Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE!

31.03.04, 22:51
Wiem, że tu jesteście smile I "stażu" macie pewnie więcej niż ja, to czasem Was
będę podpytywać, bo często potrzebuję rad, albo chociaż słówka dobrego od
kogoś, kto jest w temacie wink

"Macoszki sporadyczne" też są tu mile widziane! smile

To mój pierwszy wątek (od jakiegoś czasu plączę się na Waszym forum i może
ktoś mnie nawet spostrzegł wink ). Ale do rzeczy...
Mam parę pytań, takich może wręcz ankieteryjnych, ale mogą być przydatne w
szerszym znaczeniu tego wątku. Otóż: jak długo jesteście macochami 24/h? Czy
od początku tak było, czy może najpierw byłyście raczej tylko "żoną/partnerką
ojca", a dziecko mieszkało z matką? W jakim wieku są dzieciaki Waszego M,
jaki jest Wasz kontakt z nimi i czy z upływem lat się zmienił (na lepsze czy
gorsze?). Jeśli macie wspólne dzieci lub jeszcze z innych związków, to jakie
są relacje między nimi - czy jest rywalizacja o względy Wasze, może jakieś
oczekiwania, scysje o szeroko rozumianą "sprawiedliwość" itd. Czy myślałyście
kiedyś o adopcji dziecka M ze względu na jej prawne skutki?

Temat ten zainspirował wątek "och, te macochy... ", który przeczytałam już
chyba także wspak wink I to on nie daje mi spokoju; zrodził wiele wątpliwości,
chyba zmienił moje wyobrażenie o instytucji macochy. Bardzo często w postach
pojawiało się stwierdzenie, że dziecko jest przede wszystkim dzieckiem M i że
do niego w głównej mierze należy jego wychowanie. Czy ten podział
funkcjonował u Was już od początku? A może chciałyście większej integracji,
ale czas pokazał, że to niemożliwe i uznałyście, że lepszy jest dystans i ten
swoisty podział na dziecko jego, dziecko moje, dzieci nasze?
Powiem o co konkretnie mi chodzi. Otóż nim tu trafiłam, wyobrażałam sobie, że
we czwórkę stworzymy rodzinę. Że uda mi się być matką dla młodej. Po lekturze
Waszych postów uświadomiłam sobie, że to jest cholernie trudne, a wręcz...
nieosiągalne?
Napiszcie proszę - czy wierzycie, że tej sytuacji można stworzyć pełną,
normalną rodzinę? Na jakich zasadach? W jaki sposób? Czy same tego
chciałyście? Próbowałyście?
Pisałyście, że M powinien czuć się odpowiedzialny za dziecko, to on powinien
się nim zająć - wychowaniem - że tak jest prościej, lepiej. Jakie miałybyście
więc rady dla macoszki, która jest w trochę trudnej sytuacji - M. widzi córkę
2 godz. dziennie - praktycznie mijają się w drzwiach, gdyż ona wraca z
przedszkola, a on idzie do pracy (wychodzi o 17.00, wraca rano). Ja jestem
sama z dziećmi (tak jest dzień w dzień, a w weekendy M stara się dorabiać, bo
nam się nie przelewa). A szkoła idzie, lekcje itd. Jak Wy byście w takiej
sytuacji zorganizowały swoje życie?

Nie chcę tu się rozpisywać i tak mam tendencję do pisemnego gadulstwa wink
Myślę, że będziecie pytały o moje relacje z młodą, więc by się nie rozpisywać
powiem, że o tym pisałam w wątkach: "świadomość bycia macochą" oraz "można
pokochać dziecko faceta jak własne?". Tamto wiele tłumaczy.
Zapraszam do dyskusji. Mam nadzieję, że mnie nie zostawicie wink Inne macoszki
także zapraszam - możemy sobie pogdybać wink A może przyda Wam się na
przyszłość, gdy los zrobi numer i dostaniecie ten etat niespodziewanie - bez
pytania Was o zgodę. U mnie tak właśnie było wink
    • m-m-m Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 07:54
      Większośc z tego co tu napisałaś, sa to najczęściej moje wypowiedzi.
      To ja uważam, ze dziecko m. To jego obowiązek wychowawczy, acz NIE WPROWADZAŁAM
      PODZIAŁU NA DZIECI MOJE TWOJE I NASZE.
      Mówiłam o tym , że macocha NIGDY nie będzie miała takiego autorytetu u
      dziecka , jaki ma rodzic biologiczny, jeżeli ten rodzic biologiczny nie bedzie
      jej w pełni popierał.
      Mówiłam też o tym ,że mężczyźni chetnie zrzucają z siebie odpowiedzialność za
      wychowanie swojego potomstwa i aby na to się nie zgadzać.
      Mówiłam także, że macocha NIE MA WŁADZY RODZICIELSKIEJ WOBEC PASIERBÓW, chyba,
      że wystąpi o to do sądu, a matce biologicznej prawa te będą odebrane. Oznacza
      to, że w świetle prawa NIE MA ONA PRAWA DO INGERENCJI W ŻYCIE PASIERBA,
      natomiast MOŻE WPŁYWAĆ NA WYCHOWANIE WSPIERAJĄC OJCA DZIECKA I JEMU DAJĄC
      KONKRETNE WSKAZÓWKI.
      Piszę o tym, ponieważ:
      1.byłam pasierbicą i ojczym mieszkał z nami;
      2.jestem macochą, która mieszka z pasierbem;
      3.byłam nauczycielką, wiele lat pracowałam z młodzieżą i miałam bezpośrednie
      kontakty z ich rodzicami.
      Całą tę sprawę znam więc z AUTOPSJI.
      Mój pasierb ma obecnie lat 14, macochą jestem od lat 5.

