Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...?

03.02.04, 13:09
Od dłuższego czasu przyglądam się temu forum, ale jakoś nigdy nie miałam
odwagi się do Was przyłączyć.
Dziś postanowiłam, że się Wam przedstawię.
Od trzech lat jestem z mężczyzną po rozwodzie, który z poprzedniego
małżeństwa ma 7-letnią córkę (mieszkającą z matką).
Zawsze gdy spędzaliśmy z jego córką czas, było całkiem miło, zresztą Ania
naprawdę mnie lubi.
Wszystko się zmieniło, gdy cztery miesiące temu sama zostałam matką. Nie wiem
co się stało ale stałam się bardzo zazdrosna o Anię, ale nie ze względu na
mnie, tylko na mojego synka, Kubę. Ciągle mam wrażenie, że mój mąż nie
potrafi związać się z synkiem bo ma wyrzuty sumienia, że to z nim przebywa
dłużej niż z córą.
Drażnią mnie moje własne uczucia na ten temat, zachowuję się jak samica,
która pragnie jak najlepiej dla swojego potomstwa jednocześnie czując, że
jest ono zagrożone. Nie wiem jak sobie z tym radzić, mam nadzieję, że za to
wszystko są odpowiedzialne, rozbudzone porodem, hormony i że w końcu się
uspokoją. Najbardziej zależy mi na tym żeby nie ranić uczuć mojego męża, wiem
jak bardzo kocha Ankę.
Czy któraś z Was ma podobne doświadczenia?
    • capa_negra Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 03.02.04, 13:37
      Witaj.
      Też jestem z mężczyzna po rozwodzie / w kwietniu ślub/, ale poniewaz obydwoje
      jesteśmy "starsza mlodzież" , a mój omałocomąz ma dorosłe dzieci z własnymi
      rodzinami nie mam pewnych "typowych" dla takich związkow problemow - pomijając
      wyczyny eksi.
      Piszesz, że córka twojego męza ma 7 lat, a wasze dziecko 4 miesiące - moze
      problem tkwi w róznicy wieku??
      7 latka to juz duża pannica z ktora mozna pogadać, a 4 miesięczny
      osesek..pieknie się uśmiecha smile
      Twój mąż moze dlatego miec problem / a moze to tylko twoje wrażenie/ z
      nawiązaniem kontaktu z synkiem / o piłce to z nim jeszcze nie pogada/ , może
      sie tez troszke bać - wielu facetów czuje jakis irracjonalny lek przed
      niemowletami /ze takie małe , takie kruche i nie daj boże coś mu zrobię/
      Mysle , że poczekaj spokojnie i daj mu czas na "oswojenie się" ,napewno wraz z
      rozwojem dziecka zauwazysz rozwój stosunków między ojcem, a synem
      Pozdrawiam smile
      • mikawi Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 03.02.04, 14:13
        podpisuję sie pod tym smile
        daj czas na oswojenie się z małą istotką, której strach_jest_dotknąć, ale nie
        wyręczaj tak znowu męża w opiece nad synkiem, niech go przewija, pielęgnuje, i
        w ogóle robi to co ty. No, prawie to co ty, bo piersią go nie nakarmi smile
        z czasem maly nabierze "bardziej ludzkich cech" że tak powiem, w sensie, że mąż
        dostrzeże że można z nim pogadać, bo słucha i wodzi oczami, że można się
        pośmiać, a jak syn mu powie "tata".....
    • chalsia Re: Właź do nas, w ogóle się nie krępuj... 03.02.04, 16:00
      Burza, nie zgadzam się z jednym (bo to daleko idące uogólnienie) - że kobiety
      kochają już od dwóch kresek na teście ciążowym.

