lideczka_27
07.05.04, 22:00
Zadaję Wam to pytanie, które usłyszałam kilka dni temu. Kierowane nie tylko
do tych macoch, które również mają "drugiego" męża, ale do wszystkich. Może
zechcecie przedstawić stanowisko Waszych mężów, którzy również ożenili się po
raz drugi?
Do sedna:
Z moim M. spotkaliśmy kilka dni temu jego kolegę, który na wieść o rozwodzie
mojego M z eks i ponownym ślubie zrobił wielkie oczy i przy mnie (!)
wypalił: "Ożeniłeś się drugi raz? Nie dość ci było? Ja bym drugi raz nie
ryzykował, w razie czego: won, tam są drzwi, a nie znów ten szum z rozwodem".
Pomijam, że to było chamskie i dla mnie przykre.
M. odpowiedział mu, że to nie ma znaczenia i wspomnienie tamtego związku nie
kładzie się cieniem na jego przyszłość: słowem - tabula rasa
Moje pytania:
Dlaczego po raz drugi wzięłyście ślub nie decydując się na konkubinat?
(konkubinko, Twojego zdania w tej kwestii również jestem ciekawa!).
Do "pierwszych żon-macoszek" (pierwszych w znaczeniu "nie byłam wcześniej
żoną”

): czy Wasi mężowie mieli jakieś obawy przed powtórnym zawarciem
związku małżeńskiego?
U nas było tak: bardzo długo nie myśleliśmy o ślubie. Mieszkaliśmy razem,
zaplanowaliśmy ciążę, ale nie ślub. Myślałam, że przecież papier z USC to
żadna gwarancja... I nie powiem, by M strasznie mnie namawiał, ale w sumie to
wyszło od niego. I główną przyczyną był nasz syn, który wtedy jeszcze
siedział w brzuchu

M. chciał, byśmy wszyscy mieli to samo nazwisko, byśmy
byli taką "klasyczną" rodziną. Było nam na rękę, że skończą się tłumaczenia w
różnych instytucjach na temat stopnia pokrewieństwa. Nie bez znaczenia był
też fakt dziedziczenia (M w najprostszy sposób chciał się zabezpieczyć, by w
razie jego śmierci mieszkanie nie wpadło w ręce eks, bym ja nie poleciała na
bruk lub nie musiała ciągać się z nią po sądach). A ponieważ chcieliśmy
załapać się na wspólne rozliczanie, postanowiliśmy pobrać się szybko (bo już
zbliżał się koniec roku). Żadne to romantyczne pobudki - prawda?
Ale teraz, z perspektywy czasu inaczej na to patrzę. Uwielbiam być jego żoną.
Wspaniale jest słyszeć jak o mnie mówi "moja żona". Dopiero teraz czuję,
wiem, czym tak naprawdę jest małżeństwo. Nigdy nie zdjęłam obrączki, M. też
stale nosi. Mam śliczne nazwisko (za pierwszym razem miałam łączone
panieńskie i męża, po rozwodzie wróciłam do panieńskiego, by w przyszłości
nie przysięgać komuś jako pani X

) i to nazwisko nosimy wszyscy - ja,
M., młoda, nasz syn - na wyjazdach nikt nie wie, że jesteśmy
rodziną "zrekonstruowaną"

Nie żałujemy tej decyzji.
A jak to jest u Was?
Może wypowie się też ktoś, kto na ślub się nie zdecydował i poda powody?
pozdrawiam!
ciekawska lida