ta suka przesladuje mnie do dzis, jak najbolesniejsza trauma dziecinstwa.
Dogania mnie ciagle poczuciem winy i zdrady jej roztrzesionego ze strachu
psiego zaufania. I tak bedzie nim nie zczezne.

Gdy wspomnienie tej suki mnie dopada, zaraz za nim –bez pudla- otwieraja sie
wrota koszmaru:
A wiec niekonczacy sie skowyt psa, tluczonego pewnie bezlitosnie na drugim
brzegu rzeki Tapi w Tajlandii, gdy moscilem sie do snu na otwartym pokladzie
statku, ktory zawiezc mnie mial tamtej nocy na wyspe tropikalna. Noc byla
pozna i cicha jak makiem. Z wyjatkiem tego psiego skowytu toczacego sie do
mnie bez konca po wodzie rzeki.

A wiec ten inny pies, w miescie Surat Thani, na uliczce topiacej sie od upalu.
Pies mial wielka czerwona rane na czubku glowy i musial byc otepialy od bolu,
bo usiadl bez zmyslow w samym sloncu, gdy inne uliczne kundle skryly sie w
byle skrawku cienia.

Do dzis przeklinam, ze wlasnie w te uliczke musialem skrecic, w mej bezcelowej
wloczedze po tamtej syjamskiej miescinie.

Gdy dopadaja mnie te nieszczesne psy, koty, ptaki i szczury, zabieram sie do
ciezkiej roboty nad zmiana tematu mysli. Praca trwa kilka godzin i wreszcie
ocala mnie oczywisty tryb codziennego zycia.

Jednak nim to nastapi, pocieszam sie jeszcze, ze przeciez jestem z tych
wybranych, ktorym pospolity bol i cierpienie daje sie we znaki jedynie w
postaci tych nieszczesnych zwierzakow.
Bo przeciez w chwili tych rozwazan, w chwili, gdy to pisze, planeta skowyczy
nieszczesciem zwierzat i ludzi. W tym jednym momencie, gdy przyciskam klawisz
przecinka, ktos jest gwalcony, komus podrzynaja gardlo, ktos sie dusi pod
zawalona sciana, komus ktos kona w ramionach, ktos placze, wyje badz skowyczy
z niewyobrazalnego bolu.
Niezaleznie od tego, czy akurat ktos skreci przypadkiem w nierozwazna uliczke.

I jest to –trwaja moje rozwazania- raczej regula, niz wyjatkiem. W skali
ziemskiego istnienia, bol –nie glowy, nie lupanie w kosci, lecz ten bol dziki
i gwaltowny, bol z granicy smierci- jest czescia definicji tego istnienia.

Rozwazania takie na szczescie maja granice. Jestem przeciez zdrowym
czlowiekiem, u ktorego dzialaja mechanizmy dane nam dla ratunku przez nature.
Czyli mechanizmy, dzieki ktorym zapominam, wypycham te straszna wiedze ze
swej swiadomosci. Zajmuje sie raczej gotowaniem, myciem okna, lektura gazety,
piciem kawy ze znajomymi, robieniem siku, pojsciem do pracy, placeniem
rachunkow, zakupami, telefonem do mamy, seksem, grymaszeniem nad kiepska
plyta, ktora kupilem za 20 dolarow, planowaniem rzucenia papierosow i
przeprowadzki na drugie wybrzeze, sprawdzaniem cen biletow lotniczych na
wakacje, klotnia sie z Brazem. Pieszczeniem kota, jakbym chcial odkupic tym
los suki oddanej chyclowi na pozarcie.

