Przybycia i powroty

02.07.08, 15:21
Zainspirował mnie do tego powrotu Pyton swoimi paryskimi perypytonami. Jak to
jest jak się przybywa dokądś - na stałe - zaczęłam sobie myśleć. Jak to jest
jak się wraca?
Pamiętam mój ostatni powrót z Afryki. Miałam takie wrażenie, że moje życie
tutaj w Polandii dalej się toczyło mimo mojej nieobecności. Tyle, że było jak
autobus bez kierowcy - toczyło się w krzaki, po wertepach, na wspak. Chyba z
rok mi zajęło dojście z tym do ładu i ponowne umoszczenie.
Ze wszystkimi przybyciami i powrotami chyba tak było. Na samym początku,
krótka euforia. Potem dosyć długi i niestety mało komfortowy proces
umaszczania. Każde miejsce gdzie mieszkałam obdarowało mnie czymś naprawdę
wyjątkowym - i niestety też za ten dar wystawiło słony rachunek.
Słoność z czasem się zapomina, dary pozostają i pozostają też wspomnienia. Z
czasem też człowiek nomadyczny uczy się minimalizować koszty. Zdalnie sterować
życiami pozostawionymi, gdy się akurat zdecydowało żyć innym życiem, gdzie
indziej. Zabierać rzeczy najważniejsze ze sobą, inne zostawiać pod dobrą
opieką, reszty się pozbyć bo stanowi zbędny balast. Utrzymywać przyjaźnie na
odległość. Rozpoznawać innych nomadów we mgle i buczeć do nich przyjacielsko.
Może czasem nawet zawinąć razem do portu na jednego. No powiedzmy, na dwa.
Jak zwykle zabiegam i upraszam w forumliwości odzew jakiś, żebym tu nie
buczała we mgle sama jak jakaś trąba.
    • kielbie_we_lbie_30 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 15:35
      Nie mam doswiadczen w temacie, wyjechalam i nie powrocilam,
      jeszcze...
      Mam jedynie male powroty z moich wypadow ale to sie nie liczy.
      Czasem zastanawiam sie jakby to bylo gdybym wrocila. Wlasciwie to
      nie wyobrazam tego sobie, bo dokad?
      ANi rodziny, ani pracy? czy ja bym potrafila pracowac w polskich
      warunkach? Gleboko watpie.
      Pewnie po krotkim czasie bym wracala...tutaj :)
      • iwannabesedated Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 15:58
        No ale przecież chodzi też o przybycia. A Ty przybyłaś z Polski do Szwecji,
        szfedziu. O to też chodzi, jak to było wtedy.
        Ja się na przykład nigdy nie zastanawiam, co by było gdybym została w madeinusa.
        Bo to jest po prostu niewyobrażalne.
        Zastanawiałam się natomiast czasem, bo już teraz nie, jak to by było gdybym nie
        wyjechała. I mniej więcej sobie potrafię wyobrazić, i w związku z tym nie
        żałuję, bo to by nie było ciekawe.
        Wiem też, że Afryka mnie woła, ale nie jestem w stanie się rozstać z Europą. A
        do życia w rozkroku nie mam jeszcze wystarczającej infrastruktury.
        • kielbie_we_lbie_30 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 20:09
          Ano, przybylam 25 lat temu...
          Z dzieckiem i jedna walizka. Wszystko bylo niesamowicie anonimowe. Ulice,
          domy...nie mozna bylo zrelatowac ze tu juz bylam, tam mieszka X a tam Y. Chodzac
          po ulicach, sklepach niemozliwoscia bylo spotkac kogos znajomego. W TV same obce
          twarze, inne filmy, serie ktorych sie nigdy nie widzialo. W sklepach produkty
          ktorych sie nigdy nie widzialo na oczy i nie wiesz co jest co bo jezyka nie
          rozumiesz.
          Koszmar!!!
          Czulam jakby ktos zrobil ciecie w mojej przeszlosci, jakby jej wogole nie byloi
          musialam jako dorosla uczyc sie wszytskiego na nowo. Wyobrazam sobie jak czuje
          sie osoba ktora dostaje nagle amnezji...tak ja sie czulam. Po paru miesiacach
          chcialam wracac ale wyklepano mi to z glowy. Jednak, gdybym wtedy nie miala
          dziecka to bym wrocila.
          • jutka1 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 20:14
            Co to jest zrelatowac? Heheheheheheheheee.... :-)))))))
    • jakotakot Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 16:01
      Powroty w intymnie znajome miejsca sa zawsze bolesne, bo oczekuje
      sie zastania rzeczy i ludzi, ktorych sie tam zostawilo. A tu
      panatarej i dupa w szafie... Nawet ulepszenia irytuja, bo zmieniaja
      strefe komfortu. Sa takie dwa miejsca, w ktore powracam (chwilowo
      tylko, ale zawsze) - Zakopane (od pieluch), i Ocracoke - mala wyspa
      w Polnocnej Karolinie (od 20 lat). W zakopanym nieodmiennie wzdrygam
      sie przechodzac obok lunaparu w miejscu starego koktajlbaru na
      Krupowkach. A Kentucky Fried Chicken w starym Orbisie przyprawil
      mnie o zawal serca... Dobrze, ze wysoko w gorach tak samo. Samo
      miasto opustoszalo juz zupelnie z duchow Witkacego, Kenara,
      Kasprowicza, Sabaly, a jak bylam mala to tam sie jeszcze petaly.
      Wioska na Ocracoke ze spiacej rybackiej przepoczwarzyla sie w
      koczkodana upstrzonego hoteliskami i giftshopami. I zawsze jestem
      lekko obrazona, ze poludniowy cypel zawsze ocean jesienia i zima tak
      zwyobraca, ze jest nie do poznania i nie moge mojego dolka znalezc.
      I tu chcialoby sie cos madrego zapodac w konkluzji, jakies
      bredzenie na temat konfrontacji nas samych starych z nami nowymi -
      srali muchy, bedzie wiosna...
      • jakotakot Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 16:03
        moze nie calkiem na temat, ale mnie sparlo...
    • jutka1 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 16:03
      Przybywalam na dluzej 3 razy: do JuEs, Holandii i Francji.
      Wracalam na dluzej do Polski i Francji.

