Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka?

30.03.04, 14:57
Drogie macoszki!!!
jesszcze nie mamy z M swoich dzieci. Zastanawiam sie co sie zmieni jak urodzę
nasze dziecko. Ale waham się nad zajściem w ciążę. Napiszcie jakie są reakcje
męża oraz jego dziecka. Bardzo mnie to interesuje.
    • pysia-2 Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 30.03.04, 16:27
      u mnie sie zmienilo duzo... najpierw na minus jesli chodzi o kontakty z mezem
      (on nie chcial...), potem na minus jesli chodzi o kontakty z dziecmi (niechec i
      zazdrosc z mojej strony), potem na plus jesli chodzi o kontakty z mezem (jego
      zmiana na lepsze, wielka milosc do synka itp.) a teraz na plus jesli chodzi o
      kontakty z dziecmi (juz mi prawie przeszlo, a oni sie lubia)
      • cz.wrona Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 31.03.04, 09:34
        Ja mogę napisać tylko co zmieniło się u nas.
        1. Pretensja do losu, że może jednak to nie ja dałam M. Pierworodnego.
        2. Większa wrażliwość na inne dzieci, w tym i tamte, a więc uspokajanie
        wybuchów złości M dotyczących ICH (dziecka i ex).
        3. Upewnienie się, że w M. mimo wszystko jest mnóstwo miłości i czułości do
        naszego synka.
        4 Ucichły w rodzinie M. cotygodniowe plotki, rozmowy o ex i jej dziecku.
    • judytak Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 31.03.04, 10:12
      u nas zasadniczo nic się nie zmieniło
      mój mąż od zawsze chciał mieć dużo dzieci,
      a ja się ciesze, że nie musi mieć aż tyle tych dzieci ze mną ;o)

      pozdrawiam
      Judyta
    • domali Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 31.03.04, 10:14
      Mój mąż był achwycony narodzinami naszego dziecka. We mnie zmieniło się dużo -
      na plus. Jako matka inaczej podchodziłam do istnienia synka mojego męża. A jak
      na brata zareaguje Kuba? Na razie wie o nim, zaczyna wypytywać, wkrótce
      prawdopodobnie pozna. I wtedy więcej napiszę smile
    • lideczka_27 Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 31.03.04, 21:01
      Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie... Jeszcze przed moim zajściem w ciążę M
      obiecywał, zapewniał, że nasze dziecko będzie tak samo dla niego ważne, jak
      pierwsze - do tej pory nie zauważyłam, by złamał tę obietnicę. Ale... przez
      okres ciąży i po urodzeniu miałam jakieś fazy, złe nastroje - że dla niego to
      nie pierwszyzna, że już ma takie oczekiwania za sobą, że już to przerabiał, że
      nie dość przeżywa itd. Dla mnie wszystko było jedyne w swoim rodzaju - wielki
      cud, szczęście, jakiego po raz pierwszy doświadczałam, dla M już tym nie było i
      wydawało mi się, że on faktycznie nie przeżywa tego tak, jak za pierwszym
      razem. Oczywiście były z tego powodu jakieś niesnanski (zawsze to ja je
      prowokowałam), a w tych sytuacjach M ZAWSZE twierdził, że mam zwidy i
      zapewniał, że cieszy się i przeżywa jakby to był pierwszy raz. Nie wiem i nigdy
      się nie dowiem, jak było, gdy faktycznie przeżywał narodziny swego pierwszego
      dziecka, ale wiem, że nigdy mnie nie okłamał... Chyba po prostu zbyt się
      różnimy wrażliwością i podejściem do pewnych spraw; u mnie też działały
      chormony - jednym słowem M nie spełnił moich oczekiwań wink( jeśli chodzi o mój
      czas ciążowy), bo mnie się zdawało, że stan, w jakim się znajduję, to prawie
      świętość, on to traktował po ludzku, "normalnie". Natomiast gdy urodziłam
      (poród rodzinny), był wyraźnie poruszony, całował mnie, szeptał do ucha słowa
      miłości - niezapomniane, wspaniałe chwile. I tylko nie zauważyłam zaszklonych
      oczu, jakie miał na fotografii z narodzin córki. Gdy mu to wypomniałam
      powiedział, że jestem niemądra. A ja chyba byłam po prostu przeczulona w kilku
      sprawach, teraz mogę się już z tego śmiać smile Taka dziecinna zazdrość i to w
      dodatku nieracjonalna.

      Natomiast jeśli chodzi o córkę M, to już moją ciążę bardzo przeżywała, cieszyła
      się, że będzie miała rodzeństwo i nawet buntowanie eks tu nic nie pomogło oraz
      wbijanie jej do głowy, że dziecko które urodzę, będzie "obcym bachorem".
      Tymczasem nasz syn stał się w życiu małej numerem jeden. Jest dla niego czuła,
      opiekuńcza (5 lat różnicy). Stale mu mówi, że go kocha, każe tatusiowi całować
      synusia wink Świetnie potrafi go zabawić i pilnuje, by wszystko było sprawiedliwe
      (zakupy dla nich, taka sama porcja czułości z naszej strony a głównie strony M
      itd). A najbardziej się dziwię i oczywiście cieszę, gdy patrzę na mojego syna -
      choć ma dopiero 10 m-cy (a nawet gdy był młodszy!) poza siostrą świata nie
      widzi. Piszczy na sam dźwięk jej głosu, gdy wraca z przedszkola; uwielbia gdy
      ona się z nim bawi, szuka jej wzrokiem. I z pewnym żalem i zazdrością wink muszę
      przyznać, że nikt tak jak ona nie potrafi go rozśmieszyć, a on cieszy się na
      jej widok jak na nikogo innego - gdy ona jest z nim - my możemy nie istnieć smile
      Gdy na nich patrzę, zawsze mi lżej na duszy. W takich chwilach wierzę, że
      wszystko się ułoży i będzie lepiej. Wierzę w więzy krwi, które są silniejsze od
      wszystkich przeciwności fundowanych przez okrutny świat dorosłych.
      • bejbiko Re: Co zmieniło się po urodzeniu swojego dziecka? 05.04.04, 22:48
        u nas zmieniło się bardzo dużo. dużo rozmawialiśmy o naszym wspólnym dziecku.
        czekaliśmy na dobry moment. M bardzo chciał mieć córeczkę, z myślą o niej
        budował dom, kupował nawet ubranka, planował nasze wspólne życie... konczyłam
        szkołę, zaszłam w ciążę.... narodziły się silne uczucia miłości, odezwał się
        instynkt matki.... zmieniliśmy się oboje. ja zaczęłam się bardziej interesować
        sobą i rozwijającym dzieciaczkiem, mniej czasu spędzałam z synem M, czasem jak
        patrzyłam na nich to było mi troszkę żal, że M nie przytula teraz mojego
        brzucha a swojego syna, ukłucie zazdrości... głupie uczucie, a jednak...
        chciałam więcej czasu spędzać z M, tylko z nim, coraz mniej z jego dzieckiem...
        chyba starałam się go przygotować na nowy układ... jak urodził się nam syn to
        angażowałam M we wszystko, nawet jak przyjechał do nas jego syn... relacje w
        rodzinie się troszkę zmieniły... ja więcej czasu poświęcałam swojemu synkowi,
        nie miałam czasu na pogadanki z synem M, na wyjście do kina czy basen...... i
        nie żałowałam. M ma do małego zupelnie inny stosunek, był przy jego porodzie,
        jest z nami cały czas, dzień i noc, przewija i kąpie... a ze swoim synek kiedyś
        spędzał mało czasu, był małolatem, a jego dziecko było chore i pierwsze cztery
        lata spędziło praktycznie w szpitalu.... nie był wtedy przygotowany do roli
        ojca chociaż kocha swojego syna nad życie, to do drugiego ma inny stosunek....
        zmieniłam się więc i ja, zmienił się i on, zmieniły się układy..... ale powoli
        wszystko wraca do normy, planujemy wspólne wakacje, może zabiore syna M na
        basen... może znowu stworzymy kumpelski układ..
        • lideczka_27 do bejbiko - trochę długie ;) 05.04.04, 23:37
          Wiesz bejbiko, mam taką bardzo dobrą koleżankę, właściwie przyjaciółkę. Ona ma
          syna z pierwszego małżeństwa a z drugiego dwóch chłopców. I ten "nowy" mąż ma
          stosunek bardzo obojętny do swojego pasierba. A czasem nawet ujemny (wszyscy
          mieszkają razem). Ja przechodziłam różne złe okresy, bo eks strasznie mieszała
          wykorzystując dziecko jako kartę przetargową, ja miałam stresy i żal do M., że
          nie umie z tym babskiem zrobić porządku, że nie potrafi mnie a zwłaszcza swego
          dziecka (nienarodzonego a potem niemowlęcia) ustrzec przed swoją przeszłością,
          która krzywdziła i mnie i malucha, odbijała się na nas wszystkich. W tym czasie
          strasznie walczyłam z niechęcią do córki M., musiałam miotać się między jakimś
          instynktem lwicy a obiektywizmem. Przywoływałam wtedy nasze wspomnienia,
          czepiałam się jak tratwy wcześniejszych relacji z córką M - dużo wcześniej
          stałam się za nią odpowiedzialna i nie chciałam tego stracić. Zaciskałam zęby,
          powtarzałam sobie "to tylko dziecko" i starałam się, by było jak dawniej, by
          odbudować to zaufanie, które straciłam, wskrzesić uczucia. Schowałam pokąsaną
          rękę do kieszeni i obiecałam sobie, że się nie poddam. I udało się, ale uważam,
          że zawdzięczam to sama sobie, M. mi nie pomógł, chyba nie umiał, albo musiałam
          sama - nie wiem... No i o tych różnych rozterkach wiedziała ta moja koleżanka,
          do której pisałam długie maile, to była taka terapia. I ona mi kiedyś
          napisała "wiesz, największym dobrem, jakie możesz ofiarować tej drugiej osobie
          (czyli M) jest serce, jakie dajesz jego dziecku. To największe wyznanie miłości
          jakie możesz ofiarować partnerowi, który już jest rodzicem". Teraz, ilekroć coś
          mi tam doskwiera - przypominam to sobie. Ale czy tak nie jest? - skoro oni
          kochają swoje dzieci i to na dodatek te, za którymi muszą tęsknić (mój M już
          nie musi...), to chyba faktycznie nic bardziej ich nie cieszy jak traktowanie
          ich dzieci jak pełnoprawnego członka rodziny (a niekoniecznie jak własne, bo
          tego nie można od nikogo wymagać).
          Macierzyństwo bardzo zmienia, ustala priorytety. Nigdy nie ukrywałam, że mojego
          syna kocham najbardziej na świecie. M. twierdzi, że kocha swoje dzieci
          jednakowo. I mnie to jak najbardziej odpowiada. Zresztą ja bardzo uważnie go
          obserwowałam jakim jest ojcem i zaszłam w ciążę dopiero wówczas, gdy
          stwierdziłam, że zasługuje na to, by zostać drugim rodzicem mojego dziecka.
          Bejbiko, Twój syn to dla Ciebie cały świat. Dla Twojego M. ten świat dzieli się
          na dwie części (albo i na 3, jeśli liczyć Ciebie wink ). Myślę, że to przeszłość
          i doświadczenia sprawiają, że M ma taki a nie inny stosunek do swoich synów.
          Jest w o tyle dobrej sytuacji, że Waszego maluszka ma stale przy sobie, a
          drugiego tylko widuje. Pomyśl, jakie to okropne - wyobraź sobie takie życie z
          Twoim maleństwem, straszne, nie?
          Myślę, że możesz o siebie być spokojna. Na razie bardzo przeżywasz czas swojego
          macierzyństwa - Twoje święte prawo. Fakt ten jest dla Ciebie priorytetowy i
          może przesłaniać całą resztę. Myślę, że skoro już raz okazałaś serce synowi M,
          to ono dla niego nie umarło. Z czasem ochłoniesz, Twoje życie bardziej się
          ustabilizuje, chłopcy będą rosnąć i zbliżą się do siebie, a Ty nabierzesz
          wewnętrznego spokoju. Masz prawo cieszyć się swoim maluchem a Twój M w tym
          czasie - jeśli Ty nie masz czasu czy ochoty - powinien skupić się na
          odwiedzającym go synu, bo to w końcu JEGO obowiązek, a Twoja jedynie dobra wola.
          pozdrawiam
Pełna wersja