Ci zas z nas, ktorzy dostaja obledu, bo ich postrzeganie rzeczywistej
rzeczywistosci jest niepodatne na codzienny narkotyk zapomnienia i odwrocenia
uwagi, uznawani sa wlasnie za oblakanych.
Mimo, iz wiemy, ze bezpieczne uliczki sa nieliczne, ze docieramy do nich i na
nich spedzamy wiekszosc zycia, gdyz znamy z grubsza sciezki na minowym polu.
Tych „oblakanych” zas prowadzamy na terapie, karmimy chemia, poimy nasennym
syropem. By, jak nalezy, uwage ich skanalizowac w bezpiecznym kierunku. By,
bron boze, nie weszli w uliczke, gdzie skatowany pies odchodzi z bolu od
zmyslow.
    • blues28 Re: Uliczna suka 18.05.08, 09:19
      Och Chris, zapomnienie to o wiele wiekszy dar niz pamiec. Pozwala
      zyc dalej. Inaczej ogrom przezytego cierpienia bylby nie do
      zniesienia.
      Tak naprawde, to wszyscy chcemy chodzic po bezpiecznych uliczkach.
      Mimo, ze ich jest niewiele. I tylko perspektywa bezpiecznej uliczki
      pozwala zniesc widok kataklizmów i bezbrzeznych tragedii. Bez
      popadania w obled...
      Raz w zyciu bylam swiadkiem deliruim tremens. I niebywalej ulgi,
      niebianskiego spokoju chorego, po zazyciu antidotum.
      Ale tez dawno temu, jako mloda dziewczyna odwiedzilam wujka w
      ostatnim stadium choroby raka zoladka. Na dzien przed jego smiercia.
      Oszlale z bólu oczy tego najlagodniejszego pod sloncem czlowieka
      beda scigac mnie zawsze... Nie bylo antidotum ani milosierdzia...
      • lucja7 Re: Uliczna suka 18.05.08, 10:17
        Nalezy sie uczyc zapominania, ale nie jest to latwe. Czyli
        przezyc "czas zaloby" i go (jakis okres czasu, jakas historie...)
        zakonczyc i zamknac, by moc go interpretowac w sposob obiektywny.
        Dowiedzialam sie tego na seansach psychoterapii.
        • blues28 Re: Uliczna suka 18.05.08, 10:41
          Wiesz Lucjo, masz wielka racje.
          Moze wszystkim nam by sie przydala psychoterapia?
          Subiektywnie moje zycie jest "normalne" (co to jest normalne??),
          wiec nie szukalam rozwiazan na trudne sytuacje u specjalistów. Kiedy
          dwa lata temu stanelam oko w oko z ciezka choroba, pokonalam ja
          sama. Nie wiem czy to bylo sluszne. Nie wiem czy nie zakopalam
          horrorów w pamieci...
          Wiem, ze zmienily mi sie priorytety, ale nie wiem czy dobrze
          zrobilam nie korzystajac z pomocy psychologa. Teoretycznie dalam
          sobie rade, ale byc moze zamknelam furtke na inne spojrzenie na
          siebie, swoje zycie, ludzi obok?
          • maria421 Re: Uliczna suka 18.05.08, 11:48
            Wczoraj minely 3 miesiace od smierci mojej Mamy. Jak wiecie Mama miala udar
            mozgu, po ktorym zyla jeszczee 3 tygodnie. Przez pierwsze 2 tygodnie lezala na
            oddziale neurologicznym, w pokoju 2 osobowym i , choc nie mogla mowic, byla
            przytomna i mielismy z nia kontakt. I mielismy nadzieje ze moze jakos wyjdzie z
            tego.Przychodzilam do szpitala o 10 rano, wychodzilam w poludnie zeby cos zjesc,
            potem wracalam i wychodzilam dopiero wieczorem. Poniewaz szpital ma za zadanie
            ratowac zycie i ustabilizowac stan chorego, po 2 tygodniach takiego
            sparalizowanego pacjenta szpital wypisuje...

