chris-joe
26.05.09, 16:36
Dzieki Braza bieglej znajomosci jezyka hiszpanskiego udalo nam sie przymilic i
uzyskac towarzyskie fawory kilku osob z obslugi kubanskiego wczasowiska w
postaci dwoch pan w barku kawowym, jednej kelnerki z barku przyplazowego,
dwoch barmanow w upijalni na 9 pietrze.
Zasiegnelismy wiec jezyka na temat jak plasuja sie poszczegolne nacje w
prywatnych obserwacjach obslugi kurortu:
-pierwsza pozycje zajmuja Kanadyjczycy (tu dyskretnie dodawano: "ale raczej
nie ci z Quebecu")
-ostatnia pozycje zajmuja Niemcy
-Polacy "sa calkiem w porzadku" i
-"znaaacznie milsi niz Rosjanie"
Dodam, ze na naszym turnusie zdecydowanie przewazali liczbowo Kanadyjczycy,
wsrod nich zas zdecydowanie przewazali Quebekczanie.
Ponadto byla grupa Holendrow- otwarci, swobodnie poslugujacy sie angielskim,
aczkolwiek dyskretni i nierzucajacy sie w oczy, najbardziej eleganccy, cisi.
Glebszych obserwacji niestety nie moglem poczynic, gdyz turnus holenderski
zazebil sie z naszym raptem na dwa tylko dni.
Niemcy byli druga (po Kanadyjczykach) liczbowo rzesza. Jezykowo zupelnie
niekumaci, trzymajacy sie we wlasnych grupkach, na zaczepki towarzyskie z
naszej strony wiecej niz powsciagliwi, obserwujacy z bokowca, przylapani zas
na tym uciekajacy szybko wzrokiem.
Mimo to, udalo nam sie zakolegowac z pewna starsza Pia z Berlina, oraz z
Markusem spod Saarbrucken. Ci zyli poza rzesza, gdyz bywaja w tymze kurorcie
co rok od wielu lat i blizsi sa obsludze, niz turnusowym rodakom. Laczy ich
tez i to, iz Pia wydaje corke za Kubanczyka z obslugi, Markus zas wlasnie sie
dowiedzial, ze Kubanka do ktorej od lat smalil cholewy i zamierzal sciagac do
Niemiec, robila go od samego poczatku w wielkiego balona. Biedak mial serce
pogruchotane na setki bolesnych kawalkow.
Wsrod Niemcow byla tez spora grupa starszych niemieckich Rosjan- ci
biesiadowali nieustannie na marginesie przy zestawionych stolikach, z bokowca,
hucznie, kompletnie ignorujacy istnienie reszty wczasowiczow.
Byla tez austriacka rodzinka (mama, tata, nastoletnia corka), wylacznie
wlasnojezyczna, wiecznie sledzaca nas wzrokiem.
Szalenie mila, angielsko biegla Czarnogorka ze swym facetem, juz mniej
kontaktowym.
Cala grupa Francuzow spod Lille poslugujacych sie bardzo dziwnym francuskim i
zdecydowanie k-sobie; glosni i dosc wulgarni.
I Kanadyjczycy wreszcie: anglo- glosni i zabawowi, jednak w ramach
przyzwoitosci; Quebekczanie- kilka par trzymajacych sie na uboczu oraz cala
reszta.
Ta cala reszta zas stworzyla liczna i najglosniejsza klike: ochlajstwo
nieokielznane, wycie, wrzaski i spiewy bulwersujace pozostalych wczasowiczow,
jezor wulgarny, zestawianie stolikow blokujace ruch przy basenowym barze, na
pare uwag ze strony postronnych proponowali spierdalac.
Jeden z nich w czasie nocnego ochlajstwa zwalil sie z balkonu na drugim
pietrze i reszte wypoczynku spedzil w gipsie z posiniaczonym pyskiem, do konca
jednak wrzaskliwy i wulgarny, schlany w piec 24/7.
Kolejna krajanka zostala szczesliwie uratowana przed zgonem, gdy zakrztusila
sie rzygami w zapitym snie; inny zas nie mial tego szczescia- tez sie rzygiem
zakrztusil i wrocil do Montrealu juz po trzech dniach urlopu w plastikowym worku.
Pia i Markus, weterani wczasowiska, mowili ze z Quebekczanami tak tu zawsze i
zadali wyjasnien. W samolocie powrotnym kilku innych Quebekczan dyskretnie i
szeptem (by nie zlamac obowiazkowej quebeckiej solidarnosci) wyrazali przed
nami wstyd i bulwersacje. Poza tym jednak, juz oficjalnie, bratali sie nadal
z rodzima holota i dopytywali sie z troska o samopoczucie zagipsowanego zbira,
ktory do samolotu dotarl pod eskorta i w samolocie nawet do klopa byl
eskortowany, by sie tam nie dochlal w swym powaznym stanie i nie narazil linii
lotniczych na klopoty. Jego liczna ferajna chlala nadal na lotnisku i dopiero
w samolocie zabroniono im sie dotrunkowywac.
Taki to moj doszywany Heimat.
Poza tem- plaze boskie, woda karaibska w najpiekniejszym azurowym odcieniu,
Hawana szaaalenie ciekawa, jak i realia kubanskiego zycia... Moj boze!
Kubanczycy niezbyt sie juz patyczkuja i otwarcie niemal kpia z rezymu.