      Przybycie do JuEs bylo szokiem kulturowym, ale znioslam lekko ze
      wzgledu na znajomosc jezyka i mlody wiek i entuzjastyczne podejscie.
      Przybycie do FR bylo o wiele trudniejsze, bo jezyk mialam wtedy na
      poziomie lekkopolsrednim, kraju wlasciwie nie znalam, z Paryza
      mialam niemile turystyczne wspomnienia. No i od razu do roboty
      zagonili. :-)
      Zakochanie sie w Paryzu zajelo mi ok. 4 miesiecy.
      Poznawanie jezyka, kultury, kraju - o wiele dluzej.
      Na szczescie mialam u boku przewodnika w postaci ZL, ktoremu za
      cierpliwosc w pewnych sprawach (podroze, czytanie, rozmowy), a
      niecierpliwosc w innych (tupniecie noga pewnego dnia i zazadanie,
      zeby w domu mowic po francusku) jestem po dzis dzien wdzieczna.

      Powrot do PL opisywalam tutaj, ale na biezaco. Teraz, z dystansu,
      mysle ze bylby byl latwiejszy, gdybym sie przeniosla "z miasta do
      miasta". Z drugiej strony jednak potrzebowalam przerwy, spokoju,
      ciszy i zwolnienia tempa, co bylo mi dane i za co jestem wdzieczna.

      No a teraz... wiadomo z watkow obok.
      Czuje sie, jakbym wrocila do domu.
      Zauwazam zmiany, ale widze tez ciaglosc.
      Pomaga, ze tak wiele osob mnie pamieta, i to nie tylko zawodowo.
      Wlasciciel jakiejs knajpy, pani w Tabacu czy perfumerii na Collisee,
      takie tam.
      Pomaga, ze po kilku razach gdzies w knajpie kelner rozpoznaje, mozna
      juz pogadac, pozartowac.
      Mimo wszystko i bez wzgledu na moje paryskie perypytony, ten tutaj
      powrot jest latwiejszy chyba. Tfu. Na psa urok. :-)
    • jutka1 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 19:37
      Przypomnialo mi sie, ze ten moj powrot do PL to sobie zaaplikowalam stopniowo.
      Pojechalam w grudniu, ledwie sie rozpakowalam byly Swieta, a na swieta i tak
      zawsze bylam w Polsce, a potem polecialam - w styczniu chyba? lutym? - na
      tournee po USA, cosmy wtedy sie z frakcja hamerykanko-kanadyjska w roznych
      konfiguracjach geograficznych i osobowych widzieli. W obie strony lecialam przez
      Paryz, gdzie kilka dni spedzilam. A potem kilka miesiecy sie moscilam, kupowalam
      samochod, odpoczywalam, dolcefarnientowalam.
      Tak naprawde poczulam powrot, kiedy stopniowo zaczelam robic rozne rzeczy
      zawodowe, zarabiac, borykac sie z nieplacacymi klientami.
      Kiedy pierwszy raz wypelnialam PIT, i rodzicielka mi musiala pomoc.
      Kiedy zostalam skreslona z listy, ale ironicznie z listy lokalnej "rudej malpy z
      Paryza, dla ktorej sie ma zawsze czas". Bardzo niewiele osob lokalnych
      przetrwalo te probe, ale ci, ktorzy przetrwali juz sa scementowani.