      pozdrawiam serdecznie w en piekny poranek smile)))
      POZDRAWIAM SERDECZNIE
      • lideczka_27 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 19:22
        m-m-m napisała:

        "Większośc z tego co tu napisałaś, sa to najczęściej moje wypowiedzi.
        To ja uważam, ze dziecko m. To jego obowiązek wychowawczy, acz NIE WPROWADZAŁAM
        PODZIAŁU NA DZIECI MOJE TWOJE I NASZE."

        Wiem smile Może źle się wyraziłam, chciałam po prostu zaznaczyć tę różnicę, która
        istnieje, że jednak funkcjonuje taki podział, ale samo nazewnictwo nie miało
        mieć wydźwięku negatywnego. Z uwagą czytałam Twoje posty i przyznaję, że
        wzięłam Cię właśnie za kompetentną osobę z racji przeżyć i doświadczenia.

        "Mówiłam o tym , że macocha NIGDY nie będzie miała takiego autorytetu u
        dziecka , jaki ma rodzic biologiczny, jeżeli ten rodzic biologiczny nie bedzie
        jej w pełni popierał."

        Mam to poparcie, mam zaufanie. Ale... czasem zaczynam myśleć podejrzliwie, czy
        aby ta moja "wolna ręka" nie jest właśnie wygodnictwem M., pewnego rodzaju
        zrzucaniem na mnie już nie nawet obowiązków ale także i odpowiedzialności.

        "Mówiłam też o tym ,że mężczyźni chetnie zrzucają z siebie odpowiedzialność za
        wychowanie swojego potomstwa i aby na to się nie zgadzać."

        Właśnie jesteśmy po takiej rozmowie sad Usłyszałam, że w takim razie co? M ma
        zabierać małą ze sobą do pracy? (ciężko bywa...)

        "Mówiłam także, że macocha NIE MA WŁADZY RODZICIELSKIEJ WOBEC PASIERBÓW, chyba,
        że wystąpi o to do sądu, a matce biologicznej prawa te będą odebrane. Oznacza
        to, że w świetle prawa NIE MA ONA PRAWA DO INGERENCJI W ŻYCIE PASIERBA,
        natomiast MOŻE WPŁYWAĆ NA WYCHOWANIE WSPIERAJĄC OJCA DZIECKA I JEMU DAJĄC
        KONKRETNE WSKAZÓWKI."

        Wiem, sędzina nam powiedziała. A mnie zastanawia jedna rzecz - czy jestem na
        równi w świetle prawa z rodziną (np. dziadkami małej) eks? (była nie żyje). Co
        by się mogło stać (teoretycznie) z małą, gdyby mój M zmarł?

        pozdrawiam z jakże słonecznego dziś centrum wink
    • cz.wrona Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 10:20
      lideczko ja Cię kojarzę wink))) Ale ja jestem 'małoetetową' macoszką.
      • lideczka_27 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 19:57
        smile))
        Ja Ciebie też smile Z kilkoma osobami tworzysz pewną grupkę, którą lubię (choć
        niekoniecznie się z nimi zgadzam wink ), ale nikogo tu nie wymienię, bo mogłoby
        komuś zrobić się przykro, że pominęłam wink
    • wiola101 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 14:51
      Lideczko, czy możesz więcej napisać o tym jak Twój M. przejął władzę
      rodzicielską. Jak będziesz chciała dowiedzieć czegoś więcej to przeczytaj mój
      ostatni wątek "I znów eks. narozrabiała"
      Pozdrawiam
      Wiola
      • lideczka_27 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 21:44
        Wiolu, czytałam Twój wątek - gdy znajdę chwilę, to tam Ci szerzej odpowiem.
        Mieliśmy bardzo podobną sytuację do Twojej (matka patologiczna, ale
        patologiczna "ukrycie" jak ja to mówię...), sprawy sądowe (o przejęcie opieki)
        za sobą, kolejną w przyszłości. Ludzie mówili, że Pan Bóg nie mógł już na to
        patrzeć, zlitował się i uciął...
        Ale ja przez ostatnie nasze miesiące, jakie zafundowała nam eks, przestałam
        jakoś w Boga wierzyć...
        Fakt jest taki, że ona nie żyje a ja po prostu powiem tylko tyle, że już nigdy
        nikogo nie skrzywdzi...
        pozdrawiam
        lida
    • black-jack-1 Re: 01.04.04, 15:55
      No cóż - odpowiadam, mimo że macochą (a tym bardziej pełnoetatową) nie jestem,
      a wszystkie formy fleksyjne są w rodzaju żeńskimwink
      Ale mam jedną zasadniczą uwagę - nie sugeruj się tym, co tu przeczytałaś. Może
      innym tak doskonale się nie powiodło, ale Tobie, właśnie Tobie, może udać się
      stworzyć świetnie funkcjonującą zrekonstruowaną (?) rodzinę. Jestem bardzo
      początkującym ojczymem (w sumie nawet nie ojczymem, ale mężczyzną regularnie
      odwiedzającym) i z całych sił chciałbym zaangażować się w wychowanie syna mojej
      ukochanej, chciałbym być ojcem. Ktoś tutaj (a może nie tutaj?) poradził mi, że
      mogę być tylko przyjacielem i że do tego powinienem dążyć. Ale ja wolałbym,
      żeby stało się jednak inaczej i zdaje się, że mały podziela moje zdanie na
      temat.

