Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie

27.04.04, 22:30
Witajcie. Jestem ojczymem z rocznym stażem (wcześniej rok regularnego
dochodzenia), z pasierbicą nigdy nie miałem problemów, układało nam się
bardzo dobrze, traktuję ją jak własne dziecko, a przynajmniej mocno się
staram. Ostatnio jednak zaczęło się psuć. W zasadzie dotąd tylko kilka razy
zdarzyły się spięcia na tle „bo tata by mi pozwolił, bo ty nie jesteś moim
tatą”, ale zaczynamy się martwić, bo wcześniej nigdy tego nie było. Z żoną
nie bardzo wiemy, co z tym robić, w każdym razie nie chcemy, żeby to się
pogłębiło, chcielibyśmy zadziałać póki nie ma jeszcze większych pretensji
między nami. Nie znamy żadnych par z latoroślami z poprzednich związków, więc
zjawiam się po radę. Wasze forum polecił mi szanowny brat, który jak widzę,
aktywnie się tutaj udziela, choć na razie z ojczymowaniem ma tyle wspólnego,
co ja z misją religijną w Tybecie. Może jeszcze dodam, że młode ma jedenaście
lat, ze swoim biologicznym ojcem widuje się co drugi weekend i ma z nim
kontakt dobry, ale niezbyt głęboki, a w małżeństwie to on właśnie odszedł i
raczej wątpliwe, żeby podburzał ją przeciwko mnie, tym bardziej, że wcześniej
tego nie robił. Przy tym wszystkim mamy jeszcze dodatkowy dylemat, chcieliśmy
zdecydować się na dziecko, ale nie wiemy, czy jednak lepiej nie byłoby
poczekać, żeby sytuacja się ustabilizowała, z drugiej strony wiadomo, że to
zawsze będzie zły moment, a czas już byłoby. Będę wdzięczny za wszystkie
podpowiedzi, co możemy teraz zrobić. Pozdrawiam bardzo serdecznie. J.
    • jayin Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 28.04.04, 10:17
      Witam serdecznie

      Jedno co mi przychodzi do głowy to: "kryzys wieku dojrzewania"smile tzn.
      dotyczący Twojej pasierbicy smile

      A jedno co mogę poradzić ze swej strony, to: nic na siłę, zdystansować się
      do "antynastawienia" dziecka, nie znaczy to jednak, żeby być zbyt pobłażliwym i
      nie przejmować się takim zachowaniem - ale nie wywierać na dziecko presji, że
      MUSI to natychmiast zmienić i zachowywać się jak dawniej - bo to przynosi wręcz
      odwrotny efekt, i z tego co pamiętam z własnych -nastoletnich historii -
      zupełnie jest nieskuteczne wink

      więc jeśli możesz - to odpuść sobie próby wpływania na jej zachowanie takie
      wobec ciebie, spięcia załagodzić można po prostu przejściem do porządku
      dziennego nad nimi, w żadnym wypadku wyjaśniania tego Z DZIECKIEM (bo to taką
      nastoletnią już - jakby nie patrzec - pannę tylko podirytowac moze
      najczesciej..smile - jesli juz cos wyjasniac i dyskutowac - to raczej z Mamą
      młodej - ona będzie miec większy wpływ na dziecko, niz ty, wiec ewentualnie to
      ona moze z nia rozmawiac o tym.