            Znalezlismy dla Mamy miejsce w innym szpitalu na oddziale dlugotrwalej opieki.
            Pokoj 6 osobowy, w nim same staruszki po udarze.
            Obok Mamy pani Helena ktora zdrowa reka rozrywa pampersa i rzuca po kawaleczku
            na podloge ; naprzeciw Mamy pani Pelagia (lat 94) ktora, jak nie spi to krzyczy
            zeby ja wypuscic, bo musi isc pozamykac kury i kroliki i wstawic pyrki na ogien
            bo Janusz przyjdzie glodny na obiad. Obok niej pani Gabrysia, przytomna,
            cichutka i ciagle placzaca. I jeszcze jedna pani, tez przytomna, ktora ciagle
            chce do ubikacji, bo w pampersa nie moze. I jeszcze jedna pani, ktora lezy pod
            oknem ,skulona, malenka , nieruchoma.
            Pani Pelagia ciagle mnie wola "siostro,prosze tu do mnie przjsc" Podchodze,
            podaje pic, poprawiam poduszke. Ledwo odchodze juz wola "siostro, prosze przyjsc
            i mnie rozwiazac bo musze wyjsc"(nie wiem jak i z czego mialabym ja rozwiazac),
            tlumacze ze nie jestem siostra, siostry nosza biale fartuchy, ja nie, wiec nie
            moge jej wypuscic z lozka. Odchodze i slysze "ty malpo, ja cie zaskarze, ja mam
            ksiazeczke wojskowa".
            Pani Gabrysia ciagle placze. Podchodze i pytam co jest i czy moglabym pomoc a
            ona, "prosze pani, ja tu juz jestem drugi raz, mnie juz nikt nie moze pomoc, ale
            gdyby pani byla tak laskawa pokroic mi banana"
            Kroje banana, stawiam talerzyk tak, zeby mogla siegnac, napelniam sokiem kubek z
            dziubkiem.
            Pani Helena tez chce pic i tez chce wstawac. Pic podaje i prosze zeby sobie nie
            rozgrzebywala pampersa, na co ona tylko "bardzo przepraszam, ja posprzatam".
            Pani ktora nie moze w pampersa prosi mnie zebym ja wyprowadzila do WC. Mowie, ze
            nie moge, nie jestem siostra, nie potrafie, zawolam siostre. "niech pani nie
            wola, bo i tak mnie nie wyprowadza, pojdziemy same to nikt nie zauwazy".
            Rozumiem ja, ale przeciez ani nie potrafie jej wysadzic na fotel, ani nie moge
            tego ryzykowac.

            W tym wszystkim moja Mama, ktora w momentach przytomnosci bezglosnie krzyczy z
            bolu, ktora zaczyna sie dusic wiec wybiegam na korytarz "siostro, tlen!", Mama,
            nad ktora stoje i czuje sie coraz mniej potrzebna, bo jej momenty przytomnosci
            sa coraz rzadsze, wiec dzieki Bogu nie cierpi.

            Pierwsze dni sa dla mnie straszne. Nie wyrobie, nie jestem w stanie wszystkim
            pomoc, ja tu jestem dla mojej Mamy. Chce zamknac uszy i nie slyszec ciaglego
            wolania pani Pelagii zeby ja wypuscic i pytan kiedy przyjdzie Irka, choc Irka
            (jej corka) wlasnie odeszla. Nie chce slyszec ciaglego placzu pani Gabrysi. Nie
            chce patrzec jak pani Helena ciagle wyrzuca pampersa na podloge.
            Kiedy wchodze ze szpitala czuje sie jakby mi ktos stukilowy worek na plecy
            wlozyl, wloke noge za noga, w domu padam na fotel i zaczynam beczec ze
            zmeczenia. Na drugi dzien znow o 10 rano jestem w szpitalu. Ale po kilku dniach
            jest jakos inaczej, lzej, lepiej. Przyzwyczajam sie....Znaczy ze zadzialaly moze
            jakies moje wewnetrzne mechanizmy obronne ktore pozwalaja mi w takiej sytuacji
            wytrzymac i funkcjonowac z korzyscia dla mnie i dla tych ktorzy mnie potrzebuja.
            I refleksja ze wlasciwie to, co sie tu dzieje tez nalezy do zycia. Starosc,
            choroba, cierpienie sa czescia zycia, nie sa niczym niezwyklym czy nienormalnym.