      Pozdrawiam,
      Chalsia
    • alusik1 Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 04.02.04, 13:57
      Dzięki za dobre rady, ale czuję, że to głównie w mojej głowie rośnie ten
      problem. Zanim zaszłąm w ciążę w ogóle mi ta sytuacja nie przeszkadzała, a
      teraz doprowadza mnie do szewskiej pasji.Dlaczego nie uwierzyłam tym, którzy
      mówili, że facet z przeszłością to ciężki orzech.
      Ale same powiedzcie jak mam np. się zachowywać, kiedy Anka jeździ po moim mężu
      jak po szmacie, a on wcale mocno nie oponuje? Kiedy zwracam jej uwagę na to by
      do taty odnosiła się z szacunkiem, to ona odpowiada bym się nie wtrącała, a
      mnie szlag trafia, że jak Kuba dorośnie to będzie ją obserwował i ją
      naśladował. A ja nie chcę mieć dziecka takiego jak Ania.
      Przez całe lata widziała jak jej matka traktuje ojca i teraz uważa, że tak
      poprostu należy, a mój mąż ciskany wyrzutami sumienia rozpieszcza dzieciaka jak
      może. Ale to przecież nie On chciał odejść tylko to żona postanowiła zmienić
      popychacza. Cholera przepraszam ale musiałam. Dłużej trzymając to w sobie
      doprowadziłabym do katastrofy.
      • triss.m Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 04.02.04, 14:23
        alusik1 napisała:

        > Dzięki za dobre rady, ale czuję, że to głównie w mojej głowie rośnie ten
        > problem. Zanim zaszłąm w ciążę w ogóle mi ta sytuacja nie przeszkadzała, a
        > teraz doprowadza mnie do szewskiej pasji.Dlaczego nie uwierzyłam tym, którzy
        > mówili, że facet z przeszłością to ciężki orzech.
        > Ale same powiedzcie jak mam np. się zachowywać, kiedy Anka jeździ po moim
        mężu
        > jak po szmacie, a on wcale mocno nie oponuje? Kiedy zwracam jej uwagę na to
        by
        > do taty odnosiła się z szacunkiem, to ona odpowiada bym się nie wtrącała, a
        > mnie szlag trafia, że jak Kuba dorośnie to będzie ją obserwował i ją
        > naśladował. A ja nie chcę mieć dziecka takiego jak Ania.
        > Przez całe lata widziała jak jej matka traktuje ojca i teraz uważa, że tak
        > poprostu należy, a mój mąż ciskany wyrzutami sumienia rozpieszcza dzieciaka
        jak
        >
        > może. Ale to przecież nie On chciał odejść tylko to żona postanowiła zmienić
        > popychacza. Cholera przepraszam ale musiałam. Dłużej trzymając to w sobie
        > doprowadziłabym do katastrofy.

        hmm, widze w Twoim poscie zal do M, ze jest taki jaki jest.. daje sie
        manipulowac kobietom .. malym i duzym smile chyba musicie przeprowadzic "meska"
        rozmowe smile mnie osobiscie by przeszkadzalo, gdyby probowala mnie ustawiac
        7latka. jesli ona jest nauczona, ze to kobiety rzadza .. to chyba Ty, a nie
        Twoj M, musisz jej co nieco wytlumaczyc smile
        i dobrze, ze to z siebie wyrzucilas, "czasami czlowiek musi, bo inaczej sie
        udusi" czy jakos tak to lecialo smile pozdrawiam
      • femalespirit Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 04.02.04, 19:35
        alusik1 napisała:

