gaudia
09.07.08, 18:26
kiedy byłam mała uwielbiałam wszelkie rozowosci i turkusy dostepne wowczas li
i jedynie w sklepikach oferujacych wyroby ekhm rzemiosla (przypomina sie
bohater Zlego Tyrmada:)
mama cierpliwie mi tlumaczyla, ze brazowy nie pasuje do pomaranczowego, a
zielony z niebieskim sie gryzie
kiedys ujrzalam wreszcie, slynna juz wowczas wille na Krakowskiej w Lodzi,
slynna jako kicz juz straszliwy zupelnie: w 1979 bylo to szescianowe pudlo w
blekitno-biale paski z balustradkami z gipsu i z gipsowymi lwami oraz malpami
w ogrodku.
Zglosilam swoj sprzeciw wobec okropienstwa przyjaciolce ze studiow. A ona na
to: no co Ty, moj ojciec (znany i podziwiany przeze mnie architekt) pomaga
wlascicielowi tego domu, lekarzowi. Oburzylam sie strasznie. A ona: no
przestan, ten czlowiek spelnia swoje marzenia, moj ojciec mu pomaga, co w tym
zlego?
Teraz mam prawie 30 lat wiecej. Kicz spotykam co krok. I mam 3 pytania do Was:
1. Czy przestrzen publiczna to takze teren gdzie siega moj wzrok? Czyli: czy
jakies gremia oceniajace winny wplywac na estetyke np. zewnetrznosci domow
prywatnych, coby moja wrazliwosc nie cierpiala i coby edukowac?
2. biorąc pod uwagę zmianę kryteriow od czasu moich uwielbien rozowosci - mam
wrazenie, ze kryteria estetyczne padly (umilowanie np zlotego podzialu, o
modzie odziezowej juz nie wspominajac). Czy wiec w kolejnej epoce eklektyzmu
(madrze zwanej postmodernizmem) pojeciie kiczu ma racje bytu?
3. Ja jestem tutejsza, niezaradna, bez jezykow. I dlatego pytam: jak to jest z
kiczem w innych krajach?
ps. Mowiac "kicz" nie mam na mysli prostych zaniedban przestrzennych czy
uzytkowych, brudu, wtykania plastikowych okien w bryly zabytkowe itd...
----------------------------
na bezplusiu i minus plus