      Pozdrawiam

      Joanna
    • maverick-1 Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 28.04.04, 18:45
      Dzięki za wyczerpującą odpowiedź. Czyli osławiony wiek dojrzewania. Człowiek
      niczego się nie spodziewa, a tu nagle wielkie trzęsienie ziemi. Ale tym "obcy
      to wróg" to mnie zastrzeliłaś. Nie chcę być żadnym obcym, nigdy nie byłem. i
      mimo tego, że zdaję sobie sprawę z całej złożoności sytuacji, kiedy dziecię
      pierwszy raz zaargumentowało "Bo ty nie jesteś moim tatą" zrobiło mi się
      zwyczajnie przykro. I za każdym razem to jest dla mnie jakiś cios, kiedy tak
      mówi, szczególnie, że wyciągane to jest z reguły w sytuacjach konfliktowych.
      Jest mi tym gorzej, że młode tuż po naszym ślubie zapytało, czy może do mnie
      mówić "tato", na co ja przystałem bardzo chętnie i odtąd mówiła do mnie raz po
      imieniu, raz "tato" i było dobrze. Nigdy też nie sprzeciwiała się moim
      poleceniom, choć z reguły to ja dowodzę, mam dużo mniej absorbującą pracę niż
      żona, więc siłą rzeczy spędzam z córką dużo czasu i to ja jestem od
      kontrolowania lekcji, zawożenia na zajęcia pozaszkolne, chodzenia na wywiadówki
      i pilnowania obowiązków. Sprzeciwów nie było do teraz. Pocieszam się tylko, że
      konflikty nie mają nic wspólnego z normą, a młode rzeczywiście jakieś ostatnio
      rozdrażnione. Przy czym jej argument "Bo tata by pozwolił" ma rację bytu, ex
      jako ojciec weekendowy pozwala na wszystko i daje wszystko. Nie ma więc nawet
      po co do niego dzwonić, gdyż i tak by pozwolił.
      I chyba rzeczywiście rodzeństwo byłoby jakimś lekiem na problemy, chociaż
      pośrednio. Młode czuje, że skupiamy się na jej nastrojach, jest zawsze w
      centrum uwagi, a tak by się to zmieniło. Musiałaby trochę wydorośleć. A zegar
      biologiczny to chyba bardziej mnie martwi, niż żonę (ona w końcu ma już jedno
      dziecko), wręcz czuję jak mi pulsuje z tyłu głowy. Pozdrawiam serdecznie. J.
    • verdana Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 29.04.04, 16:23
      Nie przejmuj się, jakbyś był tatą to byś usłyszał co innego np. "nie jesteś
      moim włascicielem", czy coś takiego. Ma argument, to uzywa. Ja bym porozmawiała
      jak z człowiekiem - wygląda, ze pasierbica jest całkiem do rzeczy i
      powiedziała, ze ci przykro i czy mogłaby używać innych argumentów, jak chce się
      kłócić. Jeśli będzie agresywna proponowałabym dać jej wybór - albo mówi ci tato
      i słucha, albo uważa, ze nie jesteś jej ojcem - wtedy przestaje mówić tato.
      • maverick-1 Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 30.04.04, 22:30
        O nie! Nie wypomnę jej tego mówienia "tato", bo bardzo to cenię i cieszę się z
        tego. To jest jednak jakiś dowód poufałości i bliskości. Ostatnio na szczęście
        jakby się poprawiło, liczę, że ten stan się utrzyma. Ale rzeczywiście, jeśli
        znowu coś będzie, to chyba jej powiem, że jest mi przykro, to może chociaż
        chwycę dziecko na litośćsmile
    • asiall Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 29.04.04, 16:55
      Hejasmile
      Z wlasnego domowego doswiadczenia: to moja Mama zawsze rzadzila moim zyciem,
      tzn wychowywala mnie. czesto sie wsciekalam i nawet bardzo glosno i wyraznie
      wyrazalam swoje niezadowolenie. bylo trzaskanie drzwiami, pyskowania ze uszy
      odpadaly i podobne wyskoki - nie mam sie czym chwalicsad Kiedy nastal tato,
      zawsze byl tym gosciem od rozrywki. wypady, zabawki, historyjki i przygody.
      Czasami zaczynal brac sie za moje wychowanie - wtedy nastepowala burza z
      piorunami polaczona z wszelkimi mozliwymi kataklizmami. Niby codziennie facet w
      porzadku, ale jak zaczynal dyktowac zasady to wrog nr jeden. Mamie wybaczalam
      od razu, mimo ze wkurzalam sie na nia nieziemsko. Jemu nie potrafilam...Fakt,
      ZUPELNIE nie znal sie na wychowywaniu dzieci - dziecko, a nawet nastoletni
      czlowiek, TO NIE JEST MALY DOROSLY. Potrafi myslec logicznie i dojrzale ale i
      tak emocje biora gore. Dorosly rodzic czy opiekun stara sie wytlumaczyc
      racjonalnie, czesto przedstawia swoje argumenty ale to nie zadziala. Groch o
      sciane, bo corka/synek wie lepiej bo przeciez NIKT NIE WIE JAK SIE CZUJE.
      Takiemu gagatkowi nie przetlumaczy. Nie ma sensu powtarzac sie w kolko.
      WYstarczy powiedziec raz i wyjasnic dlaczego. Na pewno zapamieta. Jezeli
      zaczniesz wracac po raz n-ty do tej samej sprawy, tylko doprowadzisz do
      kolejnej klotni. Mow prosto co myslisz, bez owijania w bawelne. Nie czekaj na
      inteligentna reakcje. Dzieciakowi latwiej przyznac doroslym racje w samotnosci.
      Nie ma presji sytuacji.
      Aha, i bardzo wazne: nie wypominaj starych bledow, klotni...Mala doskonale o
      tym pamieta a wywlekanie starych spraw tylko wszystko pogorszy.
      Zastanow sie jak u Was w domu jest z wybaczaniem. Czy zaczynacie kazdy dzien z
      czystym kontem, czy moze musza nastapic oficjalne przeprosiny?
      To co corka mysli NIE MUSI byc tym co mowi. wyczuj jak jest. jezeli kreci sie
      kolo Ciebie i sama nie wie czego chce, to przejdz po klotni do porzadku
      dziennego. Mimo wszystko Ty jestes DOROSLY, ona o tym nigdy przeciez nie
      zapomni. Bedziesz traktowany w swoich osobnych kategoriach. Nawet jezeli nie
      masz pojecia co zrobic, to ona mysli ze znasz wszytskie odpowiedzi.
      ....Bedzie ciezko, ale ta orka teraz zaprocentuje jezeli odpowiednio sobie
      WSZYSCY 3 poradzicie. Aha, rodzice musza reprezentowac wspolny front - wiem, ze
      to piekielnie trudne, ale wykonalne. Jezeli nijak nie potraficie dojsc do
      wspolnego zdania w kwestiach wychowawczych, to niech chociaz kazde z Was, Ty i
      Mama pilnujcie swoich przekonan. Nawet jezeli bedziecie miec rozne zdania,
      niech to beda Wasze konsekwentnie egzekwowane wymagania.
      MIalam napisac tylko pare zdan, a wyszedl kolejny tom encyklopedii...
      Pozdrawiam bardzo serdecznie i zycze sukcesow. Bedzie dobrze.
      3mam kciuki.
      A.
      -----------------------------------------
    • m-m-m Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 04.05.04, 18:12
      Twoje relacje z pasierbicą zależa głównie od postawy jej matki. To ją czeka
      największa praca. Miałam ojczyma 10 lat, a dziś mam pasierba od 5 lat.
      To miłe, że traktujesz ją jak swoje dziecko...ale mam przeczucie, że posuwasz
      się za daleko, sam powiedziałeś, że to Ty jesteś tym głównodowodzącym. Błąd.
      Dla niej głównodowodzącą jest jej matka (no, chyba, że znałbyś małą nie od
      dwóch, ale co najmniej od 5-6 lat).
      Co prawda, jak sięgam pamięcią, ja nigdy ojczymowi nie powiedziałam, że "tata
      by mi pozwolił", bo ojczym miał to wyczucie, że nie pchał się z wychowaniem nie
      swojego dziecka wiedząc, że dziecko to ma oboje rodziców i z obojgiem pozytywne
      relacje (nieważne, że tata jest weekendowy i pozwala na wiele). Dziecko ma
      rodziców i podświadomie to od nich oczekuje działań wychowawczych.
      Ojczyma/macochę traktuje jak zaprzyjaźnioną sąsiadkę lub panią w szkole i
      dlatego nie daje im prawa do wyznaczania mu co wolno, a co nie.
      Wielokrotnie pisałam na tym forum, iż wychowanie to obowiązek (i przywilej)
      rodziców, a nie macoch/ojczymów tak ze strony prawnej, jak i moralno-
      uczuciowej.
      Dlatego uważam, że to od Twojej żony, a matki dziecka zależy, jak relacje z
      Tobą będą się układały.
      Żona nie powinna liczyć, że to się samo rozwiąże , albo że się sam dogadasz z
      dzieckiem.
      Ja cały czas staram się podtrzymywać autorytet mojego M. u jego syna, nie
      podważam działań wychowawczych, wręcz go do nich mobilizuję, mówię co mi się
      podoba, a co nie, ale i tak czekam na konkretne decyzje ze strony jego, jako
      ojca. I takie też jest zdanie dla Ciebie wzgledem żony i jej dziecka.


