naturella
24.05.04, 16:20
Nasz Młody powiedział nam ostatnio podczas obiadku, że narzeczony mamy się do
nich wprowadził. Że nie jest tak źle. Że narzeczony nawet miły i że czasem
nawet broni go przed mamą.
I wiecie co... aż mnie coś w serduchu zakłuło. To absurd, nigdy tego się nie
spodziewałam, ale jestem zazdrosna. Jestem zazdrosna, bo dotąd tworzyliśmy
sobie rodzinkę numer 2, bo Młody mnie tak fajnie zaakceptował, zupełnie jak
bliską mu osobę... a tu nagle jakiś facet może być na takiej samej pozycji
jak ja... No i jeszcze jedna rzecz - dotąd miałam poczucie, że tworzymy mu
jakiś drugi domek, taki ze spokojem, z obiadkami... a teraz się okazuje, że
ten pierwszy tez będzie taki pełen.
Sama się z siebie śmieję, taka absurdalna jest moja zazdrość. Ale jest. Nie
wyobrażam sobie natomiast, jak musi to przeżywać mój mąż, że obcy facet
mieszka z jego synem, w jakiś sposób wpływa na jego wychowanie, spędza z nim
czas. A nic o tym nie mówi... nie rozmawiamy o tym, ale wiem, że musi to być
ciężkie.
I tak sobie myślę, że rozumiem już teraz w jakiś sposób posty samodzielnych,
które mają problem z zaakceptowaniem faktu, że ich dziecko spędza czas z nową
kobietą ojca. Jest to na pewno trudne. Absolutnie nie usprawiedliwiam
zachowań złośliwych, czy desperackich, nie, ale po prostu w jakiś sposób to
rozumiem. No bo skoro ja, macocha, jestem zazdrosna nie o swoje dziecko, to
co dopiero ma powiedzieć mama

A przyznacie, że cała sytuacja jest komiczna i moja reakcja też. Mam
nadzieje, że to kwestia przyzwyczajenia się do sytaucji, bo już łapię się na
próbach rywalizowania z nowym panem, mimo, że go nie znam, nie widziałam i
nie wiem, jak odnosi się do Młodego.