            Nienormalna jest przemoc, tak wobec ludzi, jak i wobec ulicznej suki.

            Obraz niemego krzyku mojej Mamy mam jeszcze ciagle przed oczami.
          • maria421 Re: Uliczna suka 18.05.08, 11:54
            blues28 napisała:

            > Wiem, ze zmienily mi sie priorytety, ale nie wiem czy dobrze
            > zrobilam nie korzystajac z pomocy psychologa. Teoretycznie dalam
            > sobie rade, ale byc moze zamknelam furtke na inne spojrzenie na
            > siebie, swoje zycie, ludzi obok?

            Blues, jezeli sama mowisz ze sama dalas sobie rade, to znaczy ze dalas sobie rade.
            Inne spojrzenie na siebie, Twoje zycie i ludzi obok niekoniecznie musialby byc
            lepszym dla Ciebie spojrzeniem.
            • blues28 Re: Uliczna suka 18.05.08, 12:30
              Mario, mysle, ze dalam sobie rade, bo wizja choroby mnie nie sciga,
              nie popadlam w przesadna troske z granicy hipohondrii, nawet
              zapominam o tym ze bylam chora, ale cokwartalne badania wciaz
              przypominaja. Nie czuje sie tez specjalnie "namaszczona", ze - jak
              na teraz – wygralam, bo ta potworna choroba stala sie po prostu
              powszechna i w sporym procencie uleczalna.

              Raczej chodzi mi o to, ze bedac osoba z gruntu emocjonalna, trudniej
              mi o dystans, a istnieje duze prawdopodobienstwo, ze dobry
              specjalista móglby nakierowac na takie spojrzenie z dystansem.

              Odnoscie tego co wyzej napisalas, przypomniala mi sie najprawdziwsza
              prawda, która uslyszalam od starszej pani na szpitalnym lozu: "nie
              udala sie Panu Bogu starosc, oj nie"...
              • maria421 Re: Uliczna suka 18.05.08, 13:30
                Blues, z wlasnego doswiadczenia wiem ze najlatwiej jest zapomniec wlasne cierpienie.

                Ale oczywiscie nie jest to regula.
                • lucja7 Re: Uliczna suka 18.05.08, 14:40
                  O psychoterapii byly tu juz tak dlugie dyskusje ze az staly sie
                  lepkonudne.
                  Ale z pewnoscia nie moge sie zgodzic gdy ktos pisze "czujesz sie
                  dobrze to znaczy ze nie masz problemu". To to samo gdyby zapytac
                  analfabete czy ma problem z czytaniem. Odpowie z pewnoscia ze nie ma
                  problemu, a dlaczego mialby miec?

                  Ja odbylam seanse kilkuletnie "po wyzdrowieniu medycznym" mojego
                  raka o ktorym tez juz tu pisalam. 10 lat i 6 miesiecy. I pamietam
                  wszystko. Ale inaczej jak maly chlopiec CJ oczy suki. Dziecko zna
                  tylko jedna prawde i nie potrafi relatywizowac, systematyzowac i
                  archiwizowac(?). I, by moc zyc, CJ powinien zakonczyc "czas zaloby"
                  tego wydarzenia z jego konsekwencjami. Nie zapomniec i wymazac, nie,
                  sklasyfikowac i odlozyc na "jego" wlasne miejsce.
                  Tego nauczyla mnie terapia. relatywizacji, wartosciowania wydarzen w
                  scenariuszu filmu mojej osoby.