      POZDRAWIAM smile
      • maverick-1 Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 04.05.04, 18:44
        Dzięki za odpowiedź. To nie jest tak, że ja dowodzę, bo tak wygodniej żonie czy
        mnie. Ja mam po prostu nienormowany czas pracy i pracuję głównie w domu, dzięki
        czemu jestem wciąż na miejscu i pod ręką, żona natomiast pracuje poza domem i
        całkiem sporo, w tym raz na jakiś czas w nocy, co wiąże się z odsypianiem itp.
        Naturalne jest, że w takiej sytuacji znaczna część opieki nad dzieckiem spada
        na mnie, bo jeśli ja nie pójdę na wywiadówkę, to nikt nie pójdzie, jeśli ja nie
        sprawdzę lekcji, to żona będzie je mogła sprawdzić tylko raz na jakiś czas,
        jeśli ja nie odwiozę, to dziecko będzie musiało się tłuc tramwajem. Nie
        wybieraliśmy świadomie takiego układu, sam się utworzył, przecież w sposób
        sztuczny nie będziemy dziecka pozbawiać opieki i uwagi dorosłego tylko dlatego,
        że ten dorosły jest ojczymem i nie ma prawa ingerować w wychowanie. Żona już
        nie jest sama z dzieckiem, żeby młoda musiała zostawać w świetlicy, a kiedy
        wypada nocka spać u sąsiadki. Od czegoś ja w tym układzie też jestem. Zresztą
        wcześniej nie było żadnych sprzeciwów ze strony dziecka, jeśli chodzi o moje
        zaangażowanie w jej sprawy.
        Żona absolutnie nie liczy, że to się samo rozwiąże, martwi się tym tak samo jak
        ja, próbuje rozmawiać z młodą, zresztą są rezultaty, bo już jakiś czas obyło
        się bez spięć.
        Pozdrawiam serdecznie. Jakub
        • m-m-m Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 09:23
          Myśę , iż źle zrozumialeś moją intencję. Oczywiście, że z obiektywnego punktu
          widzenia Twój czas poświecony dziecku jest jak najbardziej na miejscu.
          Chciałam Ci tylko przekazać, iż w zaistnialej sytuacji jest normalne, że młoda
          nie chce słuchać Twoich uwag, BO MA OBOJE RODZICÓW, a to, że oni nie mają dla
          niej czasu to odrębny temat.
          Co do wywiadówki: nie mając władzy rodzicielskiej tak naprawdę nie masz prawa
          tam chodzić, nauczyciele udzielają Ci informacji by mieć problem z głowy, ale
          też nic nie stoi na przeszkodzie, by żona otrzymywała te informacje, gdyż
          nauczyciel ma obowiązek rozmawiać z rodzicem, gdy ten poprosi o spotkanie w
          innym niż wywiadówka terminie. Pracowałam wiele lat z młodzieżą w szkole i
          wiem, że jak rodzicowi zależało to zawsze termin dogodny się znalazł.
          Jesteś w tej szczęśliwej sytuacji, iż ojciec dziecka nie wykazuje specjalnego
          zainteresowania szkołą i nie interweniuje w tej sprawie u dyrektora szkoły.
          Piszę Ci o tym, jak to z formalnego punktu widzenia wygląda oraz o tym , że w
          takim układzie muszą byc zachowane właściwe proporcje : dziecko samo nie
          zostaje, bo pod Twoją opieką i słusznie, ale Twoja opieka to nie opieka RODZICA
          tylko taka jak cioci, sąsiadki lub nauczycielki w szkole, czyli czasowa, bez
          praw dla osoby opiekującej się.

          • maverick-1 w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 14:00
            > Twoja opieka to nie opieka RODZICA
            > tylko taka jak cioci, sąsiadki lub nauczycielki w szkole, czyli czasowa, bez
            > praw dla osoby opiekującej się.

            Nie wiem, jak możesz tak pisać. To ja jestem jak jakaś ciocia, którą się widzi
            raz na dwa tygodnie, jeśli nie rzadziej, albo jak pani w szkole od ósmej do
            piętnastej? Przecież ja z tym dzieckiem mieszkam! Codziennie spędzam z nią dużo
            czasu, rozmawiam z nią, poświęcam jej siły i uwagę. I ja mam być jak jakaś
            ciocia?! Przecież to się kupy nie trzyma! I przepraszam, jaka opieka czasowa?!
            Nikt nie spędza tyle czasu z tym dzieckiem co ja. A prawo do większej
            ingerencji w życie małej ma mieć jej ojciec biologiczny, dawca komórek,
            cholera, który spędza z dzieckiem tylko tyle czasu, ile mu sąd wyznaczył i ani
            godziny więcej.
            A z tą wywiadówką to przesada. Nikt tam przecież o dowód osobisty nie pyta,
            tylko cieszą się, że jest zainteresowanie ze strony rodziny i osoba obecna na
            wywiadówce wie, co się w klasie dzieje. Po co żona ma iść w innym, osobnym
            terminie rozmawiać z nauczycielem, skoro ja mogę spokojnie pójść na wywiadówkę
            i wszystkiego się dowiedzieć? Przecież to tylko strata czasu! Tak, a ojciec
            młodej ma pójść do dyrektora na skargę: "Skandal się dzieje, ojczym mojej córki
            przychodzi na wywiadówki i interesuje się jej postępami w nauce! Jak śmie,
            bezczelny drań! Szkoła stanowczo powinna zakazać takich praktyk!". Przecież to
            śmieszne. Jakub
            • mikawi Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 14:28
              mavericku - jakiś czas temu na samodzielnej i macochach chyba również był
              baaaardzo obszerny wątek na temat "uprawnień" macoch w wychowywaniu dzieci
              męża. Wszystkie samodzielne bardzo wyraźnie wskazały, że macocha nie ma żadnych
              praw, nie może karać, upominać, nakazywać, oparło się nawet zakaz cerowania
              dziecku porwanych rajstop podczas pobytu u ojca - generalnie wtrącać się w
              wychowywanie dziecka. Argumentem było to, że dziecko ma rodziców i to oni
              powinni to robic a nie drudzy parterzy, czyli macochy i ojczymowie. Od razu
              mówię swoje zdanie - dla mnie to chwilami może ocierać się o absurd (jak choćby
              z tymi rajstopami), podobnie jak sprawa wywiadówki - bo tez nie widze nic złego
              w tym żeby ojczym poszedł na wywiadówkę jeśli matka LUB OJCIEC nie może pójść.
              Jeśli ojciec mieszka daleko wiadomo że nie zarwie dnia żeby dojechac na 16.00
              na wywiadówkę, inna sprawa jeśli mieszka w tym samym mieście - wtedy matka
              powinna przede wszystkim powiedzieć o wywiadówce ojcu, że takowa jest a ona nie
              może. W sumie - trzeba wyczuc granicę gdzie zaczyna się nadmierna ingerencja a
              gdzie absurd zasad "to nie twoje dziecko więc wara od niego"
              • mag_p Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 14:42
                Mikawi - troche nie dokonca tak przedstawilas sytuacje. Owszem takie jest
                podejscie , ale dotyczy tych macoch i tych kontaktow , gdzie dziecko idzie do
                Ojca w ODWIEDZINY.. .
                Nie mieszka z Nim i nie mieszka na stale z jego parterka. Inaczej zupelnie
                wygladaja relacje gdy dziecko mieszka na stale z dana ososba. Mieszkaja w
                jednym domu , razem sa w dobrym i zlym , w chorobie i w radosci , maja wspolne
                zle i dobre dni wikszosc spraw tyczy sie ich jako calosci..
                Inaczej gdy dziecko widzi sie z ojcemod czasu do czasu wtedy wlasiiwie nie ma
                mowy az o takiej integracji i nie ma potrzeby takiej ingerencji...
                Oni nie tworza rodzinay... Dziecko tam nie mieszka i nie ma wspolnego zycia z
                ich rodzina.Wiekszosc spraw jest zwiazna z domem w ktorym mieszka..
                I zagdzam sie czy macocha czy ojczym tu nie ma roznicy - wazne kto z tym
                dzieckiem obecnie tworzy domo i mieskza na stale..., dzien po dniu, radosc po
                radosci , smutek , po sutku..