      Zgadzam sie 100Krocie, ze takie nomadyczne zycie, jakie w sumie obie mialysmy,
      uczy co jest wazne, co mniej, a bez czego w ogole mozna sie obejsc. Powrot do FR
      mnie tego nauczyl, i teraz wiem, co musze miec wokol swojego, zeby poczuc sie
      dobrze.
      A czego miec nie musze.
      • kielbie_we_lbie_30 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 20:01
        jutka1 napisała:


        > Zgadzam sie 100Krocie, ze takie nomadyczne zycie, jakie w sumie obie mialysmy,
        > uczy co jest wazne, co mniej, a bez czego w ogole mozna sie obejsc. Powrot do F
        > R
        > mnie tego nauczyl, i teraz wiem, co musze miec wokol swojego, zeby poczuc sie
        > dobrze.
        > A czego miec nie musze.
        >

        Tam moj dom gdzie moje szpargaly...
      • chris-joe Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 20:11
        Przyjazdy do Grecji, do BC, do QC.
        Zadnych powrotow. (Pierwszy powrot bedzie dopiero w przyszlym roku).

        Wiem ze i wiek tego uczy, jednak porzucanie starych smieci i z kamieni dwoch
        odbudowywanie domu nauczylo mnie szukania (i odnajdywania) komfortu w sobie.
        Nazwijmy to zeslimaczeniem.

        Gdyby wpadli mi do chalupy i kazali sie w dziesiec minut spakowac, starczylo by
        mi pewnie czasu i na papierosa.

        Nie potrafie na przyklad na powazanie traktowac osiedlania sie. Nie potrafie
        inwestowac w meble itp. Potrafie jednak z kamieni dwoch stworzyc pozory
        ustatkowania, "domu", czegos stalego. Tu podswietlic, tam przydymic, zawirowac
        mirazem, smoke and mirrors.

        Forse zas, ktora moglaby mi zafundowac solidna komode, loze az do smierci, wydam
        raczej na odlegly wyjazd, albo po prostu ja przepije :)))

        Pozytywy wiec: niezle sie poznalem, potrafie sobie zaufac, jest mi z soba
        calkiem dobrze.
        Negatywy: brak ciaglasci, zycie dziele na etapy, inkarnacje, gdzie jednemu
        wcieleniu trudno niekiedy uwierzyc, ze to tez ono, i to, i to tez.
        "A wszystko to ty, a wszystko to ty, nie mozesz tego pojac szlifowanym w zelazie
        rozumem!" :))
        • maria421 Re: Przybycia i powroty 02.07.08, 20:39
          Byly przybycia i byly zakochania sie w miejscach i nie tylko. Powrotow nie bylo.
          Byly tylko wizyty w starych miejscach.

          Troche Anglii, troche Francji. Dwa lata Wloch. Pojechalam z zasobem slownictwa
          ograniczajacym sie do "Buon giorno" i "grazie", opuszczalam Wlochy rozmawiajac
          po wlosku. Z Wloch do Niemiec. Ze znajomoscia jezyka na poziomie "Guten Tag" i
          "Danke". Mialo byc na troche, a w tym roku minie 25 lat.

          Byl czas na wloczege i byl czas na stabilizacje. Jedno i drugie ma swoje zalety.
          Zawsze jednak wazne jest zebysmy to MY tak chcieli, zebysmy mogli byc nomadami
          kiedy chcemy nimi byc i zebysmy mieli stabilizacje kiedy jej nam potrzeba.

          Dwa lata temu pare osob z Polski zapytalo mnie "To teraz chyba wrocisz do kraju"?
          Bez namyslu odpowiadalam "Nie". Tu jest moj dom, tu moje kwiatki do podlewania.
          Nie bede corce wywracac zycia do gory nogami i w polowie jej studiow zwijac
          manatki i zostawiac ja tu sama lub zmuszac do przeprowadzki do Polski.