                  Ja na raka nie bylam chora. Bylo cos, byla operacja natychmiastowa
                  bo rak morderczo zabojczo szybki, a chora to ja bylam 3 kolejne
                  lata, gdy juz nie mialam teoretycznie powodow bycia chora.
                  Jestem pewna, Blues, ze na te egzaminy co trzymiesieczne czekasz z
                  niepokojem, ze byle jaka kropka ci sie pojawi na skorze, pedzisz z
                  nowym "rakiem" do analiz, ze, chcesz czy nie, zyjesz ciagle, ciagle
                  w swietle twojej bylej "choroby".
                  A zeby tak nie bylo, nalezy po prostu nauczyc sie tego. Nie wierze w
                  ciche pokatne bohaterki co to same potrafia, zawsze jest jakis
                  moment w zyciu ktory je, nieprzygotowane, moze powalic.
                  Po prostu nalezy sie uczyc i jak najwiecej wiedziec, mowie tylko o
                  tym. Nauczyc sie interpretowac nasze wlasne zycia. Ogromne to ;-))

                  • jutka1 Re: Uliczna suka 18.05.08, 15:09
                    lucja7 napisała:

                    (...)
                    > Nie zapomniec i wymazac, nie,
                    > sklasyfikowac i odlozyc na "jego" wlasne miejsce.
                    > Tego nauczyla mnie terapia. relatywizacji, wartosciowania wydarzen w
                    scenariuszu filmu mojej osoby.
                    (...)
                    > chcesz czy nie, zyjesz ciagle, ciagle
                    > w swietle twojej bylej "choroby".
                    > A zeby tak nie bylo, nalezy po prostu nauczyc sie tego. Nie wierze w ciche
                    pokatne bohaterki co to same potrafia, zawsze jest jakis
                    > moment w zyciu ktory je, nieprzygotowane, moze powalic.
                    > Po prostu nalezy sie uczyc i jak najwiecej wiedziec, mowie tylko o
                    > tym. Nauczyc sie interpretowac nasze wlasne zycia. Ogromne to ;-))
                    ***********
                    Dzieki za ten wpis. Nie starczylo mi weny ani wystarczajaco uporzadkowanych
                    mysli, zeby napisac cos bardzo podobnego.

                    Chcialam tylko dodac jedno: "cieszyc sie malymi (i duzymi tez) rzeczami, i
                    kazda chwila". Uczyc sie tego, starac sie, probowac. Nie zatruwac sobie zycia
                    pierdulami bez znaczenia.
                    Niedawno o tym tez pisalas, pamietam.
                    Ciagle sie tego ucze.
                    • maria421 Re: Uliczna suka 18.05.08, 23:10
                      jutka1 napisała:

                      > Chcialam tylko dodac jedno: "cieszyc sie malymi (i duzymi tez) rzeczami, i
                      > kazda chwila". Uczyc sie tego, starac sie, probowac. Nie zatruwac sobie zycia
                      > pierdulami bez znaczenia.
                      > Niedawno o tym tez pisalas, pamietam.
                      > Ciagle sie tego ucze.

                      To jest madrosc ktora sie zdobywa przez doswiadczenia. Tego sie teoretycznie
                      raczej nie da nauczyc.


    • chris-joe CJ, napisz sto razy HYCEL!!! n/t 18.05.08, 22:50

    • luiza-w-ogrodzie Re: Uliczna suka 19.05.08, 02:56
      Chris, dziewczyny madrze pisza, musisz przejsc zalobe nad ta suka, i
      zastanowic sie dlaczego tak przezywasz, mimo ze nie byla to Twoja
      wina. Wrazliwosc jest darem i przeklenstwem, kiedys i ja taka bylam,
      ale nauczylam sie ze nie mozna brac na siebie calego ludzkiego
      cierpienia bo mozna zwariowac. Po kazdym tragicznym wydarzeniu
      jakiego bylam swiadkiem czy uczestnikiem daje upust stresowi i
      bolowi, wyje i kopie sciany. To mija. Bol mija. Zostaje refleksja i
      zal, ale z tym mozna zyc. I swiadomosc, ze mozna duzo wytrzymac i
      podniesc sie z tego.