                Natomiasti tak uwarzam , ze najwazniejsze dla dziecka sprawy typu wywiadowka -
                moze lepsiej zeby poszla matak , ale to zalezy czy to wytwarza u nich konflikt
                w domu...

                Mag
              • maverick-1 Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 14:44
                Dzięki za odpowiedź. Myślę, że rzecz ma się inaczej, jeśli chodzi o ojczymów.
                Dziecko prawie zawsze po rozstaniu zostaje przy matce. Macocha jest więc
                zazwyczaj tylko weekendowa i wakacyjna, ojczym nastomiast jest cały czas. To
                jest kolosalna różnica. Widywać dziecko raz na dwa tygodnie czy raz na tydzień,
                nawet na dzień, dwa, a mieszkać z dzieckiem. Boże, przecież my żyjemy pod
                jednym dachem, nie wyobrażam sobie relacji między dzieckiem a mną na stopie
                oficjalnej ("Bo ojczym nie ma prawa wychowywać") i na zasadzie nie wchodzenia
                sobie w drogę ("Łączy nas tylko twoja mama, nic więcej"). Przecież jesteśmy
                ludźmi, trzeba ze sobą żyć, a nie egzystować gdzieś koło siebie.
                Zgadzam się z Tobą, Mikawi, nie odmawiam praw ojcu. Może moje własne
                doświadczenie karze go tak marginalizować, bo w zasadzie "nasz" tata sam się
                marginalizuje. Żona nawet kiedyś mówiła mu o wywiadówkach, ale on po prostu
                tyle razy odmawiał pójścia na nie, że to straciło sens, bo tylko on się czuje
                głupio i my.
                • mikawi Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 14:53
                  mavericku, masz rację, dlatego napisałam że trzeba wyczuć tę granicę, inaczej
                  wygląda sprawa choćby wywiadówki (czy wożenia na zajęcia dodatkowe czy do
                  lekarza) gdy ojciec jest na miejscu i chce uczestniczyć w życiu dziecka i to
                  robi i czuje się za to odpowiedzialny, a inaczej - gdy ojciec mieszka w innym
                  mieście dość daleko od byłej żony i dziecka i z przyczyn logistycznych i
                  oczywistych jego obecnośc ograniczona jest do weekendów, wakacji, ferii. A
                  jeszcze inaczej jak "tatuś" olał dziecko i ogranicza się tylko do płacenia
                  alimentów (albo i nie). I zgadzam się że rola ojczyma w życiu dziecka żyjącego
                  z nim na codzień różni się od roli macochy (ale nadal nie rozumiem w czym i
                  komu taka macocha uchybi jak zaceruje rajstopki gdy dziecko jest u ojca i u
                  niej np. w wakacje). Pozdrawiam
                  • mag_p Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 15:07
                    Mikawi - chodzi mi o takie cos. Dziurka gdzies wypadnie czy cokolwiek -milo mi
                    bedzie , ze jesli dziecko bedac tam zepsuje odziez oo ona zadba o to by moje
                    dziecko nie chodzilo obdaret czy brudne . Nie zamierzam jej za to winic , ani
                    byc o to zla. Nie bede zla jak bedzie pamietaal by dac malemu kollacjei moze
                    lepsiej bedzie pilnowala diety malego, bo to przyniesie mojemu dziecku korzysc.
                    Czysty - bedzie mial lepsze samoczucie , nie bedzie glodny i nie bedzie go bola
                    brzuch...
                    Ale nie bede tez jej za to dziekowac ani bic przed nia poklonow.
                    Wynika to z faktu , ze jak dla mnie ona moe nie isteniec i ja wymaga m takich
                    rzeczy od ojca dziecka . jesli znalazl sobie kogos , kto ( fakt lepiej) robi to
                    za niego.. to juz jego sprawa.
                    byle dziecko bylo zadowolone.

                    Mag
                    • mikawi Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 15:50
                      a powiedz kto pisał że oczekuje od matki dziecka podziękowań czy bicia pokłonów
                      skoro takie wnioski wysnuwasz? sorry - ale jeśli dziecko jest u nas i zrobi się
                      mu dziura w skarpecie to zaceruję ją po to żeby nie miało tej dziury a nie po
                      to żeby mi eksia dziękowała, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy???? to tak
                      samo - czy maverick oczekuje podziękowań od ojca dziecka swojej żony, że idzie
                      na wywiadówkę do młodej? mag - mniej dowolnej interperacji, więcej faktów, nie
                      dodawaj czegoś tylko dlatego że tobie wygodniej
                      • mag_p Re: w czym ojczym gorszy?!!!!!!!!! 05.05.04, 15:59
                        Mikawi - ty nie. Ale czytasz forum . Czytasz wypowiedzi nieraz niezadowlonych
                        nmacoch, zeone tyle robia dla dziec a tu niewdziecznosc..
                        Chodzi o to ze ja nie bede miala nic przeciwko jesli ona zaceruje ta dziurke ,
                        ale tez chce uzmyslowic , ze jesli wezmie np malego na basen albo wypierze jego
                        spdenki , to nie poswieca sie - bo teg nikt od niej nie wymaga. Tylko tyle , to
                        bylo na temat rajtuzek.
                        A wiesz dlaczego niektore samotne matki sa na tym punkcie przewrazliwone??
                        Podpowiem , bo nie chca potem wysluchiwac , ze dziecko przyszlo brudne badz w
                        dziurawych spodniach. Dziurka porafi wypasc ni stad ni z owad. Dzieck idac do
                        ojca potknie sie i przeruci ,.. a potem sie slyszy jakto w dziurawychrajtuzach
                        i jak ta matak nie dba .