        > Ale same powiedzcie jak mam np. się zachowywać, kiedy Anka jeździ po moim
        mężu
        > jak po szmacie, a on wcale mocno nie oponuje?
        Zasadniczo roznicie sie w kwestii podejscia do dzieci, teraz sie na tym
        koncentrujesz, bo urodzilo sie wam wspolne dziecko. Tego jak on wychowuje swoja
        corke raczej juz nie zmienisz. Ale mozesz z nim dyskutowac (i dyskutuj) na
        temat wychowania wspolnych dzieci i rownego ich traktowania. Mnie tez sie nie
        podoba sposob wychowywania moich pasierbow przez meza - byl stanowczo zbyt
        liberalny i wyprowadzajacy ich na wyjatkowych egoistow. Ale zamiast zwracac im
        uwage i wyklocac sie z mezem pozostawilam sprawy wlasnemu biegowi, by maz sam
        sie przekonal, ze pewne rzeczy nie sa wlasciwe. Niedawno potrzebowalismy
        pieniedzy na kosztowne leczenie (nie jakies zachcianki, ale koniecznosc), a
        jeden z pasierbow, ktory z tego powodu nie dostal nowego drogiego gadzetu
        wykrzyczal ojcu prosto w twarz, ze jego sprawy zdrowotne go nie obchodza... no
        i to bylo jak zimny prysznic dla mojego M., ze droga do wynagrodzenia dzieciom
        rozpadu rodziny nie wiedzie przez zaspokajanie natychmiastowe kazdej ich
        zachcianki. Zobaczysz, ze z Twoim predzej czy pozniej bedzie tak samo. Moze
        denerwuje Cie to tak bardzo tez dlatego, ze sie identyfikujesz z nim jako
        rodzicem i zachowanie malej wydaje sie obrazac i Ciebie. Rozdziel wiec siebie i
        jego - niech mala go traktuje tak jak on pozwala, ale niech Ciebie traktuje tak
        jak Ty pozwalasz - masz do tego pelne prawo. Moi pasierbowie nie sa nauczeni
        pewnych form, ktore sa dla mnie istotne, ale ja ich od nich wymagam, choc dla
        ich ojca sa one niewazne i on ich nie wymaga. To mi sie wydaje
        najrozsadniejszym wyjsciem.
    • alusik1 Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 05.02.04, 13:11
      Nawet nie sądziłam, że to forum to swego rodzaju terapia, naprawdę teraz czuję,
      że nie jestem odosobniona w swoich problemach.
      Wiem, że nie powinnam się wychylać z takimi marzeniami, ale czasem zamykam oczy
      i wyobrażam sobie naszą trójkę w świecie bez eksi, bez Anki i bez tej całej
      cholernej przeszłości. Najbardziej boli mnie to, że te myśli muszę chować przed
      światem, bo Paweł (mąż) jest smutny kiedy widzi, że istnienie i zachowanie Ani
      mnie męczy. (wiem, teraz powiecie - trzeba było pomyśleć zanim...)
      Miło, że się odzywacie.
      pozdrawiam
      • bejbiko Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 12.02.04, 19:14
        Dziś cały dzień siedziałam na forum, napisałam kilka listów.... głównie na
        innym temacie "coś tam o szczerości"..... ale list treści jak Twój....
        dokładnie jakbym zmieniła tylko imiona.... mam ten sam problem... Kochałam jego
        dziecko, kocham teraz swoje....
        Nie umiem tego zmienic....
        • chalsia Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 13.02.04, 00:43
          Nie umiesz bo nie potrafisz?
          Czy nie umiesz bo nie chcesz?
          I jeśli piszesz, że przestałaś kochać tamto dziecko jak Twoje przyszło na
          świat, to znaczy, że tamtego nie kochałaś.