      Jezeli kiedykolwiek czytales Lema, moze zetknales sie z "Doktryna
      Trzech Swiatow" medrca Xiraxa: swiat może byc albo powszechnie
      zyczliwy, albo bezstronny, albo nieprzychylny. Nasz swiat jest
      nieprzychylnym, bo latwiej w nim zniszczyc, niz zbudowac, zabic niz
      stworzyc zycie. Chodzi o to, ze swiat MUSI byc niezyczliwy, aby nie
      przepelnic sie istotami, ktorych z zyczliwosci nie moglby
      zgladzic... Nasz swiat wlasnie taki jest, tylko nam izolowanym w
      kulturach nas rozpieszczajacych, gdzie nie tocza sie wojny, myslimy
      ze tak jest na calym swiecie. Tak naprawde jestesmy w mniejszosci.
      Naszym udzialem sa tylko male, jednostkowe, osobiste tragedie, a nie
      kleski glodu, epidemie i wojny. Czy jest nam latwiej? Nie wiem.

      Pozdrawiam
      Luiza-w-Ogrodzie
      .¸¸><((((º>¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
      Australia-uzyteczne linki
      • maria421 Re: Uliczna suka 19.05.08, 11:56
        luiza-w-ogrodzie napisała:

        > Chris, dziewczyny madrze pisza, musisz przejsc zalobe nad ta suka, i
        > zastanowic sie dlaczego tak przezywasz, mimo ze nie byla to Twoja
        > wina.

        Mimo, ze obiektywnie rzecz biorac nie jest winny losowi suki, Chris pisze ze ma
        poczucie winy i to jest jego trauma z dziecinstwa ktora go teraz w roznych
        sytuacjach przesladuje.
        Nie sama utrata suki, lecz jego wlasne poczucie winy go przesladuje. Tak to
        odebralam.
        Wiec przejscie "zaloby nad suka" moze nie jest odpowiednia metoda, gdyz nie suka
        jest tu podmiotem, lecz Chrisa sumienie, a tego sie nie da wylaczyc, mozna tylko
        wyciszyc.

        > Wrazliwosc jest darem i przeklenstwem,

        Tak.

        Ale ludzie sa na rozne sposoby wrazliwi. Niektorzy sa wrazliwi "do srodka",
        czyli na wlasny bol. To sa ci, ktorzy opowiadaja jak ONI sami przezywali
        cierpienie innych, jak oni cierpieli ze inni cierpia.
        • lucja7 Re: Uliczna suka 19.05.08, 16:49
          No i co dalej?
        • chris-joe Re: Uliczna suka 20.05.08, 20:38
          Poczucie winy jest jednak wtorne. Zwlaszcza, ze mnie oszukanego gowniarza
          trudno nawet tu o cos obwiniac.
          Przesladuje mnie jednak wizja losu tej suki w klatce hyclowskiej, wystraszonej,
          czujacej zdrade. I jak oni te zwierzaki traktowali w peerelowskich hyclarniach?
          Jak dlugo ja tam trzymali? Jak je "likwidowali"? Wyprawy w te terytoria
          wlasnie spac mi nie daja...
          • maria421 Re: Uliczna suka 20.05.08, 21:09
            chris-joe napisał:

            > Poczucie winy jest jednak wtorne. Zwlaszcza, ze mnie oszukanego gowniarza
            > trudno nawet tu o cos obwiniac.
            > Przesladuje mnie jednak wizja losu tej suki w klatce hyclowskiej, wystraszonej,
            > czujacej zdrade. I jak oni te zwierzaki traktowali w peerelowskich hyclarniach
            > ?
            > Jak dlugo ja tam trzymali? Jak je "likwidowali"? Wyprawy w te terytoria
            > wlasnie spac mi nie daja...
            >
            Chris, w takich wizjach kanalizuja sie leki. Jezeli te wizje sa zbyt natretne to
            powinienes moze pojsc do psychologa zanim wraz z wizjami pojawia sie objawy
            somatyczne.
          • luiza-w-ogrodzie Swiat jest jaki jest. 21.05.08, 02:46
            chris-joe napisał:

            > I jak oni te zwierzaki traktowali w peerelowskich hyclarniach?
            > Jak dlugo ja tam trzymali? Jak je "likwidowali"? Wyprawy w te
            terytoria wlasnie spac mi nie daja...