                        Mikawi - dajmy temu spokuj. obie zgadamy sie, ze robienie malych czynnosci nic
                        nikomu nie zabiera i nikomu krzywdy nie robi. Trzeba robic tak by dziecko bylo
                        zadowlone. Trzeb tez pamietac , ze nie robui sie to dla kogos tylko dal
                        siebie...


                        Mag
    • mag_p Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 14:59
      Mikawi - rajstopki tam to byl tylko przyklad. Mysle ze u kazdego co innego.
      Po prostu nie wyczuwasz granicy.

      I jesli to robi niech potem nie mowi , ze sie poswieca czy jaki to Ona dba.. Bo
      od niej nikt tego nie wymaga i nie oczekuje.

      mag
      • mikawi Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:04
        mag, litości, bo ręce opadają... i ty piszesz że nie wyczuwam granicy... kto
        pisze o wypominaniu czegokolwiek, przeczytaj moje posty j e s z c z e r a z
        p o w o l i to może zrozumiesz moją intencję, maverick jak widac zrozumiał
      • lubstej Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:11
        juz wiem, o co chodzi mag!

        otoz ma ona pewien wizerunek faceta (odszedl do kochanki , zostawil zone i
        dzieci na pastwe losu, nie interesuje sie, co gorsza nie placi wystarczajaco
        duzo, generalnie podly typ) i stereotyp macochy, podla, wredna, zabrala meza
        zonie i ojca dzieciom, zaluje pieniedzy na dzieci, nie pozwala sie z nimi ojcu
        widywac, knuje, jednym slowem macochababajaga

        i kazdy wpis macochy, ze bywa inaczej powoduje wynajdowanie przez mag dowodow
        ze to niemozliwe, jak nie ma powodow merytorycznych do chociaz za slowko
        zlapie, byle tylko pokazac ze to niemozliwe zeby macocha czy byly maz byli
        dobrzy, nie idealni, nie wspaniali, nawet bycia dobrym, ludzkim, im sie odmawia

        sory mag, ale tak wlasnie cie odbieram
        • mag_p Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:14
          Lubstej - przeczytaj moja wypowiedz 2 wczesniej i a tej podstawie to wysnulas.
          A tak aprpop vice - versa. Ty widzies zesk jaklo zle matki , zle zony wogole
          zle kobiety, ktore jedynei co potrafia to zdirac pieniadze z faceta i nic
          innego i zawszeim za malo.
          Nie slyszalam slowa do ciebie na temat tego ze wasza esk moze byc dobra dla
          dzieci jest zla,zal ,zal...


          Przeprazam lubstej
          Tak to widze.


          • lubstej Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:32
            ach, mag, nie masz za co przepraszac
            i tak nie zrozumiem, jestem przeciez macocha wink
            • mag_p Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:34
              .. a ja matka dzieck aczyjegos partnera...
              Mag
    • judytak Re: Pierwsze problemy z pasierbicą /// witajcie 05.05.04, 15:16
      dajcie już spokój tym rajstopkom :o)

      co do całości:
      uważam, że ojczym,
      taki mieszkający razem,
      ale taki, który "nastał" później, kiedy dziecko było już większe, i pamięta o
      tym,
      taki, który nie "zastępuje ojca", bo ten ojciec istnieje i ma z dzieckiem
      kontakt, lepszy czy gorszy,

      to jest jednak dla dziecka "dorosłym domownikiem nie-rodzicem", żeby tak
      opisowo nazwać, czymś podobnym, jak mieszkający razem babcia, dziadek czy
      ciotka,

      czyli ktoś, kto w sprawach "codziennej opieki" jak najbardziej jest uprawnionym
      autorytetem, ale w stosunku do kogo zawsze matka będzie "ostateczną wyrocznią"

      pozdrawiam
      Judyta
    • m-m-m Wychowanie pasierbów 06.05.04, 07:36
      Ponownie sie nie zrozumieliśmy. Sprawa wywiadówki wygląda tak od strony PRAWNEJ
      tak samo jak brak brak Twoich praw rodzicielskich i tyle, i od tej strony
      jesteś jak owa ciocia i sąsiadka. Też mieszkam z pasierbem od 5 lat pod jednym
      dachem i z moim ojczymem mieszkałam pod jednym dachem lat 10. Sądzę, że wiem,
      co mój pasierb czuje (bo sama znam tę sprawę z autopsji) i wiem, że dziecko,
      które jest w wieku szkolnym zna swoje uczucia do rodziców i do partnerów tych
      rodziców. Jeśli kontakt z obojgiem rodziców jest pozytywny (nawet jeśli tylko
      sporadyczny) to mała jest szanasa, że zaakceptuje nakazy i zakazy
      ojczyma/macochy, bo właśnie "nie jesteś moim tatusiem/mamusią". Prawo do
      wydawania mu poleceń daje RODZICOM i zwykle do ich poleceń się stosuje.
      Podkreslam jeszcze raz:
      czym innym jest Twoje zaangażowanie, a czym innym rzeczywiste uczucia dziecka.
      Czy byłeś pasierbem? Znasz to z autopsji? Mieszkałeś jako dziecko z z
      ojczymem/macochą?

      POZDRAWIAM
      • maverick-1 Re: Wychowanie pasierbów 06.05.04, 11:36
        > Jeśli kontakt z obojgiem rodziców jest pozytywny (nawet jeśli tylko
        > sporadyczny) to mała jest szansa, że zaakceptuje nakazy i zakazy
        > ojczyma/macochy, bo właśnie "nie jesteś moim tatusiem/mamusią".

        No dobrze, ale dlaczego w takim razie przez rok dziecko nie miało żadnych
        zastrzeżeń?? Kiedy po ślubie zamieszkaliśmy razem, przez moment wszyscy
        musieliśmy się przyzwyczajać do nowej sytuacji, do sytuacji, że ja już nie
        jestem tylko kolegą, ale również mam coś do powiedzenia. Drobne nieporozumienia
        wtedy wystąpiły, ale bardzo szybko wszystko się unormowało. Dziecko mnie
        słuchało, nie miało żadnych pretensji, że też rządzę. Zresztą "rządzę" to za
        dużo powiedziane, nie jestem żadnym dykatotem, w domu są ustalone pewne reguły,
        których przestrzegamy, a moje ewentualne polecenia dotyczą tylko sytuacji
        bieżącej, nie ma tego wiele. Jednak powtarzam, przez rok nie było żadnych
        pretensji.