          Chociaz... wlasciwie to sama nie wiem czy tu na zawsze zostane:)

          Ale to sie dopiero okaze jak sie moja Ania ustabilizuje.
    • luiza-w-ogrodzie Przybycie do Australii 03.07.08, 02:26
      Nie wiem, jak to jest gdy sie wraca, wiem jak przybylam. Samolot
      znizal sie nad ogromnym miastem skladajacym sie z samych domkow i
      ceglanych dachach, z blekitnymi prostokatami basenow w wielu ogrodach
      (dzis wiem, ze nadlatywalam od Gor Blekitnych ponad przedmiesciami)
      a potem skret w prawo i nagle zobaczylam zatoke, Harbour Bridge i
      budynek Opery i pomyslalam "To jest naprawde, to mi sie nie sni!". W
      drodze z lotniska na poboczu pod palmami na trawniku pasly sie jak
      owieczki szaro-rozowe papuzki galah. A potem lazenie wszedzie gdzie
      sie dalo (ze slownikiem w reku jako ze nie znalam angielskiego),
      uciecha z miejsc odkrytych w miescie, przyswajanie sobie obyczajow a
      wszystko to napedzane ciekawoscia. Osiadlam, zapuscilam korzenie,
      kupilam meble, posadzilam drzewa, rozmnozylam sie oraz kroliki :o)
      bo wiem, ze to jest moje miejsce. Jestem zakochana w przyrodzie,
      spokoju, przyjaznosci ludzi od pierwszego momentu a po kilkunastu
      latach jeszcze bardziej. O powrocie nigdy nie myslalam poza
      rozwazaniami teoretycznymi, gdy rodzina i znajomi nagabywali. Totez
      nie moge na temat powrotow sie wypowiadac.

      Luiza-w-Ogrodzie
      .¸¸><((((º>¸¸.·´¯`·.¸¸><((((º>
      Australia-uzyteczne linki
      • prawdziwystarywiarus Re: Przybycie do Australii 03.07.08, 12:14
        A ja, przetępując z nogi na nogę, mnąc w ręku blankietowy DFTTA
        ('Document For Travel To Australia') na którym właśnie przeleciałem
        pół świata, zebralem się na odwagę, i robiąc użytek ze znanego mi
        jako-tako angielskiego, uprzejmie zapytałem pani urzędniczki,
        odbierającej z sydneyskiego lotniska mnie i jeszcze dwóch takich
        jak ja: - "Przepraszam, ale wlaściwie jakimi dokumentami tożsamości
        ja sie będę posługiwał w tym kraju?" - "Dokumentami?" odparła miła
        pani, niewiele ode mnie starsza. -"Tożsamości?" zrobiła taką minę,
        jakbym mówił po grecku z holenderskim akcentem.

        - "Nie wiem, jak to panu wytłumaczyć, ale my tu właściwie nie mamy
        czegś takiego..."
        • iwannabesedated Dowody tożsamości 03.07.08, 12:25
          Jasne, jasne. W madeinusa też tak mówili. Potem się okazało, że jak nie masz
          prawa jazdy to nawet browara w sklepie nie kupisz, hehehe.
    • blues28 Re: Przybycia i powroty (za Pireneje) 03.07.08, 10:57
      Moje powroty to zadne powroty, po prostu coroczne, odswietne wizyty
      w kraju. Ale wspominam o tym, bo te powroty to jak zmiana obuwia na
      wygodne kapcie, jak podjecie rozmowy przerwanej rok temu.
      Ale tylko w spotkaniach z najblizsza rodzina i przyjaciólmi zdarza
      sie to automatyczne nadawanie na tych samych falach. Przy
      spotkaniach w szerszym gronie – rzadkich, uczciwie przyznaje, ze
      szkoda mi czasu – wyczuwa sie brak ciaglosci, bagatelizowanie moich
      problemów, o których zreszta nie mówie, bo"tobie to dobrze" i próby
      licytacji albo problemów, albo osiagniec. Coraz bardziej unikam
      spotkan ze znajomymi i coraz bardziej cenie spotkania z przyjaciólmi.
      Rokrocznie kilka dni spedzam u mojej przyjaciólki w Sopocie. Piekna
      stara willa w ogrodzie, w zacisznej, zadrzewionej uliczce. Po
      utracie mojego rodzinnego domu – splonal do fundamentów wiosna tego
      roku – ten dom to jak moje miejsce na ziemi.
      Temat jakby na oddzielny watek, ale zadne mieszkanie, nawet
      najbardziej komfortowe nie zastapi mi domu z ogrodem. Chce wstawac i
      widziec kwiaty, drzewa, trawe a nie kolejne budynki, chce cisze i
      spiew ptaków a nie lomot wielkiego miasta. Jeszcze troche, jeszcze
      trzeba poczekac. Ale znajde ten dom i ten ogród.