            Chris, a mieso jesz? Wiesz, jak sie traktuje zwierzeta rzezne?
            Przestan sie wyprawiac na terytoria, ktore beda tylko Ciebie nekac,
            jezeli dajesz im przyzwolenie istnienia, majac z tego korzysci (=
            obiad w restauracji, skorzane buty etc).

            Albo sie zgadzasz z tym i wtedy nie ma podstaw do lekow
            (irracjonalne obawy nalezy leczyc), albo sie nie zgadzasz i robisz
            cos, zeby tego nie popierac (przechodzisz na wegetarianizm i
            ubierasz sie wylacznie w syntetyki, welne i produkty roslinne).

            Swiat jest jaki jest. Niezgoda z nim skierowana przeciwko sobie jest
            destrukcyjna i niczego nie zmienia (poza powolnym niszczeniem samego
            siebie, oczywiscie - az tak siebie nienawidzisz zeby dawac sobie
            przyzwolenie na hodowle lekow?).

            Trzymaj sie

            Luiza-w-Ogrodzie
            .¸¸><((((º>¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
            Australia-uzyteczne linki
            • maria421 Re: Swiat jest jaki jest. 21.05.08, 08:31
              Madrze piszesz, Luiza.
              Z zastrzezeniem oczywiscie ze akceptacja swiata takiego jakim jest nie powinna
              prowadzic do znieczulicy.
    • iwannabesedated Odpowiedzialność 21.05.08, 16:21
      Krisie, współczuję ze wszechmiar bolesności tego wspomnienia. Ale - co z tym
      teraz? Bo czy tak będzie nim nie sczezniesz, czy też nie, to zależy od Ciebie.
      Moim zdaniem otrzymałeś od Ojca cenną lekcję odpowiedzialności. Jeśli zajmiemy
      się bezpańskim psem ale nie chcemy go przygarnąć i ten pies pogryzie kogoś to
      trzeba psa uśpić. Łatwiej byłoby udawać, że się nie wie, nie widzi, trudniej
      jest podjąć taką decyzję. A dlaczego nie powiedział Ci prawdy - no może to już
      przekraczało także i jego siły.
      Piszę tak, bo mnie także prześladowała taka wizja, aż mi się flaki wywracały.
      Więc obiecałam sobie, że jak będę mogła to przyjmę psa "w dobre ręce" i się nim
      zajmę najlepiej jak będę umiała. I to robię.
      I mam nadzieję, że to się nigdy nie stanie, ale gdyby pies naglę się rzucił i
      pogryzł dotkliwie mnie lub kogoś lub byłby terminalnie, boleśnie i
      nieodwracalnie chory to częścią mojej odpowiedzialności byłoby uśpienie psa.
      Reasumując, wzięcie odpowiedzialności jest świetnym pacaneum na poczucie winy.
      Ponieważ jednak jest uciążliwe i pracochłonne to jest jednak mało popularne i
      mało osób je stosuje. Nurzanie się w poczuciu winy jest wyborem i nie jest on
      dla mnie wyborem poszanowania godnym.
      • maria421 Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 16:33
        Swieta prawda, Stokrotko, tylko ze odpowiedzialnosc malego Chrisa byla
        skierowana na suke, nie na suki czyny. W oczach dziecka jego zwierze nigdy nie
        jest winne. Jak moja corke kon zrzucil tak, ze wyladowala ze wstrzasem mozgu w
        szpitalu, to mi potem mowiala "Mama, Windsor nie chcial mnie zrzucic"...Po
        wyjsciu ze szpitala kazala sie natychmiast do niego zawiezc i jak tylko do niej
        podszedl z pyskiem, to mowila "Widzisz, on mnie przeprasza".