        > Czy byłeś pasierbem? Znasz to z autopsji? Mieszkałeś jako dziecko z z
        > ojczymem/macochą?

        Byłem pasierbem, jestem nadal. Ojczym dochodził dwa lata, potem ożenił się z
        mamą i zamieszkaliśmy we czwórkę. Miałem wtedy 8 lat. Ojczymem byłem
        zachwycony. U nas był jednak trochę inny układ, bo kiedy nastawał ojczym, ojca
        biologicznego nie było. Zjawił się dopiero jakiś czas później i po okresie
        burzy i naporu nasze relacje z nim się unormowały, ale nie miało to żadnego
        wpływu na nasz stosunek do ojczyma. Ojczym był w hierarchii ważności dużo
        wyżej, bo on był cały czas, a ojciec tylko od święta. Tak brat i ja wtedy to
        odczuwaliśmy i odczuwamy nadal. Możliwe jednak, że to początkowe zawirowania
        miały wpływ na ten cały układ, a może wcale nie. Nie wiem. W każdym razie
        pasierbem też byłem. Pzdr. J.
        • m-m-m Re: Wychowanie pasierbów 06.05.04, 12:13
          A widzisz..i dlatego, że w czasie, gdy miałeś ojczyma, ojciec biologiczny był
          nieobecny i mógł on Ci ojca zastąpić. U mnie było odwrotnie: mój ojciec
          biologiczny był, przychodził i matka moja była bardzo za tymi kontaktami.
          Ojczym był więc mężem matki, mówiłam do niego po imieniu, a nie "tato". I gdy
          mój tato zmarł, ojczym dalej był tylko ojczymem i takim pozostał, bo przeżyłam
          stratę, ale to była strata niepowetowana, bo ojca ma się tylko jednego... Na
          ojczyma patrzyłam jaki był dla mojej matki.
          Mój pasierb zaś ma matkę, która z przyczyn różnych została pozbawiona władzy
          rodzicielskiej, aczkolwiek utrzymuje z nim kontakt i płaci alimenty.
          Piszesz, ze byłeś ojczymem zachwycony...ale to nie znaczy, że Twoja pasierbica
          ma "głód" ojca i będzie Twoimi staraniami także zachwycona...
          Co do konfliktów: u dziewczynki lat 11 rozpoczyna się intensywny proces
          dojrzewania, przestaje być małym potulnym dzieciątkiem. Mój pasierb, gdy miał
          lat 9 był bardzo grzeczny. Teraz jest młodzieńcem lat 14 i z grzecznością
          różnie bywa, choć wobec mnie jest jak najbardziej w porządku i choć, gdy
          nastałam w tym domu panowie byli nauczeni pełnej obsługi przez teściową i moje
          zmany polegające na wprowadzeniu podziału obowiązków zajęły dużo czasu wink
          Ważne jest abyś nie krytykował małej bez konsultacji z jej matką. Niestety,
          jest ona samotnym rodzicem (to jej dziecko) i dobrze, że może na Twą pomoc
          liczyć, ale faktu, że tak jest nie da się zanegować.
          Jesteś jak najbardziej potrzebny, ale jako doradca, lepiej by to matka
          nagradzała, karała i wymagała. Nie znaczy to, ze masz pozwolić sobie wejść na
          głowę, ale unikaj bezpośrednich pretensji i lepiej przekaż je matce.
          Dziewczynka wymaga teraz coraz większej uwagi i rozumiem, iż żona jest zajęta,
          ale wiesz: coś za coś...wybór należy do Was.
          To, że mój M. pracuje do późna, nie zwalnia go z działań wychowawczych. Nieraz
          już nie spał po nocach, bo dziecko to radości i niestety kłopoty też.
          Było mi wtedy przykro, starałam się coś radzić, ale nie chodziłam do pokoju
          pasierba i nie robiłam tam z nim porządku.

          POZDRAWIAM
          • maverick-1 Re: Wychowanie pasierbów 06.05.04, 12:49
            Ale moja pasierbica ma "głód" ojca, a przynajmniej miała. Jej rodzice rozwiedli
            się kiedy miała 7 lat, ale od zawsze jej kontakt z ojcem był bardzo słaby. Z
            jego winy zresztą, bardzo dużo pracował i uważał, że to, że zapewnia rodzinie
            życie na wysokim standardzie wystarczy za wszystko. Żona mi opowiadała, jak
            często znajdowała małą zapłakaną w jej pokoju i okazywało się, że ona znowu go
            prosiła, żeby gdzieś z nią poszedł czy coś jej wytłumaczył, a on znowu
            powiedział, że nie ma czasu. Kiedy więc się pojawiłem, dziecko korzystało jak
            mogło, noszenie na barana, rozmowy, gry, rowery, basen, ciągle coś. Widać było,
            że się cieszy z mojej obecności. Po miesiącu znajomości zapytała mnie na
            stronie czy się ożenię z jej mamą. Pewnie z tego wszystkiego wynikło mówienie
            czasami "tato", co zresztą sama zaproponowała. Kiedy zamieszkaliśmy razem to
            też było dla niej b. wygodne, nie musiała już jadać w stołówce, jeździć
            tramwajami, siedzieć sama w domu. Wydaje mi się, że jesteśmy sobie bliscy, źle
            się czuję z myślą, że miałbym oddać jakieś moje przywileje z tego wynikające.
            Rozmawiamy ze sobą spokojnie, nigdy na nią nie podnoszę głosu, jako dorosły mam
            pewną przewagę, wiem i rozumiem więcej, w związku z tym naturalnym mi się
            wydaje, że udzielam jej pewnych wskazówek. Nie jestem nachalny, nie forsuję
            swojego zdania, tłumaczę. Nie wydaje mi się, żeby to było zbyt wiele. A żona,
            mimo trudnej pracy, stara się też spędzać z dzieckiem jak najwięcej czasu i
            jest jak najbardziej zaznajomiona ze wszystkim, co się dzieje. Dlaczego to
            wszystko musi być takie trudne? Pzdr. Jakub
    • m-m-m burza4 popieram w całości 06.05.04, 13:08
      Twoją wypowiedź...a sczególnie to, że:
      To, że obiektywnie wasz eks się
      > nie angażuje, nie oznacza, że córka to postrzega w podobny sposób. Dla niej
      po
      > prostu jest - kochający, ciepły, niewymagający itd. Moja córka ma z ojcem
      > świetny kontakt, i dlatego nie podoba jej się wchodzenie mojego męża w
      > kompetencje taty.

