chris-joe
18.05.08, 07:06
To zwykle sie zaczyna od wspomnienia, ktore jak koszmar wlecze sie za mna od
dziecinstwa. Zaprzyjaznila sie ze mna uliczna suka, przemieszkiwala u nas na
pol etatu, nigdy do konca nie przygarnieta przez mojego ojca. Ugryzla kiedys
jakiegos przechodnia, trzeba bylo ja zawiezc niby na zbadanie, czy nie ma
wscieklizny. Pojechalismy z ojcem i suka taksowka. Sam ja wkladalem do
klatki u chycla- drzala strasznie ze strachu wsrod rozszczekanej bezdomnej
sfory, zupelnie mi spolegliwa, bo ufajaca. Mielismy ja niby odebrac za kilka
dni, ktorych bylo coraz wiecej. Az –zgodnie z kalkulacjami taty- zapomnialem
o niej w mej dziecinnej niepamietliwosci. Choc tak naprawde, zdalem sobie
polswiadomie sprawe, ze jej juz nie ma.
Ta suka przesladuje mnie do dzis, jak najbolesniejsza trauma dziecinstwa.
Dogania mnie ciagle poczuciem winy i zdrady jej roztrzesionego ze strachu
psiego zaufania. I tak bedzie nim nie zczezne.
Gdy wspomnienie tej suki mnie dopada, zaraz za nim –bez pudla- otwieraja sie
wrota koszmaru:
A wiec niekonczacy sie skowyt psa, tluczonego pewnie bezlitosnie na drugim
brzegu rzeki Tapi w Tajlandii, gdy moscilem sie do snu na otwartym pokladzie
statku, ktory zawiezc mnie mial tamtej nocy na wyspe tropikalna. Noc byla
pozna i cicha jak makiem. Z wyjatkiem tego psiego skowytu toczacego sie do
mnie bez konca po wodzie rzeki.
A wiec ten inny pies, w miescie Surat Thani, na uliczce topiacej sie od upalu.
Pies mial wielka czerwona rane na czubku glowy i musial byc otepialy od bolu,
bo usiadl bez zmyslow w samym sloncu, gdy inne uliczne kundle skryly sie w
byle skrawku cienia.
Do dzis przeklinam, ze wlasnie w te uliczke musialem skrecic, w mej bezcelowej
wloczedze po tamtej syjamskiej miescinie.
Gdy dopadaja mnie te nieszczesne psy, koty, ptaki i szczury, zabieram sie do
ciezkiej roboty nad zmiana tematu mysli. Praca trwa kilka godzin i wreszcie
ocala mnie oczywisty tryb codziennego zycia.
Jednak nim to nastapi, pocieszam sie jeszcze, ze przeciez jestem z tych
wybranych, ktorym pospolity bol i cierpienie daje sie we znaki jedynie w
postaci tych nieszczesnych zwierzakow.
Bo przeciez w chwili tych rozwazan, w chwili, gdy to pisze, planeta skowyczy
nieszczesciem zwierzat i ludzi. W tym jednym momencie, gdy przyciskam klawisz
przecinka, ktos jest gwalcony, komus podrzynaja gardlo, ktos sie dusi pod
zawalona sciana, komus ktos kona w ramionach, ktos placze, wyje badz skowyczy
z niewyobrazalnego bolu.
Niezaleznie od tego, czy akurat ktos skreci przypadkiem w nierozwazna uliczke.
I jest to –trwaja moje rozwazania- raczej regula, niz wyjatkiem. W skali
ziemskiego istnienia, bol –nie glowy, nie lupanie w kosci, lecz ten bol dziki
i gwaltowny, bol z granicy smierci- jest czescia definicji tego istnienia.
Rozwazania takie na szczescie maja granice. Jestem przeciez zdrowym
czlowiekiem, u ktorego dzialaja mechanizmy dane nam dla ratunku przez nature.
Czyli mechanizmy, dzieki ktorym zapominam, wypycham te straszna wiedze ze
swej swiadomosci. Zajmuje sie raczej gotowaniem, myciem okna, lektura gazety,
piciem kawy ze znajomymi, robieniem siku, pojsciem do pracy, placeniem
rachunkow, zakupami, telefonem do mamy, seksem, grymaszeniem nad kiepska
plyta, ktora kupilem za 20 dolarow, planowaniem rzucenia papierosow i
przeprowadzki na drugie wybrzeze, sprawdzaniem cen biletow lotniczych na
wakacje, klotnia sie z Brazem. Pieszczeniem kota, jakbym chcial odkupic tym
los suki oddanej chyclowi na pozarcie.
Ci zas z nas, ktorzy dostaja obledu, bo ich postrzeganie rzeczywistej
rzeczywistosci jest niepodatne na codzienny narkotyk zapomnienia i odwrocenia
uwagi, uznawani sa wlasnie za oblakanych.
Mimo, iz wiemy, ze bezpieczne uliczki sa nieliczne, ze docieramy do nich i na
nich spedzamy wiekszosc zycia, gdyz znamy z grubsza sciezki na minowym polu.
Tych „oblakanych” zas prowadzamy na terapie, karmimy chemia, poimy nasennym
syropem. By, jak nalezy, uwage ich skanalizowac w bezpiecznym kierunku. By,
bron boze, nie weszli w uliczke, gdzie skatowany pies odchodzi z bolu od
zmyslow.