      A przybywanie... Podczas wakacji w Hiszpanii dostalam propozycje
      ciekawej pracy. Znalam jezyk, znajomosc troche akademicka, ale na
      dobrym poziomie. Wiec teoretycznie poczatki nie byly trudne. Ale
      wzycie sie w nowe srodowisko, pokochanie nowego miasta, olbrzymiego,
      upalnego, niemal pozbawionego (w porównaniu z Trójmiastem) zieleni
      zajelo mi kilka miesiecy. Jednak Hiszpania to bardzo otwarty i
      przyjazny kraj, pelen alegria de vivir czyli radosci zycia
      widocznego na kazdym kroku, w wyrazie twarzy przechodnów, ich
      sposobie poruszania sie... szybciej niz myslalam wtopilam sie w
      otoczenie, skadinand bardzo mieszane, miedzynarodowe.
      Przy okazji tego watku Stokroci zdalam sobie sprawe, ze nigdy nie
      czulam sie cudzoziemka w Hiszpanii. Ja tu po prostu mieszkam i jest
      mi dobrze.




      • lucja7 Powroty 03.07.08, 11:20
        Powroty odbylam w zyciu w liczbie 3.
        - Do Warszawy, gdzie po nieudanych probach nawiazania komunikacji z
        ludzmi zrezygnowalam i wszystko zrobilam by nie byl to powrot, a
        tylko etap podrozy,
        - do Paryza pierwszy powrot, do miasta mi znanego juz, ale nie w
        planach definitywnego tu zycia,
        - do Paryza definitywnego, niezastapionego, nieporownywalnego,
        lobuzerskiego, jedynego mozliwego, pieknego, ludzkiego, leniwego,
        wybranego, wyjatkowego. Jedynego gdzie mozna lazic caly dzien i noc
        i miec bez przerwy wydarzenia zywego miasta.
        Poza Paryzem nie istnieje nic, istnieja miasta albo grzeczne albo
        niegrzeczne, zapierdalajace albo nie, spiace albo nie, w sumie
        miasta do dupy: takie albo takie. Paryz to nie powrot wiec, Paryz to
        oczywistosc relacji fuzjonalnej.

        A zby nie bylo ze jestem dupolis, to powiem: kurwa, czyz trzeba to
        pisac?
        • lucja7 Re: Powroty 03.07.08, 11:26
          A na temat powrotow i przybyc, oprocz tutejszej istnieje bardzo
          obfita i ciekawa literatura swiatowa, w ktorej to szpony wpadlam
          okolo 2 lata temu, pomimo mnie, gdy otrzymalam w podarku ostatnia
          ksiazke Kundery. Podarek byl w trosce o moje imigranckie zycie, z
          pytaniem "co o tym myslisz i czy chociaz w czesci sie z tym
          identyfikujesz".
          Od tego czasu nie przestalam sie identyfikowac i wcale mi to nie
          pomaga. Chyba wroce do psychterapeuty na rozmowy.
          Poki co kopsne pare tego rodzaju lektur Jutce, z pytanie czy sie
          identyfikuje. moze mi to pomoze.
          • jutka1 Re: Powroty 03.07.08, 11:42
            Potem ja tez zaczne wracac do terapeutki?
            Toz ona juz raz mnie wyrzucila po 2 miesiacach rozmow, teraz mnie z
            powrotem nie przyjmie. :-)))
    • iwannabesedated Przybycie madeinusa 03.07.08, 12:37
      Odebrali nas z lotniska w połowie marca jacyś ludzie. Pamiętam przejazd
      autostradą i ich niecierpliwe pytania, jak nam się podoba. Zdziwiły mnie
      drewniane szeregowe chałupki i wiszące nad nimi splątane kable i druty.
      Przestraszyły góry zalegających wszędzie śmieci.A potem już poszło. Brak
      chodników. Śmieci. Baby w majtkach i lokówkach w supermarketach. Więcej śmieci.
      Stare babcie w wielkich gablotach - pod tyłki podkładały dwie książki
      telefoniczne a i tak ledwo było widać puchatą główkę. Babcie w pastelowych
      poliestrach w 97 stopniowym upale. W ogóle, wszystko z poliestru. Brak
      bawełnianych gaci. Brak dezodorantów w sprayu bez białego proszku. Brak centrum
      miasta. Brak księgarni. Brak transportu publicznego. Brak kawiarni. Ogólny
      wielki brak wszystkiego potrzebnego. I wielki naddatek zbędności - za duże
      dystanse, za wielkie samochody, za grubi ludzie, za dużo niedobrego jedzenia, za
      gorąco, za dużo durnowatych informacji w grubych, brudzących gazetach. Boże, co
      to za dziwne miejsce było. Już nawet zapomniałam o tym. Ponoć, dobrzy ludzie
      donoszą, od tego czasu wiele się zmieniło. Nie sprawdzałam.
      • jutka1 Re: Przybycie madeinusa 03.07.08, 13:40
        Hahaha, tez wyciepnelam z pamieci te reakcje. Hehehehehehe. :-)))
      • xurek Re: Przybycie madeinusa 03.07.08, 13:41
        Moje definitywne “opuszczenie” odbwalo sie na zasadzie “do trzech
        razy sztuka”.