      BRAWO!
    • maverick-1 burza4 06.05.04, 14:03
      My akurat z żoną mamy bardzo podobne spojrzenie na sprawy wychowania. Kiedy
      jednak w czymś się nie zgadzamy, staramy się te sprawy wyjaśniać poza kadrem,
      żeby dziecka nie widziało różnicy zdań, a kiedy zupełnie nie możemy się zgodzić
      oczywiście pierwszeństwo w decyzji oddaję żonie, w końcu to jej dziecko.

      > To, że obiektywnie wasz eks się
      > nie angażuje, nie oznacza, że córka to postrzega w podobny sposób. Dla niej
      > po prostu jest - kochający, ciepły, niewymagający itd.

      U nas to tak nie do końca. Zresztą o relacjach młodej z ojcem napisałem dwa czy
      trzy posty wyżej. Dla młodej on jest bardziej jak kolega, z którym spędza się
      wesoło czas, nie jak dorosły, któremu można zaufać. Młoda wie, że poza tym ich
      co drugim weekendem, to nie ma co na ojca liczyć. Widzi przecież i wie, że
      nigdy nie chce jej zabierać do siebie, czy opiekować się nią, kiedy to nie jego
      czas (a przecież nie mielibyśmy nic przeciwko), że zapomina o urodzinach
      (ostatnio żona zadzwoniła do niego w przeddzień, żeby mu przypomnieć, ale i tak
      zapomniał i zadzwonił dzień po), że nigdy nie przychodzi na przedstawienia, w
      których ona gra. Praktycznie cały weekend, który razem spędzają polega na
      przechodzenia z kina do teatru, z teatru na basen, z basenu do wesołego
      miasteczka, bo on chyba po prostu nie wie jak inaczej można się dzieckiem
      zajmować. Nie pamięta imion jej przyjaciół, nie pamięta mojego imienia, w ogóle
      słabo mnie kojarzy. Przecież mała to widzi i rozumie, co to znaczy, że dla ojca
      jest kolejną pozycją w terminarzu. gdzieś tam napisałem, że ich kontakt jest
      dobry, ale niezbyt głęboki i to chyba oddaje sedno tej relacji. Fajnie się
      razem bawią w te weekendy, dwa tygodnie wakacji też jakoś razem dają radę
      przeżyć. pzdr. Jakub
    • maverick-1 Re: burza4 06.05.04, 16:06
      Dzięki za odpowiedź.
      A taka wizyta u psychologa coś "składanej" rodzinie daje?? Bo kiedy zaczęły się
      problemy z młodą, zacząłem nawet rozważać taką możliwość, ale uznałem, że chyba
      jeszcze za wcześnie i trzeba poczekać na rozwój wydarzeń.
      A może jednak warto wprowadzić ten symboliczny znak, to mąż będzie wiedział, że
      w tym momencie jednak masz odmienne zdanie?smile
      Rzeczywiście, młoda ma dla ojca niebywały margines tolerancji, ale czasami
      czuje, że coś jest jednak nie w porządku i jest jej przykro. Jakiś miesiąc temu
      wróciła z weekendu z ojcem, żony wtedy nie było, widzę, że jakaś niemrawa,
      pytam o co chodzi. A młoda mówi, że przez cały obiad opowiadała ojcu z zapałem
      o czymś, co razem robiliśmy, a kiedy już skończyła, ojciec zapytał: "No dobrze,
      ale kto to jest ten Kuba?". Młoda powiedziała, że ręce jej opadły i teraz się
      zastanawia, czy cokolwiek, co mu opowiada do niego dociera i czy w ogóle wie o
      co chodzi. Podobnie wspomniała kiedyś, jak ojciec nie pamiętał, jakie języka
      się uczy poza szkołą (na marginesie, on te lekcje opłaca). Myślę, że skoro sama
      mi o takich zdarzeniach opowiada, to znaczy, że było to dla niej ważne i miało
      jakieś znaczenie, że ojciec takich rzeczy nie wie. Pzdr. jakub
      • m-m-m więź z rodzicem 06.05.04, 17:04
        Psycholog - powiadasz...jak chcesz to idź, ale taka rodzina to nie jak
        odkurzacz, czy telewizor, który zaniesiesz do fachowca, on to naprawi i będzie
        działało sprawnie. A w ogóle to co chcesz u psychologa załatwić? Aby sprawił,
        że dziecko będzie Cię słuchało? Aby sprawił, że będziesz dla młodej ważniejszy
        niż jej ojciec? To nierealne.
        Zresztą nie widzę w zachowaniu małej nic złego, takie zachowanie to standard
        dla dziecka, które ma więź z nieobecnym rodzicem to raz, a dwa takie zachowanie
        ma zwiazek z dojrzewaniem, co nie jest niczym nadzwyczajnym u 11-letniej
        dziewczynki.
        • maverick-1 Re: więź z rodzicem 06.05.04, 17:30
          M-m-m, napisałem przecież, że tylko tak mi przez myśl przeszło. Nie, nie sądzę,
          że psycholog od ręki rozwiązuje wszystkie problemy. I absolutnie nie miałem
          zamiaru zabierać do niego małej, żeby ją "naprawił", bo nie o to chodzi. Nie
          znam sie na dorastających dziewczynkach, no bo skąd. Prędzej liczyłbym, że
          specjalista wyjaśniłby mi, co siedzi w głowie takiego kształtującego się
          człowieka i jak z nim rozmawiać.
          A co do tego, że jestem dla małej co najmniej tak samo ważny jak jej ojciec, to
          nie mam wątpliwości. Sama mi to powiedziała.
          • m-m-m Re: więź z rodzicem 06.05.04, 18:09
            A co do tego, że jestem dla małej co najmniej tak samo ważny jak jej ojciec, to
            >
            > nie mam wątpliwości. Sama mi to powiedziała.