          Pozdrawiam,
          Chalsia
          • alusik1 Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 13.02.04, 15:20
            Chalsiu nigdy nie twierdziłam, że kochałam Ankę. Napisałam tylko, że kiedyś
            mniej doskwierało mi jej istnienie, kiedy się spotykałam z nią to było nawet
            dość sympatycznie.
            Chyba, że piszesz o Bejbiko...
            Pozdrawiam Alicja
            • chitta-chaura Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 13.02.04, 15:46
              corka mojego faceta jest o 7 lat mlodsza ode mnie smile
              w sumie dogadujemy sie jak siostry
              smile
              a jego syn ma 12 lat i tratuję go jak mlodszego brata, ktorego zawsze chcialam
              miec smile
              z tym, ze to mocno swiezy zwiazek (kilka miesiecy), wiec nie moge sie jeszcze
              nazwac macocha, no nie?
              czy juz tak...?
              • alusik1 Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 13.02.04, 17:23
                Mnie na przykład denerwuje straszliwie to, że mój mąż cały tydzień ciężko
                pracuje wraca do domu ok 21, i zamiast być cały weekend z nami to jeden dzień
                (sobotę lub niedzielę) spędza u swojej córki. Oczywiście nie mam nic przeciwko,
                że poświęca Ani czas, ale dlaczego Eksia ustawia wizyty tak, by były u niej w
                domu, na jej warunkach. Mam nieodparte wrażenie, że robi tak dlatego, by czuć
                sztuczną przewagę (i tak psuję jej krew, musi zostawać z małym dzieckiem sama),
                albo boi się by Ania zabardzo nie polubiła naszej rodzinki. Efekt tego jest
                taki, że Ania od trzech miesięcy nie widziała Kubusia i płacze, swojemu ojcu o
                to kiedy to wreszcie nastąpi. Efekt tego jest też taki, że mój mąż tak rzadko
                się z nami widuje, że jak ma się przywiązać do małego, podczas wieczornej
                kąpieli, czy tago jednego dnia w tygodniu, który nam zostaje?
                Pokierane to wszystko, bo chyba się nie czepiam...?
            • chalsia Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 13.02.04, 16:30
              Tak, mój poprzedni post był skierowany do Bejbiko.

              Chalsia
              • bejbiko Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 24.02.04, 10:57
                10 dni bez internetu, straszne. Jestem już. Chalsia, napisałam, że kochałam....
                może masz racje, za mocne słowo. Teraz, po narodzinach Maksa to wiem... Ale
                byłam dla syna M kims niezwykłym, tak mi się wydaje, bo włożyłam w nasze
                spotkania całą siebie, robiłam wszystko by dobrze się czuł, by dobrze się
                bawił, nawet M był zazdrosny, że mały woli jechać ze mną do domu niż z nim na
                mecz, że woli ze mna iść do kina czy na basen.. Razem byliśmy na kilku
                wyjazdach, szalałam z nim w wodnym miasteczku, na koniach... itp. Wszystko się
                zmieniło po narodzinach mojego syna i to nie dlatego, że nie mam czasu.... ja
                poprostu nie chcę. Wiem, że krzywdzę tym M i nawet jego syna (chociaż jak u nas
                jest nie okazuję mu, że już nie jest ważny, że już mam swoje dziecko) Staram
                się wtedy..... Dziecko tego nie rozumie, nie jest niczemu winne, a ja czasem
                tak się zachowuję.... teraz to ja jestem zazdrosna.
                Wiem, że robię źle i od kilku dni układam sobie to wszystko..... muszę najpierw
                zrozumieć swoje uczucia i całą sytuację. Chcę to zmienić, żeby było jak
                dawniej.... dla M i dla jego syna..... nie wiem ile to zajmie, ale staram
                się....nie wiem czy się uda.W poprzednie wakacje nie wyjechaliśmy razem, nie
                chciałam... może w te już razem będziemy zwiedzać jakieś ciekawe miejsca.
                Zobaczymy. To tylko mój problem, młodej matki.... i macochy
                • alusik1 Re: Czy przyjmiecie mnie w swoje szeregi...? 25.02.04, 13:40
                  U mnie cała sytuacja wyglądałaby może inaczej gdyby Ania nadal do nas
                  przychodziła i stałoby się to normą. Wtedy, myślę, każde z nas znalazłoby swoje
                  miejsce w tym wszystkim. Natomiast boli mnie to, że mój mąż musi nas zostawiać
                  i chodzić do Ani do domu i chociaż jemu też się to nie podoba to oczywiście
                  matka ma więcej do powiedzenia (całą zdolność decyzyjną ma ona i nic tego nie
                  zmieni)i tylko od jej poziomu złośliwości zależy jak to wszystko będzie dalej
                  wyglądało.
                  A ja jestem najzwyczajniej zazdrosna, bo to wygląda tak jaby Paweł robił w
                  naszym domu stop klatkę, teraz kolej na rodzine nr jeden.
                  To właśnie mnie wykańcza a negatywne uczucia jakoś tak same kieruja się na
                  Pawła eksię i córę.
                  pozdr. alicja
Pełna wersja