        Najpierw byla Francja jako nastolatka. Pol roku zupelnego
        oczarowania kolorowa wolnoscia i odkryta soba w tych bajkowych
        realiach. Moglam zostac, ale nie odwazylam sie na ten krok prawie
        calkowitego (z racji owczesnej sytuacji politycznej) zerwania z
        rodzina. Powrot byl strasznym bolem i koszmarem.

        Potem byla Portugalia jako dwudziestolatka. Do dzisiaj nie wiem, jak
        ocenic ten rok: nigdy przedtem i nigdy potem nie przezylam w tak
        krotkim czasie tak wiele, nigdy przedtem i nigdy potem nie bylam tak
        bliska calkowitego zapadniecia sie w swiat narkotykow, facetow,
        przebalowanych nocy i przesnutych dni. Wtedy odbieralam to jako
        cudowne, wypelnione zycie, pozniej, spotykajac tych, ktorzy
        pozostali w tym zyciu nie bylam juz taka pewna, ze byla to dobra
        opcja. Moglam i chcialam zostac, wrocilam przyciagnieta “za uszy”
        przez mojego obawiajacego sie o moja przyszlosc faceta. Powrot byl
        jeszcze wiekszym bolem i koszmarem.

        Ani we Francji ani w Portugalii nie czulam sie obca, samotna,
        odizolowana – czulam sie tak jednak po kazdym z tych powrotow w
        Polsce.

        A potem nastapil ostateczny exodus: z jednym malym plecakiem i 100
        $. Bez planu, z nadzieja, ze przeciez cos gdzies udac sie musi. Pol
        roku roznych podchodow zajelo mi zrozumiemie, ze nie uda mi sie
        zostac we Francji inaczej niz poprzez malzenstwo i postanowienie, ze
        tak nie chce, dopoki istnieje jakakolwiek inna opcja. Pol roku
        zupelnie innego niz moj pierwszy pobyt: wtedy bylam gosciem
        mieszczanskiej rodziny z miasteczka pod Paryzem, tym razem przeszlam
        przez “zycie wsrod dziwologow w Ardeche” a pozniej goscilam glownie
        u przeroznych, czesto nielegalnych imigrantow w Paryzu. Zupelnie
        inne swiaty a niby to samo miejsce. Moje pierwsze w zyciu zetkniecie
        z rzeczywistoscia “ niechcianych cudzoziemcow gorszej kategorii”.
        Mimo to wciaz jeszcze nie czulam sie ani obco, ani gorzej, ani
        samotnie. Francja przestala byc dla mnie wtedy “rajem bez skazy”,
        ale nie stala sie tez “potworem”.

        W koncu dalam za wygrana, stulilam uszy po sobie i pogodzilam sie z
        faktem, ze jedyna “mozliwa” emigracja to wyjazd do Niemiec. Poczatki
        w tym kraju to najwieksza schizofrenia mojego zycia: pierwszy dla
        mnie obcy kraj, w ktorym nie tylko prawo pobytu ale nawet
        obywatelstwo okazalo sie byc pestka (dostalam paszport w ciagu
        miesiaca) jak rowniez pierwszy, w ktorym nie znalam jezyka a przez
        autochtonow poczulam sie potraktowana jak calkowicie niechciany
        cudzoziemiec bardzo kiepskiej kategorii. Wszystko bylo tutaj do gory
        nogami: nie musialam jak we Francji czy Portugalii matwic sie o moj
        byt, bo poslano mnie do szkoly i dano mi stypendium, nie musialam
        byc u nikogo gosciem, bo dano mi mieszkanie i zaplacono za nie, nie
        musialam sie zastanawiac, na czym bede spac, bo meble rowniez mi
        zapewniono itp itd. Rownoczesnie jednak nie mialam ani przyjaciol,
        ani nawet kumpli, z ktorymi moglabym spedzic wieczor, czulam
        wszechobecny dystans, jakas taka negatywno-obojetnosc, niesamowite
        zimno i samotnosc.