            Ale powiedziała Ci też, że nie jesteś jej tatusiem.
            I tu nie ma sprzeczności: dzieci często mówią to, czego dorosły oczekuje, ale w
            chwilach emocji mówią prawdę.
            • maverick-1 .....................? 06.05.04, 18:46
              M-m-m, dlaczego Ty mi chcesz koniecznie udowodnić, że dla tego dziecka nie
              znaczę nic, a przynajmniej niewiele? Dlatego, że stereotypowo ojczym zawsze
              będzie mniej ważny niż rodzony ojciec? Dlatego, że dla Ciebie ojczym to był
              TYLKO ojczym, ktoś z kim się mieszka, ale wcale nie trzeba go lubić? Chcesz mi
              powiedzieć, że dziecko mówiło mi o swoich dla mnie uczuciach, po to, żeby coś
              na tym zyskać? Nie, nie wymuszałem tego na niej, nie dopytywałem, jak dla niej
              jestem ważny, jej słowa nie były reakcją na moje wyznania, mówiła mi to
              spontanicznie. Nie mam powodów przypuszczać, że zagrało tu jakieś wyrachowanie.
              Zresztą jej słowa znajdowały potwierdzenie w życiu i nadal zresztą znajdują, bo
              wbrew pozorom mimo spięć, które się ostatnio między nami wytworzyły, są w tym
              wszystkim długie okresy zgody i wzajemnego zrozumienia. Przecież nawet ludzie,
              którzy się kochają, czasem się kłócą. To, że nie jestem jej ojcem nie ulega
              wątpliwości i nikt tego nie kwestionuje. Jednak dziecko z włanej inicjatywy
              mówi do mnie "tato". A jeśli chodzi o wspomniene przez Ciebie "chwile emocji",
              to te momenty, kiedy dziecko mówiło mi o swoich uczuciach, nie były chwilami
              emocji? Emocje to, do jasnej cholery, przecież nie tylko złość.
              • m-m-m Re: .....................? 06.05.04, 19:24
                Absolutnie nie zamierzam udowadniać Ci, że nic nie znaczysz dla dziecka.
                Każda sytuacja jest inna. Wyszedłeś od tego, że masz problem z młodą.
                Przedstawiłam Ci mój punkt widzenia i wskazałam ewentualne przyczyny tegoż
                problemu. Pisząc o moim ojczymie chciałam także pokazać Ci jak więź z ojcem
                wpływa na relacje z ojczymem. Jeśli mi się nie udało to z góry przepraszam.
                • maverick-1 Re: .....................? 06.05.04, 20:15
                  Oboje dobrze wiemy, że nie masz mnie za co przepraszać. Owszem, wyszedłem od
                  problemów z młodą i Twoje posty na pewno pozwoliły mi spojrzeć na nasze sprawy
                  z trochę innej strony, jednak nie wszystko w nich wydawało mi się trafne.
                  Podjęliśmy jakąś polemikę, rzecz naturalna. Ale nie rozumiem, dlaczego w
                  odpowiedzi na moje słowa:
                  >> A co do tego, że jestem dla małej co najmniej tak samo ważny jak jej ojciec,
                  >> to nie mam wątpliwości. Sama mi to powiedziała.

                  piszesz:

                  >Ale powiedziała Ci też, że nie jesteś jej tatusiem.
                  >I tu nie ma sprzeczności: dzieci często mówią to, czego dorosły oczekuje, ale
                  >w chwilach emocji mówią prawdę.

                  Sugerujesz tym samym, że dziecko mówiło mi o tym, że jestem dla niej ważny
                  tylko po to, żeby coś na tym zyskać. Bo mówi się "to, czego dorosły oczekuje",
                  żeby coś zyskać, nieprawdaż? I sugerujesz, że prawdą i jej rzeczywistymi
                  uczuciami jest to, co mówiła do mnie w "chwilach emocji" czyli złości. Nie
                  widzę podstawy do takich sądów. Powiedziałbym wręcz, że słowa wypowiadane bez
                  przymusu i w spokoju są bardziej wiarygodne, niż to, co mówi się w czasie
                  sprzeczki, kiedy chce się po prostu komuś dokuczyć. W jakiś tam sposób zabolało
                  mnie to, co napisałaś, bo dajesz do zrozumienia, że i tak nie mam na co liczyć,
                  a dziecko mówiąc mi miłe rzeczy, tylko mnie okłamuje. Tak ja to czuję.
                  • m-m-m Re: .....................? 06.05.04, 20:41
                    Wiesz, gdyby mój pasierb powiedział mi, że nie jestem jego mamusią, byłby to
                    dla mnie oczywisty znak, że przekroczyłam jakąś granicę, której przekraczać nie
                    powinnam. I taka była intencja mojej wypowiedzi. Z drugiej strony ja nigdy nie
                    zabiegałam o uczucia pasierba tak jak Ty zabiegasz o uczucia pasierbicy. Chcę
                    dla niego jak najlepiej i wiem, że taka sytuacja jak matka, która nigdy matką
                    dla niego nie była (to moja opinia, nie pasierba - on może uważać zupełnie
                    inaczej) na pewno zostawiła jakiś ślad w jego psychice. I tu też chciałam Ci
                    pokazać, że dla młodej taki "podwójny" tatuś to też sytuacja trudna.
    • m-m-m tolerancja 07.05.04, 07:20
      Duży margines tolerancji dla rodzica biologicznego i niewielki dla
      ojczyma/macochy nie wyklucza tekstu "nie jesteś moim tatusiem/mamusią", a więc
      musisz pamiętać o tym, co mi obiecałeś/aś. Sam fakt, że dziecko pamięta dłużej
      osobie postronnej, niż włsnemu rodzicowi różne sprawy jest dowodem na istnienie
      tej granicy.
      Nie chodzi o kontekst wypowiadanych słow, czy były one wypowiedziane w gniewie,
      czy pod wpływem innych emocji, ważny jest ich sens: ojczym/macocha zwykle nie
      otrzymują od dziecka takich samych praw jak rodzic biologiczny.
    • night_irbis trochę po czasie.... 01.06.04, 00:33
      Trochę sie ten wątek rozwinął, zanimgo w ogóle zauważyłam, ale dorzucę swoje 5
      groszy... smile
      Dziecko po rozwodzie, pomijając bunt dojrzewania, ma jeszcze jedną tendencję -
      przez pewien okres - rozstania rodziców mianowicie - wszyscy byli bardzo mili:
      "...ach ten biedny dzieciak - tyle przeżywa..." Jak sprawy wracają na
      spokojniejsze tory i wszystko powoli zaczyna się normalizować, z trudem
      przychodzi mu/jej zaakceptowanie tego, że życie się toczy dalej.
      Mamy tak z 5-letnią dziewczynką. Jak coś w tej chwili układa się nie po jej
      myśli - np. wyłączenie gry komputerowej o 22 - od razu afera - "... a mama by mi
      pozwolila...". A z mamą tak samo "... a tata by mi pozwolil..." Bo z "eks" mamy
      normalne układy i wymieniamy się informacjami...
      Wykorzystywanie sytuacji na maksa.. Nie daj się smile
Pełna wersja