      > Napiszcie proszę - czy wierzycie, że tej sytuacji można stworzyć pełną,
      > normalną rodzinę? Na jakich zasadach? W jaki sposób? Czy same tego
      > chciałyście? Próbowałyście?
      Chcę i próbuję. A co z tego wyjdzie? Przekonamy się.

      M. widzi córkę
      > 2 godz. dziennie - praktycznie mijają się w drzwiach, gdyż ona wraca z
      > przedszkola, a on idzie do pracy (wychodzi o 17.00, wraca rano).

      Jedno pytanie - czy on nie mógłby czasem pobyć z małą w dzień - po prostu nie
      wysłać jej do przedszkola? Taki słaby kontakty z czasem wychodzi. Rozumiem -
      odsypianie itd., ale mimo wszystko. Chyba, że coś źle zrozumiałem.
      Pozdrowienia. Jacek
      • lideczka_27 Re: 01.04.04, 21:35
        black-jack-1 napisał:
        "No cóż - odpowiadam, mimo że macochą (a tym bardziej pełnoetatową) nie jestem,
        a wszystkie formy fleksyjne są w rodzaju żeńskimwink"

        Nie szkodzi, zapraszam smile) Czytałam Twoje wątki, troszkę jestem w temacie wink

        "Ale mam jedną zasadniczą uwagę - nie sugeruj się tym, co tu przeczytałaś."

        Nie biorę tego za ostateczny wyrok, ale czytam z uwagą, bo mnie praktyka
        (czyjeś doświadczenia) interesuje. Wiem, że różnie bywa, że ostatecznie sami
        kreujemy życie (albo nam los figle płata), ale warto czerpać z wiedzy innych wink

        "Ktoś tutaj (a może nie tutaj?) poradził mi, że mogę być tylko przyjacielem i
        że do tego powinienem dążyć. Ale ja wolałbym, żeby stało się jednak inaczej i
        zdaje się, że mały podziela moje zdanie na temat."

        Właśnie... Rodzic może być przyjacielem, co nie znaczy, że to funkcjonuje na
        odwrót, prawda? Dla mnie przyjaźń to trochę mało, też mi się marzy, by dzieci
        miały ze mną zbliżone relacje. Staram się bardzo wczuwać w małą i mam takie
        mocne wrażenie, że ona nie tylko, że potrzebuje mamy, ale wręcz o niej marzy.
        Pomijam, że już dawno sobie mnie upatrzyła na "podmianę" (eks z tego powodu
        była bardzo zazdrosna i wyżywała się także na dziecku). Wiesz, ona tak naprawdę
        niewiele wie co znaczy "mama", gdyż od biologicznej tego nie doświadczyła a
        wręcz "zawdzięcza" jej wiele złego. I "dzięki" temu smutnemu faktowi być może
        ja teraz mam większe szanse, bo trudno byłoby walczyć z mitem zmarłej kochanej
        mamusi - u nas tego nie ma. Dodam, że mała wstydzi się tego, że jest półsierotą
        i wśród ludzi zawsze udaje, że jest moją córką, w przedszkolu wykłóca się z
        dziećmi, które jej dokuczają i mówią, że jestem jej ciocią, a mamy już nie ma
        itd.

        "Jedno pytanie - czy on nie mógłby czasem pobyć z małą w dzień - po prostu nie
        wysłać jej do przedszkola? Taki słaby kontakty z czasem wychodzi. Rozumiem -
        odsypianie itd., ale mimo wszystko. Chyba, że coś źle zrozumiałem."

        Tak też robimy. Wtedy, gdy M ma wolne, mała też nie idzie do przedszkola,
        czasem sam robi jej wolne, ale to mało, mało, mało... A psycholog po badaniu
        stwierdziła, żeby mała chodziła (nie musi, gdyż ja nie pracuję), bo jest to dla
        niej jakaś opoka, jakiś stały element życia, ważna rutyna - ponieważ mała w
        ciągu ostatnich lat bardzo dużo przeżyła, narażona została na wiele zmian (jak
        choćby częsta zmiana partnerów matki, adresów zamieszkania itd) i potrzebna
        jest jej ta stabilizacja, którą ona lubi (koledzy z przedszkola, znajome
        przedszkolanki itepe).
        Piszesz, że Twoim zdaniemm chłopiec chce, byś zbliżył się d niego właśnie jak
        rodzic - ja też mam takie wrażenie, że mała chce. Ona nawet otwarcie o tym
        mówi. Boję się, by nie zrobić niczego, co mogłoby ją skrzywdzić, by poczuła się
        odtrącona. Ale... boję się też, że się zaangażuję, że stanie mi się dzieckiem,
        a to ona pewnego dnia się ode mnie oddali, tłumacząc to tym, że jej nie
        urodziłam...
        • black-jack-1 Re: Re: Re 01.04.04, 23:05
          Teraz widzę, że sytuację masz wręcz idealną. Mała klei się do Ciebie
          niesamowicie, wcześniej nie doświadczyła dość ciepła, miłości, masz szansę stać
          się dla niej prawdziwą matką. Tym bardziej, że ona ma tylko sześć lat! Przecież
          z tego okresu życia z czasem kojarzy się tylko wydarzenia szczególnie
          dramatyczne, za kilka lat ledwie będzie pamiętać, że było coś przed takim
          układem rodziny jak teraz.

          > Ale... boję się też, że się zaangażuję, że stanie mi się dzieckiem,
          > a to ona pewnego dnia się ode mnie oddali, tłumacząc to tym, że jej nie
          > urodziłam...

          I co?! I teraz będziesz się angażować w kontakt z nią tak na pół gwizdka, bo a
          nuż kiedyś Ci wypomni, że nie łączy Was biologia?! Jak możesz tak w ogóle
          pisać???
          Skoro cenisz przykłady z życia, to powiem Ci, że ja nigdy, ale to nigdy w życiu
          nie powiedziałem mojemu ojczymowi, że nie jest dla mnie tatą. Bo bycia tatą
          nie wyznacza podarowanie w dość przyjemnych okolicznościach połowy genotypu,
          ale miłość i poświęcony czas.
          Tyle.
          • lideczka_27 Re: Re: Re 02.04.04, 18:01
            "I co?! I teraz będziesz się angażować w kontakt z nią tak na pół gwizdka, bo a
            nuż kiedyś Ci wypomni, że nie łączy Was biologia?! Jak możesz tak w ogóle
            pisać???"

            Boję się, to prawda. Ale nie do tego stopnia, by ten strach kazał mi
            odpuszczać. Ponieważ jest to bardzo młoda osóbka a do tego wrażliwa, a nawet
            przewrażliwiona, ulega wpływom. Sytuacja wygląda w ten sposób, że mała jest
            stale buntowana, a właściwie nie buntowana, tylko manipulowana przeciw mnie i
            mojej roli w jej życiu. Pisałam, że już od początku chciała mi mówić "mamo",
            prawda? Ale do tej pory tego nie mówi, lub mówi szeptem, gdy czytam jej do snu
            i potem całuję. Po prostu zwierzyła się, że powiedziała babci iż będzie do mnie
            tak mówić. Tylko z bardzo pokręconej relacji wiem, że był ze strony babci
            płacz, wyrzuty braku lojalności względem zmarłej matki oraz wbite do głowy
            stwierdzenie, cyt. "ojców może być cała stodoła, matkę ma się jedną". Wiem, że
            dziecko obiecało babci nie wprowadzać zamierzeń w życie.
            Zapytasz pewnie teraz, dlaczego mała się z nią kontaktuje? Bo jest bardzo zżyta
            i sama prosiłam M, by nie ograniczał ich kontaktów. Wiem, że mimo często złego
            wpływu na dziecko, babka jest małej potrzebna. Ale boję się, boję się jak
            cholera, i włos mi się na głowie jeży, gdy słyszę różne "nowinki" i słowa
            krytyki pod moim adresem, jakie dziecko wysłuchuje "źle zaplecione warkocze,
            zbyt grube rajstopy itd. itp". Znam małą i wiem, że te gorsze teksty zatrzymuje
            dla siebie... Szlag mnie czasem na to trafia, bo rodzona matka nigdy tak o nią
            nie dbała (w fatalnym stanie do nas przychodziła) a tu teraz takie zarzuty, to
            bardzo niesprawiedliwe... Nie mam wyczucia i nie wiem, na ile zachowanie babki
            wpłynie na nasze życie, stąd ten strach, że mała może mnie kiedyś odrzucić,
            zwłaszcza gdy nastąpi buntowniczy okres, który będzie świetną okazją dla
            rozpieszczającej i pozwalającej na wszystko babcią.

            "Skoro cenisz przykłady z życia, to powiem Ci, że ja nigdy, ale to nigdy w życiu
            nie powiedziałem mojemu ojczymowi, że nie jest dla mnie tatą. Bo bycia tatą
            nie wyznacza podarowanie w dość przyjemnych okolicznościach połowy genotypu,
            ale miłość i poświęcony czas."

            I pewnie nikt Ci nie wbijał do głowy, że Twój ojciec był chodzącym ideałem,
            wzorem rodzica skrzywdzonym okrutnie przez Twą matkę, Twój ojczym jest zły, a
            każde dobro, które mu okazujesz jest cierniem w sercu osoby, na której Tobie
            też zależy i którą również darzysz miłością i przywiązaniem...


            pozdrawiam i wyganiam na spacer - jest cudnie! wink))
            • m-m-m Babcia 02.04.04, 18:41
              ...słowa
              > krytyki pod moim adresem, jakie dziecko wysłuchuje "źle zaplecione warkocze,
              > zbyt grube rajstopy itd. itp".

              hm...nic nie stoi więc na przeszkodzie, by babcia:
              1. sama plotła warkoczyki;
              2. kupiła cieńsze rajstopy.
              Dobrze by było uswiadomić babci w jakiej jesteś teraz trudnej sytuacji, pogadać
              z nią na osobności.
              Tę dywersję trzeba zatrzymać, najlepiej wspólnie ze swoim m.
              Czyli typowy konflikt lojalnościowy: albo ja(czyt. zmarła matka), albo ona
              (macocha). Nieee....to jest nie do przyjecia.
              A właściwie co by się stało, gdyby wypomniała Ci kiedyś, że ne łączy was
              biologia? Przecież to oczywiste i tak jest, i nie ma się o co obrażać.
              Ponieważ mała ma 6 lat, a nie np. 16 to sytuacja jest do opanowania, czyli w
              większym stopniu mozesz być dla niej matką, niż dla nastolatki.
              • lideczka_27 Re: Babcia 02.04.04, 19:15
                m-m-m, ta kobieta mnie nienawidzi! Jak ja mam z nią rozmawiać? Gdyby ją było
                stać zamówiłaby Ruskich, by nas wszystkich wytłukli, a wtedy ona wzięłaby małą
                na wychowanie! Kupuje, kupuje, a jakże! I opowiada po całym mieście, że gdyby
                nie ona, to dziecko z gołym tyłkiem by biegało, bo ja zapewne to tylko swojemu
                dziecku kupuję za rentę sieroty! Ja już się boję czasem mówić coś M., bo on by
                ją ustawił raz-dwa, ale:
                po pierwsze: mała zawsze wszystko mi mówi w tajemnicy przed M, bo wie jaką on
                ma awersję do babki(całkiem słuszną bacząc na przeszłość) i gdybym mu
                powiedziała, on by zrobił dym, a mała miałaby wielki żal o mój brak lojalności.
                po drugie: mała bardzo jest do niej przywiązana i myślę, że przeżyłaby rozłąkę
                a wiem, że do takiego drastycznego cięcia by doszło, gdyby M o wszystkim się
                dowiedział.

                O samo nazewnictwo mi nie chodzi, bo mamą nie jestem, biologiczną. I nie
                obrażam się za to, bo za co miałabym się obrażać... Chodzi mi raczej o to, że
                usłyszę iż jako macocha niewiele mam do powiedzenia. Zaczęłam o tym myśleć, bo
                jakiś miesiąc temu po powrocie od babci mała oświadczyła, że za kilka lat
                będzie mogła sama wybrać z kim ma mieszkać i wtedy wymyśli gdzie jej lepiej i
                tam pójdzie "bo pani sędziowa pozwoli".

                Wiesz, M znacznie ograniczył kontakty, bo naprawdę działo się niewesoło.
                Pomijając powyższy temat, M ma zastrzeżenia co do rodzaju opieki jaką mała ma u
                babci. Tam się lekceważy wszelkie nasze zasady, wg których wychowujemy małą,
                np. ponieważ ograniczamy małej słodycze (nadwaga i próchnica, na której
                leczenie własnoręcznie zarobiłam w ubiegłym roku wink ) babcia podsuwa jej
                mnóstwo słodkości, także na zapas. Wiem, że każde życzenie małej jest dla babci
                rozkazem i tak: bajki od rana do nocy (u nas 30 min. dziennie i tylko wybrane
                bez tych głupot chińskich), chodzi spać o której chce, je na co ma ochotę i w
                jakiej ilości (hit sezonu: jajecznica z 6 jajek!). Kiedyś byłam świadkiem jak
                mała do niej pyskowała w sklepie, typowa rozpieszczona księżniczka a babcia
                mało nóg nie połamała, by spełnić jej kaprys; lista jest długa...
                Powiem Ci, że aktualnie temat "babcia" jest dla nas największym problemem, a ja
                nie wiem jak wybrnąć, bo jak widzisz M. nie ma w tym wszystkim takiego udziału
                jak ja.

                • m-m-m Re: Babcia 05.04.04, 11:49
                  Hmm...w zaistniałej sytuacji odcięłabym babcię...Jeśli to jest matka matki
                  małej, to tym bardziej. Co do wyboru z kim mała będzie mieszkać: owszem takie
                  pytanie można zadać nieletniemu, gdy skończy lat 13 i dotyczy rodziców, którzy
                  się rowodzą. Tutaj szanse babci są niewielkie: żyje biologiczny ojciec dziecka,
                  jest pełna rodzina, nie ma patologii.
                  Co do tajemnic: albo lojalność wobec dziecka, albo jego dobro.
                  W moim układzie też były takie tajemnice: ale ja wybrałam dobro pasierba, a nie
                  doraźne interesy babci i wszystko mówiłam jego ojcu.
                  Matka mojego m. już wie, że tajemnic nie ma, a swoje dzieci już wychowała, wnuk
                  to nie jej problem.
                  Też był problem z dentystą i słodyczami: m. zapowiedział matce, że zwyczajnie
                  będzie za leczenie płaciła i ten problem się rozwiązał.
                  Wiesz, trudno mi radzić Tobie w tej sytuacji, sprawa jest indywidualna i
                  musisz sama rozważyć, czy dalej jesteś powierniczką tajemnicy, czy też patrzysz
                  dalekosiężnie, w perspektywie parulat i powiesz ojcu małaj , co z tym dalej...
    • lideczka_27 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 01.04.04, 19:54
      wedug mnie wizja dużej rodziny, funkcjonującej tak samo jak "naturalna" jest
      mało realna. Bo w naszym przypadku jest tak, że ktoś wkracza w życie dziecka
      nie od razu, tylko w wieku 2,3,5 czy 15 lat - i to rodzi określone
      konsekwencje. Bo owo dziecię niekoniecznie do tej pory było wychowywane "po
      naszemu", ma już określone nawyki i charakterek. No i czasem się tak zdarza, że
      jest obciążone negatywnymi emocjami rodziców."

      Tak. I ja uważam, że chyba im młodsze dziecko, tym lepiej... Młoda ma 6 lat.
      Nie przeczę, że w jej przypadku trzeba zacząć od początku: wpoić bardzo
      podstawowe zasady że tak powiem moralne (np. prawdomówność, poszanowanie innych
      osób, liczenie się z czyimś uczuciem, wolą itd), nauczyć podstaw higieny,
      wykorzenić kombinatorstwo, "lepkie rączki". Mała miała patologiczny przykład i
      nauczyła się, że żyjąc w pewien określony sposób można wiele zyskać niezależnie
      czy to jest dobre czy złe (a już potrafi to odróżniać). Jednakże dla
      przeciwwagi powiem, że jest mi posłuszna, od początku była do mnie bardzo
      przywiązana już kiedyś stale gadała, że chciałaby z nami mieszkać itd. Często
      powtarza mi, że mnie kocha, pakuje się na kolana, przytula itd. Jedyną jej
      reakcją na wieść o śmierci matki było tylko jedno pytanie "czy teraz ja jestem
      jej mamą i czy może tak na mnie wołać". O matce nie wspomina, prosi mnie, bym
      ją zapewniła, że wobec całej tej sytuacji brat nie jest już przyrodni
      tylko "prawdziwy". Tego typu przykładów jej przywiązania mogłabym tu podać
      sporo, jednak wiem, że było wiele rodzin, które dobrze zaczęły, a potem się nie
      udało i chciałabym wiedzieć, w którym momencie można popełnić błąd a w miarę
      możliwości - starać się go uniknąć.

      "cudze dzieci "łatwiej" się wychowuje, tzn. podobno się widzi ich wady
      dokładniej, a w stosunku do swojego jest się bardziej wyrozumiałym itd."

      Tego jeszcze nie wiem, mój syn jest za mały smile Ale wydaje mi się, że
      cierpliwość do nich mam taką samą wink

      "Ja wcale nie prosiłam, żeby mój mąż się tak angażował w wychowanie, ale nie
      jestem w stanie go powstrzymać. Jak młoda o coś pyta, to zazwyczaj nie zdążę
      ust otworzyć, jak on już wydał werdykt, czy jej wolno czy nie smile, zarządzanie
      ma we krwi. Tylko, że ja też..."

      A nie sądzisz, że to wynika z tego iż... jesteś kobietą? Wydaje mi się, że w
      nas jest mocno rozwinięte poczucie obowiązku (czego oczywiście panom nie
      odmawiam, ale są tacy, co im nieco wisi wink ). No więc myślę, że kobieta uważa,
      że jej dziecko jest jej obowiązkiem i jednocześnie wierzy, że poradzi sobie z
      wychowaniem. Natomiast facetowi jakoś łatwo przychodzi "przekazanie pałeczki"
      wychowania swojej obecnej partnerce (dokł. o tym pisała m-m-m).
      Ja nie mam charakteru przywódczyni, staram się raczej podpowiadać M wiele
      rzeczy, rzadko o czymś sama decyduję. On wtedy mi zarzuca, że się boję.
      Twierdzi, że mała ma się mnie słuchać, że jak nic tłumaczeniem, prośbą i groźbą
      nie wskóram, to mam w tyłek klapsa sprzedać itp. Ale ja jakoś się nie nadaję...
      Łatwo jest mi się nią opiekować, zajmować, tłumaczyć, bawić, uczyć czy nawet
      karcić, ale karać... nie potrafię. A czasem chyba powinnam... Natomiast myślę,
      że gdyby była moim dzieckiem, to nie miałabym tego dystansu, który czasem
      blokuje moje reakcje. Dodam, że u nas jest dość trudna sprawa, gdyż ja mam
      zasadniczy wpływ na jej wychowanie z racji wspólnie spędzanego czasu.

    • m-m-m Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 02.04.04, 07:33
      A mnie zastanawia jedna rzecz - czy jestem na
      równi w świetle prawa z rodziną (np. dziadkami małej) eks? (była nie żyje). Co
      by się mogło stać (teoretycznie) z małą, gdyby mój M zmarł?

      Dla małej nie jestes rodziną równą jej dziadkom. Pośmierci Twojego m. trzeba by
      udać się do sądu i tam bedzie ustalone komu sąd rodzinny powierzy opiekę nad
      małą. Nie jest wykluczone, że Tobie da władzę rodzicielską, a nie dziadkom ze
      względu np. na ich podeszły wiek.
      Dobrze, że mała jest "mała" , i ma dopiero lat 6, z tym coś się da zrobić.
      Jednak samo twierdzenie Twojego m., że ona ma się Ciebie słuchać to poczatek
      listy pobożnych życzeń. Nie, nie musi jej do pracy zabierać, ale MUSI poświęcać
      jej więcej czasu i nie czuć się zwolnionym tak, jakbyś Ty była matką bilogiczną.
      Dawać jej klapsa? Fajny pomysł, tyle, że kiedyś dziecko bite (nawet tylko
      klapsem od czasu do czasu) bedzie biło swoje dzieci (a po drodze rówieśników),
      bo taki model rozwiązywania konfliktów będzie dla niego oczywisty , taki
      wyniesie z domu.
      Miło mi, że chcesz skorzystać z moich doswiadczeń i wbrew temu co tu
      wyczytałam, MNIE SIĘ UDAŁO stworzyć taka rodzinkę, (vide mój dom, mojej matce
      też się to udało!!!).
      Mając tyle obserwacji z życia wziętych , zauważyłam pewne reguły rządzące takim
      układem i nie jest prawdą, że taka rodzina pozszywana jest gorsza lub lepsza.
      JEST INNA niż średnia krajowa i dlatego dobrze, że nie masz złudzeń co do tej
      sytuacji i nie kierujesz się tylko naiwną wiarą, żę zastąpisz z powodzeniem
      matkę.
      Co do genów: człowiek nie rodzi się jako tabula rasa i te wrodzone cechy może
      wychowanie korygować, ale tylko korygować.
      Miło jest jeśli ktoś do ojczyma mówi tato, a do macochy mamo, ale to jest wynik
      sytuacji: jaki stosunek miało do swojego biologicznego rodzica.
      Nigdy nie powiedziałam do mojego ojczyma tato, bo ja miałam tatę, wiem kim był,
      jaki był, matka nauczyła mnie miłości do niego, pomimo, że byli rozwiedzeni, a
      on wkrótce po rozwodzie zmarł. Miałm z nim kontakt emocjonalny i ojczym nie
      wszedł w ten układ jako zastępca, z ojczymem miałam pozytywne relacje, ale nie
      był on nigdy na równi z moim tatą i szanuję go za to, że nie próbował walczyć z
      tym wizerunkiem i na siłę mnie wychowywać.


      Cóż za piękny dzień smile))
      • lideczka_27 Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 02.04.04, 21:08
        m-m-m napisała:
        Nie jest wykluczone, że Tobie da władzę rodzicielską, a nie dziadkom ze
        względu np. na ich podeszły wiek.

        No, łatwo by nie było wink Mam nadzieję, że nie będę musiała się przekonywać, ale
        już teraz wiem, że nie oddałabym dobrowolnie.

        "Dobrze, że mała jest "mała" , i ma dopiero lat 6, z tym coś się da zrobić.
        Jednak samo twierdzenie Twojego m., że ona ma się Ciebie słuchać to poczatek
        listy pobożnych życzeń."

        Też tak uważam... Stawia mnie w głupiej sytuacji, bo jak ktoś ma żądzę władzy
        we krwi i tendencje do dowodzenia, to może i by się ucieszył, ale ja nie.
        Trudno mi egzekwować zachowanie u dziecka w sposób, jaki pasuje M. A nie
        uciekam się do straszenia dzieciaka ojcem, bo wydaje mi się, że dziecko
        poczułoby, że je olewam i zwalam wszystko na tatę, nawet "trudne rozmowy" a
        poza tym takie "poczekaj - powiem ojcu!" na pewno przestałoby działać, bo sama
        pamiętam, że mama - nim przyszedł - zdążyła ochłonąć i już nie poskarżyła, albo
        zapomniała wink

        "Miło mi, że chcesz skorzystać z moich doswiadczeń i wbrew temu co tu
        wyczytałam, MNIE SIĘ UDAŁO stworzyć taka rodzinkę, (vide mój dom, mojej matce
        też się to udało!!!)."

        No coś Ty, m-m-m, przecież ja nie napisałam, że nie znalazłam tu udanych
        rodzin. Tylko akurat nie taką, która spełniałaby moje wyobrażenia
        o "zrekonstruowanej rodzinie". Bo między nami różnica jest taka, że U Was jest
        to rozgraniczenie rodzicielskich obowiązków (cholera, nie wiem już jak to
        nazwać, ten podział, by znowu nie namieszać wink ), a ja właśnie chciałam znać
        odpowiedź, czy można tego uniknąć - a konkretnie: czy mogłabym się stać
        pełnoprawną matką na takich samych prawach jak biologiczna (i już nie chodzi o
        sądy itp. tylko o "politykę domu"). I pytałam, czy któraś z macoszek chciała,
        próbowała. I stąd też moje pytanie czy faktycznie to jest nieosiągalne. Twoją
        odpowiedź na to pytanie chyba już znam wink A na marginesie: uważam, że we
        wszystkich rodzinach ojcowie powinni bardziej się udzielać, ja np. widzę, że M
        tak samo mało zajmuje się jednym i drugim dzieckiem (wiesz, jakie to są
        konsekwencje dla mnie wink ). No, ale przecież ma argument: "kiedy??? Przecież
        siedzę w pracy!". Dlatego marzę już o etacie, nawet nie chodzi o kasę...

        "układem i nie jest prawdą, że taka rodzina pozszywana jest gorsza lub lepsza.
        JEST INNA niż średnia krajowa i dlatego dobrze, że nie masz złudzeń co do tej
        sytuacji i nie kierujesz się tylko naiwną wiarą, żę zastąpisz z powodzeniem
        matkę."

        Kiedyś M mi powiedział, że marzy o tym, bym się stała dla niej matką i broń
        Boże nie zastępowała jej matki, bo żadne dziecko nie zasłużyło na taką dawkę
        zła. To był taki jego czarny humor, ale faktycznie: z obrazem mamy nie
        konkuruję, bo nie ma z czym... Mała często nas porównuje i zawsze z korzyścią
        dla mnie. Tyle, że ja zawsze jej powtarzam, że o mamie trzeba pamiętać, bo ją
        urodziła i kochała. O to ma z kolei pretensje M, że mieszam dzieciakowi w
        głowie, bo okłamuję i tworzę mit, a do tego podłącza się babka i tylko jeszcze
        narobię bigosu przez takie gadanie... A ja chciałabym, by miała wyobrażenie, że
        powstała ze związku kochających się osób i tylko los zadecydował, że będzie
        szła przez życie z tatą za rękę.

        "Miło jest jeśli ktoś do ojczyma mówi tato, a do macochy mamo, ale to jest
        wynik sytuacji: jaki stosunek miało do swojego biologicznego rodzica."

        Dobry, bo dzieci wiele wybaczają... Ale świadomość krzywdy też jest. Mnie jest
        to obojętne, tzn. chcę, by mówiła do mnie tak jak czuje. I czasem jest mi
        przykro jak sąsiedzi mnie zaczepiają dlaczego ona na mnie jeszcze nie
        mówi "mamo" i że mam jej tego uczyć. A jak odpowiadam "zrobi jak zechce" to
        patrzą tak, jakbym była złą macochą, no bo inaczej to już by dzieciak wołał,
        nie?

        Jejku, zmykam coś przetrącić, bo mi żołądek do krzyża przyrośnie wink))
        pozdrawiam
        • m-m-m Re: Macoszki na pełnym etacie ;) - POSZUKIWANE! 05.04.04, 08:29
          czy mogłabym się stać
          > pełnoprawną matką na takich samych prawach jak biologiczna

          Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie...wszystko zależy od dziecka i jego wieku,
          im starsze tym mniej to możliwe.


          I czasem jest mi
          > przykro jak sąsiedzi mnie zaczepiają dlaczego ona na mnie jeszcze nie
          > mówi "mamo" i że mam jej tego uczyć. A jak odpowiadam "zrobi jak zechce" to
          > patrzą tak, jakbym była złą macochą, no bo inaczej to już by dzieciak wołał,
          > nie?



          Powiedz mi, czemu tak bardzo obchodzi Cię to, co mają do powiedzenia na temat
          Twoich PRYWATNYCH spraw sąsiedzi? Czemu nie ścinasz takiego bezczelnego
          wścibstwa? To nie ich sprawa!!!


          A nie
          > uciekam się do straszenia dzieciaka ojcem, bo wydaje mi się, że dziecko
          > poczułoby, że je olewam i zwalam wszystko na tatę, nawet "trudne rozmowy" a
          > poza tym takie "poczekaj - powiem ojcu!"


          A po co straszyć? Po prostu przemilczeć , a potem tatusia pogonić do działań
          wychowawczych.



          No, ale przecież ma argument: "kiedy??? Przecież
          > siedzę w pracy!". Dlatego marzę już o etacie, nawet nie chodzi o kasę...


          To, że on pracuje to żaden argument! Gdybym ja przyjmowała takowe, to mój
          pasierb chodziłby jak chciał, a tatuś zajmował sie tylko sobą!

Pełna wersja