        Poczatki tego pobytu jawily mi sie jak niesamowita ironia losu: niby
        mialam tutaj wszystko, czego moim zdaniem potrzeba mi bylo do
        szczescia a czulam sie jeszcze koszmarniej niz po moim powrotach do
        Polski. Chyba ze dwa lata naprzemiennego strachu, zlosci, smutku i
        determinacji zajelo mi oswojenie sie z tym krajem. Po nastepnych
        trzech zaczelam sie czuc u siebie i czescia niemieckiego
        spoleczenstwa. Polubilam bardzo wiele aspektow zycia, bardzo wielu
        Niemcow, moje miasto, moja dzielnice. Oprocz ktrotkiej przymiarki do
        emigracji na Karaiby (ktora odrzucilam, jako zbyt nie-europejskie
        rozwiazanie) nie planowalam dalszych zmian.
        Emigracja do Szwajcarii to czysty przypadek i czysty luksus. Nawet
        teraz, po tylu latach wspomnienie o tych poczatkach napawa mnie
        blogoscia. Tutaj wszystko bylo dokladnie tak jak trzeba od samego
        poczatku: tym razem przeprowadzalam sie do cudownego olbrzymiego
        mieszkania z moimi kotami i wszystkimi ulubionymi klamorami
        przywiezionymi przez przedsiebiorstwo transportowe, mialam biuro,
        ktore sama sobie podlug wlasnego widzimisie urzadzilam, prace, ktora
        wydawala mi sie wtedy fenomenalna, wielu znajomych zapoznanych w
        czasie mojego rocznego “wahadlowania” miedzy Kolonia a Zurychem a
        nawet dwie przyjaciolki. Krotko mowiac zyc nie umierac. Z czasem
        okazalo sie, ze trudniej rozkrecic firme, niz nam sie wydawalo, ze
        pewne rzeczy nie sa az tak cudowne, jak myslalam, ale ogolnie moje
        szwajcarskie zycie nie zawiodlo moich oczekiwan.

        Minelo juz ponad 20 lat od mojego definitywnego wyjazdu, w tym
        czasie mialam kilka zawodowo bardzo interesujacych propozycji
        powrotu do Polski – odrzucilam je wszystkie bez zalu, bo nie moglam
        i wciaz jeszcze nie moge wyobrazic sobie siebie na powrot w kraju.
        Jestem w Polsce czesto i lubie do niej przyjezdzac. Z racji
        regularnego kontaktu nie przezywam zadnych szokow, gdyz zaden „stary
        kat“ nie ewoluuje poza moim postrzeganiem. Wizyty w Polsce sa mi
        chyba potrzebne do wenwetrznej rownowagi, czuje sie wciaz czescia
        tych miejsc, ktorych czescia bylam mieszkajac w kraju, mam wciaz
        kilku (naprawde kilku) przyjaciol i troche rodziny, ktora lubie.
        Polska od dawna przestala mi sie uczuciowo laczyc z koszmarem:
        ciesze sie, kiedy jade do Polski a czasem nawet zal mi wracac do
        domu.