        Problem Chrisa lezy rowniez w tym, ze on te suke do tej pory widzi oczami dziecka.
        • iwannabesedated Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 16:48
          Marysia, stosowanie kryteriów winy w stosunku do zwierząt to nieporozumienie.
          Psy gryzą a konie zrzucają bo taka jest ich natura.
          Co do Krisa, to podzielił się tutaj z nami bardzo bolesnym, intymnym
          wspomnieniem. Za co bardzo mu (czyli Tobie Krisie) jestem wdzięczna, bo też mam
          podobny problem. Nie zgadzam się, że jesteśmy na poczucie winy skazani. Uważam
          że to nasz wybór. Ale zupełnie możliwe jest że się mylę.
          • maria421 Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 16:55
            iwannabesedated napisała:

            > Marysia, stosowanie kryteriów winy w stosunku do zwierząt to nieporozumienie.

            O tym wiedza dorosli, ale nie dzieci.

            • iwannabesedated Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 17:02
              No ale to dorośli na tym wątku rozmawiają.
              Tak mi się wydaje.
              • maria421 Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 17:14
                iwannabesedated napisała:

                > No ale to dorośli na tym wątku rozmawiają.
                > Tak mi się wydaje.

                I dorosli juz sie zgodnie wypowiedzieli ze Chris nie powinien sie czuc winny, co
                on sam zreszta tez wie.
                Problem w tym, ze moim amatorsko -freudowskim zdaniem Chris nie wyrosl z tamtej
                dzieciecej traumy.
                • iwannabesedated Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 18:55
                  Czyli mamy problem odfajkowany. Tylko mu teraz przepisz dwie białe, jedną
                  czerwoną i lewatywa i nastęęęęęęępnyyyyyyy...
                  • maria421 Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 19:46
                    iwannabesedated napisała:

                    > Czyli mamy problem odfajkowany. Tylko mu teraz przepisz dwie białe, jedną
                    > czerwoną i lewatywa i nastęęęęęęępnyyyyyyy...

                    Jak Lis i Kot nad biednym Pinocchiem, slowo daje...
                    A to ma byc powazne konsylium forumowe.
                    • iwannabesedated Re: Odpowiedzialność 21.05.08, 20:29
                      A bo ostatnio coś się tutaj zaroiło, grypy, ucha, ropienie i te wyrzute sumienia
                      na dobitkę. Ja już nienadążam, wszystko mnie się mięsza.
    • chris-joe Re: Uliczna suka 23.05.08, 19:37
      Wicie rozumicie: sa traumy, ze nie przeskoczysz i musi baba pojsc do lekarza i
      legnac na kozetce.

      Sa jednak i takie, jak ta moja nieszczesna suka, jak jakas zmarnowana milocha
      sprzed lat itp. ktore z nami pozostana. Jak zmarszczki i faldy na podgardle.
      Bo twarzy jak pupa dzieciatka nigdy juz miec nie bedziemy, ni wspomnien
      czystych, niewinnych i radosnych jedynie, ni sumienia niesplamionego i wonnego
      nowoscia jak tabula rasa.

      C'est la vie ca, moi panstwo, it's called life. Wiec lachajem! :)
      • maria421 Re: Uliczna suka 26.05.08, 17:56
        chris-joe napisał:

        > Wicie rozumicie: sa traumy, ze nie przeskoczysz i musi baba pojsc do lekarza i
        > legnac na kozetce.
        >
        > Sa jednak i takie, jak ta moja nieszczesna suka, jak jakas zmarnowana milocha
        > sprzed lat itp. ktore z nami pozostana. Jak zmarszczki i faldy na podgardle.
        > Bo twarzy jak pupa dzieciatka nigdy juz miec nie bedziemy, ni wspomnien
        > czystych, niewinnych i radosnych jedynie, ni sumienia niesplamionego i wonnego
        > nowoscia jak tabula rasa.
        >
        > C'est la vie ca, moi panstwo, it's called life. Wiec lachajem! :)
        >
        No i prosze bardzo! Pacjent wyleczony :-)
        Stokrotka, teraz juz mozna zawolac "nastepny prosze " :-)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja