"biednemacochy"

10.01.04, 19:14
dopiero odkryłam ten wątek, a jestem w to emocjonalnie zaangażowana, jako
dziecko z "rozbitej" rodziny. chciałam żebyście pamiętały o jednym,
cokolwiek byście nie mówiły, jakkolwiek by nie wyglądały byłe
zwiazki "waszych" mężow. to wy dokonałyście wyboru. tych dzieci,których
część z Was nie lubi, część toleruje a częsć może kocha nikt o nic nie
pytał, zostaliśmy wrzuceni w pewne sytuacje i choćby dlatego mamy prawo do
oceny, do nazywania pewnych rzeczy bez racjonalizacji, po prostu, do
niesprawidliwości, nienawiści, bo każde dzicko ma prawo do matki i ojca i co
byści nie mówiły i jak sobie starały radzić z rzezcywistościa to to jest
coś wręcz biologicznie oczywistego, a może się mylę
    • kasjusz3 Re: "biednemacochy" 10.01.04, 20:04
      Witaj

      Twoja wypowiedź jest nieco chaotyczna, niemniej jednak postaram się na
      podstawie Twoich przemyśleń, przedstawić Ci własny punkt widzenia. Nie jestem
      wprawdzie "czynną macochą", lecz mój partner ma dziecko z poprzedniego
      małżeństwa, więc mam nadzieję, że moje spostrzeżenia, jako drugiej strony
      konfliktu, uznasz za istotne.

      Po pierwsze: Ani ja, ani wiele z obecnych tu osób nie neguje faktu, że
      takiego, a nie innego wyboru dokonała na własne życzenie. Wiele z nas miało
      świadomość tego na samym początku związku, inne przekonały się w jego trakcie,
      ale zazwyczaj, następowało to w pełni świadomości o konsekwencjach, jakie
      wqynikają z faktu związania się z męzczyzną "z przeszłością".
      Nie rozumiem więc Twojego sformułowania, które sugeruje, że użalamy się nad
      sobą, bo bidule, nie wiedziałyśmy o tym, że oprócz księcia pod swój dach
      zapraszamy również jego byłą i przychówek.

      Problem macoch, o czym pisałam juz kiedyś, nie polega, jak sugerujesz, na
      istnieniu dziecka jak takiego, lecz na istnieniu swoistego trójkąta on -
      dziecko - była żona, który nierzadko przyjmuje formy absurdalne i trudne do
      zaakceptowania. Wszystko to opiera się oczywiście na zranionych emocjach z
      jednej i zazdrosci z drugiej strony, stąd, będące niemal normą, nieustające
      konflikty.

      Po drugie: Mam wrażenie, że oskarżasz nas (macochy in general) za odbieranie
      Ci prawa do własnych emocji czy ocen. Nie bardzo rozumiem istotę tego
      oskarżenia. Twoje emocje należą do Ciebie i masz do nich prawo, lecz nie
      staraj się tym samym udowodnić, że za rozpad związku Twoich rodziców winę
      ponosi ta czy inna osoba lub, jak odniosłam wrażenie, generalnie wszystkie te,
      które decyduja się na związek z żonatym wcześniej mezczyzną.

      Doskonale rozumiem, w jak mocny sposób odbijają się na dorosłym zyciu urazy z
      dzieciństwa, ponieważ sama przeszłam przez koszmar bycia dzieckiem chorej na
      nerwicę matki i do tej pory budzą się czasem we mnie upiory z tamtych lat.
      Wiem jednak, że, mimo faktu, iż mam prawo do emocji z dzieciństwa, nie będąc
      już dzieckiem, muszę radzić sobie z nimi jako osoba dorosła.
      Tymczasem odnoszę wrażenie, że Ty nadal tupiesz w podłogę i zaciskasz
      w złości małe piąstki.Spróbuj rozliczyć się z przeszłością, ktora Cię
      prześladuje. Napisz list do ojca (nie musisz go nawet wysylać), w którym
      wytłumaczysz mu, jak czułas się wtedy, jao mała dziewczynka i w jaki sposób
      ukształtowało to Twoje dorosłe ego. Popatrz na tamta kobietę z perspektywy
      kogoś, kto też kiedys szukał, a może nadal szuka miłości. Spróbuj wyjść poza
      ramy myślenia - mama i tata, starając się spojrzeć na własnych rodziców, jako
      na dwoje ludzi, którzy kiedys popełnili błąd.
      Wiem, jak bardzo jest to trudne, lecz wydaje mi się, że jadąc na wózku
      nienawiści i nosząc w sobie tyle jadu, niszczysz siebie, może więc warto
      spróbować.

      Po trzecie:
      To nie żona Twojego ojca, lecz on i twoja mama podjęłi decyzję o rozstaniu,
      podobnie jak nie ona była odpowiedzialna za Twoją osobę. Nie ona tworzyła
      związek Twoich rodziców i nie ona przysięgała na ołtarzu, czemuż jest więc
      winna? Dlaczego nosisz żal do niej, a nie do ojca lub do matki za to, że nie
      umieli stworzyć szczęśliwego związku? Czy znasz całą prawdę o rozstaniu? Czy
      rozumiałaś ją wtedy jako dziecko? Czy nadal pielęgnujesz w sobie emocje z
      tamtego okresu, nie dając sobie szansy na szersze spektrum widzenia?

      Po ostatnie:
      A propos biologii.
      Niestety, wszyscy nią po trosze jesteśmy. Nasze ciała reagują tak, jak
      zaprogramowała je natura, nasze mózgi podporząkowują się jej prawom bez
      niemniejszego udziału. Skoro Ty, jako skrzywdzone dziecko, masz prawo do
      nienawiści, bo pozbawiono Cię biologicznego rodzica, skoro bilogiczna matka
      ma prawo do pielęgnowania tej nienawiści wobec partnera, który zostawił ją dla
      innej, może ta inna ma prawo do niechęci wobec tego, co nie należy do niej,
      czyli nie swojego dziecka i jego matki?
      Ot, biologia...

      A może to wyróżnia nas od szympansów, że posiadamy zdolnośc do empatii?
      Gdybyśmy tylko chcieli zrobic z niej uzytek...

      Pozdrawiam ciepło
      Kasjusz
















































































































































































































































































































































































































      • jayin Re: "biednemacochy" 10.01.04, 22:00
        kasjusz - podpisuję się wszystkimi "ręcyma i nogami" pod twoją odpowiedzią...
        od siebie dodam, że w tym przypadku widocznie chodzi o sytuację
        konkretną: "małzeństwo-dziecko-ta trzecia-rozpad małżeństwa-skrzywdzone dziecko-
        żal". żal i pretensje, nienawiść czy inne tego typu odczucia ze strony dziecka
        do "tej trzeciej" jak najbardziej rozumiem. sama byłam takim dzieciakiem, tyle,
        że w sytuacji, kiedy to był w naszej rodzinie "ten trzeci", a nie "ta
        trzecia":> i nieobce były mi wręcz odruchy morderczesmile tyle, że po paru latach
        jak trochę mi w łepetynie dojrzało, zaczęłam życie własne, spojrzałam na świat
        dorosłych z ich poziomu, a nie poziomu dziecka - to o ile wtedy, mając
        świadomość, że małżeństwo moich rodziców i tak się źle układało na długo
        przed "tym trzecim", że z nim czy bez niego po prostu byłoby beznadziejnie w
        domu - ale "NIE ŻYCZYŁAM SOBIE" - właśnie tak, rozpadu świata domowego, który
        znałam, choćby nie był bajkowy - a co znane, to oswojone i chociaż kiepsko
        było, jakieś tam poczucie bezpieczeństwa dawało mnie i mojej siostrze. NAM -
        dzieciom. o rodzicach, szczególnie mojej mamie nie myślałam za wiele wtedy:>
        jak jej byłoby lepiej i bezpieczniej, może z tamtym facetem, a może z jakimś
        innym jeszcze? - dziecko patrzy wtedy dość prostoliniowo - "odczucia własne-
        zachowawczość znanego świata-zachowawczość bezpieczeństwa-zero zmian" - to
        wydaje się wtedy dziecku najlepsze chyba. ale nie zmienia faktu, że chcąc, żeby
        rodzice byli razem MIMO WSZYSTKO, dziecko kieruje się głównie swoim własnym
        poczuciem bezpieczeństwa i potrzeb. nie ma mowy tutaj o żadnym wyrachowaniu,
        broń Boże! bo szczególnie takie poczucia zagrożenia rozpadem rodziny mają te
        młodsze dzieci. - po prostu zwykły odruch i dezorientacja - rodzina jaka jest,
        ale jest. a dla dziecka to poczucie jest wazne. dziecko nie mysli, czego CHCA
        rodzice, mysli, czego ONO potrzebuje. podswiadomosc. nie wiem. cokolwiek. tak
        to dziala. u nas koniec końców - mając dwie zdesperowane (tzn. mnie bardziejsmile -
        dziewczątka w wieku wczesnoszkolnym - moja mama "zrezygnowała" z tamtego
        faceta - ja odetchnęłam - wtedy - i NIBY rodzinka była i jest. ALe co z tego?
        FORMALNOŚĆ. Dla dobra dzieci. Najgorsza z możliwych kombinacji dla dwojga ludzi
        związanych w tym "celu". Dzieci mają złudne poczucie stabilnosci i
        bezpieczenstwa dopoki nie zaczna rozumiec tego, co czuja ich rodzice w zwiazku
        z takim zyciem i ze niekoniecznie jest to dobre odczucie i szczescie, jakiego
        potrzebują ONI. szczerze mówiąc od kilku lat jestem święcie przekonana, że i
        moja mama i mój tato żyliby lepiej i szczęśliwiej, spokojniej - gdyby wtedy
        moja mama jednak zdecydowala, ze najlepiej dla dzieci jest wtedy, kiedy maja
        szczesliwa mame/tate - a nie znerwicowanych, badz obojetnych oboje rodzicow w
        jednym domu. żałuję, że wtedy tego nie rozumiałam i odstawiałam takie szopki
        (taaa... dzieci potrafia...), kiedy moja mama chciała sie wyprowadzic do
        tamtego faceta z nami razem - bo sie kochali, bo mogl jej i nam zapewnic lepsze
        zycie, spokoj, itp itd - dzisiaj rozmawiam o tym z mama czasem - ona zaluje,
        nie mowi wprost, ze ma do nas zal czy pretensje - ale mi za kazdym razem
        bezdennie glupio, bo mam wrazenie, ze przez nas zrezygnowala z czegos lepszego
        dla siebie. a i gdyby sama miala lepiej - psychicznie i fizycznie - nam tez by
        sie krzywda nie dziala.
        a tak? stosunki poprawne juz po tylu latach, ale idealnie obojetne, czasem
        wrogie - zero klimatu rodzinnego...

        tyle z wycieczek osobistych smile( sorry za przynudzenie.
        ale chciałam napisać, że owszem - dzieci - jak kazdy - maja prawo do swoich
        odczuc - do zali, nienawisci, milosci itd. - nikt tego nie deprecjonuje. sama
        potrzebowalam tego kiedys, zeby mi na te odczucia i ich wyrazanie pozwolono.
        ale chyba sprawy "rodziny", perspektywicznego myslenia co lepsze dla dzieci i
        dla doroslych - trzeba by bylo zostawic doroslym. w koncu oni sa "siłą
        decyzyjna". a "dobro dziecka" nie zawsze bywa rownoznaczne z tym, czego
        faktycznie dziecko by potrzebowalo teraz i pozniej. na pewno nie potrzebuje
        iluzji...

        złożoność różnych sytuacji i układów, no i wielka różnorodność typów osobowości
        ludzkich nie daje możliwości generalizowania w sprawie "rozpad małżeństwa a ta
        trzecia i odczucia dziecka" - kazdy przypadek bedzie inny. jedne mniej, drugie
        bardziej drastyczne, trzecie wrecz zbawienne.
        do wyborów przystępują DOROŚLI. nie tylko ta Trzecia, czy TYLKO mama, albo tata.
        kazdy ma swoj wklad w decyzje. On/Ona chca zmienic partnera, nowy partner
        zgadza sie "przyjac" Jego/Ją z "przeszłością", Drugie z Małżeństwa/Związku -
        decyduje czy powalczy o Osobę Odchodzącą ze związku, czy da jej krzyżyk na
        drogę. itd itp.
        dzieci faktycznie nie mają nic do powiedzenia. chociaż nie wiem, czy gdyby ich
        słowo liczyło się bezwarunkowo - tak jak moja mama liczyla sie z moim slowem
        dzieciaka i mojej siostry - czy takie spojrzenie dziecinne na sprawe i
        podejmowanie decyzji na jego podstawie - przyniesie wiecej korzysci niz
        szkód..uncertain ale to moje osobiste zdanie.

        no i kontekst poczucia ansy przez dziecko do tej Trzeciej - macochy.
        OK - jesli bezposrednia "wspolwinna" rozpadu rodziny zosatej stala partnerka
        ojca. ansa trwa - podstawna. a jesli ojciec potem zrywa ten zwiazek i znajduje
        kolejna partnerke?smile (a potem np. jeszcze kolejnasmile A potem zeni sie po raz
        wtóry z jeszcze nastepna - ? (wyolbrzymiam te liczby, ale chodzi o
        zasadę "zmiany" partnerki z "bezposrednio wspolwinnej" na "niezwiazana" ze
        stara sprawa rozpadu zwiazku/malzenstwa) - wtedy ten uraz i nienawisc podaza
        przez cale zycie dziecka za byla partnerka ojca ("ta trzecia" z czasow rozpadu
        malzenstwa) - naturalne. ale DLACZEGO generalizuje sie ze "macocha" -
        jakakolwiek by niebyla, ZAWSZE bedzie czemus winna w temacie "rozpadu"
        malzenstwa?smile takie odnosze wrazenie.
        ze mozna byc 10 z kolei PO "tej trzeciej" - a i tak zbierac razy ze strony
        dziecka, albo Ex czasami, za rozpad tamtego zwiazku, ktory juz ani ziebi ani
        grzeje.

        no i to na tyle dzissmile
        pozdr.

        Joanna
        • alva2 Re: "biednemacochy" 10.01.04, 22:30
          dzięki za listy.wiem,że są różne sytacje, różne historie, różne macochysmile)))
          nie piszę po to by kogoś urazić, ale pare godzin spędziłam czytając posty i
          trochę niektóre mnie zagotowałay, co do moich kontaktów z macocha, a właściwie
          z konkubiną ojca to ich na szczęscie dla nas obu nie ma. i jak byści mi nie
          tłumaczyły sytację, za co naprawdę dziękuję,to, moje drogi jeżeli kobieta leży
          w szpitalu, rodzi dziecko, drugie małe pęta się po rodzinie, a ta druga
          kobieta w tym czasie po cichutku pakuje manatki z mężem tej pierwszej to nie
          mówcie mi, że tak to w związkach bywa,a co doo biologii, to nawetw przyrodzie
          częsć samców opiekuje sie samicami w połogu, ale skąd te emocje, sama ma
          malutkie dziecko jetemszczęsliwą matka i żoną, co prawda, z poważną nerwića-
          pamiątka z dzeciństwa-i cały czas myślę co przechodziła mije matka, mam
          nadzieję, że mnie rozumiecie
          • jayin Re: "biednemacochy" 10.01.04, 22:47
            alva - ja ze swej strony rozumiem jak najbardziej i podejrzewam, ze reszta
            dziewczyn, tez rozumie o co chodzismile
            a chodzi o tą konkretną sytuację.
            i tu masz rację - nieziemsko bym uziemiła faceta, który CHYŁKIEM wynosi się z
            domu. z całym szacunkiem dla twojego taty (w koncu to obcy czlowiek dla mnie,
            nie znam go) - ale to tchórz, a nie facet... No sorry...uncertain Pomijam fakt, ze
            korzystal z chwili, kiedy zony nie bylo w domu, bo rodzila dziecko - bo to juz
            zupelna żenada z jego strony. ale samo to, ze nie załatwił tej sprawy - jak
            wnioskuję - szczerze i na temat: "Słuchaj, odchodze" - tylko zwiał z domu - to
            juz dyskredytuje go w moich oczach do szczętu. i na ten temat nie ma co wiecej
            dodawac.
            a jego konkubina - hm.. nie wiem co kierowalo nimi w tamtej chwili poza checia
            unikniecia konfrontacji z twoja mama kiedy On bedzie sie wyprowadzal - ale to
            troche ponizajace dla kobiety w taki sposob "uczestniczyc" czynnie - dosłownie -
            w odejsciu mezczyzny z domu - i to "w tajnosci" :>< ech...
            nie dziwie sie ze tak mocno psychicznie to wplynelo na ciebie.

            J
      • aagacia Re: "biednemacochy" 10.01.04, 22:04
        musialas miec chyba naprawde nieciekawe relacje ze swoja macocha bo z twojego
        listy wyziera gorycz i bol. wiedz jedno - nie kazda z nas jest macocha z bajki
        o kopciuszku. jest tu wiele rodzin ktore doskonale sobie radza w takich
        podwojnych ukladach. sa radosci i klotnie - tak jak w kazdej rodzinie. wiec
        nie oceniaj pochopnie. i przeczytaj dokladnie post kasjusza - bo to bardzo
        madre co napisala. sama jeszcze raz ide przeczytac wink

        pozdrawiam cieplo
    • kasjusz3 Re: "biednemacochy" 11.01.04, 11:44
      Po przeczytaniu wyjasnienia do Twojej wypowiedzi nasuwa mi się taki sam
      wniosek, jaki towarzyszył mi juz wiele razy przy lekturze innych postów.
      Za kazdą sytuacją, nawet najbardziej schematyczną, kryjA się imiona, twarze,
      uczucia i emocje, dlatego należy chronić się od generalizacji. Moja poprzednia
      wypowiedź byłaby inna, gdybym znała szczególy Twojej historii, jednak Ty sama
      posłużyłaś sie tak dalece idącym uproszczeniem, że nie umailam odpowiedzieć w
      sposób inny, niż uczyniłam to powyżej.Przykro czyta się Twoje słowa.Po raz
      kolejny radzę spróbowac uporządkować nieco przeszłość. Jest wiele ksiązek na
      temat tego, jak radzic sobie z upiorami z dziecinstwa. Spróbuj poczytac Alice
      Miller, Rokelle Lerner czy Eichelberga.

      Powtarzam po raz kolejny, ze wiem, jak trudne to wyzwanie. Do tej pory drzemie
      we mnie skrzywdzone przez matke dziecko, a sama mogłabym byc juz dawno matką.
      Próbuję jednak z tym walczyć i Tobie tez radzę.

      pozdrawiam,
      Kasjusz
      • alva2 Re: "biednemacochy" 11.01.04, 19:20
        DZięki Kasjusz, część literatury znam, do częsci na pewno sięgnęsmile)). mam
        nadzieję, że sie jeszcze spotkamy, ale nie na tym forum, bo jak pisłam w
        poście do listu "koniecznie przeczytajcie" postanowiłam już tu nie zaglądać,
        bo za bardo zjada mi to nerwysmile)) POzdrowienia
    • pysia-2 Re: "biednemacochy" 12.01.04, 13:10
      Wybacz, nie rozumiem Cie.
      No, owszem, zwiazalam się z facetem po rozwodzie i z dziecmi. No, owszem, to
      był mooj wyboor. To, jak sobie z nim poradzilam, czy radze, to chyba odrebny
      temat. Zycie weryfikuje postawy i poglady.
      Ale ani ja, ani zapewne żadna z obecnych tu i nieobecnych macoch nie sa winne
      twoich zlych emocji. Twoich, ani innych dzieci z rozbitych rodzin. To NIE MOJA
      WINA ze rodzice moich pasierboow się rozwiedli. Nie umieli i nie chcieli ze
      soba być. Ja przyszlam poozniej. Kazda z nas przychodzi POOZNIEJ. Nawet jeśli
      jest posadzana o rozbicie malzenstwa, przychodzi PO rozpadzie zwiazku. Albo w
      jego trakcie. Bo gdyby zwiazek się nie rozpadal, nie byloby jej w tym,
      wszystkim.
      Jeśli nawet mam problem z akceptacja, swoim zachowaniem ranie tylko i wylacznie
      siebie, nie jestem zla dla swoich pasierboow, wszystkie moje negatywne emocje
      tlumie w sobie, albo wylewam na tym forum. Im nie daje odczuc, ze sa niemile
      widziani, ani nic w tym stylu.
      Zostalas wrzucona w pewna sytuacje, jak to sama okreslilas. Wszystkie tobie
      podobne dzieci zostaly wrzucone w takie sytuacje. To fakt. Ale dlaczego winisz
      za to inne kobiety????? Dlaczego winisz za to macochy?
      W calej tej sytuacji nie ma winnych i niewinnych.
      Każdy jest w pewnym stopniu pokrzywdzony.
      Ty – bo stracilas pelna rodzine. Twooj ojciec – bo mu nie wyszedl zwiazek.
      Twoja matka – bo zostala sama z toba. Kobieta, koora zwiazala się z twoim
      ojcem – bo POKOCHALA kogos, z kim nigdy nie uda jej się stworzyc NORMALNEJ
      rodziny.
      • pysia-2 Re: "biednemacochy" 12.01.04, 13:19
        Dopiero teraz przeczytalam reszte postoow. No, to zmienia postac rzeczy. To
        faktycznie nie była normalna sytuacja. Twooj ojciec – z calym szacunkiem dla
        niego zachowal się jak tchoorz. Mysle, ze masz prawo do rozgoryczenia. Ale
        postaraj się zaleczyc zle emocje, bo tylko ciebie one rania. Wiem to z wlasnego
        doswiadczenia...
      • chalsia Re: "biednemacochy" 12.01.04, 13:49
        Pysiu,

        przeczytaj sobie post ann-mart na jednym z wątków ostatnich tutaj (albo na
        samodzielnych, bo juz w tej chwili nie pamiętam - w jej przypadku nic złego w
        związku się nie działo aż do momentu pojawienia się tej "trzeciej") oraz wiele
        z postów femalespirit.
        Jak wielokrotnie juz pisałam, jeśli kobieta wchodzi w związek, w którym coś się
        źle dzieje, to jest katalizatorem rozpadu. Być może gdyby jej nie było, związek
        można by uratować.

        Pozdrawiam,
        Chalsia
Pełna wersja