        Gdzie spedze reszte zycia? Nie wiem. Wiele zmienia sie wlasnie w
        naszym zyciu, byc moze zmiany te ogarna rowniez miejsce, w ktorym
        ono sie toczy, byc moze nie. A co bedzie w dalekiej przyszlosci –
        ktoz to wie (i dobrze ze nie wie, bo ja uwielbiam zyciowe
        niespodzianko-zmiany).
      • jakotakot Re: Przybycie madeinusa 03.07.08, 14:21
        Stokrotka - Twoje wrazenia z usciech mi wydarlas te pierwsze
        wrazenia jak bolacego zeba, hehe. Domniemywam, ze do njujorku
        przybylas, jako i ja. Stokrotka napisala:
        >" Odebrali nas z lotniska w połowie marca jacyś ludzie. Pamiętam
        przejazd
        > autostradą i ich niecierpliwe pytania, jak nam się podoba.
        Zdziwiły mnie
        > drewniane szeregowe chałupki i wiszące nad nimi splątane kable i
        druty.
        > Przestraszyły góry zalegających wszędzie śmieci.A potem już
        poszło. Brak
        > chodników. Śmieci. Baby w majtkach i lokówkach w supermarketach.
        Więcej śmieci.
        > Stare babcie w wielkich gablotach - pod tyłki podkładały dwie
        książki
        > telefoniczne a i tak ledwo było widać puchatą główkę. Babcie w
        pastelowych
        > poliestrach w 97 stopniowym upale. W ogóle, wszystko z poliestru.
        Brak
        > bawełnianych gaci. Brak dezodorantów w sprayu bez białego proszku.
        Brak centrum
        > miasta. Brak księgarni. Brak transportu publicznego. Brak
        kawiarni. Ogólny
        > wielki brak wszystkiego potrzebnego. I wielki naddatek zbędności -
        za duże
        > dystanse, za wielkie samochody, za grubi ludzie, za dużo
        niedobrego jedzenia, z
        > a
        > gorąco, za dużo durnowatych informacji w grubych, brudzących
        gazetach."
        Wszystko sie zgadza oprocz marca, bo to kwiecien byl w moim
        przypadku. Gwozdz walniety mlotkiem przezlep hehe. Mnie jeszcze
        zaszokowal fakt, ze nacja jawiaca sie w filmach jako zgraja dzikich
        kowboji i indywidualistow, okazala sie w praniu banda karnych
        strzygaczy trawnikow z przyklejonymi plastikowymi usmiechami. Do
        szalu doprowadzali mnie ludzie na ulicy, ktorzy szczerzac do mnie
        zeby naklaniali mnie jekliwie : "smile !". Nawet mnie z jednej
        knajpy wyrzucili z roboty, bo sie nie usmiechalam. No i zjawisko pt
        "american coffee"... czyli lura po trzecim zalaniu fusow. To sie na
        szczescie zmienilo. Wprawdzie Starbaksy to nie europejskie kafejki,
        ale zawsze cos :)
        • jakotakot Re: Przybycie madeinusa 03.07.08, 14:35
          Byla tez druga strona medalu. Po krotkim pobycie w NY zjechalam do
          Waszyngtonu, ktory po betonowej dzungli Manhatanu jawil sie jak
          kwitnacy magnoliami i azaliami ogrod. Zjechalam prosto w objecia
          nalepszejszej przyjaciolki, zakochalam sie, zaczelam wymarzone studia
          artystyczne... no i zostalam, mimo ze wcale nie planowalam. Nostalgia
          mna trzepala dlugie lata. Juz nie trzepie, ale mysle, ze sie gdzies
          stad przekibzam jak tylko bede mogla.
          • iwannabesedated Re: Przybycie madeinusa 03.07.08, 15:09
            Gorzej, jakoto, znacznie gorzej. Trenton, NJ...
            Ja drugą stronę medalu zobaczyłam dopiero jak odwiedziłam przyjaciółkę w Texasie
            w połowie lat '90, już po przeprowadzce do Polski. Uprzedzająco grzeczni kowboje
            w kowbojkach z yes ma'am, no ma'am na ustach, czyste, estetyczne supermarkety z
            obsługą wynoszącą za tobą do bagażnika torby, zresztą ogólnie czysto, luźno,
            przestrzeń i słońce, i kolory jak lubię. Kudłate krowy, tancbudy kowbojskie obok
            latynoskich. Jakieś bohemiaste kafejki koło uniwerku, antykwariaty i
            brikabraki. Ludziska wyluzowane. Zresztą mało ludzi, w ogóle, brak tłoku.
            • jakotakot Re: Przybycie madeinusa 04.07.08, 04:14
              Trenton, NJ - madrededios... armpit... Na szczescie hameryka duza i
              paradoksalnie w takim samym stopni shomogenizowana, co i zroznicowana.
              Ale mimo to nie udaje mi sie tu poczuc w pelni komfortowo - moze moja
              wina ? taka uroda - biezrodnyj kosmopolit - tyle, ze wszedzie troche
              jak w domu, ale nigdzie do konca :)
    • jutka1 Re: Przybycia i powroty 07.07.08, 06:55
      Przybylam do tego mieszkanka, ale i powrocilam.
      Dwa czy trzy razy tu sie zatrzymywalam podczas wizytacji DoopaRyza, bo mieszkal
      tu magdalenka. 6 lat wczesniej czy jakos tak, mieszkala tu moja owczesna szefowa
      i do teraz przyjaciolka.
      Czyli powrot.
      Ale tez przybycie. Bo nigdy nie spalam w tej sypialni, to byla prywatna
      przestrzen lokatorow. Bo nie korzystalam z kuchenki. Bo inaczej jest, jak sie
      wizytuje, a inaczej, jak sie mieszka.
      Tak wiec (wiem...) oswajam te przestrzen.
      Macamy sie, jak Luiza napisala obok.
      Przybycie i powrot, i wszystko jest jakcza.
      :-)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja