mallika
21.04.04, 10:40
Witajcie!
Już kilkanaście razy pisałam do Was, jednak nigdy nie miałam odwagi kliknąć
polecenia wyślij... Boję się tego że nie zrozumiecie co czuję (tak jak nie
rozumie tego mój partner), bądż potępicie moje uczucia, uznacie za
egoistkę... Chociaż jesteście chyba jedynymi osobami które w ogóle mogą wczuć
się w moją sytuację (a być może któraś z Was jest w takiej samej, a nie tylko
w podobnej). Przedstawię Wam po krótce moją sytuację, może dzięki temu będzie
Wam łatwiej zrozumieć moje uczucia i może coś doradzić.... Zacznijmy od tego
że od ponad dwóch lat jestem w związku (nieformalnym) z mężczyzną który ma
dziecko ze swojego pierwszego i jak dotąd jedynego małżeństwa.... Mieszkamy
razem od początku związku, znamy się ponad 5 lat, wczesniej byliśmy
znajomymi, kolegami, przez chwilę nawet przyjaciółmi.... Najważniejszą
rzeczą, skutkującą na ogrom moich uczuć jest fakt iż nie znam jego dziecka...
Widziałam go jedynie na zdjęciach.... I nie dlatego że mój partner jest
wyrodnym ojcem, a dlatego że po pierwsze: jego była żona nie życzy sobie by
dzieciak się z nim widywał, po drugie: sam dzieciak nie wyraża chęci
oglądania ojca, a tym bardziej dłuższego przebywania z nim. Generalnie od
kilku lat sytuacja wygląda tak: albo dzieciaka nie ma w domu, albo udaje że
go nie ma, albo wyłącza telefon, albo nie odbiera, albo się gdzieś spieszy,
albo wyjechał, albo są zmienione zamki itd.... I tak przez te pare lat nie
miałam okazji poznać dziecka mojego M. Na początku naszego związku bardzo
tego chciałam, byłam pełna pozytywnych myśli, o tym że dzieciak mnie
zaakceptuje że wszystko będzie pięknie i różowo.... Z czasem tych myśli
ubywało, aż wreszcie zniknęły całkowicie.... Przez ostatnich kilkanaście
miesięcy nasze życie wygląda pozornie prawie tak jak życie normalnej pary bez
zobowiązań.... Alimenty są jedynie kolejnym rachunkiem do zapłacenia-tak
sobie wmawiam i staram się zapomnieć o gdzieś w oddali drzemiącym
zagrożeniu... Bo tak zaczęłam traktować jego dziecko, jak zagrożenie, które w
przyszłości może totalnie rozwalić nasz związek, a może i rodzinę....
Przyzwyczaiłam się do bycia tylko z nim, do tego że mogę na niego liczyc w
każdej sytuacji, że każdą wolną chwilę spędzamy razem.... Nie wyobrażam sobie
by kiedyś miało się to zmienić.... Rozumiecie, staram się żyć normalnie,
sprawić by znowu był szczęśliwy, by zaczął życie od nowa, by pomyślał o
rodzinie.... NOWEJ szczęśliwej rodzinie.... Gdzie będzie kochany i potrzebny
nie do produkcji pieniędzy, a zupełnie bezinteresownie.... Chcę stworzyć
szczęśliwą rodzinę, tak jak wiele innych kobiet.... I byłabym o krok od tego,
gdyby nie fakt że mój M. nie potrafi zapomnieć..... On cały czas żyje
nadzieją że jego dziecko przybiegnie kiedyś do niego i wpadnie w jego otwarte
ramiona..... Jego dziecko, ale nie ze mną, a z tamtą kobietą.... On ma
straszne wyrzuty sumienia że od nich odszedł, a powodem nie była inna kobieta
a jego konflikt z żoną. Cały czas gada o tym że kiedyś jego dziecko się
opamięta, że zapała nagle ogromnym uczuciem do ojca.... Nie chce nawet myśleć
o innnej ewentualności.... I to mnie najbardziej przeraża.... Że pomimo iż ja
tak bardzo się staram by on był szczęśliwy, to on cały czas myśli o tym co
było (a minęło już tyle lat od ich rozstania).... Niemal codziennie mam
podobne sny.... Najczęściej powtarza się ten: gdzieś na ulicy dużego
miasta... On i ja trzymająca na rękach malusią kruszynkę, nasze dziecko.... I
nagle jakaś tragedia, nie wiem-trzęsienie ziemi czy huragan jakiś....
Wszystko się wali... I jego twarz, po drugiej stronie ulicy zobaczył właśnie
tamto dziecko. I mój M zaczyna biec, nie by ratować nas a by ratować tamto
dziecko.... A potem to już tylko pogrzeb.... I dwie trumny-jedna maluteńka a
druga duża, moja i naszego malusiego dziecka. Wybrał ratowanie jego, a nie
nas.... Za każdym razem budzę się ze łzami w oczach, nawet teraz gdy to
piszę, łzy ciekną mi po policzku... Bo to dokładnie oddaje wszystkie moje
uczucia i obawy... I w zasadzie nic więcej nie muszę pisać.... Dodam tylko iż
coraz częściej myślę o rozstaniu, ale nie potrafię wcielić tego w czyn.... Za
bardzo go kocham, nie wyobrażam sobie życia bez niego.... Chciałabym urodzić
mu dziecko, ale boję się że potem będę tego żałować, nie chce robić krzywdy
niewinnej istocie.... Nie chce by czuła się mniej kochana, by była dla
własnego ojca na drugim planie.... Nie mam już osiemnastu lat, mam coraz
mniej czasu na dzieci, coraz bardziej niepokoi mnie życie w zawieszeniu i
czekanie aż wszystko się ułoży.... To się już układa 6 lat.... a końca nie
widać.... Ciągle sądy, nowe wymyślane przez jego ex historie.... ona wie że
jemu zależy, i że on czeka aż to się wszystko rozwiąze i dlatego zrobi
wszystko by to trwało jak najdłużej, chociażby ze względu na jego związek ze
mną.... Czasami mam wyrzuty sumienia że tak myślę, ale to jest niezależne ode
mnie.... Z drugiej strony chyba nic w tym złego że nie chce by nasze
ewentualne dziecko było na drugim planie... To wszystko zaczyna mnie coraz
bardziej przerastać.... Na początku byłam pełna wiary że wszystko będzie
dobrze, teraz jestem pełna nadziei że mój M da mi powód do odejścia zanim
będzie za późno.... Pomimo że odejście jest przedostatnią rzeczą jakiej bym
chciała (ostatnią jest stworzenie rodziny która będzie na drugim planie). Nie
wiem już co mam robić, nigdy nie pragnęłam tak założyć rodziny jak teraz i
nigdy tak nikogo nie kochałam, ale nigdy też nie miałam takich obaw i nie
czułam takiego strachu.... Za każdym razem gdy on mówi o tamtym dziecku, moje
serce przeszywa ból i pytanie: co będzie czuło nasze dziecko w takim
momencie. Przecież ja nie mam prawa tego robić.... Szczególnie że dobrze wiem
jak to jest być tym drugim, młodszym dzieckiem.... Przepraszam, że wszystko
napisałam tak chaotycznie, ale takie właśnie są myśli w mojej głowie.... Czy
któraś z Was czuje się podobnie? Czy to może ja jestem chora.... Nie mam z
kim o tym porozmawiać. Moja rodzina i znajomi mówią że pakuję się w gówno i
że pomimo iż przyznają iż on mnie kocha, twierdzą że jednak będę tego
żałować... Każda rozmowa z moim M która choć odrobinę ociera się o sprawy
dotyczące jego dziecka kończy się grobowym milczeniem z jego strony. Bo jego
dziecko jest tematem tabu, o którym inaczejniż w samych superlatywach nie
można rozmawiać. Można się jedynie zachwycać.... Za inne opinie zostaje się
wrogiem publicznym nr 1! Co Wy o tym wszystkim myślicie?